Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Niedawno minęło trzy lata jak zaprzestałem pisania felietonów o futsalu. I pewnie tak zostałoby, gdyby nie informacja, że TVP Sport transmituje mecze ekstraklasy futsalu. Oho, pomyślałem, wreszcie poważna telewizja weszła na dłużej do środowiska. Czyli idzie ku lepszemu. Aby przekonać się o tym naocznie wybrałem się na mecz do Gliwic. Zresztą gliwicki futsal zawsze darzyłem sentymentem, gdyż to zawodnik z gliwickiej Sośnicy jeszcze w roku 1992 pierwszy raz dał mi szanse na zainteresowanie się tą dyscypliną. Wiesław Lipka - tak nazywał się ten piłkarz, grający w klubie wschodniej Polski, któremu w tamtym czasie prezesowałem - pojechał z reprezentacją Polski pod wodzą Michała Listkiewicza na finały mistrzostw świata w Hongkongu w 1992 roku. Do dzisiaj są to jedyne mistrzowskie, światowe finały z udziałem Polaków.  PZPN był bardzo wówczas wdzięczny, że pozwoliłem piłkarzowi pojechać, mimo iż sezon trawiastej kopanej trwał w pełni, a Wiesiek wraz z niedawnym prezesem Piasta Gliwice, Adamem Sarkowiczem był królem środka pola mojej klubowej drużyny. To tyle tytułem uzasadnienia nazwy rubryki - Z notatnika DZIEJOPISA. Zresztą dykteryjek oraz futsalowych historyjek, nie tylko współczesnych, nie zabraknie. Solennie obiecuję. Zawiodę tym samym wszystkich oczekujących opisów meczów, rzetelnych ocen, typowań piłkarzy kolejki i różnych podobnych rzeczy.  Niech to robią inni. Prawem, albo inaczej przywilejem felietonisty nie jest bowiem poszukiwanie prawdy obowiązującej bezpośrednio. Ale też nie należy poszukiwać w formie felietonu nieprawdy. Z zasady więc czytając go trzeba nieco inaczej rozumować.
Wracając do mojego wyjazdu do Gliwic. Przy okazji dziękuję za ładne fotki, które gdzieniegdzie w Internecie już ukazały się. I od razu uspokajam tych, którzy komentują pisząc, że wraca stare. Oświadczam, że na żadne prezesowskie, centralne stołki futsalowe już nie wybieram się, więc cieszcie się (nie)przyjaciele.  Otóż pierwsza rzecz, która mnie po latach w Gliwicach zaskoczyła to organizacja. Całkowita piątka i plus na dodatek. I nie oceniam tak dlatego, że napiłem się herbaty, zjadłem przepyszne ciasteczko, czy popróbowałem śląskiego żurku. Było profesjonalnie, telewizyjnie, z przytupem - rzekłbym. Bez opóźnień, niedomówień, każdy z organizatorów znał swoje obowiązki i wykonywał je wzorowo. Były migające ledowe reklamy, pełne trybuny publiczności, ważne osoby w gronie VIP-ów. A wszystko koordynowała przesympatyczna blondynka - pani Ewa. Brawo, brawo, brawo. Jak tak jest wszędzie, to tylko pogratulować nowemu prezesowi Futsal Ekstraklasy, Maciejowi Karczyńskiemu. Jednak nie będę chwalił Spółkowego dnia przed zachodem słońca i poczekam przynajmniej jeszcze z cztery kolejki. Sam mecz sportowo też był interesujący. Zmieniające się akcje, sporo strzałów, kadrowicze byli i obecni na parkiecie. Piękne parady bramkarzy z niesamowitym - jak przed laty - Groszakiem. Była i słynna "golowa", lewa nóżka Milewskiego, ale i piękny strzał w samo okienko bramki  strzeżonej przez popularnego "Słowika", Ukraińca Tarasowicza. UFF, wystarczy. Za dużo przechwalania też niedobrze. Gdyby jeszcze w przerwach kibicom zaprezentowały się czirliderki, a na trybunie powiało parę kibicowskich flag, byłoby całkiem na szkolną szóstkę.

Po tym co napisałem wydawałoby się, że polski futsal dzięki Spółce ekstraklasowej osiągnął całkowite wyżyny. Niestety, tak nie jest. Już na pierwszy rzut oka zauważyłem, iż knujących nadal nie brakuje. Niektórzy pewnie mają to w genach na zawsze. Środowisko wymaga dużo, jest niecierpliwe i jakoś mało chętne do dania od siebie więcej niż trzeba. Reprezentacje tradycyjnie grają w kartkę i pewnie sami trenerzy nie wiedzą, kiedy wygrają, a kiedy przegrają. Zawiść nadal żwawo krząta się wokół parkietów. Rozumiem, bo doświadczyłem tego na sobie w czasie futsalowej działalności, że najłatwiej jest uderzać , w prezesa, trenera, decydenta. Najlepiej robić to po cichu, za plecami, hejtowaniem. Jakże trudno prosto w oczy. Niemniej z satysfakcją zauważyłem, że nadal są prezesi, dla których futsal jest życiem. Cieszy mnie, że pan Wolny, pan Szymura, pan Dąbrowski  nie poddają się trudnościom i kolejne lata walczą o jak najlepszy wizerunek polskiego futsalu. Mniemam, że ich śladem pójdą inni, choćby pan Jenczmionka gliwickiego Piasta. Na deser zostawiłem pana Karczyńskiego. Pamiętam go dobrze z czasów gdy tworzył Pogoń 04 Szczecin. Dzisiaj, to wiodący klub futsalowej ekstraklasy, ale kierują już nim inni, którzy dojrzewali przy Macieju. On wziął się za bary ze Spółkową rzeczywistością. Jest to naturalna droga dla prezesa klubu. Spółka działa już siódmy rok. Pan Karczyński jest jej czwartym prezesem. Najwyższy czas, aby wyszła z opłotków. Poprzednik, pan Szymura, wyprowadził ją z "młodzieńczego" zakrętu. Teraz czas na dojrzewanie. Pokibicujemy, panie Macieju.
W drodze powrotnej z Gliwic przypomniałem sobie przeczytane niedawno słowa pewnego hierarchy, które brzmią "Nie jest dobrze, kiedy własne błędy chcemy zwalić na cudze plecy i domagamy się, by ktoś inny poniósł odpowiedzialność". Proponuję więc, aby każdy jeszcze teraz na początku sezonu zrobił sobie taki futsalowy rachunek sumienia. Jako autor felietonu już to zrobiłem. Proszę więc o zapanowanie nad emocjami, ambicjami, egoizmem. A na pewno przyda się to naszemu futsalowi.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...