Z notatnika dziejopisa
Pytasz mnie często kolego Józefie – mój felietonowy recenzencie – dlaczego tak niewiele piszę o sędziach futsalowych. A cóż to pisać – odpowiem, kiedy nie ma o czym. Nie znaczy to, że są aż tak dobrzy. Ani też tak źli. Raczej zwykli gwizdacze. Falują – jak każdy w swoim zawodzie, czy hobby. A ich szczęściem jest, że niszowy futsal nie jest tak mocno telewizyjnie obserwowany, jak duża trawiasta piłka. Ponadto futsalowe mecze przekazuje góra 3-4 kamery, a nie kilkanaście. A może nawet ponad dwadzieścia. Bowiem im mniej kamer – drogi Józefie - tym łatwiej jest prześliznąć się. A im więcej tym łatwiej pośliznąć się. Osobiście mnie jako człowieka sportu oraz felietonistę sprawy sędziowskie nie ekscytują, gdyż w przepisach jest za wiele możliwości do interpretacji.
Refleksje na temat sędziów w sporcie, czyli piłce też, nasunęły mi się po niedawnym meczu trawiastej ekstraklasy Lechia Gdańsk – Legia Warszawa. Arbiter owego meczu (nazwiska nie wymieniam, gdyż na to nie zasługuje) podzielił swoimi decyzjami Polskę po połowie. A że nie wypadało mu dobrze gwizdanie, mogą świadczyć słowa prezesa Bońka, który przepraszał publicznie gdańszczan za niektóre jego decyzje. Och, jak chciałbym doczekać się kiedyś jakichś przeproszeń za – powiedzmy - nieroztropne wypowiedzi o futsalu ze strony wielu poważnych osób z grona polskiej piłki trawiastej.
Zwyczajny kibic ma spory problem ze zrozumieniem niektórych przepisów, a szczególnie, gdy w polu karnym trafia się zamierzone, czy też przypadkowe zagranie ręką. Interpretacje tego przypadku są o wiele za często zmieniane i bywa, że wskazania interpretacyjne UEFA różnią się od wskazań interpretacyjnych rodzimego związku. A tak nie powinno być. Liczę, że po gdańskich wydarzeniach prezes Zbigniew zarządzi reset i zakaże podwładnym opowiadania bajek interpretacyjnych w stylu najlepszych baśni dla grzecznych dzieci. Jak to rzekł jeden ze znajomych działaczy – lepiej szybko połknąć małą żabkę niż czekać aż ona urośnie i nas zadławi.
Myślę, że DŁUUUUGI weekend majowy stanowi akuratny czas, by omówić z przyjaciółmi(kami) przy grillu tematy sędziów w aspekcie różnych dyscyplin. Omówić na luźno, bez napinki, która i tak nic nie da, bo gdzieś tam w tle słowo INTERPRETACJA będzie wisiało nad przepisem oraz decyzją, jak przysłowiowy kat nad grzeszną duszą. Czasami mi wydaje się, że jest z tą interpretacją jak z rozgrywkami Pucharu Polski w futsalu. W zamyśle, gdy powstawał lat temu wiele, miał to być sztandarowy projekt związkowy. Niedługo rozpocznie kolejną dekadę, a ciągle jest nieustabilizowany organizacyjnie. I – co dziwne – to akurat przepotężny związek piłkarski nie potrafi go po swojemu sklasyfikować w aspekcie marketingowym, czy też promocyjnym. A nawet sportowym. Nie potrafi, bowiem za często ulega podszeptom klubowym. A kluby najzwyczajniej kierują się własnym interesem.
Będąc przy rosyjskich powiedzeniach przekażę jeszcze jedno, które dobitnie podsumuje całą tę groteskę – „Jest śmieszno aż straszno”. Dlatego oczekuję od związkowej komisji futsalowej postanowienia na lat kilka w przód, jak planuje rozwiązać pucharowe finałowe zmagania dla dobra promocyjnego, marketingowego oraz sportowego futsalu w Polsce. I dotyczy to też futsalowego pucharu kobiecego.
Andrzej Hendrzak