Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Polskie reprezentacje futsalowe miały gorący czerwiec. Czerwiec, który tego roku wszystkich nas gonił upałami i bił historyczne rekordy ciepła. Najważniejsza kadra, czyli „A” tylko zaliczała krajowe zgrupowanie, podczas którego selekcjoner wpajał swoje nietuzinkowe myśli taktyczne. Natomiast kobiety oraz kadra młodzieżowa startowały na Bałkanach w turniejach. Futsalowe panie zajęły drugie miejsce w Varazdinie i powinny być zadowolone. Tak jak cały polski futsal kobiecy z faktu, że związek kadrę taką dotuje i pozwala jej pojeździć po świecie.

Dla przypomnienia napiszę, że nie zawsze było tak „pańsko” i za kadencji prezesa Zbigniewa był nawet okres zawieszenia działalności futsalowej reprezentacji kobiecej. Miejmy nadzieję, iż był to pierwszy i ostatni taki przypadek. Ale chwalić związku za teraźniejszą postawę wobec futsalu kobiecego też nie należy w nadmiarze. Funkcjonuje on, ale w głębokim związkowym cieniu. Aż prosi się, by dano mu więcej światła. I to nie tylko tego gorącego, czerwcowego.




O ile od reprezentacji kobiecej nie wymagam zbyt wiele, gdyż byłoby to z mojej strony wyraźnym nadużyciem, znając stan organizacyjny oraz sportowy kobiecego futsalu w Polsce, to sporo większe wymagania mam wobec reprezentacji młodzieżowej U-19. Nie chciałbym, aby tylko udziałem zaznaczyła swoją obecność podczas ryskich finałów mistrzostw Europy. Niespecjalnie powalające wyniki z czerwcowego turnieju w Porecu kładę, jak na razie, na karb okresu przygotowawczego. Rozumuję, że trenerzy szczyt formy szykują na jesienne finały na Łotwie i teraz było to tylko zwykłe kontrolne przetarcie. W razie czego – jak nie usłyszę zaprzeczenia – trzymam za słowo, iż będzie lepiej. I też zaciskam kciuki, by udało się. Przynajmniej coś wygrać.

Polski futsal młodzieżowy rozwija się od lat w sensie liczbowym. I dobrze. Z drugiej jednak strony system jego nie jest dopracowany. Powiem, że niewiele zmienił się od początków sprzed dekady. Osobiście na dzisiaj zaneguję potrzebę rozgrywania mistrzostw do lat 20. Natomiast zaapeluję o większe zainteresowanie niższymi niż U-14 kategoriami wiekowymi.  Nie chciałbym patrzeć na nasz futsal młodzieżowy, na jakość szkolenia pod kątem jedynie osiągniętego wyniku. Chociaż rozumiem kluby i potrzebę wykazania się wygranymi. Niemniej, wolałbym oglądać futsal rozwojowo od drużyn, klubów – powiedzmy 11-latków aż do reprezentacji młodzieżowej. Oglądać z bardziej wprzęgniętymi w organizację wojewódzkimi związkami piłkarskimi.

Inaczej – obawiam się – trafimy w ślepy zaułek, z którego trudno będzie wyjść. Kolega Józef – recenzent felietonów, któremu przedstawiłem opisaną powyżej opinię rzekł krótko. A kto to ma realizować, jak w związku piłkarskim oprócz wiceprzewodniczącego Grzegorza większość ma mgliste pojęcie o tajnikach futsalu młodzieżowego oraz dziecięcego. Nie dyskutuję z jego zdaniem, gdyż jako Ślązak zna pewnie futsal młodzieżowy lepiej ode mnie. Przynajmniej w praktyce.

Rozmowa z Józefem, chociaż tylko telefoniczna, dała mi wiele do myślenia o szkoleniu piłkarskiej młodzieży w Polsce. Znam z opowieści sytuacje, gdy wiele lat temu na jeden z wyjazdów zagranicznych polskiej młodzieży nie załapał się Robert Lewandowski. Obecnie większość tych, co wówczas pojechali, poszła w zapomnienie, a Robert jest na szczycie piłkarskiego Olimpu. Co prawda, sporo od tego czasu zmieniło się w polskiej piłce młodzieżowej, ale jakość treningu nadal pozostawia wiele do życzenia. Dla mnie wygląda to tak – inni grają w piłkę, a nasi nadal ją tylko w większości kopią. Niestety, dotyczy to także futsalowej młodzieży. Rozumiem, że nie wszędzie da się sklonować panów Korczyńskich, Hirschów, Żebrowskich, Aftańskich, Szłapów, czy Drwali, ale szanujmy się i douczajmy.

Przy tej liczbie hal, które mamy w Polsce, przy tym pędzie rodziców oraz dzieci do piłki nożnej, nie powinno być trudności z zachęceniem do trenowania futsalu. Nie powinno, gdyby - i tutaj napiszę, być może coś nie pomyśli ważnych guru od szkolenia - związkowe piony szkoleniowe różnych szczebli, od góry po sam dół, były naprawdę przekonane, że futsal jest potrzebny piłkarzowi. Gdyby były przekonane w czynie, a nie tylko w pustosłowiu. Gdyby nakazał im działać w tym kierunku choćby najważniejszy związkowy prezes. A tak nadal mam, być może złudne, poczucie, że stać nas tylko na jednorazowe wyskoki wynikowe, a nie na coroczne satysfakcjonujące rezultaty.




Nie chciałbym, aby z mojego felietonu ktoś wyciągnął wniosek, iż jedynie futsal dziecięcy albo młodzieżowy uzdrowi, czy da siłę polskiemu futsalowi. Otóż nie. To tylko jeden z etapów. Równie ważnych jak organizacja, promocja, marketing, właściwi działacze, mądrzy szkoleniowcy, sprawiedliwi sędziowie.

Jako felietonista marzę natomiast, by zainteresowanie władz polskiej piłki tą dyscypliną stało się rzeczowym reality. Niech nawet będzie to reality show, jak za mojego następcy w centrali futsalowej. Ale reality. Na co dzień, nie tylko od święta. Jacques Tati, przedstawiciel francuskiej komedii gagowej mawiał – "Kto uważa się za zbyt wielkiego do małych spraw, jest zazwyczaj zbyt mały do wielkich". Warto te słowa przemyśleć. Szczególnie niech zrobią to ci, którzy mogą ożywić nasz futsal. 

Andrzej Hendrzak