Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Pisanie felietonu po tak nieudanym turnieju, jaki stał się udziałem naszej reprezentacji futsalowej w Zielonej Górze, jest kłopotliwe. Niemal zawsze każdy posiada oraz wyraża swoje opinie i ad hoc znajdzie się grono ludzi, i to niemałe, które dane opinie zakwestionuje albo wyśmieje. Przy okazji nawet obrażając się. A o to w polskim futsalu szczególnie łatwo. Nie ma bowiem w nim omylnych, tylko same chodzące prawdy, czy racje. Napiszesz dobrze - będą się do ciebie z daleka uśmiechać. Napiszesz źle - wyzwą cię od najgorszych. Cóż taki los dziennikarzy, felietonistów. Idzie się przyzwyczaić. Ale po Zielonej Górze nikt nie powinien udawać, że było dobrze. Kolejne etapy eliminacji do litewskich finałów mistrzostw świata 2020 przeszły nam koło nosa. I to w nieciekawym stylu. 

Niemoc i niespełniające się na parkiecie koncepcje. Aż dziwne, że dotknęło to nawet kilku, sprawdzonych wcześniej, wiodących naszych futsalistów. Szkoda mi było, iż stało się tak w przecudnej hali w Zielonej Górze. Stało się przy sporej widowni emocjonalnie podchodzącej do gry oraz wyniku reprezentacji.

Celowo używam słowa "kilku" w odniesieniu do reprezentantów, gdyż nie biorę pod uwagę wielu z tej pozostałej części, będącej li tylko tak zwanymi w felietonowym slangu „powołaniowymi sztukami”. Dostać przysłowiowe lanie zawsze można. Ale i to można osiągać w jakimś stylu. Tymczasem na dziewięć straconych goli siedem tracimy po stałych fragmentach gry. To już nie jest kuriozum lecz żenada. I odważę się napisać – z tych, których widzieliśmy na parkiecie jako całość, nie mógł selekcjoner zbudować mocnego teamu. Ale to już nie jest problemem felietonisty.

Niemniej wolno mi wyrazić swoje zdanie i poteoretyzować. Otóż ścieżką prowadzącą do sukcesu w moim mniemaniu nie jest zamykanie się w określonym kręgu graczy. Drogą do jakości ma być silna konkurencja o miejsce. Chodzi o to, by rywalizacja była realna, żeby odbywała się naprawdę, a nie tylko w teoretycznie, jedynie w deklaracjach. I nie należy z góry zakładać, że ktoś mi nie pasuje do składu. Nawet przy określonych koncepcjach powinny być próby. Niech ci "najedzeni", pewni, czy ulubieńcy też poczują, iż ich pozycje mogą być zagrożone. A już najgorsza może być w tej kadrowej układance okoliczność, kiedy otrzymuje się miejsce nieco na kredyt. Z tak zwanego przyzwyczajenia.

W poprzednim felietonie apelowałem do reprezentacji – nie musicie być zwycięzcami, bądźcie jedynie wygranymi. Niestety, nie dostosowali się do moich słów. Ale mam satysfakcję, że przynajmniej moje intencje właściwie odczytali niedoceniani wcześniej Finowie. Finowie – żadni futsalowi wirtuozi. Ich futsal, jak wszystko na północy, jest prosty, solidny, charakterny. Oni nie mają, tak jak my, potężnie rozbudowanych rozgrywek. U nich nie ma kilku ośrodków decydenckich odnośnie reprezentacji. Nie ma obrażania się, kunktatorstwa. Jest porządek i całość oparta na zasadzie – wódz oraz wojownicy. Z tym, że wódz posiada charyzmę, wiedzę, autorytet europejski, jest kontaktowy oraz koncyliacyjny. Podejrzewam, że niektóre z tych cech są obce naszemu wodzowi. I w tym właśnie widzę zasadniczą różnicę. Ale są to rzeczy do naprawienia nawet bez gruntownych zmian w personaliach. Tylko trzeba chcieć.

Jakoś tak dziwnie obdarzyłem się wiedzą – nie wiem czy prawdziwą – że futsalowa komisja ma nieduży wpływ na nasze reprezentacje. Coś mi się wydaje, iż związkowe działy reprezentacji przejęły nad nią nieodwołalnie pieczę. A głównym nadzorcą stał się tym samym wiceprezes Bednarek. Jeżeli się mylę, proszę o sprostowanie. Niemniej zaapeluję do prezesa Jana – więcej nadzoru oraz kontroli. W razie czego dopytać fachowców z grona futsalu. Są różni – i związkowi, i niezależni. A warto to zrobić, ponieważ kolejnego takiego reprezentacyjnego wstydu może polski futsal nie przetrzymać.

Andrzej Hendrzak