Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Zasadziłem się w minioną sobotę przed ekranem telewizora na ekstraklasowy hit Cleareksu Chorzów z Rekordem Bielsko Biała, przekazywany przez kanał Sportklub. Oczekiwałem poziomu sportowego oraz emocji. Grały liderujące drużyny z tabeli. Na dodatek w mojej ulubionej hali chorzowskiego MORiS. Dla tego meczu odpuściłem sobie nawet transmisję ulubionej siatkówki. Po meczu mogę powiedzieć, że ogólnie nie zawiodłem się. Pewnie poziom sportowy mógłby być nieco lepszy, ale emocje, zmienność akcji, zmienność wyniku, parady bramkarzy, z nawiązką wyrównały zaistniałe niedoróbki - choćby w grze obronnej obydwu teamów.

Rywalizacja dwóch utytułowanych futsalowych zespołów pokazała, że nawet największe rodzime gwiazdy „małej piłeczki” nie są bez wad. Mogą zawalić karnego, stracić piłkę dającą rywalowi gola, nie strzelić „setki” z akcji. W tym meczu były - kontuzja bramkarza, ale i też samobój solidnego cudzoziemca. Nie obyło się bez kontrowersji sędziowskich i kartek za niepotrzebne dyskusje – nawet dla osób z ławki rezerwowych. Takie mecze przyciągają do futsalu nawet laików tej dyscypliny, co potwierdził mój kolega, który odpuścił sobie, za moja namową, dla futsalu mecz ekstraklasy trawiastej. Nie narzekał, z wypiekami na twarzy oglądając spotkanie. Myślę, iż jest to wspaniały materiał promocyjny dla władz spółki przy poszukiwaniu sponsorów. Oby więcej takich spotkań.

Jak już jestem przy ekstraklasie, wspomnę jeszcze o jednym z wyników tej kolejki. Kiedy podczas pucharowego pojedynku z warszawską Legią oglądałem w akcji nowe zagraniczne nabytki Red Devils Chojnice, wydawało mi się, że dadzą radę w pojedynku na własnym parkiecie z poobijaną w ostatnim czasie drużyną białostockiego MOKS-u. Stało się inaczej. I to jest piękno sportu. Nie tylko futsalu. Nigdy nie można być pewnym przed meczem wyniku, jak i w jego trakcie, do 40 minuty. Zresztą, gdyby Zastawnik wykorzystał karnego w końcówce chorzowskiego spotkania, to i Rekord wcale nie musiałby wygrać meczu.

Nieraz zastanawiam się, myśląc oraz analizując sytuacje meczowe, czy lepiej mieć w składzie jednego - dwóch super zawodników, czy może solidny równy team. Pewnie nie ma jednego rozwiązania. Niemniej, cieszy mnie jako futsalowego felietonistę, że w ekstraklasie do końca sezonu trwać będzie rywalizacja o miejsca. No, może wyłączając Rekord, który już miesiąc temu w jednym z felietonów okrzyknąłem krajowym mistrzem. W takiej sytuacji - panowie prezesi klubów ekstraklasy oraz spółki FE – czy nie należałoby zastanowić się, dla uatrakcyjnienia walki (też o tytuł), nad zmianą formuły finałowego etapu rozgrywek? Niech będzie jeszcze ciekawiej. Dla ewentualnych sponsorów także.

Nie mają szczęścia nasze futsalowe dziewczyny w losowaniach do eliminacji ważnych czempionatów. W europejskim rozdaniu trafiły na grupę z wicemistrzyniami kontynentu, Portugalkami. Na dodatek zagrają w Chorwacji, gdzie gospodynie nie chcą łatwo dawać się ogrywać. A awans wywalczy tylko jeden team. No cóż, trzeba powalczyć i pokazać pazur polskiego futsalu. Tym razem kobiecego. Jedenaste miejsce rankingowe na 23 teamy zgłoszone do eliminacji zobowiązuje. Zresztą, jak chce osiągać się solidne wyniki, to przyjdzie zawsze taki etap gier, kiedy trafi się na lepszego. Trzymam kciuku za nasze futsalistki, bowiem nie chciałbym, aby kobiecy, polski futsal kojarzył mi się jedynie z ciekawymi wyjazdami zagranicznymi. Czas najwyższy już coś ugrać.

Niedługo będzie dziesięciolecie tej „zabawy” (z drobną przerwą, gdy prezes Zbigniew zawiesił reprezentację wskutek wewnętrznych nieporozumień personalnych współpracowników na szczeblu decyzyjnym), a organizacyjnie to nadal powijaki. Zresztą największe akurat nie przy reprezentacji, ale w ligowych rozgrywkach. Nie da się bowiem ukryć, że nasz ligowy futsal kobiecy to od lat jedynie przybudówka dla klubów piłki trawiastej. I gdzie tu pomysł, gdzie logika, kiedy ligę gramy zimą, a eliminacyjne turnieje późną wiosną lub późnym latem, kiedy większość zawodniczek już nie pamięta o hali, albo jeszcze nie zaczęła o niej myśleć?

Finiszują młodzieżowe mistrzostwa Polski. Rekordowi z Bielska Białej brakuje tylko jednego asa do mistrzowskiej talii młodzieżowego czempionatu. Powalczy o niego w Warszawie w najbliższy weekend, gdzie rozegrane zostałą finały w kategorii U-18. Kategorii licencjonowanej przez PZPN dla klubów ekstraklasy futsalowej oraz I ligi. Czyli, można rzec, kategorii najbardziej prestiżowej w młodzieżowych rozgrywkach. Kategorii stanowiącej zaplecze przyszłej reprezentacji U-19. Do tej pory Rekordziści zdobywali tego sezonu trofea w U-14, U-16 oraz U-20. Co ciekawe, wszędzie finałowe pojedynki wygrywali różnicą jednego gola. Szczęście, czy umiejętności? Pewnie jedno i drugie, bo jak mówią szczęście sprzyja lepszym.

Kiedy pozna się mistrzowskie rozstrzygnięcia młodzieżowej rywalizacji, nie powinno się dziwić dominacji Rekordu na seniorskim podwórku. Jest szkolenie, jest organizacja, jest kasa, jest pomysł, są ludzie futsalowi. I nawet, gdyby osiemnastolatkom z Bielska Białej nie powiodło się podczas warszawskiego turnieju, nie zmieni to pozytywnego spojrzenia na pracę z młodzieżą oraz na pomysł na futsal w podbeskidzkim klubie. Nie ma aktualnie w Polsce klubu, który prowadziłby takie kompleksowe szkolenie futsalowej młodzieży. Nie ma, gdyż – między innymi przypadkami - żaden futsalowy klub nie ma tak przygotowanej bazy, będącej ciągle do dyspozycji. Dlatego zawsze po dwakroć wyżej należy cenić tych, którzy młodzież Rekordu pokonają. Ale też pamiętać powinno się, iż nie ma potrzeby na siłę kopiować Rekordowego schematu, by osiągać sukcesy. Jak to mówią – tak krawiec kraje jak materiału staje. I chodzi o to, by z mniejszej postawy sukna potrafić też uszyć piękny garnitur.

Andrzej Hendrzak