Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiałem się dlaczego tak łatwo jest manipulować opinią o trenerze. Dlaczego na początku dają kwiaty, a na do widzenia kopa. A bywa nawet, że ten kop nie ma związku z wynikami. O rezygnacji trenera Andrzeja Biangi wieść gminna niesie -  niosła* (*niepotrzebne czytelnik skreśli po posiedzeniu zarządu PZPN) już od eliminacji elbląskich. Kolejne wróble ćwierkały o niej coraz mocniej. Gołębie dachowce przynosiły coraz to nowe terminy zmian na szkoleniowych stołkach reprezentacji futsalowej. Każdy przekaz wielokrotnie i przez dłuższy czas serwowany ma w sobie coś samorealizującego. Ale obojętnie, jak rzecz cała zakończy się, zdziwionym byłbym bardzo, gdyby zmiany nastąpiły przed słoweńskim EURO.

Choć z drugiej strony nie takie volty w związkowym wydaniu futsalowym widziały już moje oczy. Czyli według łacińskiej sentencji nie stałoby się nihil novi sub sole. Zresztą trenerskie roszady są dniem powszednim i w wielkich klubach, przy których nasz rodzimy futsal to szaraczek niemal. Niedawny przykład z Bayernu, którego jestem zaprzysięgłym fanem od lat czterdziestu i kilku, jest tego najlepszym przykładem. Ale... no właśnie mam jedno „ale”. Niemiecki klub nie awansował w 2017 do finałów Ligi Mistrzów, a zespół prowadzony przez trenera Biangę awansowy cel zrealizował. Wtajemniczeni mówią, iż trener Bianga sam podał się do dymisji. Nawet o ile tak jest można jej nie przyjąć i pozwolić dokończyć dzieła zimą 2018 w Lublanie.
Gdy piszę o trenerach pozwolę sobie na kilka swobodnych myśli felietonisty o tym zawodzie. Przeważnie w większości przypadków człowiek, który długo wykonuje swoją pracę staje się lepszym fachowcem. Nabiera doświadczenia, poznaje ludzi, z którymi współpracuje, nabywa biegłości. Tymczasem wygląda na to, że z trenerami jest odwrotnie. A może tylko tak nam wmawia się. I znów posłużę się monachijskim klubem. Lat temu kilka wstecz Bawarczycy wywalczyli trofeum Ligi Mistrzów, i... zwolniono ówczesnego szkoleniowca, bo na topie był Hiszpan, który cuda czynił z Barceloną.

Okazało się jednak, że Bayern to nie Barcelona i nawet ów Hiszpan nie pomógł w odzyskaniu europejskiego czempionatu. Po Hiszpanie był jeszcze Włoch, aż wreszcie ponownie sięgniętego po swojego zwycięskiego emeryta sprzed lat. Niech ta opowieść spisana klawiaturą będzie swoistym memento dla polskich włodarzy futsalowych, by nie działać zbyt pochopnie w zmianach trenerów kadrowych. Trener bowiem oprócz wiedzy musi mieć jeszcze szczęście. Nie każdy fachowiec je nosi w plecaku. Dlatego tego ze szczęściem powinniśmy hołubić czasami bardziej od tego z wiedzą. A najlepsze są duety – szczęścia oraz wiedzy. I to daję do przemyślenia związkowym decydentom. Nie codziennie bowiem łapie się Pana Boga za nogi, jak to zdarzyło się w Elblągu w meczu z Hiszpanią. A to było właśnie owo szczęście.

Jak już jestem przy reprezentacji, to muszę nieco złagodzić tę ogólnopolską euforię po awansie do finałów futsalowych EURO Słowenia 2018. Nie, żebym nie cieszył się, ale jako felietonowy dziejopis chciałbym przypomnieć, że kadra pana Romana Sowińskiego przed finałami moskiewskimi i następne kadry przez kilka eliminacji po nim miały o wiele trudniej z awansem. Wówczas tylko osiem reprezentacji występowało w finałach i tylko po jednym zespole z grupy awansowało przez lata. Z trzeciego miejsca grupowego nawet nikt nie myślał w UEFA o dawaniu szansy w kwalifikacjach. Co najwyżej czasami coś poszczęściło się niektórym najlepszym z drugich lokat. A my obecnie z tej „trójki” przepchnęliśmy. Dziękujmy więc cały czas Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA) za zmiany w systemie i powiększenie ilości finalistów do dwunastu drużyn.

Piszę też o tym, by uświadomić różnym przypadkowym, okazjonalnym, by nie powiedzieć niedzielnym żurnalistom od futsalu, których namnożyło się sporo w wyniku polskiego sukcesu, że futsal polski był, jest i będzie - niezależnie od tytułów oraz tekstów jakie pomieszczają. Proszę, by nie powodować jakichś dziwnych tekstowych, nieuzasadnionych wygibasów oraz wahnięć, czy też porywczych uogólnień. Jesteśmy z polskim futsalem najzwyczajniej tu i teraz, realizuje się długofalowy plan i małą łyżeczką łyka nasz futsal kolejne kęsy ze sporej wazy futsalowej zupy. Tak to na chwilę obecną postrzegajmy miejsce futsalu w hierarchii piłkarskiej. Nigdy nie przebijemy bowiem opcji trawiastej. I niech tylko związek dba, aby owa waza była zawsze pełna.
Kiedyś usłyszałem, jak jeden z dziennikarzy powiedział o Leo Beenhakkerze, że on lepiej od piłkarzy szkoli dziennikarzy, którzy z zachwytem "łykają" to, co mówi Holender. Jakoś przypomniało mi się to w chwili, gdy pod sukces kadry futsalu podpinają się różne osoby. Zawsze przy takich okazjach będę twierdził, że aby solidnie o czymś debatować, rzetelnie o czymś pisać, należy co nieco poznać dane środowisko. A nie tylko „przytulać się” do niego od wielkiego dzwonu (czytaj awansu). Co prawda, trudno jest wywalczyć awanse, ale naprawdę jeszcze trudniej jest pozycję wywalczoną utrzymać. I tego – nie piłkarzom, trenerom – ale działaczom centrali futsalowej oraz centrali związkowej życzę. Nie zawiedźcie. Każde miejsce gorsze niż kolejny finał pójdzie już na wasze konto. Wiem coś o tym z autopsji.

Nieraz zarzekałem się, że w felietonach nie będę pisał o wynikach, tabelach. Ale natura rywalizacji bierze górę. Napisałem tydzień temu, że Opole, Jelcz-Laskowice, Chojnice są na najlepszej drodze awansowej. I nie wiem, czy to one okrzyknięte faworytami pokpiły sprawę, czy rywale „zagotowali się” po teoretycznym odbieraniu szans. W każdym razie moje pisanie wyszło na zdrowie rywalizacji w grupach I ligi. Liderzy solidarnie polegli w swoich halach. Na dodatek w jednej z grup sytuacja tak wyrównała się, że połowa stawki mieści się w 3 punktach. I niech tak dzieje się. Oby tylko decydował parkiet, a nie arbitrzy, bo i takie pogłoski na portalach się znajduje.

I jeszcze słowo o ekstraklasie. Prezes chorzowskiego Cleareksu pewnie w najczarniejszych snach nie śnił, że Białystok tak zbije jego drużynę. Czasami chorzowski klub przypomina mi warszawską Legię. Nie brakuje kasy, są w klubie poważni ludzie, grają solidni zawodnicy, a wyniki „kratkowe”. Jakby według tej „udowej zasady”. Czyli albo się uda, albo nie. Nie wiem jak w Legii, ale Clearex mając w składzie czterech podstawowych reprezentantów kraju, całkiem przyzwoitego jak na polskie rozgrywki innostranca, nic nie ujmując rywalowi z Białegostoku, nie powinien dawać od czasu do czasu takiej plamy. Ale, może dzięki takim wynikom ligi są arcyciekawe. A w ekstraklasie kolejny raz przekroczona został bariera 40 goli. Tym razem było ich 42.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedługo po meczu z Czarnogórą wyjechałem poza Polskę i nie miałem możliwości (czasu) bieżącego zajmowania się polskim futsalem. Chociaż na żywo popatrzyłem w jeden dzień na mecze jednej z grup – tak zwanych mistrzowskich – skąd do dalszych gier awansowały trzy zespoły.

Nadrabiając po powrocie zaległości najpierw napiszę, że szkoda mi bielskich rekordzistów, którzy w nadzwyczaj wyrównanej grupie nie dali rady przebić się do kolejnej rundy tej europejskiej futsalowej ligi mistrzów. Ale, panie prezesie Januszu, panie trenerze Andrzeju – jest takie powiedzenie „co się odwlecze, to nie uciecze” – i miejmy nadzieje, że bogatsi o nowe doświadczenia za rok już nie pokpicie sprawy. Tego Wam życzę. Droga wyznaczona jest dobra, co nie znaczy, że nie może być wyboista. Jak to mawiają moi przyjaciele z Francji – c’est la vie. Rzeczywiście, niestety, takie jest to sportowe życie.
Ale wracając do polsko-czarnogórskiej potyczki na trawie muszę stwierdzić patrząc na wynik sportowy, że polski futsal wtedy wejdzie na stałe na europejskie salony, kiedy dopracuje się zawodnika podobnego do Lewandowskiego. Zachowując oczywiście proporcje stosowne pomiędzy trawą a halą. Tak się złożyło, że na Narodowym na rzeczonym meczu miałem miejsce niedaleko pani Lewandowskiej i innych kilku tych tak zwanych obecnie szumnie VAGs. Mogłem więc zaobserwować jak w trudnych chwilach kibice odwracali głowy do pani Anny, jakby oczekując pomocy. Pomocy od państwa Lewandowskich. I pan Robert zrobił swoje. Strzelił ważnego gola, powiedział kilka odważnych słów po meczu, szczególnie o potrzebie ciągłej koncentracji, podziękował kibicom za wsparcie. I powiedział to kolegom oraz trenerowi, bo dla mnie Lewandowski „prowadzi” obecnie tę kadrę wspólnie z panem Nawałką.

I nie widzę w tym nic zdrożnego. Powiem nawet, że gdyby nie było Roberta, to rosyjskie finały pozostałaby dla nas nieosiągalne. I powiem więcej – Lewandowski, to trzyma dzisiaj na swoich mocnych barkach (co widać na fotkach) cały polski futbol. Nawet prezes Boniek tak go nie trzyma w zakresie sportowym. Chciałbym, aby kiedyś jakiś polski futsalista tak odciążył prezesa Bednarka, czy przewodniczącego Kazimierczaka. Wyznaczał standardy. I wtedy byłyby wyniki sportowe na miarę oczekiwań futsalowej Polski.

Wyczytałem na portalu futsal-polska, że po 8 miesiącach PZPN zorganizował zgrupowanie, czy też konsultację kadry U-19. Futsalowej kadry. Nie będę komentował i doszukiwał się powodów tak długiej przerwy, bo tylko laik może zaakceptować tak długi jej niebyt. Przypomnę tylko, że dzisiejsze wyniki pierwszej reprezentacji to w sporej mierze wynik pracy z młodzieżą w latach poprzednich. Pochodna pracy trenerów Korczyńskiego, Juszczaka, Hirscha, wcześniej Biangi i kilku innych szkoleniowców reprezentacyjnych kadr młodzieżowych. To tam wykuwały się talenty. A grano o wiele, wiele częściej. Czyżby związek postanowił pooszczędzać przez te osiem miesięcy na futsalu? Aby zamknąć temat przypomnę, iż UEFA postanowiła organizować mistrzostwa kontynentu w tej kategorii wiekowej, a Argentyna nawet wpisała rocznik futsalowy U-18 do Światowych Sportowych Igrzysk Młodzieży Buenos Aires 2018. Miejmy nadzieję, że to ostatnia taka pauza w wydaniu PZPN.
Felieton nie powinien być miejscem opisywania punktacji ligi, ale kiedy po powrocie zerknąłem na tabelę ekstraklasy i zobaczyłem zerowy stan punktowy Pogoni 04 Szczecin, coś we mnie drgnęło. Sam siebie zapytałem, jak można tak szybko zniwelować dorobek lat. Solidnych lat szczecińskiego klubu. Liczę, że to tylko falstart i karta odwróci się. Ale straconych w trzech meczach 21 goli, przy strzelonych tylko pięciu, daje wiele od myślenia. Aż nie chcę wiedzieć, jak czuje się założyciel tego klubu, honorowy jego prezes, obecny prezes Spółki FA, Maciej Karczyński, gdy widzi jak jego ukochane dziecko nie punktuje. I pomyśleć, że wiceprezesowi PZPN Bednarkowi, nadzorującemu futsal, może ubyć z ekstraklasy jedyny przedstawiciel jego macierzystego regionu. Jak więc zarządzać polskim futsalem, gdy może nie być flagowego zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej na szefowanym piłkarsko zachodniopomorskim terenie.

Rozstrzelana jest ta nasza futsalowa ekstraklasa. W drugiej kolejce padło 46 goli. Jest to nowy rekord sezonu. W trzeciej jeszcze nie grał Rekord, ale mimo wszystko trudno będzie poprawić wynik. W I lidze trzymam kciuki za Orłem, a tymczasem obok wyrasta niezwykle groźny konkurent Odra Opole. Nic, tylko zacierać ręce i obserwować rywalizację. Powinno być ciekawie. Podobnie w grupie północnej, gdzie Red Devils oraz Uniwersytet Zielonogórski próbują urwać się goniącemu ich peletonowi. Czyli jest coraz ciekawiej, przynajmniej w dwóch ligach centralnych. Piszę celowo w dwóch, chociaż w tle tli się II liga, ale to czysta amatorszczyzna i póki nie ruszy, nie jest godna uwagi. Mam nadzieję, że do grona centralnych gier niedługo dołączą rozgrywki kobiece. I w jesienno-zimowo wieczory będziemy mogli pasjonować się futsalowymi igrcami w całej ich krasie. A przy okazji rozgrywek kobiecych mieć jeszcze wrażenia estetyczne.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...