Z notatnika dziejopisa
Futsalowa II liga mazowiecka ma w swoim składzie jeden zespół, którego zawodnicy preferują grę piłką... na stołach. I wcale nie jest to ping-pong. Dyscyplina owa nazywa się teqball. Po raz pierwszy zmierzyłem się z nią, gdy udałem się do podwarszawskiej Podkowy Leśnej, by omówić z tamtejszym klubem ich start w futsalowej lidze na Mazowszu. Przy okazji zapoznałem z grubsza techniki teqballu, a nawet miałem możliwość praktycznego zaobcowania z dyscypliną.
Dla mnie – byłego zawodnika ligi centralnej tenisa stołowego – każda dyscyplina powiązana ze stołem i odbijającą się na nim piłką (niezależnie od wielkości) jest intrygująca. Dlatego z olbrzymim zainteresowaniem wysłuchałem prelekcji o przydatności teqballu do doskonalenia techniki piłkarskiej, nie wyłączając futsalowej. Dowiedziałem się, że kluby angielskiej Premiership mają – jak zrozumiałem - obowiązek posiadania stołu z powyginanymi rogami. A od lepszych piłkarsko zawsze warto brać przykłady.
Polski teqball jest mniej znany i popularny niż piłka sześcioosobowa, czy futsal, ale już zaliczył pierwszy, wielki międzynarodowy sukces. Polak został wicemistrzem świata podczas rozgrywanego w Budapeszcie czempionatu globu. Czempionatu, gdzie na starcie stanęli przedstawiciele 58 państw świata. Wywalczył teqball sukces, który ma już zaliczony dwukrotnie „sześcioosobówka”, a o który futsal dobija się bez skutku od lat. I nikt mi nie powie, że nie będzie mu teraz łatwiej w mediach. Tym bardziej, że dyscyplina ma ambasadorów w osobach panów Figo, Piresa czy Ronaldinho – znakomitych niegdyś piłkarzy.
Spotkałem się wielokrotnie z tezą, że dla futsalu nie jest potrzebna telewizja. Wystarczy internet. Z całym szacunkiem dla postępującego rozwoju sieci, to jednak nadal każdy sport walczy w pierwszej kolejności o prawa telewizyjne. Na chwilę obecną żadna relacja na kanale Łączy nas Piłka nie zastąpi transmisji w Polsacie czy TVP. Tak jest i przez najbliższe lata będzie. Z priorytetami przekazu wizualnego jest tak jak z gazetami. Rzekomo miały upaść, bo elektroniczne media je „zjedzą” niemal na śniadanie. Tymczasem znane tytuły mają się dobrze i ludzie je kupują.
Dlatego niezmiernie boleję, że w papierowych wydaniach nie ma prawie nic o futsalu. Za czasów przewodzenia futsalowej komisji mieliśmy stałą pozycję we wtorkowym „Przeglądzie Sportowym”. Nie stroniła od futsalu też „Piłka Nożna”. Piszę tylko o centralnych wydawnictwach, gdyż wiem, że w regionach kluby futsalowe mają swoje sposoby na zagospodarowanie mediów. I chwała im za to. A jak już jestem przy mediach, to wspomnę tak mimochodem, że marzy mi się, aby były one obiektywne w wyrazie dla futsalu, a nie kierowały się (i te elektroniczne, i te papierowe) jakąś jedyną słuszna opcją. Przy takim bowiem założeniu czynią więcej szkody niż pożytku.
Szkoda, że mój następca, pan Kazimierz Greń, kilka lat temu całkowicie wywrócił przygotowaną przeze mnie oraz pana Szymona Czeczkę profesjonalizację rozgrywek futsalu w Polsce. Teraz to odbija się czkawką, gdyż po sześciu latach jesteśmy w miejscu tamtego startu i ponownie nawołuje się o kolejne lata reformowego vacatio legis. Tymczasem normalna struktura polskiego futsalu, ta piramida rozgrywkowa, powinna już obecnie wyglądać 16 (III ligi) - 4 (II ligi) - 2 (I ligi) - 1 (ekstraklasa). A tak ciągle mamy tylko amatorską dyscyplinę z okazjonalnymi przebłyskami profesjonalizmu.
Z zainteresowaniem przeczytałem w futsal-polska rozmowę z Marcinem Mikołajewiczem. Cieszy mnie, że wraca do zdrowia i pomaga klubowi w walce o punkty. Prawdę mówiąc, myślałem, że po kontuzji nie wróci już na ligowe parkiety i zajmie się pracą szkoleniową. Odkąd pamiętam Marcin zawsze posiadał chart ducha. Pokazywał, że praca nad sobą może wynieść na sportowe wyżyny. Czasami przypominają mi się w jego aspekcie oceny kierowane do Grzegorza Lato z początków kariery, gdy też nie wróżono przyszłemu królowi finałów mistrzostw świata piłkarskiej kariery. Ciekawy jestem jak dzisiaj mają się ci szkoleniowcy, którzy nie widzieli w Marcinie reprezentacyjnego futsalisty.
Ważne jest bowiem, by znać swoje możliwości i znaleźć miejsce w sporcie, w którym można spełniać się. A sądzę, że Marcin właściwie postawił w pewnym okresie na futsal, który odpłacił mu się wieloma cudownymi przeżyciami. Warto, aby młodzi adepci futsalu też jak najszybciej dokonywali wyboru, gdyż nie każdy musi być Lewandowskim na trawie, a futsal również pozwala na wspaniałą życiową przygodę.
Andrzej Hendrzak