Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Łęczycę miałem okazję w minionej dekadzie futsalowej odwiedzać dość często. Działo się to przy okazji występów Hurtapu w ekstraklasie futsalowej, później podczas imprez futsalu młodzieżowego, a także w związku z futsalowymi grami oldbojów. Zawsze było miło i profesjonalnie. Wcześniej o organizację dbała pani Karolina, a od pewnego czasu robi to pani Anna. Tak kiedyś jak i teraz czynione jest to z wdziękiem.

Ale do rzeczy. Po trzech latach wybrałem się po raz kolejny na futsalowe finały MMP do lat 20 mężczyzn. Tym razem był to dzień trzeci imprezy, czyli gry o lokaty. I trafiłem dobrze. Nie wiem jak obecnych w Łęczycy trenerów różnego sortu, w tym i kadr, ale mnie poziom sportowy zadowolił. Sędziowski – w  dniu kiedy byłem, też. O ile do minionej niedzieli miałem pewne obiekcje, czy  w związku z wycofaniem się przez UEFA z oficjalnych imprez rocznika U-21 na rzecz U-19 te mistrzostwa kontynuować, to teraz twierdzę – jak najbardziej tak. Sztandarowa impreza futsalowa związku dla młodzieży daje możliwość ciekawego przeglądu zaplecza. Jeżeli miałbym coś kontestować, to stawiałbym wniosek, który podpowiedział mi jeden z ekspertów na hali, by rozpoczynać zawody w piątek od godzin porannych, co zmniejszyłoby  intensywność turniejową. 
Rekord Bielsko Biała po raz kolejny udowodnił, że jest poza zasięgiem w tej kategorii wiekowej. Gratuluję trenerowi Piotrowi Szymurze dobrze wykonanej pracy. Cieszę się, że młodzieżowy team lubelski z logo uniwersyteckim na koszulkach, UMCS, któremu od lat niezmiennie kibicuję, kolejny rok zakończył rywalizację na drugim miejscu. I jeszcze wyróżnię chłopaków z kaszubskich Kartuz. Przebojem wdarli się do czwórki. I takiej świeżości potrzeba w ustalonej hierarchii futsalowej w każdych finałach. On daje asumpty innym, by wierzyć, że przyjdzie czas, kiedy i Rekord zostanie pokonany.

Finalizując temat turnieju, nie sposób nie wspomnieć o profesjonalnym obrandowaniu związkowym z wszechobecnym „Łączy nas piłka”. Chociaż jeszcze lepiej byłoby, gdyby związek dodawał i „łączą nas ludzie”. Zresztą nad oprawą związkową nie będę się rozwodził, bo jest ona obowiązkiem i wypadła na turnieju okazale. Natomiast pragnę wspomnieć o rozmaitości nagród oraz wielorakości innych propozycji marketingowych, skierowanych do uczestników finału przez bezpośredniego organizatora, czyli Hurtap Łęczyca. Poprzeczkę podniesiono naprawdę wysoko i pewnie nie każdemu kolejnemu organizatorowi będzie to w smak. Ale równać do najlepszych zawsze warto.

Kiedy jesienią 2008 roku w imieniu ówczesnego prezesa PZPN pana Listkiewicza prowadziłem w słowackim Popradzie negocjacje ze związkami Węgier, Czech oraz Słowacji w temacie powołania w miejsce turnieju trzech państw (Polska, Słowacja, Czechy) Futsalowego Turnieju Państw Grupy Wyszechradzkiej nie przypuszczałem, że jesteśmy prekursorami czegoś, co zrealizuje się później na innym polu w politycznej przestrzeni. Węgrom zależało bardzo, by dołączyć do naszego projektu futsalowego, gdyż za dwa lata mieli futsalowe finały europejskie i chcieli sprawdzić się organizacyjnie. I ten wyszehradzki turniej kadr seniorskich oraz U-21 miał być tego okazją. Impreza przyjęła się i trwa do dzisiaj. Naprzemiennie, kolejno organizują ją układające się w Popradzie nacje. Ale w tym roku jakoś on w moim mniemaniu skarlał. To, że nie grali seniorzy rozumiem, gdyż reprezentacje państw grupy wyszehradzkiej były zaangażowane w baraże od finałów ME Słowenia 2018. Ale to co odbyło się niedawno w Budapeszcie jest karykaturalną formą tamtej idei. W kategorii U-19 chłopców Węgrzy oraz Czesi wystawili kadry U-17. W gronie kobiet reprezentacji nie wystawili gospodarze, Węgrzy. Jednym słowem żenada, a nie poważny w zamiarze turniej. Apeluję, do wiceprezesa Bednarka, aby nie zadowalać się jakimś – jak to na pewno znani mu z racji zamieszkania sąsiedzi zza Odry mówią – ersatzem, lecz dobierać kadrom poważne imprezy. Nic na siłę – panie prezesie. Szanujmy nasz futsal.
W połowie grudnia otrzymałem z PZPN informację o systemie awansowym z drugich lig futsalowych do I ligi. Jest to coś, co jest zbieżne z moim myśleniem w tych sprawach. I szkoda tylko, że trzeba było czekać aż do grudnia na wypracowanie zasad. Pozytyw jednak jest taki, iż ma być to system na lata. Najważniejsze, że jest sprawiedliwy. Powiedzmy makroregionalny, dający szanse każdemu. I tym słabszym, i tym mocniejszym futsalowo wojewódzkim związkom na powalczenie o wyższą ligę.

Byłbym osobiście całkiem kontent – choć wiem, że zdanie moje nie jest tutaj najważniejsze - gdyby podobny system zalogowano do rozgrywek młodzieżowych. System ów  wyrównuje bowiem szanse regionów, a o rozwój futsalu w całym kraju, a nie tylko wybranych regionach, zarządzającym futsalem przecież powinno chodzić.

Jako że zbliżają się święta, i to te najbardziej magiczne dla Polaków, pozwolę sobie wspomnieć o czymś co nie jest rywalizacją, ale retrospekcją oraz takim quasi świątecznym spotkaniem wielu znajomych, ale w większości z futsalowej rodziny. Na początku grudnia w Gliwicach odbył się tradycyjny turniej futsalowy dzieci z Domów Dziecka. Jest to impreza, która rokrocznie zyskuje sympatię i wsparcie znanych osobistości ze świata sportu i show biznesu, a także lokalnych firm. W tym roku na halowym boisku pojawiły się między innymi dawne tuzy futsalu, występujące jako Reprezentacja Polski Futsalu „Moskwa 2001”. Cieszy, że nie zapomina się, przynajmniej w nieoficjalnej kolebce polskiego futsalu o zawodnikach, trenerach tamtego sukcesu. Niezmiernie mnie raduje, że znajdują się ludzie, którzy potrafią zadbać o takie z łezką w oku wspomnienia. Chylę czoła. Szczególnie przed futsalem gliwickim, który w latach 1992-1994 i mnie uczył piłki halowej, jeszcze wówczas futsalem nie nazywanej.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Noblista Albert Camus powiedział kiedyś, że prawie wszystko, co wie o obowiązkach i moralności zawdzięcza futbolowi. Nie wiem, co miał na myśli tak mówiąc i w to specjalnie nie wnikam,  gdyż od pewnego czasu nie należę, niestety, do grona osobników, którzy bezgranicznie wierzą w umoralniającą rolę piłki w „światowym teatrum”. Jak patrzę na decyzje europejskich czy światowych władz piłkarskich, dążących do umasowienia finałów ważnych imprez piłkarskich, odbieram je jako typowe działania dla zbijania kasy. A przy okazji traktuję jako idealną formułę zaspokojenia głodu sukcesu u wszystkich narodów kopiących piłkę po trawie, czy hali lub na plaży, a czasami nawet i siebie po czole. Traktuję jako formę agitacji wyborczej, gdyż poprzez takie wyciągniecie ręki szczególnie ten słabszy zgłaszający się do rywalizacji może poczuć się już na starcie swoistym zwycięzcą. To tak na wstępie gwoli dania asumptu do przemyślenia, dlaczego polski futsal nie profesjonalizuje się klubowo w rozmiarach oczekiwanych od lat.
W rok po objęciu władzy przez obecną ekipę kierującą polskim futsalem zastanawiam się, czy jest jakiś wzór matematyczny, który pozwoliłby opracować nieskomplikowane zasady wyboru dobrego działacza. Pewnie go nie ma. Tak jak nie ma wzoru na wyłonienie dobrego trenera, czy zawodnika. To taka profesja, w której szlachectwo nie jest dane raz na zawsze. Trzeba je ciągle, na bieżąco potwierdzać. Niemniej, jednego oczekiwałem od panujących futsalowi miłosiernie zarządców - zasypania podziałów w polskim futsalu. Niestety – jest to moje odczucie – jakoś to jeszcze nie wyszło. A czas biegnie.

Jestem poniekąd człowiekiem małej wiary jeżeli chodzi o takie sprawy, gdyż wiem z autopsji, iż materiał ludzki jest niezwykle ambitny i nie poddaje się łatwo zaszeregowaniu w nakreślane ramy. Ale z drugiej strony wierzę w doświadczenie przewodniczącego Kaźmierczaka wyniesione z dużej piłki. Celowo podkreślam – dużej piłki – czyli tej trawiastej, gdyż uważam, że wiele rozwiązań organizacyjno-regulaminowych - choćby w temacie rozgrywek młodzieżowych, czy systematyzacji lig niższych futsalu – należy stamtąd pobierać. Korzystać z rozwiązań wcześniej praktycznie sprawdzonych. I nie ma co wyważać w futsalu częstokroć już wcześniej otworzonych drzwi. Jeżeli mogę o coś poprzez felieton zwrócić się do przewodniczącego, to będzie to apel o kierowanie się jak najczęściej własnym rozsądkiem oraz doświadczeniem wyniesionym z macierzystego związku piłkarskiego oraz piłki trawiastej. I niech dzieje się to nawet kosztem odrzucania różnych podpowiedzi z - od lat raz bardziej, raz mniej – niejednolitego, by nie powiedzieć skonfliktowanego, środowiska futsalowego.

Wiele jeździłem jesienią po Polsce i tak składało się, że miałem możliwość rozmawiać z wójtami, burmistrzami niedużych gmin, czy miast. Zawsze wtrącałem temat futsalowy. I muszę stwierdzić, że właśnie w tych niewielkich samorządach upatrywałbym przyszłości dla rozwoju polskiego futsalu. Dzisiaj w czasach, kiedy niemal w każdej gminie, miasteczku, znajduje się hala sportowa do gry w futsal, ich zaangażowanie może pozwolić poszerzyć wiedzę o futsalu i jego bazę w tak zwanym piłkarskim terenie. A samorządowcy są do tego chętni.

Dla mnie bywają oni niejednokrotnie ważniejsi niż różni prezesi ważnych firm, którzy przeważnie o futsalu wiedzą tyle, co przeciętny zjadacz chleba na pięknej wyspie Kubie o skokach narciarskich. Co najwyżej kiwną głową, przytakną, coś może czasem wysupłają z kabzy, ale szerszego gestu dla futsalu nie zaoferują, bo to nie on przysporzy im tak oczekiwanego lansu, rozpoznawalności. I dlatego trzeba bywać – drodzy działacze futsalowi wszystkich szczebli oraz organizacji – częściej w terenie, a rzadziej na centralnych salonach. To w terenie czeka futsal organiczna, ale i syzyfowa nieraz praca.
Od roku 2011 utrzymuję kontakt z futsalem brazylijskim. Przyznaję od razu, że stał się on możliwy dzięki byłemu trenerowi naszej reprezentacji Vlasitmilowi Bartoskowi (dziękuję ci Vlasta – o ile czytasz felietony). Pokłosiem tych kontaktów był między innymi sfinalizowany w lipcu 2012 roku wyjazd naszej seniorskiej reprezentacji futsalowej na trzy mecze do Brazylii. I – co jest oczywiste w poważnych kontaktach – nasz pobyt przez cały czas pokrywali zapraszający. Przy okazji na marginesie wspomnę, że dodatkowo kadra otrzymała całkiem niespodziewanie atrakcyjny bonus od portugalskich linii lotniczych w postaci dobowego pobytu w Rio i zakosztowania słynnej Copacabany. Wiem jak trudne są negocjacje z Brazylijczykami, gdyż z upoważnienia prezesa Lato osobiście prowadziłem z nimi dialog oraz negocjowałem zaproszenie przez długie pół roku. Raz było łatwiej, raz trudniej, ale udało się. Ten wyjazd pozostaje dla mnie spełnieniem futsalowego marzenia dla zawodników ówczesnej kadry. A osobiście wielką satysfakcją, która zaowocowała ciekawymi kontaktami. O ile mnie pamięć nie myli był to drugi wyjazd polskiego futsalu do kraju kawy. Chyba z dekadę wcześniej była tam kadra pod wodzą Romana Sowińskiego. Życzę polskiemu futsalowi, aby był i trzeci raz, bo to naprawdę piękny kraj i fantastyczny ze znamionami organizacyjnej fiesty futsal, którego poziom jest znany na całym świecie. Jednak wcześniej oczekiwałbym od władz PZPN oraz kierownictwa polskiego futsalu zaproszenia reprezentacji futsalowej canarinhos na mecze do Polski. Tak wypada według zasad rewanżu. Liczę, że doczekam się. Z tego co wiem, Brazylia też na to liczy. I na pewno na taką futsalową ucztę czekają polscy kibice.

Z wielkiego świata futsalowego czas jednak powrócić - przynajmniej na chwilę - na ligowe podwórko. Mikołaj Zastawnik po kontuzji wrócił do kadry i strzela gole. Po jego powrocie Clearex też nie przegrywa. Chociaż w tym przypadku nie zapominałbym o Rafale Krzyśce w bramce. Ale wracając do Mikołaja. Jest to największy talent obecnych dni naszego futsalu. Kiedyś jako młodzieżowiec wyłapany z wielu przez trenera Korczyńskiego zbliża się do czasu, gdy powinien wyemigrować do niezłego zagranicznego klubu.

Niech pamięta, że Robert Lewandowski kisnąc dalej w polskiej słabej lidze tylko by tracił. Wyjechał do prawdziwie profesjonalnej ligi oraz topowego klubu i ciągle zyskuje. A niejako przy okazji zyskuje reprezentacja. Zastawnikowi jeszcze daleko do casusu Lewandowskiego w zakresie poziomu gry, ale warto już przynajmniej jedną nogą być poza granicą. O ile polski team trawiasty bez Roberta raczej nie obędzie się, reprezentacyjny futsal jeszcze bez Mikołaja daje radę. Czego przykładem jest sławetny remis z Hiszpanami w Elblągu. Niemniej, wreszcie chciałoby się też, aby po Pawle Budniaku kolejny polski futsalowiec „powąchał” dobrego zagranicznego klubu, gdyż to tylko podniesie oceny rodzimego futsalu.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...