Z notatnika dziejopisa

Nie tylko w polityce, ale i w sporcie są rzeczy, o których najbardziej wygadanym filozofom nie śniło się. Nie mówiąc już o felietonistach. Dla mnie najczęściej są to określenia o dominującej roli jakiegoś sportu w życiu ogółu. Kiedyś tak pretensjonalnie określano wielkość polskich reprezentacji siatkarzy, czy piłkarzy ręcznych. Zimą zawsze to dotyczy skoczków narciarskich. Niechybnie ciągle na topie jest kopanie w piłkę na trawie. Ale analizując nie wychylałbym się z określaniem tych dyscyplin jako szczególne sporty narodowe Polaków. Są sukcesy, to i naród w ich kierunku przechyla się. Nie wiem jakim genem sportowym genetyka obdarzyła najbardziej lud polski i dlatego nie jestem skłonny, aby – za często bezrefleksyjnymi dziennikarzami - powtarzać różne medialne, często aż bezdurne, wynurzenia w tym temacie.

Zawsze będę optował za stonowanym optymizmem, takim w rodzaju słów prezesa Bońka, który po gdańskiej porażce kadry Nawałki z Meksykiem szybko skarcił wszystkich nadużywających opcji sukcesowej, mówiąc coś w sensie - chyba jeszcze nie nasz czas na medal mistrzostw świata. Chciałbym owe trzeźwe spojrzenie prezesowskie zaserwować również w stosunku do futsalu po awansie do finałów mistrzostw Europy Słowenia 2018. Nie heroizujmy tego wyniku ponad miarę. Podchodźmy do niego z pokorą. Jak na razie oprócz satysfakcji nie odczuł polski futsal in gremio (oprócz zawodników kadry, trenerów, opiekunów – co im słusznie należało się) innych gratyfikacji ze strony związku, sponsorów, widzów, telewidzów, a nawet mediów. Nastroje, co prawda, po awansie wahnęły się w stronę oczekiwań, ale i szybko przygasają. Oby ów awans nie okazał się „straconym awansem”. I pamiętajmy, iż polski futsal nie zaczyna się, ani nie kończy na słoweńskich grach finałowych.
Napoleon Bonaparte mawiał: „Od dwóch dobrych generałów wolę jednego, który ma szczęście”. I coś w tym jest. Przykładowo takim szczęśliwym trenerem był zawsze w roli selekcjonera seniorskich, czy młodzieżowych kadr Andrzej Bianga. Inną szczęście przynoszącą osobą jest nadzorujący w związku piłkarskim futsal oraz beach soccer wiceprezes Bednarek. Mało mówi się o nim w aspekcie awansów „plażówki” oraz futsalu do finałów ważnych światowych, czy europejskich imprez. Ba, nawet wielu w Polsce najzwyczajniej nie wie, że jego wiceprezesowski głos jest nad wyraz ważący dla piłki plażowej oraz futsalu. Ale tak jest.

Pamiętam czasy, gdy optował mocno za odebraniem piłki plażowej z rąk pozazwiązkowych, aby znalazła się pod jasną kuratelą PZPN. Później wykorzystując nowe opcje regulaminowo-strukturalne w związku obejmował pieczę nad futsalem, a w sumie nad obiema dyscyplinami. I tak w randze wiceprezesa radzi sobie z tym do chwili obecnej. A, że przy okazji pojedzie na ciekawe imprezy do atrakcyjnych rejonów świata, to już wynika z pełnionej funkcji. I tego nie czepiajmy się. Dlatego, póki szczęście jest przy wiceprezesie, niech kieruje beachsooccerowo-futsalowymi reprezentacjami oraz nadzoruje obie niszowe dyscypliny w ramach związkowych zadań. Czasami bowiem wystarczy tylko nie przeszkadzać, a system zadziała i będzie dobrze. A prezes Jan jest właśnie z tych, co pozwalają działać. Dają swobodę. A sztukę kompromisu opanował dość dobrze, gdyż nie na darmo był kiedyś posłem w polskim Sejmie. Posłem Samoobrony. I tak trzymać – drogi Janie.

Nie da się ukryć, że awans do finałów futsalowych ME w Słowenii zaskoczył też poniekąd twórców terminarzy rozgrywek. Ale znając operatywność odpowiednich gremiów PZPN czy FE, spodziewam się, że poradzą sobie z tym przy ustalaniu terminów rozgrywek rundy rewanżowej lub pucharów. Jest to niewątpliwie niedogodność z cyklu przyjemnych i do przełknięcia. Gorzej bywa z różnymi imprezami lokalnymi, regionalnymi, czy krajowymi - stowarzyszeń, korporacji, instytucji, kiedy to włodarze klubowi wnioskują o przełożenie meczów. I wtedy dopiero okazuje się, że futsal nadal jest tylko nieprzewidywalną organizacyjnie dyscypliną, a terminarze są burzone w sposób często nieuprawniony żadnymi regulaminami. Nie sądzę, aby jakikolwiek szanujący się sport przekładał mecze ligowe na centralnym szczeblu z powodu chociażby wesela zawodnika, czy wyjazdu na wycieczkę zakładową lub spotkanie sportowo-integracyjne. Terminarze poważnych rozgrywek, wyłączając terminy wskazane przez nadrzędne federacje, powinny bowiem być rzeczą świętą. Inaczej na zawsze pozostanie dyscyplina grą, czy zabawą dla nie znajdujących sobie miejsca w prawdziwej piłce. I apeluję, aby o tym w momencie poszukiwania sponsorów, czy poważnych telewizji, nie zapominać.
Jesień w polskim futsalu to czas eliminacji młodzieżowych mistrzostw Polski. Do rozgrywek rokrocznie zgłasza się multum zespołów w kategoriach męskich oraz kobiecych. Nic tylko cieszyć się, że pomysł wyartykułowany niecałe dziesięć lat temu przez panów Szymurę oraz Czeczko – twórców systematyzacji turniejów, a także kategorii wiekowych - ma się dobrze. Z drugiej jednak strony niemal każdy trener – od seniorskich kadr po młodzieżowe – zwraca uwagę, że gier jest ciągle za mało. I to już problem przewodniczącego Kaźmierczaka i jego zastępcy Morkisa.

Zawsze znajdą się jakieś rozwiązania, które pozwolą rozwinąć projekt młodzieżowy. I do tego zachęcam PZPN, gdyż w moim odczuciu teraz, po awansie do finałów ME, jest ku temu rzadka okazja. A po drugie, gdy na niedawnym zjeździe PZPN wysłuchałem informacji o niemal 200 milionowym budżecie, to nie przekona mnie nikt - ani prezes Boniek, ani wiceprezes finansowy Nowak, że na futsal młodzieżowy nie można dać więcej. I to nie tylko dla Komisji Futsalu, ale także dla województw, by ową dyscyplinę w gronie dzieci rozwijały. I nie jest to żadną łaską, lecz obowiązkiem nawet. I myślę – drodzy terenowi działacze futsalu, że powinniście o tym pamiętać przy następnych wyborach delegatów futsalu na Walne Zebranie PZPN.

Kadra kobieca zagrała mecze z Finlandią. Dla Finek były to pierwsze mecze międzypaństwowe. I od razu obydwa wygrane. My gramy jako kadra kobieca co najmniej od 6 lat. Mimo tego reprezentacja kobieca futsalu polskiego jawi się nadal jako coś robionego przy tak zwanej okazji, by nie nazywać pospolitym ruszeniem.

Polski futsal kobiecy jest nadal lata świetlne systemowo za futsalem męskim, który dzięki przykładowi płynącemu z FE profesjonalizuje się z roku na rok coraz bardziej. Niestety, w polskim kobiecym futsalu nie będzie lepiej dopóki rozgrywki ligowe pań będą tylko przerywnikiem dla piłki trawiastej – jej klubów oraz zawodniczek, a w PZPN nie powstanie mocna opcja futsalu kobiecego (porównywalna choćby do obecnej silnej opcji młodzieżowej futsalu). Jest trudno przebijać się, gdyż nie ma tego sportu w kalendarzu UEFA. I to rozumiem, ale grajmy. Mężczyźni też kiedyś zaczynali od amatorskiej zabawy. A - jak powiedział niedawno w wywiadzie Andrzej Szłapa - dzisiejsi kadrowicze skupiają się jednak tylko na futsalu. Kiedyś i w gronie mężczyzn większość zawodników łączyła futsal z piłką nożną trawiastą, a obecnie w najwyższej klasie rozgrywkowej są to wyjątki. W futsalu męskim procentują reformy zapoczątkowane dekadę wcześniej. Życzę kobietom futsalistkom, aby ich droga była podobna. Co nie znaczy wcale, że będzie łatwo, szybko oraz przyjemnie.

P.S. Najlepszym dowodem na inercję futsalu kobiecego w Polsce niech będzie fakt, że mecz z Finlandią obejrzałem na portalu fińskiego futsalu (!).

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

No i stało się. Zarząd PZPN zagłosował za zmianą trenera reprezentacji polskiego futsalu. Rezygnującego pana Biangę zastąpił jego asystent pan Korczyński. Czy to będzie dobra zmiana, czas dopiero pokaże. W każdym razie pan Andrzej Bianga może czuć się zadowolonym oraz zwycięskim, gdyż odszedł ze stanowiska - co zdarza się w sporcie raczej rzadko - po sukcesie, a nie porażce, I tego wypada też życzyć jego następcy.

Hermetyczne środowisko futsalowe nie jest już jednak tak jednomyślne w sprawie zamiany na trenerskich stołkach jak zarządcy z PZPN, czy włodarze ze związkowej Komisji Futsalu. Wiele głosów pada o roli działaczy w tej zmianie, nie mającej – zdaniem środowiska - żadnego uzasadnienia w wynikach kadry. Nie felietoniście to rozstrzygać. Historia za pewien czas zapewne prawdę podskórną owej zmiany wyjaśni.
Jak już jesteśmy przy historii, to jako historyk podeprę się profesorem Wieczorkiewiczem, z  którym w dawnych latach, ze względu na wspólne zainteresowania historią naszego wschodniego sąsiada, miałem okazję rozmawiać. Przymierzając pewne jego słowa do faktów nam danych na co dzień, i w sporcie też, a nawet w tym maluczkim futsalu, mogę jedynie potwierdzić powyższą tezę, że historia dopiero po czasie wyjaśnia niektóre zdarzenia. Otóż profesor niezmiennie powtarzał, że jest historia prawdziwa i historia medialna, fasadowa. Ta prawdziwa w dużej mierze toczy się za kulisami. A, że pragnę być człowiekiem poważnym więc pozwolę sobie - idąc za myślą profesora - nie ufać wszystkiemu, w tym też w temacie zmiany futsalowego szkoleniowca, co mówią działacze, czytam w prasie, czy oglądam w internecie.
 
Nie wiem kiedy i dlaczego sporo klubów przyjęło, że moje felietony mogą stać się ich tubą w przekazywaniu opinii wobec Komisji Futsalu albo Kolegium Sędziowskiego. Nic bardziej błędnego. Oczywiście w wielu przypadkach zgadzam się z przedstawionymi poglądami, ale nie mam ochoty ich weryfikować, więc i w felietonie trudno je pomieszczać. Niemniej na prośbę wypróbowanego informatora oraz recenzenta pana Józefa zapytam, kiedy zostanie dostarczona kolejna transza piłek dla klubów I ligi i czy będą one takiej samej jakości jak transza pierwsza?

To taki jednorazowy wyjątek, a kluby namawiam do dbania o własną podmiotowość i stawiania spraw wobec związku w sposób jasny, bezkompromisowy i bez strachu, gdyż bez was komisja futsalowa nie byłaby nikomu potrzebna. I zawsze powołujcie się na słowa prezesa Bońka, który gdzieś dekadę temu na jednym z walnych zebrań PZPN tłumaczył mi, że rolą związku jest służebność wobec klubów.

Muszę powiedzieć, że udali się tegoroczni beniaminkowie Futsal Ekstraklasie. Tak w Białymstoku jak i w Słomnikach widać futsalowy głód. Pełne trybuny kipią energią. Zespoły grają odważnie i widowiskowo. MOKS i LEX starają się jak mogą wywrócić ukształtowaną latami hierarchię rozgrywek ekstraklasowych. I nie raz, nie dwa im to udaje się. Zapewne nie są faworytami rozgrywek, ale psikusa jeszcze sprawią niejednemu mocarzowi.

Patrząc z trybun na niedawny mecz Słomniczan z mistrzem z Bielska mogłem podziwiać Bartka Nawrata, który zdaje się potwierdzać swoją postawa znaną teorię o golkiperach, iż bramkarz jest jak dobre wino. Im starszy tym lepszy. Do Bartka mam jakąś szczególną słabość. Może dlatego, że jak będąc wiele lat temu na meczach w Rumunii tylko my obydwaj potrafiliśmy nie zawieść gospodarzy i zjeść całkiem godnie ich znane danie pod nazwą mamałyga. Ale nie tylko z tego powodu uważam, że Bartek powinien mieć swoje miejsce w obecnej kadrze. Obecna forma sportowa broni go w każdym calu.
Sypnęło w minionych dniach futsalem w różnych mediach i programach. Prezes Spółki był w jednej z telewizji. Wypowiadał się telewizyjnie były trener reprezentacyjnej młodzieżówki. Były w telewizyjnych quizach pytania o futsal. I tak mógłbym jeszcze dalej wymienić. Ale nie chodzi o ilość tylko o jakość. Widać, że został nadany – i to raczej nie przez związek – jakiś sygnał, że o futsalu warto rozmawiać, pisać. Myślę, że najbardziej powinna skorzystać na tym Spółka FE, gdyż jej potrzebny jest sponsor oraz większa rozpoznawalność.

Liczyłem, że da to futsalowa twarz z kadry trenera Nawałki, Maczyński, ale zawiodłem się. Widocznie chłopak myśli teraz tylko Rosji i nie będzie się rozdrabniać. Dlatego, panie prezesie Macieju, może czas szukać nie w gronie piłkarzy tylko znaleźć jakiegoś rozpoznawalnego celebrytę, który będzie opowiadał wszem i wobec o futsalu. Nie wziąłem tego ot tak z powietrza, tylko nasunęła mi się owa propozycja po obejrzeniu pokazowego występu prezesa Bońka w grze zwanej PADLEM (to takie przebijanie małej piłeczki przez siatkę). Pisały o tym niemal wszystkie internety. Zapraszam więc prezesa, aby zagrał pokazowo w futsal. I niech to będzie jego wkład w promocję tej dyscypliny. Kto wie, czy nie lepszy niż tylko ciągłe słowa wspierające małą piłkę nożną halową. Przy zadbanej dobrej koniunkturze, też napiszą o tym media. I fotki będą. No bo kto jak nie prezes związku, na dodatek niezwykle rozpoznawalny, może lepiej celebrować futsal?

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiałem się dlaczego tak łatwo jest manipulować opinią o trenerze. Dlaczego na początku dają kwiaty, a na do widzenia kopa. A bywa nawet, że ten kop nie ma związku z wynikami. O rezygnacji trenera Andrzeja Biangi wieść gminna niesie -  niosła* (*niepotrzebne czytelnik skreśli po posiedzeniu zarządu PZPN) już od eliminacji elbląskich. Kolejne wróble ćwierkały o niej coraz mocniej. Gołębie dachowce przynosiły coraz to nowe terminy zmian na szkoleniowych stołkach reprezentacji futsalowej. Każdy przekaz wielokrotnie i przez dłuższy czas serwowany ma w sobie coś samorealizującego. Ale obojętnie, jak rzecz cała zakończy się, zdziwionym byłbym bardzo, gdyby zmiany nastąpiły przed słoweńskim EURO.

Choć z drugiej strony nie takie volty w związkowym wydaniu futsalowym widziały już moje oczy. Czyli według łacińskiej sentencji nie stałoby się nihil novi sub sole. Zresztą trenerskie roszady są dniem powszednim i w wielkich klubach, przy których nasz rodzimy futsal to szaraczek niemal. Niedawny przykład z Bayernu, którego jestem zaprzysięgłym fanem od lat czterdziestu i kilku, jest tego najlepszym przykładem. Ale... no właśnie mam jedno „ale”. Niemiecki klub nie awansował w 2017 do finałów Ligi Mistrzów, a zespół prowadzony przez trenera Biangę awansowy cel zrealizował. Wtajemniczeni mówią, iż trener Bianga sam podał się do dymisji. Nawet o ile tak jest można jej nie przyjąć i pozwolić dokończyć dzieła zimą 2018 w Lublanie.
Gdy piszę o trenerach pozwolę sobie na kilka swobodnych myśli felietonisty o tym zawodzie. Przeważnie w większości przypadków człowiek, który długo wykonuje swoją pracę staje się lepszym fachowcem. Nabiera doświadczenia, poznaje ludzi, z którymi współpracuje, nabywa biegłości. Tymczasem wygląda na to, że z trenerami jest odwrotnie. A może tylko tak nam wmawia się. I znów posłużę się monachijskim klubem. Lat temu kilka wstecz Bawarczycy wywalczyli trofeum Ligi Mistrzów, i... zwolniono ówczesnego szkoleniowca, bo na topie był Hiszpan, który cuda czynił z Barceloną.

Okazało się jednak, że Bayern to nie Barcelona i nawet ów Hiszpan nie pomógł w odzyskaniu europejskiego czempionatu. Po Hiszpanie był jeszcze Włoch, aż wreszcie ponownie sięgniętego po swojego zwycięskiego emeryta sprzed lat. Niech ta opowieść spisana klawiaturą będzie swoistym memento dla polskich włodarzy futsalowych, by nie działać zbyt pochopnie w zmianach trenerów kadrowych. Trener bowiem oprócz wiedzy musi mieć jeszcze szczęście. Nie każdy fachowiec je nosi w plecaku. Dlatego tego ze szczęściem powinniśmy hołubić czasami bardziej od tego z wiedzą. A najlepsze są duety – szczęścia oraz wiedzy. I to daję do przemyślenia związkowym decydentom. Nie codziennie bowiem łapie się Pana Boga za nogi, jak to zdarzyło się w Elblągu w meczu z Hiszpanią. A to było właśnie owo szczęście.

Jak już jestem przy reprezentacji, to muszę nieco złagodzić tę ogólnopolską euforię po awansie do finałów futsalowych EURO Słowenia 2018. Nie, żebym nie cieszył się, ale jako felietonowy dziejopis chciałbym przypomnieć, że kadra pana Romana Sowińskiego przed finałami moskiewskimi i następne kadry przez kilka eliminacji po nim miały o wiele trudniej z awansem. Wówczas tylko osiem reprezentacji występowało w finałach i tylko po jednym zespole z grupy awansowało przez lata. Z trzeciego miejsca grupowego nawet nikt nie myślał w UEFA o dawaniu szansy w kwalifikacjach. Co najwyżej czasami coś poszczęściło się niektórym najlepszym z drugich lokat. A my obecnie z tej „trójki” przepchnęliśmy. Dziękujmy więc cały czas Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA) za zmiany w systemie i powiększenie ilości finalistów do dwunastu drużyn.

Piszę też o tym, by uświadomić różnym przypadkowym, okazjonalnym, by nie powiedzieć niedzielnym żurnalistom od futsalu, których namnożyło się sporo w wyniku polskiego sukcesu, że futsal polski był, jest i będzie - niezależnie od tytułów oraz tekstów jakie pomieszczają. Proszę, by nie powodować jakichś dziwnych tekstowych, nieuzasadnionych wygibasów oraz wahnięć, czy też porywczych uogólnień. Jesteśmy z polskim futsalem najzwyczajniej tu i teraz, realizuje się długofalowy plan i małą łyżeczką łyka nasz futsal kolejne kęsy ze sporej wazy futsalowej zupy. Tak to na chwilę obecną postrzegajmy miejsce futsalu w hierarchii piłkarskiej. Nigdy nie przebijemy bowiem opcji trawiastej. I niech tylko związek dba, aby owa waza była zawsze pełna.
Kiedyś usłyszałem, jak jeden z dziennikarzy powiedział o Leo Beenhakkerze, że on lepiej od piłkarzy szkoli dziennikarzy, którzy z zachwytem "łykają" to, co mówi Holender. Jakoś przypomniało mi się to w chwili, gdy pod sukces kadry futsalu podpinają się różne osoby. Zawsze przy takich okazjach będę twierdził, że aby solidnie o czymś debatować, rzetelnie o czymś pisać, należy co nieco poznać dane środowisko. A nie tylko „przytulać się” do niego od wielkiego dzwonu (czytaj awansu). Co prawda, trudno jest wywalczyć awanse, ale naprawdę jeszcze trudniej jest pozycję wywalczoną utrzymać. I tego – nie piłkarzom, trenerom – ale działaczom centrali futsalowej oraz centrali związkowej życzę. Nie zawiedźcie. Każde miejsce gorsze niż kolejny finał pójdzie już na wasze konto. Wiem coś o tym z autopsji.

Nieraz zarzekałem się, że w felietonach nie będę pisał o wynikach, tabelach. Ale natura rywalizacji bierze górę. Napisałem tydzień temu, że Opole, Jelcz-Laskowice, Chojnice są na najlepszej drodze awansowej. I nie wiem, czy to one okrzyknięte faworytami pokpiły sprawę, czy rywale „zagotowali się” po teoretycznym odbieraniu szans. W każdym razie moje pisanie wyszło na zdrowie rywalizacji w grupach I ligi. Liderzy solidarnie polegli w swoich halach. Na dodatek w jednej z grup sytuacja tak wyrównała się, że połowa stawki mieści się w 3 punktach. I niech tak dzieje się. Oby tylko decydował parkiet, a nie arbitrzy, bo i takie pogłoski na portalach się znajduje.

I jeszcze słowo o ekstraklasie. Prezes chorzowskiego Cleareksu pewnie w najczarniejszych snach nie śnił, że Białystok tak zbije jego drużynę. Czasami chorzowski klub przypomina mi warszawską Legię. Nie brakuje kasy, są w klubie poważni ludzie, grają solidni zawodnicy, a wyniki „kratkowe”. Jakby według tej „udowej zasady”. Czyli albo się uda, albo nie. Nie wiem jak w Legii, ale Clearex mając w składzie czterech podstawowych reprezentantów kraju, całkiem przyzwoitego jak na polskie rozgrywki innostranca, nic nie ujmując rywalowi z Białegostoku, nie powinien dawać od czasu do czasu takiej plamy. Ale, może dzięki takim wynikom ligi są arcyciekawe. A w ekstraklasie kolejny raz przekroczona został bariera 40 goli. Tym razem było ich 42.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedługo po meczu z Czarnogórą wyjechałem poza Polskę i nie miałem możliwości (czasu) bieżącego zajmowania się polskim futsalem. Chociaż na żywo popatrzyłem w jeden dzień na mecze jednej z grup – tak zwanych mistrzowskich – skąd do dalszych gier awansowały trzy zespoły.

Nadrabiając po powrocie zaległości najpierw napiszę, że szkoda mi bielskich rekordzistów, którzy w nadzwyczaj wyrównanej grupie nie dali rady przebić się do kolejnej rundy tej europejskiej futsalowej ligi mistrzów. Ale, panie prezesie Januszu, panie trenerze Andrzeju – jest takie powiedzenie „co się odwlecze, to nie uciecze” – i miejmy nadzieje, że bogatsi o nowe doświadczenia za rok już nie pokpicie sprawy. Tego Wam życzę. Droga wyznaczona jest dobra, co nie znaczy, że nie może być wyboista. Jak to mawiają moi przyjaciele z Francji – c’est la vie. Rzeczywiście, niestety, takie jest to sportowe życie.
Ale wracając do polsko-czarnogórskiej potyczki na trawie muszę stwierdzić patrząc na wynik sportowy, że polski futsal wtedy wejdzie na stałe na europejskie salony, kiedy dopracuje się zawodnika podobnego do Lewandowskiego. Zachowując oczywiście proporcje stosowne pomiędzy trawą a halą. Tak się złożyło, że na Narodowym na rzeczonym meczu miałem miejsce niedaleko pani Lewandowskiej i innych kilku tych tak zwanych obecnie szumnie VAGs. Mogłem więc zaobserwować jak w trudnych chwilach kibice odwracali głowy do pani Anny, jakby oczekując pomocy. Pomocy od państwa Lewandowskich. I pan Robert zrobił swoje. Strzelił ważnego gola, powiedział kilka odważnych słów po meczu, szczególnie o potrzebie ciągłej koncentracji, podziękował kibicom za wsparcie. I powiedział to kolegom oraz trenerowi, bo dla mnie Lewandowski „prowadzi” obecnie tę kadrę wspólnie z panem Nawałką.

I nie widzę w tym nic zdrożnego. Powiem nawet, że gdyby nie było Roberta, to rosyjskie finały pozostałaby dla nas nieosiągalne. I powiem więcej – Lewandowski, to trzyma dzisiaj na swoich mocnych barkach (co widać na fotkach) cały polski futbol. Nawet prezes Boniek tak go nie trzyma w zakresie sportowym. Chciałbym, aby kiedyś jakiś polski futsalista tak odciążył prezesa Bednarka, czy przewodniczącego Kazimierczaka. Wyznaczał standardy. I wtedy byłyby wyniki sportowe na miarę oczekiwań futsalowej Polski.

Wyczytałem na portalu futsal-polska, że po 8 miesiącach PZPN zorganizował zgrupowanie, czy też konsultację kadry U-19. Futsalowej kadry. Nie będę komentował i doszukiwał się powodów tak długiej przerwy, bo tylko laik może zaakceptować tak długi jej niebyt. Przypomnę tylko, że dzisiejsze wyniki pierwszej reprezentacji to w sporej mierze wynik pracy z młodzieżą w latach poprzednich. Pochodna pracy trenerów Korczyńskiego, Juszczaka, Hirscha, wcześniej Biangi i kilku innych szkoleniowców reprezentacyjnych kadr młodzieżowych. To tam wykuwały się talenty. A grano o wiele, wiele częściej. Czyżby związek postanowił pooszczędzać przez te osiem miesięcy na futsalu? Aby zamknąć temat przypomnę, iż UEFA postanowiła organizować mistrzostwa kontynentu w tej kategorii wiekowej, a Argentyna nawet wpisała rocznik futsalowy U-18 do Światowych Sportowych Igrzysk Młodzieży Buenos Aires 2018. Miejmy nadzieję, że to ostatnia taka pauza w wydaniu PZPN.
Felieton nie powinien być miejscem opisywania punktacji ligi, ale kiedy po powrocie zerknąłem na tabelę ekstraklasy i zobaczyłem zerowy stan punktowy Pogoni 04 Szczecin, coś we mnie drgnęło. Sam siebie zapytałem, jak można tak szybko zniwelować dorobek lat. Solidnych lat szczecińskiego klubu. Liczę, że to tylko falstart i karta odwróci się. Ale straconych w trzech meczach 21 goli, przy strzelonych tylko pięciu, daje wiele od myślenia. Aż nie chcę wiedzieć, jak czuje się założyciel tego klubu, honorowy jego prezes, obecny prezes Spółki FA, Maciej Karczyński, gdy widzi jak jego ukochane dziecko nie punktuje. I pomyśleć, że wiceprezesowi PZPN Bednarkowi, nadzorującemu futsal, może ubyć z ekstraklasy jedyny przedstawiciel jego macierzystego regionu. Jak więc zarządzać polskim futsalem, gdy może nie być flagowego zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej na szefowanym piłkarsko zachodniopomorskim terenie.

Rozstrzelana jest ta nasza futsalowa ekstraklasa. W drugiej kolejce padło 46 goli. Jest to nowy rekord sezonu. W trzeciej jeszcze nie grał Rekord, ale mimo wszystko trudno będzie poprawić wynik. W I lidze trzymam kciuki za Orłem, a tymczasem obok wyrasta niezwykle groźny konkurent Odra Opole. Nic, tylko zacierać ręce i obserwować rywalizację. Powinno być ciekawie. Podobnie w grupie północnej, gdzie Red Devils oraz Uniwersytet Zielonogórski próbują urwać się goniącemu ich peletonowi. Czyli jest coraz ciekawiej, przynajmniej w dwóch ligach centralnych. Piszę celowo w dwóch, chociaż w tle tli się II liga, ale to czysta amatorszczyzna i póki nie ruszy, nie jest godna uwagi. Mam nadzieję, że do grona centralnych gier niedługo dołączą rozgrywki kobiece. I w jesienno-zimowo wieczory będziemy mogli pasjonować się futsalowymi igrcami w całej ich krasie. A przy okazji rozgrywek kobiecych mieć jeszcze wrażenia estetyczne.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Białystok był miejscem inauguracji rozgrywek ekstraklasy futsalu sezonu 2017/2018. Przeciwnikiem beniaminka MOKS Słoneczny Stok był naszpikowany byłymi reprezentantami kraju, aktualny wicemistrz Polski Gatta Zduńska Wola. Zawsze inauguracje stanowią dla beniaminka okazję do przemyślenia, czy jest we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Pisarz Mark Twain mawiał, iż najważniejsze dni życia człowieka, to dzień urodzin oraz ten, w którym dowiaduje się, po co właściwie urodził się. Umiejscawiając słowa Mistrza pióra do kontekstu białostockiego pojedynku napiszę, że MOKS wie już zapewne po owym zremisowanym meczu, po co awansował do ekstraklasy futsalu.

W grze białostoczan nie było za grosz kunktatorstwa. Białostocki team pokazał, iż tanio swojej skóry nie zamierza sprzedawać. Nie wiem, czy w takim stylu da się rozegrać cały sezon, ale – póki co – niech beniaminek tak gra, bo jest emocjonująco, świeżo. Inauguracje z dziesięcioma golami chciałoby się oglądać zawsze. Planujący transmisje telewizyjne ustrzelili przysłowiową dziesiątkę, gdyż emocje bramkowe rozpoczęły się w pierwszej minucie, a zakończyły w czterdziestej. I niech tak trwa ten sezon. Zresztą goli nie zabrakło i na innych halach, a w 6 meczach pierwszej kolejki golkiperzy aż 38 razy wyjmowali futsalówkę z siatki. Chciałoby się powiedzieć – chwilo trwaj.

Białystok jest absolutnym beniaminkiem w ekstraklasie futsalu. I to widać. Widać w radości kibiców, którzy tłumnie walą na mecz. Widać w pewnym jeszcze niedostosowaniu organizacyjnym do ekstraklasy. Widać w autentycznej satysfakcji zawodników oraz działaczy. Poszerzenie geograficzne ekstraklasy futsalowej powoli pozbywa ją stygmatyzującego regionalizmu rozgrywek. I to jest ważne, chociażby, w kwestii sponsorskiej. Owa ściana wschodnia jest potrzebna dla polskiego futsalu. Podobnie jak potrzebne jest centrum.

Są potrzebne, by pozbawić najwyższą ligę nieciekawej łatki rozgrywek regionalnych. Co prawda, w I lidze występują zespoły ze wschodu, czy centrum, ale to ekstraklasa wyznacza trendy dyscyplinie. A trzeba sobie jasno powiedzieć, że poważnych sponsorów - a o takich dobija się futsal - interesuje cały kraj, a nie tylko jego niektóre wycinki. Regionalnie, to darczyńcy zainteresują się klubami w niższych klasach rozgrywek, czy ligami wyłącznie wojewódzkimi. Dlatego należy wspierać te futsalowe Białestoki, Lubliny, Kielce, Olsztyny, Rzeszowy.  To jest w interesie polskiego futsalu. Czy się to komuś na południu albo zachodzie kraju podoba, czy nie.
W przeddzień losowania finałowych grup futsalowych ME Słowenia 2018 miałem telefon od dziennikarza z Rosji, który wyznał, iż chcieliby mieć nas w grupie. I sprawdziło się. Nie wiem, kogo planowali sobie nasi zawodnicy, działacze, trenerzy, ale pewnie Rosja, podobnie jak Portugalia, nie były pierwszymi zespołami w katalogu życzeń.

Zresztą dzisiaj już nie to jest najważniejsze. Wylosowano, teraz trzeba myśleć jak grać, by nie przegrać. I tego trzymajmy się. A przy okazji awansu wspomnę jeszcze, że otrzymałem wyrazy uznania za nasze osiągnięcie od znajomych z kręgów futsalu w dalekiej Brazylii, równie dalekich Tajlandii, Azerbejdżanu, Kazachstanu, jak i bliższych – Słowacji, Ukrainy, Macedonii, Niemiec. Miło było słuchać komplementów, więc je przekazuję tą drogą zawodnikom oraz szkoleniowcom.

Awans do finałów mistrzostw Europy sprowokował mnie do przyjrzenia się futsalowym trenerom. W żadnym przypadku nie będzie to ocena fachowa, gdyż to nie moje kompetencje, ale kilka zdań w wersji felietonowej zawsze przyda się dla środowiska. Kiedy polski futsal raczkował, szkoleniowcami byli przeważnie pasjonaci albo ludzie z „trawy”. I jedni, i drudzy najczęściej bez uprawnień futsalowych, czy nawet podstawowych trenerskich. Ale to im zawdzięczamy, że futsal trwał i rozwijał się. Z czasem przychodzili ludzie po AWF, którzy zainteresowali się nową dyscypliną. Później trenerzy trawiaści zaczęli powoli specjalizować się. Wreszcie nadszedł czas byłych zawodników futsalu, którzy już specjalizują się stricte w futsalu.

Nie bez powodu piszę o tym, gdyż pragnę wskazać, że obecny sukces, jakim jest awans do słoweńskich finałów ME, poniekąd finalizuje ów historyczny cykl. Gdy do tego dodamy w miarę regularne już od pewnego czasu specjalistyczne futsalowo szkolenia trenerskie, aż wyrywa się spod klawiatury, by napisać, iż z polskim futsalem powinno już być tylko lepiej.
Przez lata działalności futsalowej miałem przyjemność zobaczyć z bliska wielu zawodników. Poznać ich charaktery, umiejętności. Jedni mieli to coś, tę charyzmę uprawniającą do podjęcia pracy szkoleniowej. Innym było jej brak. I to jest rzeczą normalną. Nie wszyscy mogą bowiem być, chociażby, szewcami. Błażej Korczyński, Klaudiusz Hirsch, Andrzej Szłapa, Marcin Stanisławski, Łukasz Żebrowski, Krzysztof Kusia – to tylko niektórzy z całej plejady byłych reprezentacyjnych zawodników, biorących obecnie w swoje ręce sprawy szkoleniowe reprezentacji, czy klubów. Ich wiedza jest nie do pogardzenia. Coraz mniej na poziomie ligowym jest tak zwanych samozwańczych trenerów. Dzięki Bogu nie obrodziło – przynajmniej na razie – trenerami-celebrytami.

Jednak czegoś mi w trenerskim tygielku brakuje. Brakuje mi oceny kompetencji przez wiodący centralny zespół. Pisząc wprost przez wyspecjalizowaną szkoleniową komórkę futsalową podobną do tej, jaką mają w PZPN arbitrzy futsalowi. Brakuje ciała rozciągającego swoje preferencje szkoleniowe też na wojewódzkie związki. Brakuje mi owego decydowania przez trenerów – fachowców od futsalu o kierunkach rozwoju sportowego tej dyscypliny. O merytoryce szkoleniowej. Piszę o tym i liczę na ruch związkowy. Ruch, który przyniesie kolejną korzyść dla polskiego futsalu.

Było o trenerach, więc - w kontekście awansu na słoweńskie futsalowe EURO - powinno być co nieco i o zawodnikach. Aby nie zanudzać, wybiorę jednego z nich. Będzie to Michał Kubik. Byłem przy jego debiucie w kadrze podczas meczu z Macedonią sześć lat temu. Widziałem jak strzelił gola w inauguracji kadrowej. Znałem jego perypetie, gdy przez nasz opóźniony powrót z brazylijskiego tournee spóźnił się na wylot na wczasy z rodziną. Obserwowałem jak mierzył się na studiach z uniwersyteckim prawem i zarazem grał w futsal.  Z dala już obserwowałem, jak po studiach pracował w kancelariach prawniczych i dokształcał się jeszcze podyplomowo, a przy tym dalej grał w futsal na wysokim poziomie. Przy nadarzających się okazjach rozmawialiśmy, i to wcale nie o futsalu.

Niemniej, ciekaw jestem obecnie, czy nadal futsal jest dla niego – jak to kiedyś mówił - pasją, a prawo - życiem. Wierzę, że nadal swoje przesłanie sportowe i życiowe będzie wyrażał golami na boisku oraz merytoryczną rozmową poza nim. Myślę, że taka powinna być nasza kadra. Nie pozwalająca sobie napluć w twarz i znająca swoją wartość. Wartość indywidualną oraz zespołową.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS