Z notatnika dziejopisa
Nie każdy z zasady może być zwycięzca, ale wygranym już tak. Tak sobie pomyślałem tuż po finałowym meczu mistrzostw świata szóstek piłkarskich. Na pięknej wyspie Krecie Polacy przegrali z Rosją i podobnie jak rok temu wracają do ojczyzny jako wicemistrzowie globu. Dla mnie drugi raz z rzędu są wygranymi. Gratuluję trenerowi Klaudiuszowi Hirschowi, jego zawodnikom, a szczególnie tym, którzy na co dzień parają się futsalem w różnych zespołach oraz ligach. Droga „szóstkowa” reprezentacjo, utrzymać pozycje kolejny raz jest o wiele trudniej niż zdobyć ją po raz pierwszy. Niech wasza stabilność powtórzy się na kolejnym mistrzowskim turnieju, chociaż życzę mistrzostwa. Dla mnie najważniejsze pozostaje, że nie jesteście jednoroczną efemerydą – jakich wiele w polskim sporcie. Myślę, że z zazdrością mogą patrzeć na wasze wyczyny futsalowe reprezentacje. A i te piłkarskie jedenastoosobowe, trawiaste także. I pomyśleć, że nie stoi za waszymi sukcesami potężna machina związku piłkarskiego – PZPN.
Tak się złożyło, że przez pewien czas miałem możliwość z bliska spoglądać na działania Futsal Ekstraklasy. Niedługo minie 10 lat istnienia Spółki prowadzącej z nadania PZPN i za jego zgodą ekstraklasowe rozgrywki. Powolutku, powoli zmienia ona oblicze ligowe naszego futsalu. Ale ciągle pnie się pod górkę. Patrząc z bliska zauważyłem pewien niepokojący sygnał. W mojej ocenie zbyt wiele oczekuje się od władz SFE. Szczególnie ze strony klubów. Patrząc obiektywnie owe władze nie za wiele mogą, gdyż nasz futsal nie jest aż takim podmiotem wiodącym w dyscyplinie piłka nożna, aby drzwiami, czy oknami garnęli się do niego sponsorzy. Nie sądzę więc, aby Spółka mogła w obecnej chwili rozwiązać finansowe oczekiwania klubów. A one niewątpliwie istnieją. Takie – napiszę obrazowo - rozwarcie owych nożyc priorytetów daje powody niepokoju. Lepiej więc przy takich sytuacjach ostrożnie podchodzić do dyskusji o funduszach. Inaczej wszystko rozjedzie się nim jeszcze powstanie z tak zwanych kolan.
Popatrzcie tylko – drodzy prezesi wszelkich opcji oraz szczebli – na ekstraklasę trawiastą. Zarządzająca nią Spółka obudowała znakomicie projekt ESA. Znalazły się fundusze, są spółki skarbu państwa, prywatni inwestorzy, telewizje. Jest kolorowo, rozrywkowo, wesoło. Tylko co z tego – jak od lat nie ma klubowego wyniku sportowego na miarę europejskich oczekiwań. Oczywiście bez pieniędzy trudno o realizację wielkich projektów. Zresztą małych, futsalowych też. Ale nie zawsze one decydują o poziomie. Gdyby tak było, to Arabia Saudyjska lub Stany Zjednoczone byłyby naprzemiennie mistrzami świata. Na szczęście tak nie jest, bo jeszcze jest czynnik ludzki. Równie ważny jak kasa. A jeszcze do tego dochodzi wizja, którą – co stwierdzam z przykrością dla polskiego futsalu – ma niewielu. Prawda, panie Szymonie?