Z notatnika dziejopisa
W okresie noworocznym aż do Trzech Króli miałem przyjemność gościć u siebie włoskiego przyjaciela o imieniu Silvestro, pomieszkującego na pięknej wyspie Capri. Wyjeżdżał zachwycony noworocznymi imprezami oraz warszawskim orszakiem. Oczywiście podczas długich rozmów, zwiedzania stolicy czy Torunia oraz Lublina nie obyło się bez dyskusji o sporcie. Niestety, dla Silvestro futsal był typową tabula rasa, więc z piłkarskich tematów na agendzie były tylko trawiaste Napoli i warszawska Legia. Kiedy okazałem zdziwienie jego abnegacją wobec futsalu, gdyż wydawało mi się z wielu pobytów w słonecznej Italii, iż jest to tam sport masowy, odpowiedział mi tymi słowami: drogi Andrzeju, czy z faktu, że w Polsce działa dużo pizzerii wynika, że mieszka u was wielu Włochów? Otóż nie. Jego słowa uświadomiły mi naraz, że z faktu, kiedy w Polsce niemal w każdej miejscowości kopie się w piłkę w hali, nie musi wynikać wcale, iż futsal jest aż tak popularny. I pewnie tak jest, bowiem piłka halowa w większości nie jest równoznaczna z futsalem. I chodzi nie tylko o przepisy.
Weźmy takie Niderlandy. Tysiące ludzi jeździ tam na łyżwach. Jeździ amatorsko. Tak jak u nas kopie sobie piłkę na hali. Ale Holendrzy uczynili z tego sport narodowy. Osiągają wyniki na najwyższym światowym poziomie. Dlaczego więc w Polsce nie można próbować przekuć istnienia tysiąca hal sportowych oraz tysięcy kopiących piłkę w tych halach na nie tylko profesjonalny, ale nawet amatorski futsal? Ano dlatego, że nie ma wystarczającego merytorycznie wsparcia kompetentnych władz. Począwszy od samorządów, poprzez związek piłkarski po władze sportowe państwa. A żaden poważny sponsor, też solidnie potrząsając kiesą, nie wychyli się, póki nie zobaczy, że trzymający władzę tego nie wspierają.
Od lat oglądając ligowe mecze widzę hale pełne oraz hale niemal puste. Nie wiem w takim razie, co może być siłą sprawczą rozwoju futsalu w Polsce – popyt, czy podaż. Jest to wątpliwość z gatunku „co było pierwsze – jajko czy kura”. Niewytłumaczalne bowiem racjonalnie jest zjawisko, gdy przez lata w hali jednego klubu mamy mało widzów, a futsal na najwyższym poziomie istnieje. Z drugiej strony klub ma w hali ciągle meczowe komplety, a zespół balansuje na krawędzi ekstraligowych rozgrywek. Znane prawo rynku Saya głosi, że podaż tworzy popyt i odpowiada za rozwój. Nie jestem ekonomistą, więc nie odważę się tego jednoznacznie ocenić, ale wiem, że aby ludzie coś kupowali, musi to najpierw zaistnieć, pojawić się na rynku, a potem być szeroko reklamowane, w celu ukształtowania potrzeby posiadania danego produktu. Czyli najpierw musi być podaż. I tak wracamy do pierwszych akapitów felietonu o potrzebie sprofesjonalizowania piłki halowej na rzecz futsalu oraz dla świadomości społecznej.
Wielkie dzięki przesyłam dla Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN za przeprowadzanie internetowych, z wizją, losowań Halowego Pucharu Polski. Wielce jestem też rad, że nie ma jakichś sztucznych rozstawień i los decyduje kto z kim się spotka. Dzięki temu bywa, iż we wczesnych etapach pucharowych mogą spotkać się dwie silne drużyny (przykład pary Rekord Bielsko Biała – Acana Orzeł Jelcz-Laskowice), a słabsze zespoły, amatorskie, mają szanse, trafiając na siebie, awansować dalej. Puchar jest imprezą otwartą i mogą w niej startować teamy środowiskowe, niezrzeszone w związku sportowym. Jest imprezą popularyzatorską. Dlatego należy cieszyć się, gdy w ćwierćfinale zamelduje się jedna, czy dwie drużyny amatorskie. Dla danego środowiska jest wielkim świętem, gdy przyjeżdża zespół ligowy na pucharowy mecz. I – być może – zaowocuje to nowym futsalowym ośrodkiem. Wzmocni tak potrzebną futsalową podaż.
Nie napiszę, że w naszym futsalu aż tak coś zmarnowano, bo byłoby to nieprawdą. Niemniej nie wykorzystano meczów z rywalami z najwyższej światowej półki do promocji futsalu w Polsce. I po drugie, nie odważono się na szersze otwarcie na działaczy terenowych, klubowych. Na ich pomysły. I dotyczy to nie tylko związku, ale różnych innych gremiów polskiego futsalu. W tej chwili mamy już rok wyborczy i wszelkie działania w tych tematach będą typową musztardą po obiedzie. Niemniej warto o nich wspominać, mając na uwadze wyborcze kampanie.
Andrzej Hendrzak