Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Niedawno jeden z dziennikarzy zapytał działacza sportowego, będącego w kierownictwie jednego ze związków sportowych, czy bycie działaczem nie koliduje mu z pisaniem felietonów o tematyce sportowej. Działacz tylko roześmiał się i odpowiedział, że nie widzi merytorycznego związku w pytaniu. Opowiedział mi o tej wymianie zdań inny dziennikarz, obecny przy rozmowie. Słysząc to pomyślałem sobie wtedy: oby tylko takie problemy w łączeniu funkcji mieli działacze sportowi, byłoby całkiem dobrze. Tymczasem parają się niezliczoną liczbą działań, które nijak mają się do etyki sportowej, a nawet bywają zakazane. I dlatego, parafrazując słowa znanej piosenki, jestem zdania, że prawdziwych działaczy już nie ma. Natomiast w sporej liczbie są pracownicy sportowi, czyli pobierający niezłą kasę lub inne gratyfikacje przynależne do pełnionych funkcji ludzie, których wiele lat temu nazywano by działaczami, jak najbardziej zasadnie. A odnosząc się do przedstawionego na wstępie akapitu pytania podeprę się aktorem Maciejem Stuhrem, który powiada, że gra - jak nie pisze oraz pisze - jak nie gra. I to byłoby na tyle o mojej filozofii na styku działacz – felietonista.
Nieoceniony recenzent moich felietonów, pan Józef, zapytał, z czym kojarzy się mi niezwykle popularne powiedzenie "umiesz liczyć, licz na siebie". Szybko odpowiedziałem, że z emeryturą. Pan Józef tylko roześmiał się i stwierdził, iż on raczej myślał o sporcie, a dokładnie o futsalu. Słysząc w słuchawce ciszę dopowiedział – to jest rada starego działacza, który propagował przed 30 laty futsal w Polsce. I kontynuował – niech każdy wie w klubie, czy w związku terenowym, że wszelkie centrale w sumie i tak potraktują futsal jako dyscyplinę niszową. Zresztą dodał – popatrz pod jakie struktury w PZPN podlega futsal: pod pion piłki amatorskiej, więc komentarz zbyteczny. Nie będę odnosił się do słów pana Józefa. Przyjmuję je z pokorą, ale coś zaświtało mi w głowie po jego wypowiedzi.

Otóż niedawno odbył się w stolicy finał ogólnopolskiego turnieju halowego dla dzieci o puchar prezesa Bońka. Super impreza, którą jak najbardziej popieram. Ale czegoś mi zabrakło w nazwie. Jak wielce wspomogłoby futsal, gdyby przy turnieju zaistniało owo magiczne słowo – „futsal”. Nazwisko prezesa Bońka jest niezwykle nośne promocyjnie, marketingowo. Jestem pewien, że po wielokroć bardziej niż wszystkich współpracowników z wiceprezesami oraz członkami Komisji Futsalu włącznie. I o brak tego „słówka” mam żal do decydentów piłkarskich. Żal o straconą szansę.

Przeczytałem na jednym z portali futsalowych, iż reprezentacja trenera Korczyńskiego w terminie świąteczno-primaaprilisowym zagra w dwa mecze w Brazylii. Piękna eskapada, godny przeciwnik. Jest szansa coś podpatrzyć i przygotować się (!) do kolejnych zmagań europejskich z nacjami, które w składzie mają Brazylijczyków. Jest to trzeci wyjazd naszej kadry futsalowej do kraju kawy. Organizując poprzedni wyjazd zaprosiłem nań prezesa Bednarka, który wówczas stawiał pierwsze kroki przy centralnym futsalu. Same tylko „ochy” i „achy” padały z jego ust w trakcie pobytu i po powrocie. Liczę więc, że teraz jako miłościwie nam panujący prezes od futsalu reprezentacyjnego uczyni wszystko, by krajowym sympatykom, pasjonatom futsalu dać możliwość ujrzenia brazylijskich wirtuozów w Polsce.
Traktujmy to nawet jako swoistą rehabilitację promocyjno-marketingową za sytuację opisaną we wcześniejszym akapicie.

Aby zakończyć temat brazylijski wspomnę tylko – tonując nieco nastroje euforystyczne o niebywałym wzroście poziomu sportowego-organizacyjnego polskiego futsalu – że przed finałami futsalowego EURO w Moskwie 2001 roku Brazylijczycy, zapraszając nas na mecze, sfinansowali przeloty na trasie Europa – Ameryka Południowa. Rzecz obecnie nie do pomyślenia. Czyli jeszcze trochę nad poziomem - i to nie tylko sportowym - polski futsal musi popracować.

Termin halowych gier dziecięcych o puchar prezesa Bońka zbiegł się czasowo z finałami futsalowymi Akademickich Mistrzostw Polski, które też odbywały się w Warszawie. Polska stolica w porównaniu z Mexico City, w którym kiedyś, wizytując przyszłego prezesa PZPN oraz – jak na razie - jedynego króla strzelców finałów mistrzostw świata (życzę Robertowi Lewandowskiemu, aby w Rosji dołączył do Grzegorza Lato) przyszło mi błądzić, to miasto o wiele mniejsze, więc nie było problemu z obskoczeniem weekendowym obydwu imprez. Studencka impreza na luzie, niemal festynowa. Typowe sportowe juwenalia z domieszką rywalizacji. Związkowa z całym niezbędnym ceremoniałem. O związkowej media pisały wiele. O studenckiej jako tako, tylko profilowe.
A futsal akademicki przecież winien być solidnym zapleczem dla naszego futsalu. I tak pewnie rozumieją go obserwujący zmagania trenerzy reprezentacji Polski; męskiej – Korczyński oraz żeńskiej – Weiss. Poziom żeńskiej rywalizacji był całkiem przyzwoity. Krakowskie Jagiellonki oraz futsalistki z wałbrzyskiej PWSZ zdominowały rywalizację. W kategorii męskiej poza konkurencją był obrońca trofeum – Uniwersytet Warszawski. Osobiście wyróżniłbym jeszcze studencką drużynę z częstochowskiej Akademii Jana Długosza. Nie znam jakości kontaktów na linii władze AZS a związek piłkarski, czy Spółka FE, ale może sensownie byłoby pomyśleć, by w przyszłości termin akademickiego finału był wolny od gier ligowych. To tylko wpłynie pozytywnie na rodzimy futsal.

Kiedy we wtorek przed finałami młodzieżowych mistrzostw Polski U-18 chłopców spotkałem się z panem Januszem Szymurą i a priori chciałem mu pogratulować kompletu tytułów w MMP w kategorii chłopców w sezonie 2017/2018 był niezwykle wstrzemięźliwy w odbiorze. Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, iż ktoś może zagrozić Rekordzistom. Tym bardziej, że turniej finałowy miał odbywać się w „jaskini lwa”, czyli bielskiej hali przy ulicy Startowej. A jednak stało się inaczej. Drużyna z Bochni w finale pokonała faworyzowany team bielski. Jednej perły w przysłowiowej młodzieżowej „Koronie Królów” zabraknie Rekordowi. I to jest właśnie to piękno sportu. Nie ma faworytów do ostatniego gwizdka sędziego.

Na kanwie rywalizacji osiemnastolatków napiszę, że dobrze stało się, iż Komisja Futsalu uznała niejako to współzawodnictwo za najważniejsze w rywalizacji młodzieżowej, warunkując udziałem w nich pewne założenia licencyjne dla klubów. Od zawsze, kiedy jeszcze za mojej kadencji związkowej wprowadzaliśmy kategorie wiekowe do rozgrywek młodzieżowych uważałem kategorię U-18 za podstawową. Chociaż dla wielu sztandarowe miały być finały U-20. Wierzę, że teraz w kontekście mistrzostw Europy U-19 dyskusja w tym temacie zostanie przecięta raz na zawsze.
    
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Reprezentacja Polski w futsalu podczas zakończonych mistrzostw Europy Słowenia 2018 wstydu polskiej piłce nie przyniosła. Sam udział w finałach można zaliczyć sportowo jako przysłowiowy krok w przód. Los w ustalaniu grup w finale wybitnie nam nie sprzyjał. Sam fakt, że z naszej grupy, jako jedynej, dwa zespoły znalazły się w czołowej czwórce mistrzostw, wystarczy za komentarz. Ale robić należało swoje, mimo iż niebiosa nie szły z nami ramię w ramię. Rzekomo idą z najlepszymi, a my w Słowenii do nich nie należeliśmy. Niemniej, jako sukces zaliczyć należy grupowy remis z Rosją, podparty solidnym stylem gry. Reasumując krótko - cudu nie było, szczęścia nieco tak. EURO przetrwaliśmy. Ale przetrwaliśmy walką. Gratuluję.

Nie rozumiem za bardzo informacji na forach internetowych o niewykorzystanej szansie. Nie przesadzajmy z oczekiwaniami. Nie zawracajmy sobie głowy wspominkami o niewykorzystanej szansie. Nie oszukujmy się jakimiś karkołomnymi w wyrazie stwierdzeniami, że zagraliśmy trzy dobre połowy i jedną złą. Nie twórzmy bohaterów na siłę, bo nie jest to nikomu potrzebne. Najsensowniej spuentował wynik grupowy trener Korczyński mówiąc – „Byliśmy blisko, stanęliśmy w drzwiach, trzeba było zrobić ten krok. Ale jeszcze nas na to nie stać”.  Ja dodam –  dobrze, że mieliśmy możliwość stanąć na progu tego futsalowego salonu. Przyjrzeć się jak jest urządzony. Do kolejnych mistrzostw europejskich mamy cztery lata, a ta słoweńska lekcja - pokazując, że nie jesteśmy już typowym chłopcem do bicia - bardziej zaprocentuje niż „szczęśliwy” awans. Kolejny krok – poniekąd – staje się więc obowiązkiem.
Co mi utkwiło i o czym będę pamiętał – oprócz remisowego wyniku z Rosją - w wykonaniu polskich futsalistów na parkiecie w Lublanie. Na pierwszy miejscu wymienię kapitalny strzał Soleckiego w meczu z Kazachstanem. Na drugim wspaniałą postawę Kałuży w bramce w meczu z Rosją. Trzecie zarezerwuję dla Popławskiego, za solidny mecz w defensywie z Rosją. I wreszcie umieszczę Kubika, za jego szczęśliwe uderzenie sekundy przed końcem meczu, dające remis z Rosją. Nie byłbym sobą, gdybym tylko pochwalał. Dlatego napiszę, że widzę potrzebę wymiany kilku graczy. Ale których, pozostawiam do decyzji selekcjonerowi. I wiem, że bez koniecznych zmian nie podołamy kwalifikacjom do jak najwyższych etapów najbliższych eliminacji finałów światowych. Przypomnę, że raz graliśmy w tych finałach. Było to w Hongkongu w roku 1992. Czas wziąć się i za nie. Zafundować młodemu pokoleniu polskiego futsalu „światową” powtórkę.

Napoleon mawiał, że od dwóch dobrych generałów woli jednego, ale ze szczęściem. Ja też za tym optuję. Ale kto ma to szczęście przynieść – nie wiem. Czy trener z koncepcją oraz personaliami, czy zawodnicy formą oraz grą. Jest to typowo hamletowskie pytanie, na którego rozwiązanie daję sobie oraz reprezentacji czas do eliminacji najbliższych mistrzostw świata. Aby było jasne - nie mam pretensji do piłkarzy, robili co mogli, czy potrafili. Jak ich trener ustawiał, tak grali. Odnosząc się do wspomnianego „hamletowskiego przykładowego wskazania” życzę związkowi, aby prezentowane z trybun wprost bezcenne, zawiedzione wynikiem spotkania Rosja – Kazachstan, miny telewizyjne prezesa Bednarka oraz przewodniczącego Duraja były jak najrzadsze. I oby prezesi innych nacji byli tak markotni. To właśnie stoi za moją tezą o potrzebie szczęścia - i personalnego, i meczowego - w sporcie.
Nie tylko Słoweńcy, ale i Rosjanie, czy koledzy z Ukrainy, Rumunii mówili mi, że sporo kolorytu wnieśli oraz pozytywne wrażenie zrobili polscy kibice. Na mnie zresztą też. Byli widoczni w arenie oraz w telewizji. Byli głośni, kolorowo biało-czerwoni. Było ich wielu, co pokazało, że futsal budzi w naszym kraju zainteresowanie. I tylko go dopieszczać, ale już w kraju. Co zdaje się rozumieć spółka FE, fundując co rusz nowe rozwiązania oglądania meczów ekstraklasy dla  sympatyków futsalu. Zresztą, gdzieś tam w cieniu słoweńskich mistrzostw spółkowe władze dopięły kilka promocyjnych, marketingowych ruchów, które – da Bóg – przyczynią się realizacji projektu sponsora strategicznego. A co to znaczy „strategiczny sponsor”, miałem możliwość zobaczyć wracając z południa Europy, gdy po drodze zawitałem do Tarnobrzega, gdzie tenisistki stołowe grały o półfinał pingpongowej Ligi Mistrzów. Był nowy sponsor utytułowanych tarnobrzeskich tenisistek (ENEA) i była transmisja w TVP Sport. Patrząc, rozmarzyłem się o powrocie tej stacji do futsalu. Rozumiem, że na początek nie będzie 120-tysięcznej oglądalności, jaką zanotował Polsat Sport podczas meczu Polski z Rosją w Słowenii. Ale tylko solidne stacje są w stanie wspomóc na poważnie dyscyplinę. Rzekomo dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. I dodam - też marzeniami.  

Historia jest może nierychliwa, ale sprawiedliwa i wreszcie Portugalia została mistrzem Europy. Kibicuję jej od wielu lat, mogłem więc spokojnie w niedzielny poranek wychylić szklaneczkę Porto otrzymanego od sympatyków lizbońskiego Sportingu przed laty. Za sukces. Kiedy tak spijałem ten specjał, pomyślałem sobie – 17 lat temu wyeliminowała ich polska reprezentacja pod wodzą Romana Sowińskiego z finałów mistrzostw Europy. Nie przeszkodziło im to nadal być europejską czołówką i w kolejnych finałach brać udział oraz wywalczać medale. U nas natomiast było odwrotnie – 17 lat czekania na kolejny awans. 17 lat bujania się po różnych eliminacjach bez sukcesów. Patrząc na nasz obecny futsal wcale nie mam pewności, że kryzys został przełamany i kiedyś będzie tak jak z Portugalią. Nie wnikam w szkolenie, to temat nie tylko dla polskiego futsalu na oddzielną opowieść, czy felieton. Raczej patrzę na uchybienia organizacyjne, które nas różnią od Portugalczyków. Przede wszystkim rzuca się w oczy niespotykana w innych nacjach fluktuacja selekcjonerów reprezentacji (od 1992 roku do chwili obecnej było ich aż 20) oraz niesamowita karuzela działaczy komisji futsalowej. Trafiają do niej nie raz nie dwa ludzie otrzymujący to miejsce jako nagrodę za działalność w piłce, co niekoniecznie wiąże się stricte z futsalem. Tak było kiedyś, jest teraz i zapewne będzie w przyszłości też. A już w starożytności Cyceron mówił, że doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. I Portugalczycy to wiedzą, w odróżnieniu od nas. A raczej, w odróżnieniu od decydentów polskiej piłki.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...