Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN
Jak masz w nazwie "RED" to masz patent na czerwoną Wisełkę... Coś w tym jest, bo tylko Red Dragons i Red Devils potrafiły wygrać z liderem. Teraz mogę to otwarcie napisać: po serii trzech słabych spotkań na otwarcie sezonu zarząd naszego klubu zamroził 25% wypłat i nałożył na jednego zawodnika surową karę finansową. Dwóch innych zostało skreślonych z listy stypendialnej i już nie trenuje z drużyną, choć tu powody rozstania były różne, przede wszystkim podjęcie pracy zawodowej poza Chojnicami. Podjęliśmy surowe decyzje, ale zespół na krytykę odpowiedział w możliwie najlepszy sposób - dwoma zwycięstwami z rzędu nad GAF Jasna i Wisłą Krakbet. Trzeba było pierdolnąć pięścią w stół, aby zespół zaczął grać na miarę swoich możliwości. Ruszyliśmy z miejsca, musimy teraz wygrać z Gwiazdą, aby zapewnić sobie utrzymanie, a potem gramy puchar. Nie ukrywamy, iż HPP to cel numer jeden w bieżącym sezonie, chcemy awansować do Final Four i tam powalczyć o pierwsze miejsce.
W tym tygodniu ponownie doby były za krótkie, to ten felieton nie będzie czytadłem na długie godziny. Nie mam konkurencji, inni felietoniści zapadli się pod ziemię - taka sytuacja rozleniwia. Putin też robi co chce, to dlaczego ja mam mieć gorzej? Dobra to to jedziemy, teraz o lidze:
Clearex wreszcie odpalił. Długo im to zajęło, no ale wagoniki ruszyły jakoś pod górę. Stuletni Miro Miozga napoczął gliwiczan. Nie piszę tego złośliwie, a raczej z podziwem, bo raz już go odpalono z fanfarami. A jednak wrócił jak bumerang do Chorzowa i ciągnie ten wózek jako grający trener. I ciągle świeci przykładem, to także jedna z ikon polskiego futsalu. A w spotkaniu trwała wymiana ciosów, tylko Clearex ciągle zachowywał bezpieczną przewagę. GAF gra nadal w kratkę, ale tak samo liczna grupa w środku tabeli. Tu się będzie mielić do końca sezonu i nikt nie zgadnie właściwej kolejności. Do bramki Clearexu powrócił Pstrusiński, co było na pewno dużym wzmocnieniem, z drugiej strony parkietu Widuch zagrał nieco słabiej niż można było się spodziewać. Jak się okazało postawy golkiperów zadecydowały o wyniku spotkania.
Euromaster u siebie uległ Gatcie 2:3. W Głogowie nikt nie ma lekko, gospodarze zaczęli dobrze po golu Darka Pieczyńskiego, który swoją nienaganną techniką pokonał Darka Słowińskiego. A potem poszło już planowo. Zostawić niekrytego Michała Marciniaka w polu karnym - to czyste samobójstwo. Potem do tej pory dobrze broniący Długosz zrobił klopsa przy bramce z wolnego Szymczaka. Do tej pory jego żona (znaczy się Długosza) w tym się specjalizowała, ale postanowił ją zastąpić. Potem już było trochę lepiej, wrócił z kuchni na parkiet. Wkrótce "Mały" podwyższył na 3:1 i sytuacja stawała się trudna. Gospodarzy stać było na kontaktową Kaczmara.
Gospodarze to typowy zespół środka tabeli, ani nie zdobędą mistrzostwa, ani nie spadną. Dużo się gada o różnych bramkarzach, a mi się wydaje, że mocno niedoceniany jest Darek Słowiński. Mówiło się, iż Gatta ma zawsze problem z golkiperem, a tu znaleźli wreszcie rozwiązanie i mają spokój w tyłach. A jak jest pewny punkt między słupkami to też od razu lepiej się gra. Jedynym mankamentem jest mała kadra, która mocno ogranicza ich szanse na złoty medal.
A teraz "Pniewska Masakra Piłą Mechaniczną". Rozpędzony zwycięstwami Express z Katowic zatrzymał się w tej mieścinie i nagle okazało się, iż przedział jest cały pusty. Nikt nie przyjechał, pojawiła się za to gromada przebierańców, która wesoło wtargnęła na parkiet, podając się za piłkarzy. Na konferencji pojawił się tylko trener Korczyński, który potwierdził w.w. fakty. Z kolei trener Frajtag całkiem słusznie zauważył, że Maciej Foltyn jest w genialnej formie i obecnie jest najlepszym bramkarzem ligowym. Na dodatek młodym i perspektywicznym, ale sztab szkoleniowy reprezentacji nie zauważa tego. Ja noszę okulary, ale niektórym to przydałby się teleskop. No cóż, Foltyn ma teraz zajęcie - oprócz strzelania bramek serwuje niezłe podobno kebaby. Przynajmniej nie musi tracić czasu na publikacje durnych oświadczeń. Aha, Maciek - po golach pokazujesz uda jak Cristiano Ronaldo, ale musisz zeżreć jeszcze tysiąc kebsów żeby mieć takie jak on ;)
Gwiazda kontra Uniwersytet Gdański - to był najważniejszy mecz dla obu drużyn, a dla gdańszczan praktycznie ostatnia szansa na nawiązanie bezpośredniej walki o utrzymanie. Co tu dużo pisać, Michał Kartuszyński nie popisał się przy dwóch pierwszych bramkach, wkrótce Gwiazda dodała trzecią i miała już spory komfort gry. Akademicy nie mając nic do stracenia zerwali się do walki i dwukrotnie trafili do siatki. Potem jednak Gwiazda miała serię doskonałych okazji, ten mecz dużo wcześniej powinni zakończyć Szachnitowski i Piasecki, ale obaj trafili w poprzeczkę, mając niemal pustą bramkę, potem Bańczyk szedł sam na sam od własnej połowy i zagubił się we własnych zwodach. A to co zrobił Działach, to już artyzm z wysokiej półki. Mając kompletnie pustą bramkę strzelił z kilku metrów nad poprzeczką. To trzeba po prostu umieć. No i jak to bywa w futsalu, niewykorzystane sytuacje mszczą się podwójnie, tak więc szybka kontra, podcinka Pawickiego - i oto mamy remisik. Obserwowałem to spotkanie na lajfach i widząc, iż gospodarze mają 5 fauli na koncie, dawałem w końcówce więcej szans gdańszczanom, którzy nie dość, że wyszli z dużego impasu, to mają kilka indywidualności, które mogą same przeważyć o wyniku. Ale tu nastąpiła historia z cyklu "od zera do bohatera i z powrotem". Wojtek Pawicki najpierw doprowadził do remisu, ale w końcówce dał się w prosty sposób ograć Hewlikowi, który po świetnych zwodach celnie uderzył za trzy punkty. No i Gdańsk jedną nogą w pierwszej lidze, a czekają ich teraz mecze z Rekordem (D), Pogonią (W) i Gattą (W). Jak nie zrobią jakiegoś cudu i nie wygrają któregoś z tych meczów, to reszta im odjedzie na dobre. A Gwiazda ma kolejny mecz o życie - u nas w Chojnicach.
Rekord - Pogoń. W Szczecinie Mistrz Polski wbił rywalom "ósemkę", u siebie nie chciał być gorszy i powtórzył ten wynik. Jak ktoś chce sobie potrenować strzelanie, porobić zakłady, czy trafi czy nie, czy też potrenować cieszynki - to musi się umówić z Portowcami. Biją absolutne rekordy, defensywa nie istnieje. O bramkarzach trudno cokolwiek napisać, bo ich po prostu nie ma. Tam się coś mocno posypało, wszyscy mają ich za chłopców do bicia, Łukasz Żebrowski widocznie przybity tym wszystkim. Powiększyli halę i od razu powiększyli swoje bramki, do których trafia nawet niewidomy. Jak tak dalej pójdzie, to będą walczyć o utrzymanie, 18 punktów to nie jest aż tak dużo. A Rekord ostatnio się rozpędza, cztery mecze z rzędu wygrane. Gonią czołówkę, ja ich już skreśliłem, ale przy obecnej formie Wisły to jeszcze nie jest koniec. Rafał Franz wali gole jak na zawołanie, 16 na koncie, lider tabeli i idzie na "Strzelca Królców". Ale w kadrze nie gra, bo wyraził swoje zdanie na kilka kontrowersyjnych tematów, co się niezbyt spodobało. A do Franka najlepiej pasuje powiedzonko Sławka Suchomskiego, który kiedyś grał w Holidayu - "Wiecie ile ta noga już strzeliła bramek? Więcej niż Hitler zabił Żydów".
No i na koniec wisienka na torcie. Pisałem tydzień temu, że Wisła będzie miała trudny mecz, bo u nas to każdy się spina podwójnie. Po spotkaniu to się śmiałem, że będziemy co mecz wystawiać atrapy kamer Orange Sport, bo jak jest telewizja, to chłopaki wypruwają sobie żyły. Grający trener wprowadził bardzo dużo spokoju z tyłu, gra jak profesor. 41 lat na karku, a w ogóle tego nie widać na parkiecie. No i ta psychologiczna - jak się potem okazało - zagrywka: w 7. minucie wycofać bramkarza przeciwko Wiśle? To jeszcze nikomu nie przyszło do głowy. A my pokazaliśmy, iż nie boimy się lidera. Fakt, straciliśmy bramkę po rykoszecie po strzale Charczenki, ale wcześniej mieliśmy dwie dobre okazje do objęcia prowadzenia. Pomimo przegrywania nikt nie panikował, graliśmy spokojnie swoje. Tak naprawdę to nawet nie pozwoliliśmy rozwinąć skrzydeł rywalom, Wiślacy nie mieli praktycznie żadnych dobrych sytuacji. A my z minuty na minutę graliśmy coraz lepiej. Tomek Kriezel doznał kontuzji już w pierwszych sekundach spotkania, kiedy zblokowano mu stopę przy strzale. Nasi lekarze szybko go opatrzyli, tejpy plus blokada i wrócił na parkiet. I zagrał fajny mecz, dwie bramki i kilka naprawdę dobrych akcji. Trener Andrea Bucciol powołał go na konsultację, zasłużył sobie nasz "Karuzel". Co tu dużo opisywać, wszyscy to widzieli. To były Czerwone Diabły w wielkiej formie. Szkoda, że nie mają jej co tydzień. Ale myślę, że kryzys mamy już za sobą, zespół został poukładany i to nas zaczną się bać, a nie my przeciwników. Teraz Gwiazda - konieczna wygrana aby mieć spokój w lidze, a potem Pogoń w pucharze. Dwa mega ważne spotkania, dwa mecze w Chojnicach. Wygrywamy, mamy przerwę na regenerację sił i ruszamy do finiszu. "Highway to Hell" zabrzmi jeszcze nieraz w naszej hali, na której mieliśmy praktycznie komplet publiczności. "Klaskacze" zrobiły wielki hałas, w telewizji były wygłuszone, ale na hali było naprawdę głośno. Wszystkim w klubie wrócił dobry humor, zwłaszcza sponsorom. To idziemy za ciosem!!!
Kącik bibliotekarski - pozycja już od dłuższego czasu dostępna na rynku, czyli "Ja, Ibra". Bardzo ciekawa lektura, bardzo interesujący człowiek, bardzo dobry piłkarz. "Możesz wyciągnąć człowieka z getta, ale nigdy getto z człowieka". Taki napis widnieje w przejściu podziemnym w Malmoe, którym Zlatan Ibrahimović codziennie przechadzał z sercem w gardle. Na przedmieściach, w nie cieszącej się dobrą opinią dzielnicy Rosengaerd będącą "sypialnią" dużego miasta - tam Zlatan zaczynał swoją karierę w tanich butach z supermarketu.
"Wszędzie gdzie trafiał, pałał żądzą zemsty wobec tych, którzy wydawali mu się źli. Rodzice jego kolegów zbierali podpisy, by wyrzucić go z drużyny, trenerzy zawsze byli bardziej chętni do krytyki niż do pochwał. Pragnienie, by być lepszym od pozostałych prowadzi go z Malmoe do Ajaksu, gdzie przejmuje spadek po wielkim Van Bastenie później do Juventusu, gdzie Capello piłkarsko lepi go na nowo; następnie do Interu, skąd zabiera kolejne tytuły mistrzowskie. W Barcelonie zostaje tylko rok, wystarczająco dużo czasu, by wykrzyczeć w twarz Guardioli: "Nie masz jaj!", przed powrotem do Włoch, z nowymi magicznymi zagraniami. Historia Zlatana toczy się dalej w Milanie i, jak sam mówi, "to jest bajka, podróż z getta do marzeń". W "Ja, Ibra" Zlatan Ibrahimović po raz pierwszy opowiada o swoich przeżyciach na boisku i poza nim, o radościach i szaleństwach w życiu nie zawsze w pełni kontrolowanym" – to cytaty z jednej z recenzji książki.
Gorąco polecam, bo ta lektura wciąga od samego początku. Do tego mamy kulisy jego wielkich transferów, a także opowiastki jak znajomemu z internetowej gry na playstation podarował zegarek. Dużo ciekawostek zza kulis wielkiej piłki. Ekscentryk i egocentryk, takich piłkarzy którzy znając swoją wartość nie umieją być skromni jest niewielu. Czytamy :)
M7
(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)