Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

To, że polska piłka klubowa znajduje się w permanentnym kryzysie, nie jest tezą zbyt odważną. Odnajduje to potwierdzenie w europejskich pucharach. W minionej edycji tylko futsaliści spod znaku bielskiego Rekordu dali powody do zadowolenia. Inaczej jest z zawodnikami. Wielu Polaków odgrywa ważne role w poważnych ligach. Ale inaczej jest z futsalem. Żaden znaczący polski futsalista nie załapał się jeszcze do ciekawej poziomem futsalowej ligi w Europie. Jednak nie może być inaczej, gdy trwają w kraju ciągłe eksperymenty na żywym organizmie rozgrywek ekstraklasy.

Osobiście nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem, dlaczego większość prezesów klubów ekstraklasy futsalowej tak alergicznie reaguje na rozwiązania ligowe stosowane w krajach, które są bardziej liczące w europejskim futsalu niż my. Tym samym jakby uznają brak profesjonalizmu swoich klubów. I nie wiem, co musiałoby zdarzyć się, aby lepsze projekty wyżej stojących od nas w rankingach nacji polskie kluby futsalowe zaakceptowały. W takich przypadkach nawet zastanawiam się, czy owa spółka prowadząca rozgrywki jest dobrym rozwiązaniem, gdy wspólnicy są w stanie ubezwłasnowolnić reformy.

To byłoby tyle o osławionych ekstraklasowych play-offach, które nie przeszły w głosowaniu przedstawicieli klubów. Swoje stanowisko wyraziłem już w poprzednim felietonie, a teraz – jak zauważyłem – całkiem ciekawie biczują tę decyzję inni. Biczują mocniej, prawdziwiej, ekspercko. Równie mocno biczowany jest jedynie w chwili obecnej związek piłkarski za rozgrywki futsalowego Pucharu Polski kobiet. Takiej żenady organizacyjnej, tylu oddanych walkowerów, tak niedobranych terminów rozgrywek nie widziałem od początku działalności w futsalu, czyli mniej więcej od około 18 lat.

Kiedy czytam jak trener kadry kobiecej Wojciech Weiss mówi „mamy zdolne dziewczyny, musimy im tylko stworzyć warunki”, to zapytuję związek w kontekście opisanych perturbacji z pucharem, czy czasem futsal kobiecy nie jest w nim przysłowiowym piątym kołem od wozu. I pozostaje mi tylko cieszyć się, iż akademiczki z Poznania dowodzone przez niestrudzonego trenera Weissa pojadą na finały futsalowej kobiecej Ligi Mistrzów do hiszpańskiej Murcii. Ale to już jest zasługą tylko poznanianek – uczelni, środowiska, zapału zawodniczek, szkoleniowca. Niestety, futsal kobiet czeka jednak „długi marsz”, ponieważ nie da się pewnych spraw przeskoczyć „wielkim skokiem”. I bardziej wierzę przy tym w środowisko, niż w zarządzających z tak zwanych szczebli.

Kolega recenzent Józef zauważył, że czasem wielkich zmian strukturalnych w polskim futsalu był przełom pierwszego oraz drugiego dziesięciolecia XXI wieku. Później już tylko stosowano kosmetykę – podsumował. Być może coś z racji w tym jest. Na pewno wtedy powstała spółka Futsal Ekstraklasa. To był czas tworzenia systemu licencyjnego, który gdzieś zagubił się uwadze kolejnych ekip polskiego futsalu i czasami mamy różne wypływające „kwiatuszki” powiązane z klubami. To był czas tworzenia zasad regulaminowych transferów oraz współpracy z klubami trawiastymi. Aż dziw bierze, że po kilku latach związki regionalne nie potrafią właściwie ich interpretować, a centrala nie interweniuje szybko i co pewien czas futsal-polska informuje o niedociągnięciach. I tak można byłoby wymieniać jeszcze wiele powodów dla uznania tamtego okresu za znaczący. Jednego tylko nie było. Dobrych wyników reprezentacji. Niemniej, pisząc o tym nie zapominajmy, iż w znaczącej części o sile obecnej kadry stanowią  zawodnicy „wprzęgnięci” wówczas w stworzony system rozgrywek oraz kadr młodzieżowych. Jako felietonista napiszę, podsumowując wypowiedź kolegi Józefa: dość stagnacji. Czas dać nowy pomysł na polski futsal.

Dość długo nie pisałem o zawodnikach. Polskich indywidualności w naszym futsalu trochę jest. Choćby Daniel Krawczyk, Mikołaj Zastawnik, Marcin Mikołajewicz, Michał Kubik, czy wschodzący futsalowo Sebastian Leszczak. Przepraszam, jak ktoś czuje się urażony, że go nie wymieniłem, ale nie jest moją rolą robienie rankingów, czy statystyk. Natomiast z dużą ochotą napiszę słów kilka o Rafale Krzyśce. Rafała pierwszy raz zobaczyłem bodajże w takim znanym niegdyś turnieju nadmorskim, organizowanym w Dziwnowie - Futsal Baltic Cup (jak szkoda, że nie jest kontynuowany, był wspaniały na roztrenowanie po sezonie). Grywał wówczas w gliwickim Radanie. A tak w ogóle do chwili obecnej zaliczył naszych klubów futsalowych już 7 oraz epizod w lidze niemieckiej. I wszędzie był pewnym punktem bramki. Tak w sumie w futsal gra już 17 lat, a ma dopiero 32. I nie myśli odpuszczać, jak zdrowie pozwoli przynajmniej do czterdziestki. O Rafale pomyślałem sobie, gdy oglądałem w telewizji niedawne mecze chorzowskiego Cleareksu. Co on wyczyniał w bramce, jakie prezentował parady. Nie przesadzę, gdy napiszę, że nawet wybronił Cleareksowi wynik. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby przy obecnej dyspozycji zagrał jeszcze w reprezentacji. Rafała znam jako realistę. Wie on i wiem ja, że z futsalu w Polsce nie wyżyje się. Dlatego pracuje. Tym większy więc mój szacunek.

Na kanwie rozważeń o Rafale chciałbym przy okazji przemycić pewną myśl. Wiele mówimy o profesjonalizmie polskiego futsalu, jego klubów, zawodników, działaczy, szkoleniowców. Indywidualnie, jednostkowo można od czasu do czasu polski futsal w szaty profesjonalne ubrać. Niestety, całościowo nadal jeszcze funkcjonuje ze sporą domieszką amatorszczyzny. Mnie felietoniście najbardziej brakuje projektu skierowanego do futsalowej młodzieży. Takiego trawiastego modelu „Mobilnej Akademii Młodego Orła", czy programu "Talentu Pro". Projektów ogłoszonych przez PZPN, nie wysupłanych od środowisk. Znając bowiem związkową hierarchię tylko te akceptowalne przez pana prezesa Bońka mogą właściwie rozruszać środowisko. Ale czy tego doczekamy się? Nie wiem, choć nie napiszę, że wątpię.

Andrzej Hendrzak