Z notatnika dziejopisa

Katarzyna Rosłaniec nie zajmuje się futsalem, ale robi filmy. Jej dziełem są między innymi „Galerianki”, „Bejbi blues”, czy najnowszy „Szatan kazał tańczyć”. Niedawno wyczytałem w jednym z jej wywiadów, że realne życie wystarczy na kreowanie świata. Nie ma potrzeby czynienia tego jeszcze na facebooku. Albo w życiu robi się to, co chce się robić i temu poświęca się bez reszty albo tworzy się o sobie opowieści w internecie.

Bardzo te słowa, co prawda nie cytowane przeze mnie in extenso lecz przekazane w miarę starannie, przypadły mi do gustu. Piszę to na kanwie wyczytywanych różnych facebookowych, czy twitterowych wpisów o zabarwieniu futsalowym. Często mają się one nijak do rzeczywistości, a służą najzwyczajniej lansowi. Tymczasem realny świat stwarza na co dzień tyle nowych wrażeń, że czuć można więcej, coraz więcej. I działać, a nie tylko wpisywać, dopisywać, odpowiadać. Dlatego z rezerwą podchodzę do wszystkiego co unika bezpośredniej relacji. Tym bardziej interakcji anonimowej.
Dziennikarz zawsze musi mieć swoje źródła, których nie ujawnia nawet najbardziej dociekliwym służbom. I prawo go nawet chroni w tym zakresie. No chyba, że jest zagrożone bezpieczeństwo państwa. Na szczęście futsal naszej Najjaśniejszej w żaden sposób nie zagraża, więc i ujawniać źródeł wiedzy potrzeby nie ma i raczej nie będzie. Z zainteresowaniem przyglądałem się latom działalności Spółki Futsal Ekstraklasa od chwili jej powstania. Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem o zamiarze powołania takiego ciała w 2004 roku byłem sceptycznie do tego nastawiony. Wówczas w restauracji katowickiego hotelu Campanile panowie Szymura, Sowiński oraz Adam Kaczyński nie przekonali mnie ani nowego przewodniczącego futsalu pana Grenia. Pana Kazimierza nie przekonali zapewne nigdy.

Natomiast mój punkt widzenia zmienił się gdzieś w roku 2007, gdy zobaczyłem, że od PZPN kasy dla klubów ekstraklasy nie wydrzemy, ewentualni sponsorzy muszą przekazywać fundusze do kasy związkowej bez oddzielenia na futsal, a i prowadzenie rozgrywek odbywa się za pomocą jakby ręcznego sterowania. Jako przewodniczący polskiego futsalu w roku 2008 powróciłem do rozmów z panem Szymurą. Bardzo aktywny w działaniu na rzecz tworzenia Spółki był pan Sowiński. Pewne sprawy konsultowałem z Czechami, mającymi doświadczenie w tego rodzaju rozwiązaniach. W kolejnym roku zarys organizacyjny oraz programowy był gotowy. Wspólnie opracowaliśmy zasady oraz regulamin, który został przedstawiony w PZPN dyrektorowi Wachowi z Departamentu Prawnego.

Decydujące rozmowy z udziałem „układających się” stron odbyły się w węgierskim Debreczynie podczas finałów futsalowych Mistrzostw Europy. O planach poinformowani zostali nieoficjalnie sprzyjający nam ludzie z UEFA. Pozostało tylko przekonać władze PZPN i to był największy problem, gdyż opór ze strony władz związku był spory. Zadanie to przypadło mnie. Było trudno, ale wykorzystując przychylność wiceprezesa Bugdoła, pozytywne spojrzenie wiceprezesa Bednarka, w końcu akceptację prezesa Lato, udało się otrzymać pozytywną opinię zarządu związkowego i zainaugurować działalność Spółki od sezonu 2010/2011. Dzisiaj twierdzę, że był to ostatni moment na realizacje przedsięwzięcia. Zmiany w Komisji Futsalowej po roku 2012 pewnie na lata ponownie wstrzymałyby ów projekt.  

Przedstawiłem ten najprostszy w wyrazie rys historyczny, by różnym domorosłym historykom futsalu uświadomić jakie były realia oraz meandry tworzenia Spółki. To była walka o pozycję futsalu w PZPN. Piszę o tym w przeddzień Walnego Zgromadzenia Wspólników, by uświadomić, że coś co ze sporym trudem tworzyło się przez lata należałoby szanować. Spółka działała różnie. Miewała i ma lepsze oraz gorsze momenty. Była na krawędzi bankructwa, ale podniosła się. Były nieudane wybory personalne, ale były i całkiem dobre. Jako osoba z zewnątrz nie będę wymądrzał się ocenami. Wiem natomiast, że Spółka była jest i będzie potrzebna.

Dla bliższego oglądu zapoznałem się  z kilkoma przekazami otrzymanymi od działaczy klubów ekstraklasy. Tezowo wykrystalizowały się opinie o potrzebie dopieszczania Spółki, gdyż ciągle jeszcze nie jest tworem profesjonalnym. Podkreślano, iż nie wszystkie zmiany ją profesjonalizują. Zaznaczano jak wiele sił kosztowało Spółkę w poprzedniej kadencji bronienie się przed zakusami związku o odzyskanie rozgrywek ekstraklasy. Obecnie sytuacja w tym temacie ustabilizowała się, ale jak kluby nie dostaną czegoś więcej od Spółki niż mają, to mogą same wyjść z opcją zmian. Wreszcie – co dla mnie jest najciekawsze – wskazywano, że o ile początkowo to Spółka narzucała, wskazywała pewne standardy organizacyjne, to teraz kluby dojrzały i lepiej się promują oraz organizują(!). Każdy z moich interlokutorów był zawiedziony brakiem generalnego sponsora, który wspomógłby kluby.
Niedawno podczas pewnego panelu dyskusyjnego miałem okazję zapoznać się z doświadczeniami oficera amerykańskiego Gregory Hartleya o metodach manipulacji. Z drugiej strony przeczytałem materiał polskiej psycholożki o tak zwanej wyuczonej bezradności. Na kanwie tych dwóch racji powiem do udziałowców Spółki – jest bardzo ważne, żeby mieć świadomość na co Was stać, pojedynczo oraz w grupie. Co jest mocną, a co słabą stroną Spółki i czy są rzeczy, których nie da się przeskoczyć nawet przy największych staraniach oraz najlepszych chęciach.

Topowe na dzisiaj hasło „you can do it” (możesz to zrobić) nie zawsze daje bowiem wygraną z rzeczywistością. Ale też nie można dać się zmanipulować i zawsze należy kontrolować rzeczywistość. Też personalną. A może Spółka na chwilę obecną osiągnęła maksimum swoich możliwości i więcej się nie da? Jest więc o czym dyskutować na warszawskim spotkaniu. I zapewne jest to lepsze pole dochodzenia do prawdy niż te nieskomplikowane facebooki, czy twittery. Tego - cytując słowa Kopernika „Co innego jest złośliwie krytykować i zaczepiać, a co innego poprawiać i błędy prostować, podobnie jak pochwały różnią się od pochlebstw” – Spółce życzę.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Podczas meczu ze Słowakami na lubelskim obiekcie – całkiem przyjemnym zresztą - przepytałem wielu kibiców, skąd bierze się ich wiara w nieomylność władz związku piłkarskiego z prezesem Bońkiem na czele. Większość odpowiedzi oscylowała wokół dobrych wyników reprezentacji. Pierwszej reprezentacji. Jakoś ci od Dorny z U-21 po tym meczu nie przypadli im do gustu. Wiadomo, że takie przepytywania wcale nie muszą być reprezentatywne, ale jako w miarę normalny człowiek lubię czasami dowiadywać się, co myślą inni. I to nie od dziennikarzy mediów, którzy nie zawsze są obiektywni, lecz od pospolitego „Luda”, który nie zwykł koniunkturalnie, względnie w ramach poprawności politycznej, ukrywać swoich poglądów. Rozochocony zapytałem też, czy wiedzą co to futsal. I tutaj wynik ankietowy był marnawy. Raczej tak 30 do 70 w gronie respondentów na niekorzyść piłki halowej. Nie mam bałwochwalczej wiary w ankiety, czy sondaże, bo uważam je za niezłe manipulatory, ale na miejscu futsalu nie obrażałbym się takim wynikiem, bo jest całkiem przyzwoity.

Gdzieś tak miesiąc temu chciałem założyć się z jednym z dyrektorów związkowych, iż nie będzie żadnych zmian personalnych w gronie dwójki delegatów futsalu na Walne Zebranie PZPN. Dyrektor nie był tego taki pewny, a ja byłem. I nie pomyliłem się. Tandem Morkis-Kulczycki przez kolejne coroczne wybory będzie znajdował potwierdzenie w gronie wybierających i tylko szkoda kasy, by rokrocznie te wybory przeprowadzać. Dzisiejszego ranka w rozmowie ze mną jedna z historycznych postaci polskiego futsalu określiła tę sytuacje następująco – nasza halówka ma twarz przewodniczącego Komisji Futsalu, ale lobbuje w niej naczelnie po latach ponownie Śląsk. Mnie to nie przeszkadza. Nie wybieram, nie kandyduję centralnie, więc mam się nijak do twarzy, czy lobbujących. Jakoś powoli plewimy mazowieckie futsalowe podwórko i bez pomocy, czy z pomocą centrali będziemy to nadal robić. Inni – co odczytałem w słowach mojego rozmówcy – już nie są tak obojętni. Ale to nie mój problem. Jeżeli mam o coś pretensje do PZPN, to o to, że o wynikach wyborów musiałem dowiadywać się z portalu innego niż oficjalny związkowy.

Tak się składa, że miesiąc czerwiec w większości spędzam we Lwowie. Niestety, życie to nie jest bajka i do życia potrzeba kiełbasy oraz chleba, a na nie należy zarobić. Wielu Ukraińców szuka dolce vita w Najjaśniejszej, ale odwrotne wyjazdy na saksy też zdarzają się. Dzięki temu mam możliwość bliższego kontaktu z sąsiedzkim futsalem. Wyczułem, że życzą nam wygranej barażach o słoweńskie finały ME. Bardzo szanuję futsal ukraiński. Pamiętam, jak zaprosili nas na międzypaństwowy dwumecz, a wówczas było u nich z kasą krucho, więc aby nas ugościć według słowiańskiego obyczaju sami zrezygnowali ze zgrupowania, przebywając w prywatnych domach, aby tylko Polakom zapewnić dobre warunki. Jak mówił ówczesny szef ukraińskiego futsalu, Genadij Liseńczuk – nie mogło być inaczej, gdy w Polsce zawsze byli podejmowani z wielką gościnnością. Nie da się bowiem ukryć, że polska organizacja meczów, turniejów futsalowych od wielu lat jest uznana w Europie i dlatego różne nacje chętnie do nas przyjeżdżają na mecze. Chociaż wolałbym, by przyjeżdżali jako do topowej drużyny sportowej. Ale i może tak stanie się z czasem.

Niedługo walne zebranie w Spółce FE. Ciekaw jestem kondycji ekstraklasowych klubów. Nie sportowej kondycji lecz finansowej. I jeszcze ciekawi mnie, jaką twarz będzie miała Spółka po lipcowych obradach. Broń Boże, nie myślę o personalnych roszadach, ale tymi słowy chcę wyrazić pytanie, czy będzie to twarz ofensywna, czy zachowawcza. Najgorsze, gdyby objawił się wsteczny bieg. Jeżeli mogę coś zaproponować, to nie unikanie lustra. Owe spotkania z lustrem, nie zawsze są miłe i sam tego wielokrotnie doświadczyłem, ale lustrzane odbicie zawsze budzi jakąś refleksję i każe spojrzeć prawdzie w oczy. I wcale nie jest w tym momencie najważniejsza fizyczność.

Niedługo lipcowe losowanie europejskich, klubowych pucharów futsalowych. Dlatego całkiem merytorycznie zadam pytanie - JAK NIE REKORD, TO KTO. Pytam – oczywiście – w kontekście wyniku. Dobrego wyniku w rywalizacji z klubową Europą. Prezes Rekordu Janusz Szymura - jak odczytywać po transferach - stawia mocno na europejskie puchary. Dwa „Michałowskie” transfery (Kubik oraz Czech Seidler) z powagą każą podchodzić do bielsko-bialskich apetytów na coś więcej niż tylko trzy pierwsze mecze futsalowej Ligi Mistrzów. Szczególnie uniwersalny Seidler robi wrażenie. Liczę, że prezes Janusz nie pokpi sprawy i zorganizuje jeden z turniejów w Bielsku Białej. Byłaby to niezła nagroda dla tamtejszych kibiców. Wreszcie polski klub musi coś ugrać. Czas wesprzeć reprezentację klubowymi wynikami.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Piszę nieco opóźniony tym razem felieton, ale pobyt w bieszczadzkim Arłamowie, gdzie między innymi przebywała nasza kadra U-21 piłki trawiastej, przygotowująca się do polskich mistrzostw Europy, nadwyrężył poczucie czasu. Piękne krajobrazy, przecudny, niemal kompletny ośrodek dla przygotowań sportowych, wiele ciekawych osobistości – mam nadzieję – wytłumaczą opóźnienie. Wyznaje zasadę, że aby poznać kwitnące wiśnie nie trzeba jechać do Japonii, wystarczy do Łącka. Tak samo jest z dobrymi ośrodkami dla sportu. Po co wybierać się w Alpy, gdy pod bokiem jest Arłamów oraz Bieszczady.

Właściciela arłamowskich włości poznałem jeszcze w poprzednim wieku. Lubi sport, piłkę. Wie czego chce w życiu oraz biznesie. Pokochał Bieszczady i zainwestował w to bieszczadzkie cudeńko, jakim jest niewątpliwie Arłamów. Reprezentacja Nawałki szlifowała tam formę przed francuskim EURO i przyniosło to korzyści. Zobaczymy jak teraz poradzi sobie młodzież Dorny na polskim EURO – 21. W każdym razie – jak nieoficjalnie wywiedziałem się – trener Nawałka w razie zakwalifikowania się do finałów rosyjskich mistrzostw świata ponownie postawi na zgrupowanie w Arłamowie. Miejsce to nadaje się jak najbardziej na dłuższe zgrupowania i przynosi szczęście. Do krótszych jest pewnie za daleko. A może spróbowałby futsal. Funkcjonalna hala na miejscu jest jak najbardziej.
Będąc w Bieszczadach śledziłem na bieżąco wyniki mistrzostw Europy szóstek piłkarskich, które odbywają się czeskim Brnie. Podczas konferencji prasowej przed wyjazdem do Brna trener naszej kadry Klaudiusz Hirsch mówił wiele pomysłach na grę zaczerpniętych dla szóstek z futsalu. Pomysłach, które w wykonaniu Polaków sprawdziły się i które „podkupiła” Europa. Tylko pogratulować. Podczas rzeczonej konferencji w Warszawie spoglądając na polską kadrę zauważyłem w niej  futsalistów, jak choćby Elsner, Och, Citko. W Brnie Polacy dotarli do ćwierćfinału, gdzie po heroicznej walce ulegli Węgrom dopiero w rzutach karnych. Całkiem dobrze. Być w najlepszej ósemce Europy – marzenie polskiego futsalu. Oby taki wynik zrobiła reprezentacja trenerów Biangi oraz Korczyńskiego – pomyślałem sobie, wzdychając.

Patrząc z arłamowskich wyżyn na polski futsal zastanawiałem się dlaczego w jest w nim mało kobiet – działaczek. Dlaczego mężczyźni zdominowali ten atrakcyjny sport. Co prawda, istnieje futsal kobiecy i reprezentacje Polski kobiet, ale też główne role grają w nim mężczyźni. Najbardziej pewnie reprezentatywną część mają kobiety w sędziowskim futsalu. Osobiście na szybko przypominam sobie w gronie działaczek futsalowych panią Irenę z Chorzowa, panią Ewę z Gliwic oraz panią Anię z Bielska Białej. Sądzę, że jest pań więcej, ale niejednokrotnie pozostają w cieniu. A więc do boju, futsalowego boju – Drogie Panie. Czas upiększyć futsal.
Okres wakacyjny żywi się w futsalowym świecie głównie transferami. Felieton nie jest oczywiście miejscem do opisywania zmian barw klubowych, ale czasami warto zatrzymać się nad wypowiedziami zawodników o transferach. O ich filozofii transferowej, która zapewne jest bliska też tej życiowej. Podejrzewam, że każdy futsalista ma swoje Kilimandżaro, na które chciałby się wspiąć. I chwała za to, bo rywalizacja jest nieodłącznym motorem sukcesu. Jeden z reprezentacyjnych futsalistów zdecydował się na przejście z ekstraklasy do I ligi. Przy okazji stwierdził, że dla niego, jako człowieka z ambicjami, będzie to krok naprzód, bo nowy klub powalczy o Futsal Ekstraklasę.

Zawsze wydawało mi się, iż ambicje najlepiej rywalizować w  gronie najlepszych. Być może myliłem się. W każdym razie życzę powodzenia. Na kanwie tej wypowiedzi zastanowiłem się, co może oznaczać tak często używane określenie-klucz „krok naprzód”. Naukowo może to być między innymi ewolucja, postęp, rozwój, wzrost, zmiana na lepsze, wyższy stopień. I wcale nie musi to być powiązane stricte sportowo. W grę mogą wchodzić choćby finanse, byt, lepszy trener, lepsza atmosfera, zaplecze, etcetera, etcetera. Dlatego ocenność wartości sportowej takich kroków następuje dopiero po sezonie. I tego trzymajmy się.

Jakby niezauważona przeszła przez środowisko decyzja władz związkowych o statusie zawodników futsalu. Zarząd PZPN podczas swojego majowego posiedzenia poprawił chromą swoją uchwałę z czerwca 2013 rok. Była ona nieco jednostronna ze wskazaniem na futsal. Teraz jest sprawiedliwie, równo dla trawiastej oraz futsalu. Prawnie oraz regulaminowo czytelna. Widać rękę przewodniczącego Kaźmierczaka jako specjalisty od regulaminów związkowych. Oby tak dalej.

Zasady powinny być bowiem jasne, czytelne, równe. Obrany kierunek na zawsze odsuwa jednak profesjonalizację futsalu na zasadzie jako takiej odrębności zawodniczej. Ale pozwoli być może nieco klubom odetchnąć finansowo, co w dzisiejszych czasach – trudnych dla tej dyscypliny pod względem zdobywanie środków – jest chyba ważniejsze. Niestety, tak krawiec kraje jak materiału staje. I z tym nawet ekstraklasa musi się pogodzić.
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Pewnie już mało kto pamięta największy hit polskiej telewizorni lat 8-90 XX stulecia, jakim był australijski serial „Powrót do Edenu”, a w nim fascynująca przemiana naiwnej Stephanie w opanowaną Tarę. W tle coś brzydkiego przemienia się w rzeczy piękne. Takie szybkie skojarzenie nasunęło mi się po wtorkowym spotkaniu władz futsalu PZPN z przedstawicielami klubów I ligi futsalowej. Widząc dobrą wolę związku, snute plany, zapytam jednak pierwszoligowców, dlaczego na spotkanie przybyła niecała dziesiątka ich przedstawicieli. Przypomnę, że 24 kluby występują w rozgrywkach. To jest kompromitacja, panowie prezesi. W trakcie sezonu utyskujecie, że związek nie spotyka się z Wami, oczekujecie wsparcia, a tymczasem taka klapa wizualna. A clou propozycji klubowej jest powiększenie liczby drużyn w I lidze (!). Takie dictum klubowe utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że niegdysiejsze plany Wydziału Futsalu, iż I liga, aby stawać się profesjonalną powinna liczyć najwyżej 14 zespołów w jednej grupie są ciągle aktualne. Inaczej zawsze będziemy mieli pierwszoligowe, futsalowe kopanie się po czole. I nie zobaczymy przemiany brzydkiej Stephanie w piękną Tarę.
Kiedy początkiem 2013 roku władze PZPN pod kierownictwem prezesa Bońka oddawały futsal w pacht przewodniczącemu Kazimierzowi, niewątpliwie jako nagrodę za udzielone wyborcze wsparcie, gdzieś w całym tym rytuale zapomniano i odrzucono w przysłowiowy kąt projekt poprzedników o medialnym wsparciu I ligi futsalu. Zapewne byłby to spory wysiłek klubów, związku, chętnych sponsorów, ale na pewno wizerunkowo dla pierwszoligowców opłacalny. Niestety, w Polsce nie tylko w piłkarskim związku, ale całym państwie jest ukierunkowanie, że poprzednicy byli „be”, a nowa opcja jest jedynie „cacy”. I tak projekty, które powinny być realizowane, kontynuowane i osiągać cele, po latach ponownie odżywają jako pomysł nowy. Pomysł nowej władzy. I tak to trwa, straconych lat nikt nie liczy.  A mówi się obiegowo – „czas to pieniądz”. Okazuje się jednak, że nie zawsze i nie dla wszystkich.

Nie spełniło się lubawianom marzenia o awansie do ekstraklasy. Gdański team akademicki, być może dzięki doświadczeniu z rocznej gry w ekstraklasie, okazał się lepszy w dwumeczu barażowym. Na kanwie tego pozwolę sobie postawić odważną tezę, że w kolejnych sezonach też beniaminkowie ekstraklasy będą albo degradowani w wyniku słabej postawie w sezonie rozgrywkowym, albo pozostaną w grze po barażach.  Ewentualnie liczyć mogą na jakieś pozasportowe perturbacje klubów ekstraklasy, jakie w minionym sezonie stały się udziałem choćby chojniczan. Innej opcji nie widzę, gdyż słabość pierwszej ligi pod każdym względem w porównaniu z ekstraklasą jest aż nadto widoczna. Czyli polski futsal zaplecza z prawdziwego zdarzenia raczej nie posiada. Czas więc, by PZPN wziął sprawy w swoje ręce mając na uwadze poziom polskiego futsalu, a nie regionalno-środowiskowe interesy, interesiki. I tym związek powinien wykazać się za rok przy okazji połowy kadencji Komisji. Z rozliczenia takowego wykluczyłbym pierwszą reprezentację, bo to inne personalia (prezes Bednarek) oraz inne „zabawki”.  W tej materii sama kadra rozliczy się wynikiem meczów barażowych. Nie wspominam o ekstraklasie, która przez lata działania Spółki spoważniała, nabyła rozsądku i sama potrafi oczyszczać się i stawiać rzetelne cele.
Rzadko w felietonach popełniam osobiste wynurzenia. Wbrew temu, co niektórzy sugerują, na futsalu nadal mi bardzo zależy, a wszelkie uwagi  są jedynie poszukiwaniem coraz lepszych rozwiązań futsalowych problemów.  Futsal poznałem od tak zwanej podszewki jak mało kto z obecnej jego rządzącej ekipy, też ekstraklasowej. Zapewne popełniałem też błędy nim kierując, ale dlatego widzę coś po latach analitycznie, z dystansem i mogę sugerować, aby niedoróbek z lat minionych nie powielać. Wracając ad rem napiszę - wreszcie doczekałem się ruchu kadrowego, który powinien nastąpić wcześniej. Jeden z najzdolniejszych futsalowców, Michał Kubik zdecydował się na przenosiny do Bielska-Białej. Brawo. Michale i tak byłeś w Szczecinie przynajmniej o rok za długo. Rok, który nie wniósł do Twojej gry za wiele nowego. Powinna na tym transferze skorzystać reprezentacja, a także Rekord. Rekord przed którym boje w futsalowej Lidze Mistrzów. Nie patrząc na inne oceny naszej ekstraklasy podkreślę raz jeszcze – wynik Rekordu w tych rozgrywkach będzie dopiero prawdziwym wyznacznikiem siły sportowej naszej futsalowej ekstraklasy

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Obiegowo funkcjonuje powiedzenie, które spopularyzował kiedyś ekspremier Miller, mówiące, iż prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. Drużyna męskiego futsalu Rekordu Bielsko Biała zadała poniekąd kłam temu stwierdzeniu, gdyż rozpoczęła rozgrywki ekstraklasy futsalu sezonu 2016/2017 tak samo dobrze, jak je zakończyła. Początkiem marszu po mistrzowski tytuł był mecz w Toruniu wygrany 6:0. Sfinalizowali rekordziści ligowy bój wygraną z Gattą 9:5. Bodajże od drugiej kolejki przez resztą sezonu przewodzili ekstraklasie.

Nie może być więc wątpliwości, że tytuł mistrzowski jak najbardziej zasłużenie trafił w ich ręce. Do klubu prowadzącego jak najbardziej prawidłowy proces szkoleniowy futsalu – od dzieci poprzez młodzież do seniorów. Pisząc o tym, przy okazji odpowiem niektórym moim interlokutorom, że nigdzie nie jest napisane, iż w klubach mają grać sami Polacy. Gratuluję prezesowi Szymurze, trenerowi Szłapie, zawodnikom oraz całemu zestawowi osób, które ich wspomagały. Ale tak naprawdę siłę polskiego mistrza jak i rozgrywek polskiej ligi zweryfikują dopiero boje w ramach futsalowej, europejskiej Ligi Mistrzów. Życzę powodzenia.
Finałowy mecz Rekordu z Gattą Zduńska Wola, decydujący o futsalowym mistrzostwie Polski, był niezwykle emocjonujący. Pełen niespodziewanych zwrotów akcji, obfitujący w błędy, ale także we wspaniałe zagrania. Osobiście zapamiętam na długo niesamowitego gola Daniela Krawczyka zdobytego po precyzyjnym wykopie Darka Słowińskiego przez długość parkietu. I jeszcze zapamiętam ciekawą oprawę podsumowującą finał, którą nieco zepsuli mi oficjele, gremialnie stawiając  się do rozdawnictwa medali oraz wręczania pucharów. W tym rozgardiaszu nawet nie pokazała telewizja albo ja nie widziałem (co jednak jest wątpliwe), kto wręczył kapitanowi Janovskiemu najważniejszy mistrzowski puchar. Skupiono się bowiem na bielskim samorządowcu, którego puchar akurat nie był tutaj najważniejszy. Jako felietonista życzyłbym sobie, aby medale, czy puchary wręczały osoby z związane futsalem na co dzień i organizujące rozgrywki, czyli prezes Karczyński oraz przewodniczący Kaźmierczak. Byłoby przejrzyście i bez następowania sobie na przysłowiowe odciski.

Zadałem sobie nieco trudu i sprawdziłem, jak Rekord wypadł w tym coraz popularniejszym, dzięki słownictwu trenera Probierza, „Pucharze Maja” - czyli rundzie dodatkowej gier po podziale punktów.  W grupie mistrzowskiej Rekord też był najlepszy, co tylko potwierdza jego klasę. Ale w całości „majowego pucharu” musiał ustąpić pola Euromasterowi Głogów. Panie trenerze  Trznadel – chapeau bas za całokształt sezonu. Nie byłbym sprawiedliwy, gdybym nie wymienił jeszcze jednego ekstraklasowego szkoleniowca. Trener Hirsch sięgnął po kolejny medal. Tym razem brązowy z FC Toruń. Pan Klaudiusz ma już na swoim koncie kilka złotych mistrzowskich medali, ale sądzę, że brązem nie pogardził. Tym bardziej, że Toruń – jak widać – po latach nijakich wstaje z kolan. Tylko szkoda, że dalej to podnoszenie będziemy obserwować bez trenera Hirscha, który na nowy sezon wybrał kierunek śląski i zakotwiczyć zamierza w Gliwicach.  Mimo wszystko też życzę powodzenia.
Czytając poprzednie akapity proszę nie myśleć, że czynię jakieś podsumowanie sezonu. Wcale do tego nie zmierzam i nie czuję się godny. Zostawiam to bardziej uczonym (!) w mowie oraz piśmie futsalowym. Niemniej felietony pozwalają  w swojej konwencji zajmować się wszystkim i nie myślę z tego przywileju rezygnować. Dlatego kilka słów o zawodniku, który był motorem napędowym brązowego medalisty sezonu.

Marcin Mikołajewicz, bo o nim mowa, obok trenera Hirscha był główną siłą toruńskiego teamu. Ustawiony pod jego „strzeleckość” zespół wykonał dobrze swoją robotę. Marcin strzelił ponad 30 goli, a mógł jeszcze więcej. Dlatego zadam sobie, a może i prezesom toruńskim pytanie: czy podobny sezon są w stanie powtórzyć. Czy jak Mikołajewicz będzie miał słabszy czas, będą przygotowani na zmiany. Są to, niewątpliwie, pytania czysto retoryczne, ale w felietonie warto nieraz i takie stawiać.

I jeszcze jedna rzecz, o której całe środowisko futsalowe powinno pamiętać przy okazji zakończenia sezonu 2016/2017 - to jest przygoda z TVP. Nie tylko dla Spółki FE, ale i dla całego środowiska był to swoisty papierek lakmusowy popularności oraz możliwości futsalu. Nie wypadł on dobrze. TVP przez pół roku była darmowa. Niestety, nie przełożyło to się na oglądalność oraz wysyp sponsorów. Proponuję więc środowisku posypanie głowy popiołem i zejście z obłoków na ziemię. Realne uzmysłowienie sobie miejsca, w którym polski futsal znajduje się. Nie epatowanie propagandowymi sygnałami z różnych stron Polski, jak to można szybko załatwić sponsorów. Nie epatowanie remisowym wynikiem Polska – Hiszpania uzyskanym raczej na zasadzie teorii gry „na udo”. Ignacy Paderewski – wybitny polski pianista – mawiał, że przepisem na sukces jest jeden procent talentu, dziewięć procent szczęścia oraz dziewięćdziesiąt procent pracy. Więc do roboty.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS