Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiałem się z kim kojarzy się najbardziej polski futsal. Jaka osoba jest w stanie najbardziej go promować, czy też najzwyczajniej zwrócić na niego tylko uwagę w gronie ludzi nie mających ze sportem zbyt wiele wspólnego. I nie wymyśliłem nikogo. Ba, nie pomogli mi w takim myśleniu nawet znajomi na co dzień prazujący przy futsalu. I ci z kraju, i ci z zagranicy. Dlaczego nie mamy takiego choćby niewielkiego futsalowego Lewandowskiego.

Kto, czy co nie pozwala wyrosnąć w Polsce znakomitemu futsaliście? Myślę, że warto, aby nad takim pytaniem pochylili się ci wszyscy znawcy polskiego futsalu, którzy tak gremialnie na różnych facebookach, czy twiterach przedstawiają swoje racje. Nieraz nawet aroganckie; jawią się jako studnie – niemal bez dna - niezwykle czystej krystalicznej futsalowej wiedzy. Proszę o pilną receptę – jak z polskiego futsalisty zrobić halowego Lewandowskiego.

Chciałbym, aby pod koniec drugiej dekady XXI stulecia znalazł się w kraju nad Bugiem, Wisłą oraz Odrą ktoś, kto potrafi odmienić postrzeganie polskiego futsalu jako dyscypliny niszowej. Nie przeczę - marzy mi się taki halowy Robert Lewandowski. Ale nie pogardzę i nieco mniejszą osobowością.  Chciałbym, aby była to osoba propagująca futsal, samodoskonalenie, szeroko rozumiany ruch fizyczny, zdolność budowania pewności siebie. Osoba, która przekona, iż nie ma drogi na skróty do sukcesów i pieniędzy, a otrzymuje się je poprzez ciężką pracę. I, co najważniejsze, aby interlokutorzy, słuchacze, wierzyli w to co, taka osoba przekazuje.

Marzenia bowiem są osiągalne i można a nawet należy je wygrywać, o nich śnić oraz realizować. Ale do tego potrzeba symbiozy środowiska. Potrzeba myślenia, że dla osiągnięcia sukcesu wszyscy zajmujący się futsalem musimy stawać się najzwyczajniej lepsi. I lepsi – bez urazy – wspólnie z naszym przeciwnikiem. I przekonywać się nie w internecie, nierzadko ordynarnym hejtem, nietolerancją, lecz w rozmowie patrząc sobie w oczy i nie wstydząc się własnego nazwiska.

Szkoda – pomyślałem sobie oglądając wygrany mecz z Serbią w Lubinie, że takich wyników nie zafundował sobie polski futsal miesiąc wcześniej w Zielonej Górze. Szkoda – pomyślałem po raz drugi siedząc przed ekranem komputera, że po raz kolejny PZPN nie decyduje się na pokazanie futsalowego pojedynku - było nie było narodowej reprezentacji - w telewizji. Powoli zresztą staje się to normą, chociaż zaprosiłbym pewnie panów Bednarka, czy Basałaja na próbkę napoju spod znaku „Ducha Sanu”, gdyby w przewidywalnym czasie nastąpiła zmiana. A tak, póki co, poraczę się sam.

Szkoda – pomyślałem po raz trzeci, że ciągle trzeba jechać na mecze reprezentacji ku zachodnim kresom naszej Polski. Najpierw etatowo niemal to był Koszalin, a teraz Zielona Góra i Dolny Śląsk. Oczywiście nie wierzę złym słowom, które wmawiają, iż tak jest w ramach przedbiegów przyszłej związkowej kampanii wyborczej. Dolny Śląsk w tej konstelacji spokojnie broni się futsalem, w miarę solidnym w ekstraklasowym Jelczu-Laskowicach. Pozostałe dwa miejsca pozostawię bez własnego zdania.

Dla równowagi obok słowa „szkoda” umieszczę w felietonie też słowo „pochwała”. Pochwalam – za dobrą organizację, i PZPN, i dolnośląski, czy wcześniej lubuski związek piłkarski. Pochwalam – szczególnie za fachowe oceny Piotra Szymurę – eksperta podczas transmisji live meczów z Serbią oraz w eliminacyjnym turnieju w Zielonej Górze. Chciałbym – napiszę przy okazji – by tego rodzaju fachowiec towarzyszył relacjonującemu mecze ekstraklasy futsalu w Sportklubie. Pochwalam – kibiców z Zielonej Góry, Lubina, Jelcza-Laskowic za stworzenie niezwykle przyjaznej atmosfery naszej reprezentacji. Pochwalam wreszcie – zawodników za to, że ze wszech miar starali się w dwumeczu z Serbią zmyć plamę, jaką dali w Zielonej Górze. I co im się po części udało.

Kiedy już tak rozpędziłem się w pochwałach – co w felietonach zdarza mi się rzadziej niż ganienie - pozwolę sobie napisać kilka słów o dziale młodzieżowym futsalowej, związkowej komisji. Grzegorz Morkis jest na co dzień utożsamiany przez futsalową młodzieżową Polskę z szeregiem imprez, jakie są organizowane w ramach rokrocznego cyklu Młodzieżowych Mistrzostw Polski chłopców oraz dziewcząt. Nie trzeba było zjeść przysłowiowej beczki soli, by zrozumieć różnorodność działań w tym zakresie i potrzebę znalezienia człowieka ogarniającego tę materię. Być może nie ukształtowaną jeszcze ostatecznie, ale zmierzające we właściwym kierunku, czego dowodem tegoroczne sukcesy dziewiętnastolatków na europejskiej arenie, czy kolejne zapisy licencyjne, promujące zaplecze młodzieżowe dla klubów ligowych.

Niejednokrotnie – obserwując pana Grzegorza zastanawiałem się, czy tak powinna wyglądać droga do stanowisk w Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. I mogę stwierdzić, iż jest to odpowiedni model. Jest to droga do powielania przy kolejnych nominacjach. Patrząc na pana Grzegorza nie można zarzucić, iż do komisji dostał się z tak zwanego układu. Nie za zasługi tylko – jak to dzisiaj ładnie określa się w polityce – z partyjnej nominacji. Nie ten adres. Tutaj zadziałało merytoryczne przygotowanie. I myślę, iż każdy działacz futsalowy (klubowy, czy z spółki FE też) powinien pojąć, że aby sensownie wyrażać się i działać, winien posiadać za sobą futsalową historię i nie być człowiekiem znikąd. A przy okazji przeczytać ponownie dwa początkowe akapity niniejszego felietonu. 

Andrzej Hendrzak