Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Niedawno z usta prominentnego działacza klubowego usłyszałem słowa, iż powołanie spółki Futsal Ekstraklasa miało być panaceum na mało atrakcyjne działania PZPN wobec polskiego futsalu klubowego przed laty. A nawet pewną nieudolność. Ocena po latach zapewne już przemyślana i nie emocjonalna. Ale – uważam – niebyt celna. Otóż związek nie miałby najmniejszych problemów z obraniem właściwych kierunków dla ekstraklasy polskiego futsalu. Niemniej, po analizie stwierdzono, iż nie ma potrzeby tracić energii na rozliczne przepychanki z niezadowolonym środowiskiem klubów ekstraklasowych i postanowiono, całkiem racjonalnie, oddać prowadzenie rozgrywek w tak zwany pacht spółce zewnętrznej.

O tym, że była to rozsądna decyzja może świadczyć przegląd dziejów rozgrywek ekstraklasy pod auspicjami SFE. Ciągle poszukują one stabilności. Nie tylko personalno-biznesowej, ale i systemowej. Gdy w minionym dziesięcioleciu, jak i teraz, wydawało się, że coś będzie trwałe, następowały tektoniczne ruchy wewnętrzne, weryfikujące działania kolejnych jej władz.




O tym, że odnajdują się w ekstraklasie futsalu kluby, którym nie przelewa się pod względem finansowym, chyba nie trzeba w środowisku nikogo przekonywać. Dlatego jak gorący kartofel ciągle jest podrzucana myśl z grona akcjonariuszy o potrzebnie znalezienia sponsora strategicznego dla rozgrywek. W rozumieniu wspólników ma on zapewnić bezpieczne funkcjonowanie i spowodować, iż spłynie na nich deszcz reklamodawców, a stacje telewizyjne będą dniem oraz nocą pukać do prezesowskich drzwi.

Myśl cenna. Sam chciałbym być beneficjentem takich darmowych honorariów. Celowo piszę darmowych, gdyż w moim mniemaniu, by kasować pieniążki należy mieć produkt wysokiej marki i na dodatek pięknie opakowany. A z całym szacunkiem do panów prezesów klubowych, mimo dziesięciu lat istnienia SFE, produkty klubowe nadal są we wstępnej fazie opakowywania. Natomiast patrząc na całość, należy przynajmniej cieszyć się, że Spółka zarabia.

Czasami może wydawać się, że działaczom klubów brakuje trzeźwego spojrzenia na siebie. Jakby owe wołanie o sponsora było li tylko zawoalowaną próbą maskowania w stylu - nowy lakier zrekompensuje samochodowi brak koni mechanicznych. A tych koni rzeczywiście brakuje. Brakuje widzów w wielu halach. Brakuje w sporej liczbie klubów przyzwoitych hal meczowych. Brakuje pomysłu organizacji meczowej. Brakuje wielu klubom własnego zaplecza młodzieżowego, występującego w regularnych rozgrywkach (nie okresowych grach). Na dodatek całemu polskiemu futsalowi brakuje przewodniego programu szkoleniowego. Brakuje woli związkowej, by system licencyjny co rok nakazywał uzupełnianie kolejnych niedoborów przez kluby. Wreszcie brakuje wyniku sportowego, co nie przekłada się na medialność dyscypliny.

Pod względem siły medialnej i wizualności gry piłka plażowa jako dyscyplina prześcignęła futsal. A mam obawy, że niedługo dokona tego i piłka sześcioosobowa. Dyscyplina niesiona dwukrotnym wicemistrzostwem świata, osiągniętym pod okiem trenera futsalowego, którego nie ma obecnie w polskim futsalu, ale za to pomaga futsalowi słowackiemu (!). I czy jest to normalne?

Według mnie – nie. Tak jak nie jest normalnym fakt zamknięcia się polskiego futsalu w wyizolowanym kręgu osób. I dotyczy to także Spółki, gdzie od lat pewne osoby z ośrodków klubowych nadają ton dyskusjom, jakby tylko one posiadły źródło futsalowej mądrości.

Zapewne kibic futsalu chciałby usystematyzowania przynajmniej na trzy sezony rozgrywek. Nasza ekstraklasa futsalowa należy bowiem do najbardziej niestabilnych pod tym względem w Europie. Kibic nie chciałby ciągłych zmian ilościowych oraz w systemie rozgrywek ekstraklasy. Nie chciałby tego traktować jako odwracania uwagi od sedna sprawy – słabego poziomu piłkarskiego, bo znów dyskutuje się nie o tym, jak gramy, a z kim gramy. I to też jest w gestii oraz odpowiedzialności klubów. Niestety, całość przeprowadzanych zmian wygląda jedynie na sztuczne kreowanie emocji i taką wewnętrzną „zabawę”. Odmianę liftingu. A potrzebna jest stabilizacja. Przynajmniej na dwie kadencje.




Po powyższych wywodach jak bumerang musi powrócić temat pieniędzy. Nie da się bowiem ukryć, iż za jakość występu nie odpowiada przebranie, lecz artysta. A jaki jest artysta, zobaczyliśmy naocznie podczas eliminacyjnego turnieju mistrzostw świata w Zielonej Górze.  

I tak nasz futsal po raz kolejny dochodzi do ściany. Zderza się z problemem o wiele trudniejszym, niż decyzja o tym, jak gramy. Polskiego futsalu nie stać na zainteresowanie dyscypliną w kraju zawodników mogących znacząco wpłynąć na podniesienie poziomu sportowego ligi. Transferowani są w większości piłkarze „wypluci” przez system trawiasty. Zresztą nie obce są takie przypadki też w gronie szkoleniowców, działaczy, sędziów. Pozostaje więc dyscyplina ciągle tylko przedskoczkami w konkursie.

Andrzej Hendrzak