Z notatnika dziejopisa

Nie będę rozpoczynał felietonu od ewangelicznego „A słowo stało się ciałem”. Natomiast podeprę się Szekspirem, który pisał w Hamlecie „Słowa, słowa, słowa”. Wiele pustych słów unosiło się wokół reprezentacji futsalu przez minione 16 lat, czyli od ostatniego występu w finałach mistrzostw Europy. Fruwały niejednokrotnie, jak żniwne plewy ponad rżyskiem. Adresowane były do kolejnych prezesów, przewodniczących, trenerów, zawodników. Raz wypowiadane ze złośliwością wielką. Innym razem bez sensu, niezdolne, aby cokolwiek zmienić. Były też słowa bez dobrej intencji. Nie brakowało i tych bez pokrycia. Zdarzały się złe w postawie, chociaż niewypowiedziane. I tak było do wtorkowego wieczoru w koszalińskiej hali, gdzie nasz futsalowy narodowy team pokonując zawsze niewygodnych Węgrów awansował do słoweńskich finałów futsalowego Euro 2018.

Wielokrotnie pisząc ów wyraz „słowa” mam też na myśli słowa trenera Korczyńskiego, wypowiedziane w rozmowie ze mną gdzieś chwilę po losowaniu baraży. - Jesteśmy z trenerem Biangą pewni, że awansujemy - stwierdził. Co prawda popularny „Korek” snuł plan, aby rozstrzygnąć kwestię awansu już na Węgrzech, ale ważne jest, iż dwumecz finalnie jednak wskazał na nas. Gratulacje dla trenerów i całego teamu. Nie tylko dla zawodników, ale i ludzi od odnowy, sprzętu etc., będących przy futsalistach podczas zgrupowań, jak i tych wszystkich osób, które dbały w związku piłkarskim o całą logistykę reprezentacji.
Przechodząc od „słów” do realiów warto odnieść się przynajmniej w dwóch zdaniach do początków tego sukcesu. Kiedy po nieudanych eliminacjach w Krośnie zaproponowano trenerowi Biandze prowadzenie reprezentacji długo myślał, kogo dobrać na drugiego trenera. Pamiętam, jak będąc jeszcze trenerem pierwszoligowej drużyny białostockiej sondował temat w gronie ekspertów futsalowego podwórka. Osobiście czułem, że padnie na Błażeja Korczyńskiego, bo tej kadrze była potrzebna rozwaga pana Andrzeja i niepokorność „Korka”. Sukces bowiem nie rodzi się w potakiwaniu (to tak mimochodem wtrącam do przemyślenia niektórym ludziom z decydenckiego środowiska futsalowego), lecz wypracowuje się go w sporze, twórczej myśli, różnicy poglądów, postaw. I ważne jest, że szkoleniowcy nie ugięli się pod naporem krytyki - czasami wszechobecnej - i szli obraną drogą, nie bacząc na przeciwności.

Ze sportowego punktu widzenia dla rodzimego futsalu bardzo ważne jest, że awansowaliśmy do turnieju finałowego. Uwiarygodniło to myśl szkoleniową oraz pokazało charakter zaszczepiony tej reprezentacji. Pokazało sens wymiany jaka dokonała się po Krośnie. Zresztą kiedyś ta wymiana pokoleniowa, mentalna musiała nastąpić. Im szybciej młoda fala polskiego futsalu wejdzie na szerokie wody, tym sprawniej będzie rósł poziom naszej ligi i reprezentacji. Zmiany w większości wnoszą sporo energii. To pozwoli, by poziom polskiego futsalu stał się solidny albo zwiększał się.

Teraz, po awansie, przyszedł czas szlifowania, poprawiania. Czas optymalnego ustawiania składu. I w tym miejscu chciałbym prosić kibiców, działaczy o pewną cierpliwość. Każdy z nas chce wygrać każdy mecz. Każdy chce być mistrzem. Trener, zawodnik bez względu na przeciwnika – wierzę w to - wyjdzie na parkiet w Słowenii z chęcią zwycięstwa. Ale – bywa - plany nie zawsze udaje się zrealizować. Kiedy po koszalińskiej victorii popatrzyłem na stronie UEFA w rozstawienie losowania zobaczyłem, że przypadł nam - podobnie jak pozostałym wygranym - barażowiczom trzeci koszyk. Może więc zdarzyć się, że będziemy mieli grupę – Hiszpania, Włochy, Polska. Ale może być też – Słowenia, Azerbejdżan, Polska. Jak zwał rywali, tak zwał – walczyć trzeba zawsze o całą pulę. I w to, znając historię tej kadry, wierzę.
To co do tej pory pisałem, było jakby podsumowaniem tego, co wydarzyło się, względnie oficjalnie wydarzy się. Teraz skorzystam z prawa felietonisty, by napisać, czego oczekuję po tym awansie. I wcale rzecz nie będzie dotyczyć tej kadry futsalowej, bo ona dla mnie plan wykonała nawet z nadwyżką, lecz odniosę się do oczekiwań dla całego polskiego futsalu - od PZPN, prezesa Bońka, prezesa Bednarka, czy przewodniczącego Kazimierczaka. Dostaliśmy się przecież do futsalowej, europejskiej elity. Będąc w elicie, ma się jakie takie przywileje i mam nadzieje, że związek to zrozumie. Zrozumie, że warto w futsal zainwestować większą kasę. Zrozumie, że warto wspomagać oraz blisko współpracować ze spółką ekstraklasową, której organizacja rozgrywek ekstraklasy pozwala na podnoszenie poziomu sportowego klubów.  Zrozumie, że może warto wykorzystać ten moment, by rozpropagować futsal w szkołach. Zrozumie, że wykorzystując nadarzającą się okazję, należy podkręcić tę wytworzoną pozytywną energię wokół futsalowej reprezentacji i dokonać inwestycji w futsalowe wojewódzkie ośrodki, w młodzież, szkolenie, media, sprzęt (nawierzchnie do gry). Jest szansa, by ustawić polski futsal na lata. I to nie czekając na wynik finałowych, słoweńskich gier.

Rozpocząłem felieton od cytowania Szekspira, więc w dobrym tonie byłoby nim także go spuentować. Ten najwybitniejszy światowy dramaturg mówił – „Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne”. Liczę, że akurat w naszym futsalowym przypadku pan Szekspir pomylił się.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Siemianowicki kompleks sportowy „Michał” był w minioną niedzielę miejscem inauguracji sezonu futsalowego 2017/2018 w Polsce. Niezbyt równy pojedynek stoczyły w jego hali w ramach futsalowego Superpucharu Polski bielski Rekord oraz chorzowski Clearex. Wyraźnie było widać, że dla Rekordu sportowy sezon w sensie poważnych gier punktowych trwa już od miesiąca, a Clearex dopiero za tydzień rozpocznie punktowe pojedynki.

Nie upoważnia to jednak wcale, choćby czterech chorzowskich reprezentantów Polski, do miałkiej gry. Ale dając czas Cleareksowi na wykazanie się w sezonie ekstraklasy warto z okazji Superpucharu zachwycić się postawą futsalistów Rekordu. Felieton nie jest miejscem do opisywania przebiegu meczu, ale zawsze wolno felietoniście pocmokać nad urodą goli, czy niektórych akcji w wykonaniu bielszczan. Tylko tak trzymać, albo co nieco jeszcze poprawić i powinno być więcej niż dobrze. Przynajmniej w polskiej ekstraklasie. A może nawet stać się Rekord eksportową futsalową drużyną. Teamem, na który czekamy od lat. I tego życzę przed sezonem.
Osadzenie superpucharowego meczu w Siemianowicach, w sytuacji, gdy rywalizują dwa kluby ze Śląskiego ZPN, było jak najlepszym pomysłem. Siemianowice wniosły swoją cegiełkę do historii polskiego futsalu i należy sobie życzyć, aby futsal tam odrodził się na poważnym szczeblu ligowym. Zajęte miejsca na widowni świadczyły, że jest zapotrzebowanie na „małą piłeczkę”.

Superpuchar odbywał się pod nadzorem Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. Było związkowe obrandowanie, piłki od sponsora technicznego I ligi futsalu, confetti, fajerwerki, tańczące dziewczęta oraz wypożyczona, profesjonalna nawierzchnia do gry (aż dziw bierze, że PZPN nie dorobił się do tej pory własnej – a tak wiele słyszy się z najważniejszych ust związkowych o wspieraniu dyscypliny). Były medale puchary, oficjele w garniturach, czyli wszystko niemal, co przy takich  okazjonalnych wydarzeniach być powinno. I nie byłoby żadnego ale, gdyby nie jedno zapytanie od moich czytelników – dlaczego nie było powtórek w przekazie wizyjnym transmisji live siemianowickiej imprezy. Jeżeli już jestem przy jakichś sugestiach, to zasugeruję opcji futsalowej w KFiPP, by trochę poduczyć się od opcji plażowej w Komisji i brać przykład z relacji rozgrywek beach soccerowych minionego lata. Tam była maestria - nie tylko zresztą telewizyjna – a tutaj raczej normalność, ciut tylko doprawiona.

Niedawno byłem w Norwegii, całkiem planowo na wypoczynku oraz w Szwajcarii, już nieplanowo, na zaproszenie. Sportowe zaproszenie. Jak to w Szwajcarii, na jej prowincji jest spokojnie, sielsko, czysto. I co mnie uderzyło? A to, że tam wyraźniej zobaczyłem, jak coraz bardziej człowiek wyręcza się techniką. I to w pracy, i to w domu, i to niemal przy każdej czynności. Przypomniałem sobie wtedy o tych piłkarskich „VAR-ach”, które mają pomagać sędziom na meczach piłki nożnej.

Wspólnie ze szwajcarskim znajomym – też sympatykiem sportów różnych, doszliśmy do wniosku, że z czasem i na to jako kibice będziemy narzekać, gdyż nie uwierzymy przekazowi. Taka, niestety, jest natura człowieka. Musi ponarzekać. I to nie zmieni się, bo po co byliby wtedy felietoniści. Samozadowolenie kierujących sięgnęłoby zenitu. A tak zawsze można ostrzec przed upadkiem. Upaść to zawsze można, a nieraz nawet trzeba, lecz chodzi o to, by jak najmniej bolało.
Powyższy passus wtrąciłem w aspekcie rewanżowego meczu barażowego o słoweńskie futsalowe Euro 2018. Tak jak wcześniej pisałem, szanse awansowe podzieliłem po połowie. Węgrzy swoją połówkę odrobili bez specjalnie rewelacyjnej nadwyżki. Teraz kolej na nas i tutaj oczekuję pokaźniejszej nadwyżki. Patrząc na formę Kałuży - bramkarza naszej reprezentacji - choćby w meczu o Superpuchar, jestem coraz lepszej myśli o wyniku koszalińskiej potyczki.

Nie wiem, czy fartownie będzie o tym pisać dzisiaj, ale zaryzykuję. Cóż byłby ze mnie felietonista, gdybym nie miał własnego zdania. Dlatego napiszę do naszych selekcjonerów. Osobiście zrobiłbym drobny retusz w naszej kadrze po meczu w Miskolcu. A już kogo i za kogo nie podpowiem, bo mi za to w związku nie płacą. Jednak mimo wszystko, nie bacząc, iż kadra pozostała niezmienna, życzę zwycięskiej wygranej. I to jest moje największe marzenie futsalowe. Widzieć Polskę w finałach ważnej imprezy mistrzowskiej. A, że marzenia, podobnie jak błądzenia są rzeczą ludzką, przekonuje mnie w jednym z wywiadów prezes Szymura, myślący o wybudowaniu hali sportowej, by mistrzowski Rekord mógł występować na obiekcie jaki mistrzowi przystoi. Życzę więc prezesowi Januszowi, aby owe marzenie spełniło się. Podobnie jak sobie życzę spełnienia mojego w miarę przewidywalnym czasie.

Wyczytałem niedawno, iż Główny Urząd Statystyczny zaprezentował raport na temat kultury fizycznej w Polsce w 2016 roku, w którym podaje, że futbol halowy w 520 sekcjach w całym kraju uprawiało ponad 14 tysięcy zawodników. Z tego ponad 9 tysięcy to juniorzy i młodsi zawodnicy. Zastanawia mnie, dlaczego GUS nie wyodrębnił futsalu, tylko zadowolił się ogólnym pojęciem futbol halowy. Jest to zamazanie obrazu, gdyż pod takim szyldem można umieścić różne bramki, różne przepisy, różne wielkości boisk, etcetera etcetera. Nic te statystyczne opisy nie dają sympatykowi futsalu. A nawet gorzej, klasyfikują jego ukochaną dyscyplinę w gronie nijakich, nieznanych. Ze statystyką jest bowiem jak z mediami społecznościowymi: kogo w nich nie ma, ten nie istnieje. Więc i futsalu jakby nie było. Jawi się tym samym zadanie dla PZPN. Wywalczyć, by futsal był przez GUS postrzegany. Niestety, nie widzi mi się to – przynajmniej na razie - wykonalne. Nawet przy największych staraniach prezesa Bednarka, przewodniczącego Kazimierczaka i ich pretorian, sprawa jest wątpliwa do zmiany. Pozostaje więc robić swoje – jak to mówi piosenka - i nie zaglądać w statystyki tylko do hal.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Przechodząc ulicą Bitwy Warszawskiej w Warszawie, gdzieś początkiem września, zauważyłem wychodzących z budynku Żywca, siedziby PZPN, działaczy klubów I ligi futsalu, którzy zmagali się ze sporymi bagażami. Okazało się, że taszczyli pokłosie umowy związku z firmą International Sport Brand Company – właścicielem marki Masita, czyli piłki meczowe. Tak oto zmaterializowała się umowa sponsorska na Partnera Technicznego I Ligi Futsalu. Przy okazji ogłoszono, że planowana jest produkcja magazynu I Ligi Futsalu. Jak widać niektóre pozytywne rozwiązania ze Spółki Futsal Ekstraklasa  przejmowane są do realizacji w wydaniu związkowym.

Podsumuję to krótkim – lepiej późno niż wcale, przypominając, że o podobne rozwiązania pierwszoligowcy starali się w PZPN już w 2012 roku. Jest to niewątpliwie krok do przodu i tylko przy okazji (broń Boże nie czepiając się) zapytam – dlaczego związek nie zafundował sponsorsko piłek wytwarzanych przez Nike – głównego dostawcy sprzętu dla PZPN.
Wakacje, wyjazdy, turnieje – są niewątpliwie okazją do spotkania ludzi, z którymi nie miało się styczności przez lata. Jakże miłe są takie spotkania i okazje do rozmów. Dłuuuugich rozmów. Miło jest dowiedzieć się, że felietony są czytane in corpore przez przygranicznych sąsiadów Polski, a także – co stanowiło dla mnie olbrzymie zaskoczenie – przez Hiszpanów, czy Azerów albo Belgów. Ale to moja osobista satysfakcja, która w tym miejscu nie jest najważniejsza. Niestety, na o wiele ważniejsze pytania nie umiałem interlokutorom odpowiedzieć. A jedno z nich brzmiało – dlaczego polski futsal jest poza granicami personalnie anonimowy.

No cóż, nie odpowiadam za politykę związkową w zakresie futsalu rodzimego - i z tego jestem niezwykle zadowolony - ale rzeczywiście wytworzyła się jakaś niepotrzebna luka w zagranicznych kontaktach osobistych. Rozumiem, bariera językowa, ale przecież znajdą się w Komisji osoby, potrafiące coś oznajmić w innym języku niż polski. W tej chwili obcokrajowiec futsalowy jednym tchem wymieni cztery – pięć nazwisk polskich osób z tak zwanego „wysokiego”, oficjalnego kręgu futsalowego. Należą do nich panowie – Aftański, Hirsch, Stawicki, Sowiński, Duraj. To mało. O wiele za mało. Na szczęście o wiele lepiej znają polskie teamy, jak Clearex, Rekord, no i oczywiście reprezentacyjny zespół trenerów Biangi oraz Korczyńskiego.

Istnieje wielce profesjonalne wydawnictwo hiszpańskie pod tytułem Futbol Tactico Sala. Obstawiam, że w mało znane u nas nawet w gronie najwybredniejszych znawców rodzimego futsalu. A warto z nim zapoznać się. Otóż w 110. edycji znalazł się tam reportaż o klubie Orzeł Jelcz-Laskowice. A kilka lat wcześniej o Akademii FC Pniewy i trenerze Hirschu. Co jak co, ale znalezienie się w tak prestiżowym periodyku jest dużym wyróżnieniem.

Życzyłbym sobie, aby w naszych wydawnictwach piłkarskich nie zapominano o fakcie, że obok piłki nożnej trawiastej działa futsal. Ten apel kieruję też ku uwadze wydawnictw związkowych. Póki co, zaproponuję fanom polskiego futsalu bardzo sensowną pozycję Wydawnictwa Uczelnianego Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku pod tytułem „Futsal – piłka nożna halowa”. Autorzy – Tomasz Aftański oraz profesor Andrzej Szwarc prezentują w tej książce kompendium wiedzy niezbędnej dla przyszłych nauczycieli oraz trenerów, którzy pragną skupić się w swojej pracy na futsalu. Warto zdobyć i przeczytać.
Felieton ukaże się przed pierwszym meczem barażowym o finały Futsal Eueo Słowenia 2018. Nigdy nie starałem się być wróżem i nie odważę się przesądzać o wyniku rywalizacji. Oceniam szanse nasze oraz Węgrów w dwumeczu na 50 do 50, z patriotycznym wskazaniem na rodzimy team narodowy. Nie będę też wnikał, czy była, będzie, jest transmisja live (felieton był pisany przed informacją, że mecze barażowe pokaże Polsat Sport - przyp. red.). Podobnie odnoszę się w sprawach telewizyjnych do rewanżu w Koszalinie.

Najzwyczajniej stało się już dla mnie, jako kibica, nudne to zabawianie się w ciuciubabkę i zgadywanie – pokażą, czy nie pokażą. To piszę gwoli wyrażenia opinii dla PZPN. Natomiast w związku z rozpoczynającym się sezonem ligowym apeluję do Sfera TV, która, z tego co słyszałem, będzie realizowała przekaz telewizyjny z ekstraklasy oraz I ligi, o dobór fachowy komentatorów, ze szczególnym wskazaniem na ekspertów. Mam nadzieję, że pan Arek Grzywaczewski, szef Sfery, będąc długoletnim działaczem futsalowym, sensownie moje słowa odczyta i jako monopolista rynkowy zaoszczędzi widzom stresów słowno-merytorycznych. I to nie tylko w bezpośrednich relacjach, ale także w wydawanych magazynach.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Winston Churchill mówił, że gdy coś planuje się, to należy być przygotowanym, aby wytłumaczyć się później, dlaczego niektórych planów nie udało się zrealizować. Przypomniałem sobie o tej zasadzie, kiedy nieoczekiwanie tradycyjny recenzent - pan Józef, po niedawnym felietonie zagadnął mnie, czy jestem zadowolony z działalności w futsalu. Byłbym głupcem – odpowiedziałem mu – gdybym tak twierdził. A jeżeli ktoś z byłych, czy obecnych działaczy, szkoleniowców, sponsorów, czy też zawodników twierdzi, że jest w pełni zadowolony z tego co dla futsalu uczynił, znaczyć to może tylko, iż futsal mu znudził się. Futsal polski potrzebuje bowiem permanentnej wartości dodanej. I o to każdy jego sympatyk powinien codziennie walczyć na swój sposób.
Fenomen disco polo, przeżywającego drugą młodość w obecnych czasach, poniekąd jest trywializowany przez pseudointelektualistów. Ich ocena sprowadza się do płytkości oraz ludyczności gatunku. No to skąd – zapytam – popularność muzyki, której rzekomo, oficjalnie wypowiadając się, mało ludzi słucha, ale nucą teksty, melodie discopolowe, niemal wszyscy.

Czasami z tym disco polo jest jak z naszym rodzimym futsalem. Wszyscy kopią tę małą piłeczkę, a gdy przyjdzie do wspomożenia, to większość leci do tej trawiastej, zapominając o swoich wieczornych halowych igrcach. Gdy przychodzi do dofinansowania, to można liczyć przeważnie tylko na resztki z pańskiego stołu trawiastej kopanej. Nie znam budżetu związku piłkarskiego, a i budżetu futsalu też nie znam, lecz podejrzewam, a może nawet wiem, iż na futsal przeznaczane jest za mało kasy. I do walki o tę kasę wzywam. O wspólne działania Komisji, Spółki, działaczy, klubów, związków wojewódzkich. Szczególnie widzę potrzebę wspomożenia futsalu dzieci, młodzieży w województwach , a także ulżenie klubom w opłatach sędziowskich oraz ich mentorów obserwatorów.

Jak pisałem w pierwszym albo drugim felietonie, swoją przygodę z futsalem rozpoczynałem w roku 1991 od zaznajomienia się z futsalem gliwickim. Nieustannie nadal śledzę jego losy, w tym gliwicką pracę z dziećmi oraz młodzieżą. I to akurat nie w Piaście. Niedługo, początkiem września w gliwickiej hali sportowej „Łabędź” zostanie rozegrana szósta edycja  turnieju  „Za 1 Uśmiech”. Jest to turniej  charytatywny, a dochód z imprezy przeznaczony jest na rzecz dzieci z gliwickiego Domu Dziecka. Z zebranych środków finansowane były wyjazdy na letnie i zimowe  wakacje dla dzieciaków. W pierwszych pięciu edycjach  zebrano  około 200 000 złotych. Wystąpiło ponad 1150 zawodników.  Było radośnie, wesoło, amatorsko. Od lat podziwiam niestrudzonych organizatorów z panem Wojewódzkim na czele. Wiem, że utrzymujący z nimi kontakty pan Duraj, wiceprzewodniczący Komisji Futsalu PZPN, zaprasza do Chojnic na wakacje na własny koszt dzieciaki z gliwickiego Domu Dziecka. I cieszę się, że Turniej „Za 1 Uśmiech”  oficjalnie wspiera Spółka Futsal Ekstraklasa. Tak trzymać. Chodzi przecież o to, by nie żyć tylko współzawodnictwem, ale zrobić coś dla innych. Najlepiej dla dzieci.

Polska piłka trawiasta męska w połowie sierpnia widniała na piątym miejscu światowego rankingu. Całkiem dobrze, a nawet wspaniale. Polski futsal lokował się w tym samym czasie na 28. pozycji rankingowej FIFA, co dawało 15. pozycję w Europie. Wygląda to nawet nieźle. Rankingi dają okazje do lepszych rozstawień przy losowaniach ważnych imprez. Ale najważniejsze są jednak finały oraz medale i mistrzowskie tytuły. Te pamięta się latami. O rankingach zapomina się niedługo po nowych rozdaniach. Z rankingami jest jak ze statystyką. Niczego lepszego nie wymyślono do pocieszania się. Więc póki co radujmy się. A sprawdzam będzie nam dane – mam nadzieję – dla trawiastej piłki za rok w Rosji oraz dla futsalu za kilka miesięcy w Słowenii. Chyba, że futsalowi Węgrzy okażą się we wrześniu niedobrymi bratankami.
Pisząc o barażu z Węgrami pozwolę sobie wyrazić pewien niepokój. Nawet nie tak mój, jak wielu moich rozmówców, większych ode mnie znawców przygotowań formy drużyny narodowej. Większość z nich ubolewa, że nasza futsalowa liga nie rozpoczyna swoich bojów wcześniej, aby zawodnicy mogli ograć się początkiem sezonu w meczach o stawkę. Podają nawet przykłady, że niektórzy z barażowiczów przyspieszyli rozgrywki. No cóż, nie mnie to osądzać. Wyniki albo obronią, albo nie obronią trenerów kadry Rozumiem, że konsultowano z nimi terminy rozgrywek i wybrano całkiem świadomie opcje przygotowań poprzez zgrupowania, więc czekajmy na wyniki. I trzymajmy zaciśnięte kciuki (palce), by powiodło się.

Finiszują nam wakacje. Tak składa się, że druga połowa sierpnia rozpoczyna meczami preeliminacji futsalowej ligi mistrzów nowy sezon futsalowy. Czas nabrać sił przed nim. Pozwolę więc sobie zrobić dwutygodniową felietonową przerwę i udać się fiordów Norwegii, by po raz kolejny zgłębiać tajemnice tamtejszych cudów natury. Północna Europa od Islandii po Finlandię, których to terenów jestem pasjonatem, pokazuje, że nic nie jest dane za darmo. Tam, inaczej niż na rozleniwionym południu, wszystko niemal trzeba wyszarpać. Szarpać prawie tak jak w naszym futsalu, by być na powierzchni i nie dać dyscyplinie zniknąć. Dlatego dla hartowania się warto tam często bywać.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Przychodzą czasy, kiedy przywilejem jest zostać tak zwanym „piszącym wolnym strzelcem”. Wówczas zawiera się porozumienia o terminach, czy tematach z redaktorem naczelnym na zasadzie  dobrowolnego akceptowalnego przez układające się strony zobowiązania. I to nazywa się swobodą samodzielnego myślenia, o które tak trudno w obecnych czasach. Nawet w dzisiejszej piłce brakuje go nader często. I też w futsalu. Gołym okiem widoczne są bowiem niejednokrotnie w mediach interpretacje przedstawiane zgodnie z jedynie słuszną linią związkową. Bez najmniejszej refleksji. A co najciekawsze, owa oficjalność częściej wypływa z twittowania „ważnych osób” niż rutynowych wypowiedzi, choćby rzecznika związkowego.

Ale póki są sukcesy niech się to tak kręci. A później, jak to śpiewano w piłkarskim przeboju - „tego nie wie nikt”. Już tak wiele - jako działacz sportowy - widziałem różnych wolt osób, wydawałoby się stałych w poglądach, że nic w polskiej piłce nie jest w stanie mnie zadziwić. Weźmy chociażby sytuacje wyborcze, gdy najbliższy współpracownik staje przeciwko koledze – szefowi. I to w momencie, kiedy do końca płyną zapewnienia o lojalności. Niech moje felietonowe słowa zakonotuje sobie każdy działacz klubowy futsalu. Niech każdy z nich ma oczy oraz uszy z każdej strony głowy i nie daje nabierać się na piękne słówka. Choćby płynęły z najelegantszych ust związkowych.
W jednym z podkarpackich mediów wyczytałem, że drużyna Heiro Rzeszów, występująca w I lidze, przez całe rozgrywki nowego sezonu pokona blisko 6500 kilometrów. To sporo, a wiąże się z dużymi wydatkami finansowymi, z dalekimi podróżami. Najdalszy wyjazd czeka rzeszowian na mecz z Orłem Jelcz-Laskowice, kiedy trzeba będzie pokonać 416 km w jedną stronę. Najbliżej będzie miał rzeszowski team do Nowin na starcie z Ekom Futsal - 173 kilometry. Jeszcze więcej kilometrów przemierzy Helios Białystok. Najbliższy wyjazd  ma do Warszawy – około 450 kilometrów w obie strony. Ale już do Zielonej Góry wychodzi 1300 kilometrów, a do Obornik czy Leszna po 1100 kilometrów. W sumie w sezonie Helios pokona ponad jedną czwartą długości równika, czyli circa 11 tysięcy kilometrów. Zarówno dla Heiro jak i Heliosa, a także innych „kresowych” zespołów owe „wycieczki” podrażają koszty utrzymania klubowego. Podejrzewam, że prezesi tych klubów na wyjazdy muszą poświęcić około 30-40 procent klubowego budżetu. Jak widać futsal małą ma tylko piłkę, natomiast koszty wcale niemałe.

Całkiem inaczej to wygląda, gdy jest się umiejscowionym gdzieś w środku Polski, względnie na Śląsku, gdzie jest sporo drużyn. Kiedyś obecny prezes Spółki FE powiedział, że na Śląsku mogliby sobie nawet utworzyć „ligę tramwajową”, ponieważ na większość meczów można dojechać środkami komunikacji miejskiej. I coś w tym jest.  Dlatego darzę większym szacunkiem tych różnych „kresowców”, czyli zespoły z krańców Polski, które zawsze będą miały w sprawach wyjazdowych pod górkę. Nie widzę, tak ad hoc, sprawiedliwego rozwiązania. Pewnie można próbować apelować o zwiększenie liczby grup ekstraklasowego zaplecza, czy zmianę geograficzną podziału na grupy, ale nie sądzę, by dało to rozwiązanie zadowalające ogół. Tym bardziej poprawiające poziom sportowy tej ligi.

Nie doczytałem się na futsalowych portalach klubowych, aby ktoś podziękował Komisji Licencyjnej PZPN za wyrozumiałe podejście do procesu licencyjnego dla klubów ekstraklasy oraz I ligi polskiego futsalu. Osobiście nie mam złudzeń, że było wyrozumiale - szczególnie w aspekcie I ligi - i dzięki temu liczba drużyn w obydwu grupach zostanie zachowana. Dziękuję więc ja związkowej władzy za życzliwość wobec naszego futsalu.

Tyle teoria, bo gdyby doszło do praktyki i panowie z Komisji Licencyjnej wybraliby się wyrywkowo na mecze I ligi futsalu zobaczyliby w wielu przypadkach, że ich mniemanie o solidności organizacyjnej ma się po wielokroć nijak do wymogów organizacji meczowej. Czasami nawet dziwię się, jak sędziowie mogą dopuścić do zawodów, gdy na halach brakuje podstawowych zabezpieczeń. Na szczęście w nowym sezonie zaistniałe niedoróbki będzie już można zobaczyć i to nagrane przez kluby w ramach programu PZPN – magazynu I ligi futsalu. Tym oto sposobem klub może złożyć całkiem legalne doniesienie – i to za własne pieniądze – na samego siebie. Tak trzymać, panowie organizatorzy rozgrywek.
Jak pewnie wszyscy interesujący się futsalem wiedzą, pan Andrzej Dąbrowski ze Zduńskiej Woli postanowił odpocząć sobie od sportowej działalności. I nieoczekiwanie wywołał tym ambaras personalny w składzie Komisji Futsalu i Piłki Plażowej. Otóż Spółka FE rekomenduje zgodnie z umową z PZPN dwie osoby do Komisji związkowej. Aktualnie jeszcze z tego poręczenia członkami Komisji są panowie Dąbrowski oraz Czeczko. Po wycofaniu się pana Andrzeja, rozpoczęły się podchody o miejsce po nim. Spółka ma swoich kandydatów, ale też związek widzi osoby przydatne do działania z grona spółkowych działaczy. Nie zawsze preferencje stron są zgodne. Jak to mówi się w dyplomacji – rozmowy trwają. Dla mnie jest to dziwno-śmieszne, bo prawo wskazania kandydata ma Spółka i tylko Spółka.

Zresztą problem jest nieco szerszy, gdyż i w Spółce trwają „przepychanki” o to miejsce. Dla uniknięcia zwady na przyszłość proponuję, aby każdorazowo jednym z kandydatów Spółki był prezes Rady Nadzorczej. Drodzy panowie, drogie panie. Kiedyś, jak obowiązywał inny regulamin, Komisja czy Wydział Futsalu miały przewodnią oraz decyzyjną rolę dla polskiego futsalu. Obecnie zgodnie z zapisami PZPN jest to tylko ciało opiniujące, doradcze. Więc o co ten spór. O obiady raz na kwartał. Przecież i tak prezydium Komisji decyduje niemal o wszystkim, na co ścisłe kierownictwo PZPN Komisji pozwoli. Czy więc warto kruszyć kopie o cztery wyjazdy w roku do Warszawy?

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS