Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Kadra pana Nawałki miała lepsze losowanie niż kadra futsalowa pana Biangi, a obecnie pana Korczyńskiego. Nie da się bowiem ukryć, iż reprezentacje futsalowe Rosji, czy Kazachstanu są o wiele mocniejsze, niż trawiaste ekipy Senegalu, Japonii, czy Kolumbii. Chociaż szczególnie Senegalu nie lekceważyłbym, gdyż potrafi sprawić psikusa mocniejszym od nas.

Osobiście mam szczególny sentyment do tego teamu, ponieważ w 2002 roku pozwolił mi zarobić nieco grosza. A było to podczas ówczesnych mistrzostw świata, kiedy to wygrałem zakład z moim przyjacielem stawiając, że reprezentanci tego afrykańskiego kraju pokonają w grupowym meczu japońsko-koreańskich mistrzostw świata faworyzowaną Francję. Było nie było, jeszcze wówczas aktualnego mistrza świata. Podaję to, by przestrzec przed hurraoptymizmem po losowaniu. Na innych kontynentach też kopią nieźle w piłkę, a formę kształtują w dobrych europejskich klubach. Dla mnie grupa polska na rosyjskich mistrzostwach, to taka „grupa-pułapka”. Coś na wzór tej z polsko-ukraińskiego finału EURO. To grupa wybiegana, w której akurat to my, jako papierowy faworyt, mamy najwięcej do stracenia. Więcej o szansach nie chcę dywagować, ponieważ pozostaję w przekonaniu, że i tak najważniejsze dla wyniku będzie zdrowie oraz forma Lewandowskiego.
Kontynuując natomiast poza-finałowe dywagacje naszych kadr narodowych – trawiastej mężczyzn oraz męskiej futsalowej - odnoszę wrażenie, że ich obecne sukcesy nieco przyciemniają obraz szkolenia polskiej piłkarskiej młodzieży. I oby nie stały się ponownie prorocze słowa pana Kazimierza Górskiego, trenera tysiąclecia, który gdzieś tak końcem lat '70 dwudziestego stulecia po paśmie sukcesów polskiej kopanej na mistrzostwach świata w RFN oraz Argentynie mówił przewrotnie, że przegraliśmy ówczesny boom na piłkę, zaniedbując szkolenie młodzieży, co odbije się w przyszłości.

I rzeczywiście po latach tłustych, przyszły niezwykle chude lata, które od roku 1982 z małym przerywnikiem na rok 1992 (Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie) trwały aż do roku 2002. Ten passus, abstrahując w tym momencie od piłki trawiastej, daję pod rozwagę polskiemu futsalowi. Jeszcze raz w kolejnym felietonie, z uporem poniekąd maniaka, powtórzę – nie ma lepszego momentu, niż chwila awansu oraz udziału w futsalowych finałach ME Słowenia 2018, na zaszczepienie, czy rozwinięcie tej dyscypliny pośród dzieci, młodzieży. W szkołach, klubach, w gronie trenerów trawiastych. Promocji w mediach wśród sponsorów etc etc.

Tymczasem oprócz tradycyjnych już młodzieżowych mistrzostw Polski – które rozwijają się i trwają (brawo) – nie zauważyłem żadnych kroków - chyba, że są one aż tak tajne (!)- w kierunku poszerzenia spektrum futsalowego, choćby w polskich szkołach. O innych możliwościach nie wspomnę, gdyż nie zamierzam być darmowym doradcą związkowym. Niemniej, dla przestrogi napiszę - oby po obecnej nad wyraz utalentowanej generacji futsalowej nie przyszedł okres tak zwanego czarnego, czy mokrego dołu. Ale, by być całkowicie obiektywnym napiszę także, że zauważyłem niedawno pewne światełko w tunelu. No, może nie ja zauważyłem, lecz opowiedział mi o nim pan Jezierski z Gatty Zduńska Wola.

Chodzi o cykl turniejów pod chwytliwą nazwą „Futsal Młoda Ekstraklasa”, której imprezy pomysłodawcą jest sympatyk futsalowej Gatty poseł Schreiber, a współdziała w projekcie Futsal Ekstraklasa z prezesem Karczyńskim. Rozumiem inicjatywę jako program pilotażowy, który po sprawdzeniu się mogą zainicjować inne regiony kraju, inni parlamentarzyści, czy samorządy oraz związki piłkarskie regionalne, czy związek centralny. Miłość do futsalu powinna bowiem łączyć i nie mieć odcieni polityki lub osobistych gierek. Jak mawiał niegdyś prezes Wolny – futsal jest religią, którą się wyznaje albo nie. I te słowa pana Zdzisława dedykuję do przemyślenia tym, którzy będąc przy futsalu myślą o karierach, czy pozasportowych korzyściach.
Odchodząc od rzeczy wzniosłych do przyziemnych ligowych, pogratuluję MOKS Białystok pierwszego zwycięstwa w ekstraklasie futsalu na własnym terenie. Z drugiej strony pochylę się nad niepowodzeniami Piasta Gliwice. Może jeszcze nie czas bić na alarm, lecz niewątpliwie jest to zaskakujące. Nieprzypadkowo kilka słów poświęcam akurat tym właśnie ekipom. Białostoczanie nie czynili rewolucji w składzie po awansie i jak na beniaminka spisują się całkiem korzystnie. Czyli ciągłość pracy popłaca. W Piaście z kolei nastąpiły pomiędzy sezonami spore zmiany, ze szkoleniowcem włącznie. Niestety, piłka to głównie materiał ludzki. A ten musi dotrzeć się, zrozumieć intencje nowego szkoleniowca. I teraz tylko od władz klubu zależy, czy będą cierpliwe, czy nie zagotują się. W każdym razie są to dwie drogi działania. Obydwie ciekawe, ale szczególnie ta druga wymagająca większej ilości czasu.

Recenzent Józef zwrócił mi uwagę po poprzednim felietonie, iż zbyt ostro potraktowałem kobiecy futsal. Drogi Józefie – wcale mi się tak nie wydaje. A casus zespołu kobiecego z Żyrardowa, który po jednym przegranym meczu w Gdańsku zrezygnował z gry w ekstralidze kobiecej, jest tego twardym dowodem. Potwierdzeniem. Zdanie o rozgrywkach ligowych kobiecych zmienię dopiero wtedy, gdy prowadzący je PZPN zdecyduje się na rozpoczęcie dla klubów kobiecego futsalu przynajmniej ograniczonego procesu licencyjnego. A nie będzie się tworzyło na zasadzie – kto chce, tego łapiemy.  

Byłem na meczu w Bielsku Białej. Na żywo oglądnąłem popisy indywidualne panów Krawczyka oraz Budniaka. Palce lizać. Wcale mnie więc nie dziwi – chociaż tacy są w tym kraju, co odczułem po telefonach po wywiadzie z trenerem Szłapą – że umieścił ich trener Andrzej w gronie najlepszych – jego zdaniem – zawodników futsalu minionego dwudziestolecia. Też tak zrobiłbym. Natomiast ich brak w kadrze – jak rozumiem – wynika zapewne z koncepcji selekcjonera i nad tym przechodzę do porządku dziennego. Jak go obroni wynik w Słowenii – dyskusji nie będzie. Jak nie – wtedy rozpoczną się rozliczenia. To jest normalne jak to, że po piątku zazwyczaj jest sobota. I tego trzymajmy się bez niepotrzebnych podtekstów.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie tylko w polityce, ale i w sporcie są rzeczy, o których najbardziej wygadanym filozofom nie śniło się. Nie mówiąc już o felietonistach. Dla mnie najczęściej są to określenia o dominującej roli jakiegoś sportu w życiu ogółu. Kiedyś tak pretensjonalnie określano wielkość polskich reprezentacji siatkarzy, czy piłkarzy ręcznych. Zimą zawsze to dotyczy skoczków narciarskich. Niechybnie ciągle na topie jest kopanie w piłkę na trawie. Ale analizując nie wychylałbym się z określaniem tych dyscyplin jako szczególne sporty narodowe Polaków. Są sukcesy, to i naród w ich kierunku przechyla się. Nie wiem jakim genem sportowym genetyka obdarzyła najbardziej lud polski i dlatego nie jestem skłonny, aby – za często bezrefleksyjnymi dziennikarzami - powtarzać różne medialne, często aż bezdurne, wynurzenia w tym temacie.

Zawsze będę optował za stonowanym optymizmem, takim w rodzaju słów prezesa Bońka, który po gdańskiej porażce kadry Nawałki z Meksykiem szybko skarcił wszystkich nadużywających opcji sukcesowej, mówiąc coś w sensie - chyba jeszcze nie nasz czas na medal mistrzostw świata. Chciałbym owe trzeźwe spojrzenie prezesowskie zaserwować również w stosunku do futsalu po awansie do finałów mistrzostw Europy Słowenia 2018. Nie heroizujmy tego wyniku ponad miarę. Podchodźmy do niego z pokorą. Jak na razie oprócz satysfakcji nie odczuł polski futsal in gremio (oprócz zawodników kadry, trenerów, opiekunów – co im słusznie należało się) innych gratyfikacji ze strony związku, sponsorów, widzów, telewidzów, a nawet mediów. Nastroje, co prawda, po awansie wahnęły się w stronę oczekiwań, ale i szybko przygasają. Oby ów awans nie okazał się „straconym awansem”. I pamiętajmy, iż polski futsal nie zaczyna się, ani nie kończy na słoweńskich grach finałowych.
Napoleon Bonaparte mawiał: „Od dwóch dobrych generałów wolę jednego, który ma szczęście”. I coś w tym jest. Przykładowo takim szczęśliwym trenerem był zawsze w roli selekcjonera seniorskich, czy młodzieżowych kadr Andrzej Bianga. Inną szczęście przynoszącą osobą jest nadzorujący w związku piłkarskim futsal oraz beach soccer wiceprezes Bednarek. Mało mówi się o nim w aspekcie awansów „plażówki” oraz futsalu do finałów ważnych światowych, czy europejskich imprez. Ba, nawet wielu w Polsce najzwyczajniej nie wie, że jego wiceprezesowski głos jest nad wyraz ważący dla piłki plażowej oraz futsalu. Ale tak jest.

Pamiętam czasy, gdy optował mocno za odebraniem piłki plażowej z rąk pozazwiązkowych, aby znalazła się pod jasną kuratelą PZPN. Później wykorzystując nowe opcje regulaminowo-strukturalne w związku obejmował pieczę nad futsalem, a w sumie nad obiema dyscyplinami. I tak w randze wiceprezesa radzi sobie z tym do chwili obecnej. A, że przy okazji pojedzie na ciekawe imprezy do atrakcyjnych rejonów świata, to już wynika z pełnionej funkcji. I tego nie czepiajmy się. Dlatego, póki szczęście jest przy wiceprezesie, niech kieruje beachsooccerowo-futsalowymi reprezentacjami oraz nadzoruje obie niszowe dyscypliny w ramach związkowych zadań. Czasami bowiem wystarczy tylko nie przeszkadzać, a system zadziała i będzie dobrze. A prezes Jan jest właśnie z tych, co pozwalają działać. Dają swobodę. A sztukę kompromisu opanował dość dobrze, gdyż nie na darmo był kiedyś posłem w polskim Sejmie. Posłem Samoobrony. I tak trzymać – drogi Janie.

Nie da się ukryć, że awans do finałów futsalowych ME w Słowenii zaskoczył też poniekąd twórców terminarzy rozgrywek. Ale znając operatywność odpowiednich gremiów PZPN czy FE, spodziewam się, że poradzą sobie z tym przy ustalaniu terminów rozgrywek rundy rewanżowej lub pucharów. Jest to niewątpliwie niedogodność z cyklu przyjemnych i do przełknięcia. Gorzej bywa z różnymi imprezami lokalnymi, regionalnymi, czy krajowymi - stowarzyszeń, korporacji, instytucji, kiedy to włodarze klubowi wnioskują o przełożenie meczów. I wtedy dopiero okazuje się, że futsal nadal jest tylko nieprzewidywalną organizacyjnie dyscypliną, a terminarze są burzone w sposób często nieuprawniony żadnymi regulaminami. Nie sądzę, aby jakikolwiek szanujący się sport przekładał mecze ligowe na centralnym szczeblu z powodu chociażby wesela zawodnika, czy wyjazdu na wycieczkę zakładową lub spotkanie sportowo-integracyjne. Terminarze poważnych rozgrywek, wyłączając terminy wskazane przez nadrzędne federacje, powinny bowiem być rzeczą świętą. Inaczej na zawsze pozostanie dyscyplina grą, czy zabawą dla nie znajdujących sobie miejsca w prawdziwej piłce. I apeluję, aby o tym w momencie poszukiwania sponsorów, czy poważnych telewizji, nie zapominać.
Jesień w polskim futsalu to czas eliminacji młodzieżowych mistrzostw Polski. Do rozgrywek rokrocznie zgłasza się multum zespołów w kategoriach męskich oraz kobiecych. Nic tylko cieszyć się, że pomysł wyartykułowany niecałe dziesięć lat temu przez panów Szymurę oraz Czeczko – twórców systematyzacji turniejów, a także kategorii wiekowych - ma się dobrze. Z drugiej jednak strony niemal każdy trener – od seniorskich kadr po młodzieżowe – zwraca uwagę, że gier jest ciągle za mało. I to już problem przewodniczącego Kaźmierczaka i jego zastępcy Morkisa.

Zawsze znajdą się jakieś rozwiązania, które pozwolą rozwinąć projekt młodzieżowy. I do tego zachęcam PZPN, gdyż w moim odczuciu teraz, po awansie do finałów ME, jest ku temu rzadka okazja. A po drugie, gdy na niedawnym zjeździe PZPN wysłuchałem informacji o niemal 200 milionowym budżecie, to nie przekona mnie nikt - ani prezes Boniek, ani wiceprezes finansowy Nowak, że na futsal młodzieżowy nie można dać więcej. I to nie tylko dla Komisji Futsalu, ale także dla województw, by ową dyscyplinę w gronie dzieci rozwijały. I nie jest to żadną łaską, lecz obowiązkiem nawet. I myślę – drodzy terenowi działacze futsalu, że powinniście o tym pamiętać przy następnych wyborach delegatów futsalu na Walne Zebranie PZPN.

Kadra kobieca zagrała mecze z Finlandią. Dla Finek były to pierwsze mecze międzypaństwowe. I od razu obydwa wygrane. My gramy jako kadra kobieca co najmniej od 6 lat. Mimo tego reprezentacja kobieca futsalu polskiego jawi się nadal jako coś robionego przy tak zwanej okazji, by nie nazywać pospolitym ruszeniem.

Polski futsal kobiecy jest nadal lata świetlne systemowo za futsalem męskim, który dzięki przykładowi płynącemu z FE profesjonalizuje się z roku na rok coraz bardziej. Niestety, w polskim kobiecym futsalu nie będzie lepiej dopóki rozgrywki ligowe pań będą tylko przerywnikiem dla piłki trawiastej – jej klubów oraz zawodniczek, a w PZPN nie powstanie mocna opcja futsalu kobiecego (porównywalna choćby do obecnej silnej opcji młodzieżowej futsalu). Jest trudno przebijać się, gdyż nie ma tego sportu w kalendarzu UEFA. I to rozumiem, ale grajmy. Mężczyźni też kiedyś zaczynali od amatorskiej zabawy. A - jak powiedział niedawno w wywiadzie Andrzej Szłapa - dzisiejsi kadrowicze skupiają się jednak tylko na futsalu. Kiedyś i w gronie mężczyzn większość zawodników łączyła futsal z piłką nożną trawiastą, a obecnie w najwyższej klasie rozgrywkowej są to wyjątki. W futsalu męskim procentują reformy zapoczątkowane dekadę wcześniej. Życzę kobietom futsalistkom, aby ich droga była podobna. Co nie znaczy wcale, że będzie łatwo, szybko oraz przyjemnie.

P.S. Najlepszym dowodem na inercję futsalu kobiecego w Polsce niech będzie fakt, że mecz z Finlandią obejrzałem na portalu fińskiego futsalu (!).

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...