Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Niedawno przebywając przez kilka dni na Ukrainie usłyszałem od znajomego wypowiedź, że futsal to sport wybitnie niszowy. Padła ta opinia w jego jakby odniesieniu do moich słów, iż pisuję felietony o futsalu. Nie przykładałbym do wypowiedzi mojego ukraińskiego cicerone aż tak wielkiej wagi, gdyby nie informacja po powrocie do kraju o grotesce, jaka odbywa się z udziałem futsalu kobiecego w rywalizacji zwanej szumnie futsalowym Pucharem Polski kobiet. Jak wyliczył kolega, witający mnie na podlubelskim lotnisku, więcej dotychczas padło walkowerów, niż odbyło się meczów. Nie sprawdzałem, więc nie będę tego komentował. Ale pewnie coś jest na rzeczy – pomyślałem, gdy przeczytałem krótką notkę prasową, iż na mecz kobiecego pucharu – bodajże w Wielkopolsce - nie przybyli sędziowie i zawody „gwizdali” szkoleniowcy. Jak widać ciężko jest futsalowi kobiecemu uzyskać „obywatelstwo sportowe”. Pełnoprawne obywatelstwo.

Jest takie wyspiarskie powiedzenie, które zawsze mam w tyle głowy, kiedy dyskutuję o futsalu. Anglicy mawiają – „Hope for the best, prepare for the worst”. Czyli oczekując najlepszego bądź gotów na najgorsze. Pierwszy raz usłyszałem je na podrzeszowskim lotnisku w Jasionce ponad 12 lat temu, gdy podejmowałem Wyspiarzy na pierwszym ich meczu futsalowym w Polsce. Przyjechali po naukę i ją otrzymali. Wynik 16-0 dla biało-czerwonego teamu wcale ich nie załamał. Przyjęli go jako srogą lekcję, ale i zachętę do dalszego intensywnego szkolenia. Po latach już nie bijemy ich dwucyfrowo. Druga nacją, z tych jeszcze uczących się, którą podziwiam w dążeniu do futsalowej doskonałości są Finowie. Oni też startowali w futsalu o wiele później niż my, a potrafili kilka lat temu podczas eliminacji ME w Krośnie utrzeć nam nosa.

Dlatego po pierwszych latach niemal bałwochwalczego podejścia do polskiego futsalu nabrałem z czasem wiele pokory w patrzeniu nań i kieruję się teraz - nie bez kozery - owym angielskim powiedzeniem. Daje mi to niewątpliwy komfort i pozwala z dystansem, bardziej obiektywnie, na nasz futsal spoglądać i go oceniać.

Niedługo zagramy dwa mecze z brazylijskimi czarodziejami futsalu. Będzie zapewne kolejna okazja do „wyciągnięcia” polskiego futsalu na światło dzienne. Może nawet na pierwsze strony gazet, czołówki wiadomości, czy internetowe newsy. Ostatni raz miało to miejsce podczas ubiegłorocznych lutowych mistrzostw Europy w Słowenii. Tak, tak – polski futsal z wyłączeniem mediów typowo profilowych futsalowo jedynie co jakiś czas znajduje swoje miejsce w świadomości ogółu Polaków. I nie widzę możliwości zmiany tego, gdyż raczej w najbliższym czasie mistrzami, medalistami Europy względnie świata nie zostaniemy. A chodzi tylko o futsal seniorski, bo młodzieżowy to jednak już nie ta sama klasa medialna.

W dzisiejszej gradacji związkowej, w której ja osobiście plasuję futsal za piłką kobiecą, a zastanawiałbym się nawet, czy atrakcyjnością imprezową nie przewyższa go piłka plażowa, marnie widzę szanse medialnego przebicia inaczej, niż poprzez przywiezienie z ważnej imprezy worka medali lub rozegranie od czasu do czasu jakiejś potyczki z wielką futsalowo nacją. I wiem nawet, że tylko owe medale pozwolą wybić się z tej sportowej niszy. Pozwolą zaistnieć na dłużej, tak jak kiedyś pozwoliły na to sukcesy siatkarzy oraz medale „złotek” trenera Niemczyka.

W Polsce każdego Roku Pańskiego dwie dyscypliny sportowe mają wyjątkową pozycję. Nazwijmy je, wiosenno-jesienna piłka nożna oraz zimowe narciarstwo. Dokładnie skoki narciarskie. Wspomniana siatkówka, mimo iż dwukrotnie zdobywała mistrzostwo świata, jednak pozostaje w tyle. Jeżeli wspominam o wyjątkowości piłkarskiej, to myślę tylko o piłce trawiastej męskiej. Przykro, ale pozostałe sporty kopane będące w gestii PZPN  wyraźnie odstają pod każdym względem. Od oglądu sportowego przez marketing po medialność. I tego nie zmieni nic na tę chwilę. Dlatego – drodzy pasjonaci futsalowi – proponuję robić swoje i nie łudzić się za wiele, gdyż marzenia zawsze są niezwykle kosztowne.

Powieściopisarka angielska Mary Ann Evans mawiała – „Głupiec może namalować obraz, ale trzeba być sprytnym, by go sprzedać”. I to jest nie tylko artystyczna prawda. Nadaje się też do sportowych porównań, przenośni. Ba – realiów. O ile będąca niegdyś niszową siatkówka polska wyznacza obecnie trendy organizacyjne oraz sportowe rozwoju, to nasz futsal nadal kisi się w sosie własnym przez kolejne lata. I co gorsze, jest ciągle przez wielu (nie tylko decydentów sportowych) traktowany mało poważnie jako dyscyplina.

Takie podejście łatwo zniechęca, a stąd już prosta droga do ogłoszenia go sportem – nazwijmy brzydko - „świetlicowym”. Nie będzie to winą zawodników, a nawet szkoleniowców, lecz tych, którzy nie potrafią być – jak mówi pani Evans – tak sprytnym, by go dobrze, z zyskiem sprzedać. Myślę – panowie działacze – i kieruję to nie tylko do tych z dużego związku sportowego, że dwumecz z Brazylią jest jedną z ostatnich szans, aby ową sytuację odmienić. Niezależnie od wyników.

Andrzej Hendrzak