Z notatnika dziejopisa
To, że polska piłka klubowa znajduje się w permanentnym kryzysie, nie jest tezą zbyt odważną. Odnajduje to potwierdzenie w europejskich pucharach. W minionej edycji tylko futsaliści spod znaku bielskiego Rekordu dali powody do zadowolenia. Inaczej jest z zawodnikami. Wielu Polaków odgrywa ważne role w poważnych ligach. Ale inaczej jest z futsalem. Żaden znaczący polski futsalista nie załapał się jeszcze do ciekawej poziomem futsalowej ligi w Europie. Jednak nie może być inaczej, gdy trwają w kraju ciągłe eksperymenty na żywym organizmie rozgrywek ekstraklasy.
Osobiście nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem, dlaczego większość prezesów klubów ekstraklasy futsalowej tak alergicznie reaguje na rozwiązania ligowe stosowane w krajach, które są bardziej liczące w europejskim futsalu niż my. Tym samym jakby uznają brak profesjonalizmu swoich klubów. I nie wiem, co musiałoby zdarzyć się, aby lepsze projekty wyżej stojących od nas w rankingach nacji polskie kluby futsalowe zaakceptowały. W takich przypadkach nawet zastanawiam się, czy owa spółka prowadząca rozgrywki jest dobrym rozwiązaniem, gdy wspólnicy są w stanie ubezwłasnowolnić reformy.
Kiedy czytam jak trener kadry kobiecej Wojciech Weiss mówi „mamy zdolne dziewczyny, musimy im tylko stworzyć warunki”, to zapytuję związek w kontekście opisanych perturbacji z pucharem, czy czasem futsal kobiecy nie jest w nim przysłowiowym piątym kołem od wozu. I pozostaje mi tylko cieszyć się, iż akademiczki z Poznania dowodzone przez niestrudzonego trenera Weissa pojadą na finały futsalowej kobiecej Ligi Mistrzów do hiszpańskiej Murcii. Ale to już jest zasługą tylko poznanianek – uczelni, środowiska, zapału zawodniczek, szkoleniowca. Niestety, futsal kobiet czeka jednak „długi marsz”, ponieważ nie da się pewnych spraw przeskoczyć „wielkim skokiem”. I bardziej wierzę przy tym w środowisko, niż w zarządzających z tak zwanych szczebli.
Kolega recenzent Józef zauważył, że czasem wielkich zmian strukturalnych w polskim futsalu był przełom pierwszego oraz drugiego dziesięciolecia XXI wieku. Później już tylko stosowano kosmetykę – podsumował. Być może coś z racji w tym jest. Na pewno wtedy powstała spółka Futsal Ekstraklasa. To był czas tworzenia systemu licencyjnego, który gdzieś zagubił się uwadze kolejnych ekip polskiego futsalu i czasami mamy różne wypływające „kwiatuszki” powiązane z klubami. To był czas tworzenia zasad regulaminowych transferów oraz współpracy z klubami trawiastymi. Aż dziw bierze, że po kilku latach związki regionalne nie potrafią właściwie ich interpretować, a centrala nie interweniuje szybko i co pewien czas futsal-polska informuje o niedociągnięciach. I tak można byłoby wymieniać jeszcze wiele powodów dla uznania tamtego okresu za znaczący. Jednego tylko nie było. Dobrych wyników reprezentacji. Niemniej, pisząc o tym nie zapominajmy, iż w znaczącej części o sile obecnej kadry stanowią zawodnicy „wprzęgnięci” wówczas w stworzony system rozgrywek oraz kadr młodzieżowych. Jako felietonista napiszę, podsumowując wypowiedź kolegi Józefa: dość stagnacji. Czas dać nowy pomysł na polski futsal.
Na kanwie rozważeń o Rafale chciałbym przy okazji przemycić pewną myśl. Wiele mówimy o profesjonalizmie polskiego futsalu, jego klubów, zawodników, działaczy, szkoleniowców. Indywidualnie, jednostkowo można od czasu do czasu polski futsal w szaty profesjonalne ubrać. Niestety, całościowo nadal jeszcze funkcjonuje ze sporą domieszką amatorszczyzny. Mnie felietoniście najbardziej brakuje projektu skierowanego do futsalowej młodzieży. Takiego trawiastego modelu „Mobilnej Akademii Młodego Orła", czy programu "Talentu Pro". Projektów ogłoszonych przez PZPN, nie wysupłanych od środowisk. Znając bowiem związkową hierarchię tylko te akceptowalne przez pana prezesa Bońka mogą właściwie rozruszać środowisko. Ale czy tego doczekamy się? Nie wiem, choć nie napiszę, że wątpię.
Andrzej Hendrzak