Z notatnika dziejopisa

Kanikuła, relaksowo zwana wakacyjnym sezonem ogórkowym, jak najbardziej sprzyja grom oraz zabawom na piasku. Telewizje uraczyły nas w lipcu sporą dawką piaskowych emocji w wydaniu sportowym. Na początek zaserwowano światowe Grand Prix w siatkówce plażowej z Olsztyna, następnie piłkę ręczną plażową podczas World Games we Wrocławiu, by podsumować mistrzostwami Polski w piłce nożnej plażowej w Kołobrzegu.

Wszystkie imprezy, oprócz piasku i piłki, spinały niezwykle atrakcyjne oprawy widowiska. Nawet, gdyby ktoś nie lubił tych wygibasów na piasku z piłką na chwilę przystanie, zainteresuje się, spojrzy i – być może  - wciągnie się do tych sportów. I to już jest zysk dla dyscypliny, organizatora, kibica. Polecam związkowi piłkarskiemu, który patronował wydarzeniom kołobrzeskim równie udanych organizacji imprez futsalowych realizowanych przez PZPN. Tym bardziej, że odbywa się to pod nadzorem jednej pezetpeenowskiej komisji. Poniekąd dlatego ustanowiono kiedyś w Wydziale Futsalu Final Four Pucharu Polski, aby bawić się tak jak w Kołobrzegu. I dobrze, że po niezrozumiałym rocznym okresie banicji tej formuły, Final Four HPP wraca się do dobrych rozwiązań.
Komisja Futsalu i Piłki Plażowej podjęła w lipcu ważną decyzję o rekomendacji firmy International Sport Brand Company – właściciela marki Masita – jako Partnera Technicznego I ligi futsalu. Na mocy umowy kluby otrzymają między innymi piłki meczowe. Tyle wyczytałem krótkiego komunikatu centrali piłkarskiej. Nie mogę jednak oprzeć się krótkiemu komentarzowi felietonisty. W latach 2010-2012 leżał na biurkach ówczesnego kierownictwa PZPN podobny projekt i nie doczekał się realizacji. W ten sposób zostało stracone co najmniej siedem lat. Dobrze, że w obecnej Komisji znajdują się też ludzie patrzący nie tylko na profity z bycia w tym gremium. Ludzie z doświadczeniem biznesowym. Ludzie wiedzący, co to jest marketing, promocja. A i w centrali związkowej promarketingowe działania są przez prezesa Bońka, czy sekretarza generalnego Sawickiego stawiane na poczesnym miejscu. Jest inaczej niż bywało przed laty.

Ze swojej strony wymienię spośród członków Komisji pana Kulczyckiego, z którym kiedyś współpracowałem przy organizacji turnieju mistrzostw Europy w Polsce i wiem, iż jest otwarty na marketing futsalowy. Tak trzymać. Tym bardziej, że kolejny zablokowany pomysł z lat 2009-2011 też obecnie ma szansę na realizację. A mam na myśli inicjatywę zmierzającą do produkcji magazynu I ligi futsalu, zawierającego skróty meczów po każdej kolejce. Jakby nie patrzeć na określenie „dobra zmiana”, to na pewnych polach futsalowych sprawdza się ono w związku piłkarskim. Mimo, iż wpływowe są jeszcze osoby, które rok, dwa temu pewne rozwiązania blokowały.

Felieton piszę w dniu dla warszawian szczególnym historycznie, bo 1 sierpnia. Dlatego pozwolę sobie wtrącić jeszcze jeden wątek historyczny. Historyczny dla naszego futsalu. Kiedy w PZPN przed prawie dziewięcioma laty opracowywane były zasady współpracy ze Spółką FE w zakresie rozgrywek ekstraklasy, nie było zainteresowania do wejścia przez PZPN jako jednego z udziałowców Spółki. Owe zasady miałem przyjemność opracowywać wspólnie z dyrektorem Departamentu Prawnego PZPN profesorem Wachem i wiem, że prezesostwo związkowe ostrożnie podchodziło do przedsięwzięcia, chcąc najpierw przyjrzeć się jak to „novum” będzie funkcjonować w praktyce. Namawiałem później moich następców do wejścia związku do grona wspólników Spółki FE, ale bez rezultatu. Z tego co odczuwało się w rozmowach, w gronie ówczesnej Komisji FiPP kierowanej przez pana Grenia raczej przeważał pogląd, by rozgrywki ekstraklasy przejąć ponownie do władania związkowego. Niedługo minie dekada od początków tego udanego, futsalowego eksperymentu.
Wydaje mi się, że nadszedł czas, aby połączyć siły i tak jak to dzieje się w Spółce piłki trawiastej dogadać wejście PZPN jako kolejnego wspólnika. Nie powinno to nikomu zaszkodzić, ani nikomu ubliżyć. Raczej wpłynie na wzmocnienie krajowego futsalu. Liczę, że członkowie Komisji FiPP, w tym także ci działający w jej poprzedniej kadencji i negujący wówczas takie rozwiązanie, przemyślą tę opcję. Liczę, że władze związku przejrzały na oczy i wspomogą nie tylko słownie, ale czynem futsal. Dla nadania kierunku działania podeprę się przekazem jednego z polskich romantycznych wieszczów – „Kto się waha, ten urodził się do słów, nie do czynów”.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Klaudiusz Hirsch w wywiadzie dla portalu futsal-polska mówi, że lubi pograć w tenisa, siatkówkę, ogląda koszykówkę. Z tego co wiem pan Kupczyk, kiedyś właściciel, prezes ekstraklasowej drużyny futsalowej Kupczyk Kraków, jest wielkim fanem tenisa i objeżdża topowe turnieje. Ktoś tam biega w maratonach. Inny prezes futsalowego klubu nie opuści meczu żużlowego. I tak mógłbym pewnie wymieniać jeszcze sporo pasji prezesów działających w polskim futsalu. I dobrze, że nie ma sportowej monokultury, gdyż z każdego sportu można coś do tej najbardziej ulubionej dyscypliny zaimportować. Przykładowo, prezes Boniek oddaje się z lubością poza-piłkarskim igrcom, okazując względy golfowi. Piszę o tym nie dla namawiania do naśladowania prezesa, ale w celu nieustającego zachęcania do aktywności oraz różnorodności sportowej w wielu postaciach.
Cały ten wstęp ułożyłem sobie w głowie wracając z Paryża z zakończenia 104. edycji Tour de France. Nie jestem aż takim fanem kolarstwa, aby bywać na kolarskich tourach, ale dla francuskiego wyścigu rezerwuję sobie od ponad 30 lat miesiąc lipiec. Z zasady przed telewizorem, ale bywają rodzynki, że jestem we Francji. Tak stało się i w tym roku, kiedy jeden ze znajomych, przedstawiciel znanej marki handlowej, działającej też w Polsce, będącej sponsorem wyścigu, zaproponował mi wyjazd na finał do Paryża. Warto było poświęcić dwie noce oraz dwa dni, by z bliska obejrzeć gladiatorów dwóch kółek napędzanych siłą nóg. Ale nie o kolarstwie chcę pisać tylko o wniosku jaki wyciągnąłem z tej eskapady.

Wiadomo, zespołowo oraz indywidualnie francuski Tour wygrał zespół TEAM SKY. Celowo piszę zespół, gdyż nawet indywidualne zwycięstwo w kolarstwie jest niezwykle mocno powiązane z zespołem. Indywidualnie tutaj można wygrać etap, a nie cały wyścig. I myślę, że warto to przemyśleć w środowisku polskiego futsalu, gdzie różne opcje, koteryjki, grupy, podgrupy, czy nawet zbytnie indywidualności, ciągle nie znajdują spójności działania. W kolarstwie istnieje takie coś jak GREGARIO. Najprościej tłumacząc jest to pomocnik, szeregowy żołnierz. I nawet mistrz świata Michał Kwiatkowski podporządkowuje się dla wyniku finalnego wyznaczonemu zdaniu, jakim w tym wyścigu było zwycięstwo jego kolegi z grupy Brytyjczyka Frooma.

Tymczasem w futsalu naszym ledwie skończą się jakieś wybory, już trwają podjazdy, podchody, negacje etc etc. Z drugiej strony ci wybrani prezesi, przewodniczący, kierownicy, czy obojętnie jak ich zwał - przewodzący czemuś oraz komuś próbują w większości działać na zasadzie czysto „folwarcznej”. Czyli jest „PAN”, który zawsze ma rację. Co prawda, bywają też zastępcy „pana”, którzy nieraz chapną co nie co z „pańskiego stołu”, ale lokująca się dalej cała reszta jawi się przydatna głównie jako „pańscy klakierzy”. Tacy kolarscy gregario właśnie. Niemniej różnica jest i to zasadnicza. Owi gregario w kolarstwie mają płacone tak samo jak lider. Po równo, niezależnie od zajmowanego miejsca. I cenieni są nad wyraz merytorycznie. A nasi futsalowi – o ile szef ma dobry humor, to czasami zasądzi, co łaska. I dlatego zamiast walki o wyniki sportowe trwa nieustająca, pełna złośliwości, walka o wpływy oraz przysłowiowe „stołki”.

Francja przeegzaminuje naszą reprezentację przed meczami barażowymi. Rywal ciekawy, sprawdzian sensowny. Szkoda tylko, że kolejny raz grane będzie w Koszalinie. Dlaczego nie pośrodku Polski, gdzieś na łódzkiej albo mazowieckiej ziemi. Ale pojawiła się szansa, że coś ciekawego obejrzę blisko. Jak wieść gminna niesie, Superpuchar ma być grany w Bełchatowie.  Nie wiem jak podejdą do tego Rekord oraz Clearex, którym zdecydowanie bliżej jest na Śląsku, ale pomysł popieram. Zresztą najwyższy już czas, aby przewodniczący Kaźmierczak pokazał futsal ogólnopolski (nie tylko w wykonaniu Gatty) w swoim mateczniku, czyli na ziemi łódzkiej. W związku, któremu od roku prezesuje. Jak uda się to przedsięwzięcie organizacyjnie, to może i inne mecze, w tym także międzypaństwowe, będą rozgrywane przy dogodnym dojeździe dla wszystkich. I nie trzeba będzie się tłuc przez pół albo całą Polskę do Koszalina. A tak w ogóle optuję za rozwiązaniem z piłki trawiastej, by do takich  pucharowych imprez desygnować stałe lokalizacje. Jak to uczynił w dogodnym, centralnym miejscu prezes Boniek dla dużej piłki.
Lipiec jest dla futsalowych klubów kolejnym miesiącem polowań. Oczywiście, transferowych polowań. Trudno już obecnie osądzić, kto okazał się najlepszym myśliwym, ale pospekulować – jak to w felietonie bywa nierzadko – nie zaszkodzi.

Nazwiskami przebija rywali, co pozwala przyznać indywidualne pierwszeństwo w „ustrzeleniu okazów”, bielski Rekord. Panowie Michał Kubik oraz Michal Seidler nie mają sobie równych w poziomie sportowym pośród innych futsalistów zmieniających barwy. Na trzeciej pozycji umieściłbym Tomka Kriezela, który po burzliwym przejściu przed rokiem z Chojnic do Gdańska, w łagodnej atmosferze przenosi się do Torunia. Z topowych nazwisk polskich jeszcze wymienię golkipera Macieja Foltyna, który opuszczając Pniewy postanowił zakotwiczyć w pierwszoligowych Laskowicach, Macieja Mizgajskiego podążającego z Gliwic do Chorzowa oraz Dominika Soleckiego przenoszącego się z Pogoni 04 do Słomnik. Godne wzmianki jest też przejście Pawła Barańskiego z Gliwic do Zduńskiej Woli.

Z  zagranicznych futsalistów wrażenie robią obok wspomnianego wyżej Czecha Seidlera nazwiska Ukraińców – Romana Wachuły oraz Serhija Kowala, którzy postanowili wspomóc futsal w Słomnikach. A tak w ogóle, to podkrakowski klub, beniaminek futsalowej ekstraklasy - w przeciwieństwie choćby do szczecinian, czy gliwiczan, pozbywających się ważnych zawodników - jawi się na tę chwilę zespołowym „królem polowania”. Gdy to zamieni się w rozgrywkach na punktową jakość, można będzie napisać, że polowanie było nadzwyczaj trafione, a „zwierz był gruby”.

Ruch transferowy jest oczywiście o wiele większy niż wskazuje felieton, a świadczy to tylko, że futsal żyje. Przynajmniej ten reprezentacyjny oraz ekstraklasowy. Czy też pierwszoligowy. To zobaczymy po realizacji wielkich planów sponsorsko-medialnych, jakie ma w zamyśle Komisja Futsalu PZPN wobec tych rozgrywek. Cyprian Kamil Norwid pisał – „Orient wierzy, Europa rozumuje, Ameryka konfrontuje”. Proszę pozwolić, że ogłoszę się Ameryką i skonfrontuję owe plany z rzeczywistością, aby dopiero wtedy wydać sumienną ocenę. Tak będzie najsprawiedliwiej.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Czytałem niedawno wynurzenia pewnego handlarza zakazanymi towarami, który wypowiedział takie oto zdanie – „w środowisku naszym bywa często tak, że jednego dnia podajesz komuś rękę, a kolejnego ta ręka wali cię na odlew”. Podsumowując zdanie dodał – „ale to są zasady, tego możesz spodziewać się”. Przeczytałem, zamyśliłem się i stwierdziłem, że aby dojść do takich przemyśleń wcale nie potrzeba odnosić się aż form niedozwolonego biznesu. Wystarczy nieraz popatrzeć w telewizornię, aby zobaczyć jak nieciekawe są zasady w polityce. Wydaje się nawet niejednokrotnie, że kibice sportowi, z tymi nawet piłkarskimi na czele, mają wobec innych grup bardziej ułożone oraz honorowe zasady postępowania. Niemniej wiem też, że w środowisku sportowym warto być czujnym i mieć oczy dookoła głowy, aby przetrwać. W innym razie wypadasz z gry. Daję to do wakacyjnych przemyśleń dla wszystkich, którzy uważają, że sport jest czysty oraz daje zdrowie.
Wiemy mniej więcej, gdzie odbędą się mecze barażowe Węgry - Polska. Najprawdopodobniej będzie to Miszkolc oraz Koszalin. Wybór Węgrów przypadł mi do gustu, bo jest blisko naszych granic. Liczę, że spora grupa polskich fanów futsalu skusi się na krótką wycieczkę do kraju Tokaju, aby wspomóc naszą drużynę. W każdym razie namawiam, aby to zrobić.

Niektórym kibicom, szczególnie z południa Polski, gdzie futsal jest najbardziej rozpoznawalny, nawet bliżej będzie na Węgry niż do dalekiego Koszalina, w którym futsal bywa jedynie okazjonalnie. Na szczęście dla tego miasta ma ono wielkiego orędownika w osobie wiceprezesa PZPN, Bednarka, który od lat mocno ogrzewa się przy futsalu oraz beach soccerze. Współczuję osobiście Śląskowi, że nie mają aż tak mocnego przebicia we władzach związkowych, bo właśnie tam – moim zdaniem – taki mecz ze względu na popularność oraz tradycje naszej małej piłki powinien być organizowany. Co prawda, w gronie reprezentantów padają twarde zdania, iż Koszalin jest szczęśliwy, bo tam rozbiliśmy bodajże aż 6:0 Białoruś i kibiców na hali jest full, ale dla mnie argumenty z gatunku życzeniowych. Grając dobrze powinniśmy wygrywać w każdym miejscu naszej pięknej Ojczyzny z rywalami bliskiej nam półki rankingowej. A Węgrzy do takich przeciwników należą.

Polski futsal nie wyróżnia się organizacją wielu klubowych turniejów futsalowych o poważnej randze międzynarodowej. Co prawda gra się wiele turniejowo, ale raczej nie ma w nich zespołów z pierwszej, czy drugiej lub trzeciej półki europejskiej. Kiedyś był atrakcyjny Beskidy Futsal Cup. Teraz jakby zapanowała posucha w tym względzie. Ale końcem wakacji trafi się sympatykom futsalu rodzynek. Wielkie emocje czekają kibiców futsalu na Dolnym Śląsku. Jak poinformował mnie wrocławski członek rodziny, radio Wrocław podało, iż od 31 sierpnia do 3 września rozegrany zostanie 3 turniej Futsal Masters, w którym wystartuje FC Barcelona. Organizatorem turnieju będzie Orzeł Futsal Jelcz-Laskowice, a mecze grane będą we wrocławskiej Orbicie. Nic tylko pogratulować prezesowi klubu z Jelcza-Laskowic, Sebastianowi Bednarzowi. A wiceprezesowi PZPN, panu Padewskiemu pozazdrościć na jego terenie takiego działacza. W zawodach ma wystartować 8 drużyn. I to nie byle jakich drużyn, bo nawet mających w swoim portfolio mistrzowskie, krajowe tytuły. Poziom oraz emocje więc zapewnione. Wniosek jest prosty. Jak się chce coś zrobić to można. Cichutko i spokojnie robi się w Jelczu-Laskowicach futsal. Tak trzymać. Reszta futsalowego luda niech uczy się. Tylko bez zadęcia.
Pytał mnie znajomy z okolic UEFA, a także z zaprzyjaźnionego futsalu sąsiedzkiego, dlaczego na losowanie barażów do Nyonu nie przyjechała żadna znacząca osoba polskiego futsalu. Rzekomo była jakaś pani ze związku. Piszę rzekomo (jeżeli mylę się, to proszę o sprostowanie), gdyż tematu nie znam i nie zamierzam zgłębiać, jako że nie moje to zabawki i nawet nie wiem kto był w tej Szwajcarii. Jednak o ile tak zdarzyło się, to źle stało się.

Karol Dickens pisał, że ważne jest nie to, co możemy zrobić, lecz to, co zrobić musimy. Nie ma polski futsal zbyt dużo okazji do porozmawiania tete a tete z innymi działaczami futsalu pozakrajowego. A taki kontakt, to co innego niż rozmowa telefoniczna, czy mailowa korespondencja. Zawsze procentuje w dwójnasób. Zdaję sobie sprawę, że jednodniowy wyjazd do Nyonu to żadna atrakcja i nic nie znaczy w porównaniu choćby z kilkudniowym wyjazdem  do Nassau na Bahamach, gdzie przy beach soccerze ludzi z Bitwy Warszawskiej nie brakowało.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Okres kanikuły pozwala pisać lżej, a nawet nie stricte o futsalu. Dlatego pozwolę sobie przemycić ogólnie kilka zdań o mazowieckiej piłce. Futsal w Warszawie oraz na Mazowszu nie jest dyscypliną numer jeden. Nie jest też wiodący w kategorii piłka nożna. Jest jednym z wielu sportowych, mazowieckich, czy warszawskich wyzwań i nie nakręca się na lansowe sukcesy. Tym bardziej, że nie powalają regionalne tradycje małej piłki. Futsal orbituje tutaj w kierunku jego młodzieżowego wydania. Mazowiecka piłka młodzieżowa zamknęła miniony rok sukcesami, których próżno szukać w innych regionach. Jako sympatycy piłki halowej cieszymy się, że skromną cegiełkę do sukcesów dorzucił też futsal.

W warszawskiej siedzibie związku hołduje się zasadzie nie chwalenia dnia przed zachodem słońca. Stąd dopiero w połowie lipca po podsumowaniu sezonu młodzieżowego 2016/2017 w skali kraju z podniesionym czołem można napisać, że kadry wojewódzkie chłopców wzięły wszystko, co było do wzięcia w młodzieżowej piłce pod egidą PZPN, zwyciężając w trzech ogólnopolskich turniejach finałowych. I to ten wyśniony „legendarny złoty pociąg” objawił się na mazowieckiej ziemi, a nie w okolicach  Wałbrzycha na Dolnym Śląsku. Kiedy do tego dodamy jeszcze mistrzostwo Polski juniorów Legii, zwycięstwa dziewcząt z Ząbek w ogólnopolskim „tymbarkowym” turnieju dzieci oraz futsalowe mistrzostwo Polski akademiczek z Uniwersytetu Warszawskiego w kategorii do lat 18 widzimy, że przysłowie o treści „ciszej jedziesz, dalej zajedziesz” swoim wybrzmieniem jest godne polecenia dla wszystkich chcących uchodzić za ikony wiedzy sportowej.
Kontynuując sagę młodzieżową przejdę do takiegoż futsalu w wydaniu krajowym. Gdzieś w połowie kadencji przewodniczącego Grenia odebrałem telefon od pana Morkisa, który wówczas był przez pana Grenia nominowany na kierującego młodzieżowym futsalem w Komisji związkowej. Sympatyczny pan Grzegorz zapytał co sądzę o ogólnopolskich mistrzostwach futsalowych kadr wojewódzkich. Moja odpowiedź była prosta. Oczywiście poparłem pomysł, ale też przedstawiłem pewne uwarunkowania do spełnienia przez PZPN. Minęło 3 lata od tej rozmowy i tematu nikt nie podejmuje. A uwarunkowania miałem tylko dwa - jedno poważne i jedno czasowe.

To poważne mówiło o przeznaczeniu przez PZPN jakiejś kwoty dla każdego województwa na rozwój futsalu młodzieżowego. To drugie dotyczyło zaś przedziału czasowego potrzebnego na zorganizowanie takich kadr. Ten czas był potrzebny przynajmniej nam na Mazowszu (ale i pewnie kilku regionom też) do rozwinięcia się, bo nijak nie możemy obecnie porównywać się z mocarnym futsalowo (szacunek) Śląskiem. Rozumiem, że temat jest już nieaktualny, ale warto go przypomnieć. Chociaż nie sądzę, aby za prezesury pana Bońka, czy jego skarbnika związkowego, wiceprezesa pana Nowaka jakieś ekstra grosze na futsal dla związków wojewódzkich znalazły się.

Rada Nadzorcza SFE przeżyła prawdziwe trzęsienie ziemi. Z poprzedniego składu personalnego ostał się tylko przedstawiciel Rekordu Bielsko Biała. Największym zaskoczeniem było wyeliminowanie  w tajnym głosowaniu kandydata Cleareksu. Okazuje się, że w polskim futsalu nie ma ikon. Nie wystarczy mieć tylko nazwę. Wspólnicy postawili na nowe siły, nowe pomysły. Kredytu zaufania udzielili nowemu szefowi RN SFE, prezesowi FC Toruń panu Stasiukowi. Czas pokaże, jak ów kredyt zostanie skonsumowany.

Wydaje się, że Spółka dojrzała do nowej wizji dla siebie. Szkoda tylko, że utrzymano wątpliwy dla celów szkoleniowych system dzielenia przez pół punktów po sezonie zasadniczym. Krótko mówiąc - atrakcyjność widowiska (a tak wcale nie musi być) pokonała cele sportowe. Czas pokaże, czy obrana droga atrakcyjności przyciągnie widzów, sponsorów, podniesie poziom polskiego futsalu. Ale Spółka oprócz zadań sportowych ma także biznesowe i tutaj znajduje się – zdaniem klubów – na pewnym niedoczasie. Zapowiada się więc ciekawy sezon.

Lubię merytoryczną korespondencję. Niedawno jeden z działaczy klubów polskiego futsalu w rozmowie przekazał, iż zbyt pochopnie okrzyknąłem chorzowski klub liderem w klasyfikacji osiągnięć klubowych rodzimego futsalu na arenie międzynarodowej. Jego zdaniem pierwszeństwo należy się nieistniejącej już Akademii FC Poznań/Pniewy. Nie ukrywam, że nie jestem statystykiem dlatego nie odniosę się do tych słów w zakresie prawdy realnej, ale piszę o tym, by wskazać różnym pasjonatom potrzebę sprawdzenia owych danych. W każdym razie życzyłbym sobie, aby Rekordziści z Bielska Białej poszli śladem Cleareksu, czy Akademii i wyrównali ich osiągnięcia, albo nawet ich pobili wynikami w futsalowej Lidze Mistrzów. Może wtedy odżyłby klubowy polski futsal. Zresztą patrząc na przychylne dla Rekordu losowanie tegorocznej edycji nawet nie dopuszczam myśli, że dwie rundy nie zostaną przebrnięte. To jest obowiązek. Obowiązek wobec polskiego futsalu.
Być może ktoś z WYSOKA czuwa obecnie nad polskim futsalem, gdy popatrzy się na niedawne losowanie par barażowych o udział w finałach mistrzostw Europy Słowenia 2018. Wylosowaliśmy Węgry, przeciwnika o którym w sensie życzeniowym mówiło się najczęściej w Polsce futsalowej przed losowaniem.  Osobiście optowałem z Francuzami, ale Węgrów też akceptuję, chociaż nie jestem aż takim hurra optymistą. W przeprowadzonej po losowaniu mini ankiecie w gronie zawodników, trenerów, działaczy wyszło, że 97 procent uznaje nasz awans niemal za pewny. Z drugiej strony rozpytałem co nieco bratanków Madziarów i wyszło, że oni także uważają, że nie mogło być lepiej. I te moje „wywiadówki” mocno mnie zaniepokoiły. Gdy obie strony są zadowolone, to wbrew pozorom może być trudno. Dlatego apeluję, by nie podejść zbyt lekko do baraży, z uśmiechem triumfu na ustach już przed meczami. Niejednego, lepszego od nas to zmyliło. Wierzę w rozsądek trenerów reprezentacji, solidność – też myślową – kadrowiczów, wreszcie formę sportową, gdyż takie okazje awansowe mogą się nie powtarzać zbyt często. Wierzę, że każdy trybik reprezentacji oraz wokół reprezentacji, będący w gestii PZPN zagra dobrze naoliwiony. Trener Jerzy Engel  w książce „Prosta gra” pisze, że na wynik składa się wiele elementów, jak choćby sprawy finansowe, dokumentacyjne, organizacyjne, medyczne, forma piłkarzy. Gdy to wszystko zepnie się razem w jedną całość w tym najwłaściwszym momencie jest dopiero sukces. Pozostaje więc tylko trzymać kciuki, aby tak stało się.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niezawodny pan Józef wychwycił pewną nieścisłość w moim poprzednim felietonie. Może nie tak nieścisłość jak uogólnienie, które dla mnie jak i wielu ludzi futsalu znających meandry powstawania Spółki FE wydaje się błahe, ale jednak warto je sprecyzować. Rzeczywiście, drogi Przyjacielu, PZPN nie miał nic do dawania zgody na powstawanie Spółki. Na szczęście zarówno kiedyś jak i obecnie każdy może taki  twór założyć, o ile tylko nie zakwestionuje czegoś KRS. Zgoda PZPN - i to z tym był największy kłopot wymagający wielu dyplomatycznych zabiegów – dotyczyła przekazania rzeczonej Spółce prowadzenia rozgrywek ekstraklasy futsalu polskiego. Tyle gwoli uściślenia. Cieszy mnie, iż są czytelnicy felietonów uważnie je analizujący. Wolę takich i ich poprawki niż tych beznamiętnie zaliczających kolejne artykuły. Tak jak wolę krytyczne, lecz merytoryczne, spojrzenie od śliskich, nie zawsze szczerych pochwał. A w dzisiejszej „globalnej wiosce” każde uchybienie natychmiast wychodzi na jaw i nie powinno obrażać ani piszącego, ani opisywanego. Gabriel Garcia Marquez powiadał – „Człowiek uczy się pisania, pisząc”. A ja dodam – i czytania, czytając ze zrozumieniem.
Wyczytałem, że SFE ogłosiła wyróżnienia w wielu kategoriach za miniony sezon rozgrywkowy. Nie wypada felietoniście być gorszym, więc postanowiłem ogłosić też jakieś wyróżnienia. Tym bardziej jestem do tego uprawniony, że bywałem na wielu meczach, pilnie śledziłem spotkania w telewizji i co nieco wyróżniałem w poprzednich felietonowych zapiskach. Tym oto sposobem wyróżniam: za kibiców - Red Dragons Pniewy; za organizację - FC Toruń; za rozczarowanie - Gattę Zduńska Wola; za wydarzenie godne uwagi - powrót do futsalu Krzysztofa Elsnera; za sensację - reprezentację Polski remisującą z Hiszpanią. Nominuję też piątkę futsalową w składzie: Kałuża, Mikołajewicz, Krawczyk, Zastawnik, Kubik. Chciałem jeszcze wyróżnić coś związkowego, ale – z całym szacunkiem – nie dopatrzyłem się niczego ponad wykonywanie statutowych obowiązków. Bez nadwyżki jakościowej. A o ile ona jest, to nikt się tym nie chwali.

No i Rekord nie otrzymał organizacji turniejów w pierwszych dwóch rundach futsalowej Ligi Mistrzów. UEFA forowała w preeliminacyjnej rundzie raczkujące w większości państwa futsalowe. Jest to w pewnym stopniu polityka promocji futsalu. W każdym razie nie życzę Rekordowi wyprawy w okolice koła podbiegunowego do Norwegów. Ale nadal potwierdzam obowiązek kwalifikacji do kolejnej rundy. Przy okazji, panie prezesie Januszu, warto czasami polobbować, gdyż -  jak okazuje się – nie zawsze dobrze, czy nawet bardzo dobrze napisany wniosek jest wystarczający. Jak to pisał Dante Aligerhi – „Dusz obojętnych nie chce ani niebo ani piekło”.

Moja kablówka zrobiła mi gdzieś w połowie czerwca psikusa. Wyłączono sygnał SportKlubu. Tym samym grozi mi brak na wizji ekstraklasy futsalu. Piszę o tym na kanwie pojawiających się w środowisku futsalowym sporów w ocenie oglądalności futsalu, poprawnej jego promocji, wykorzystaniu telewizji dla marketingu. Myślę, że nie ma o co spierać się, gdyż bywają sytuacje, że kto inny decyduje za nas. Warto tego co mamy pilnować, posiadane pielęgnować, nie narzekać, gdyż za chwilę można i posiadane stracić. O czym przekonałem się namacalnie w kontekście mojej kablówki. Chciałbym doczekać czasów w futsalu, gdy kluby, związek, Spółka zjednoczą siły i wspólnie usidlą na poważnie jakąś telewizję dla futsalu. Ale prędzej pewnie dwie niedziele w kalendarzu trafią się pod rząd, niż to stanie się. I to nie z winy wymienionych, ale owych przekaźników właśnie, bowiem zauważyłem, że media rajcują obecnie bardziej jakieś nowe, wymyślne dyscypliny niż te tradycyjne, sprawdzone, popularne, znane. Rozumiem, że ciekawostki są przebojowe, sprzedają się częściej, lepiej. Ale czy dyscyplina o nazwie przykładowo  „kopanie się po czole” jest czymś normalnym. Pozostawiam do rozważenia.

Zauważyłem, że beniaminkowie ekstraklasy biznesowo są przygotowani na ten poziom rozgrywkowy. Jak mogłoby być inaczej, gdy zarządza interesem spółka prawa handlowego. Ale jak to bywa w przyrodzie, gdy coś jest lepsze, coś innego musi być gorsze, by została zachowana równowaga. Tym gorszym okazuje się być znajomość przepisów typowo regulaminowych, rozgrywkowych i temu podobnych. Brakuje tego czegoś, co onegdaj stanowiło elementarz każdego klubowego działacza. I nie dotyczy ten passus tylko beniaminków. Dlatego proponuję władzom Spółki FE oraz Komisji Futsalu przeszkolenie działaczy klubowych w zawiłościach regulaminów, organizacji meczów, zasad bezpieczeństwa i podobnych tematów. W całym tym interesie nie chodzi przecież o późniejsze nakładanie kar za uchybienia, lecz zapobieganie niedoróbkom. Tak jak nie pochwalam łapania na radar kierowców gdzieś tam ze sprzętu stojącego w krzakach tak i nie mogę zgodzić się z niedoszkoleniem działaczy. Pamiętajmy wszyscy dopóty dzban wodę nosi dopóki ucho nie urwie się. I oby – trawestując Kochanowskiego - nie okazywaliśmy się wszyscy mądrzy dopiero po szkodzie.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS