Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Futsalowy FC Toruń w maju dwukrotnie mi zaimponował. Po raz pierwszy, kiedy zremisował u siebie z niepokonanym, kroczącym do tego meczu bez straty punktu w futsalowej ekstraklasie, Rekordem Bielsko Biała. Po raz drugi, gdy ograł w Zduńskiej Woli Gattę i zapewnił tym temuż Rekordowi na dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek futsalowe mistrzostwo kraju.

Ciekaw jestem, czy w tymże maju podopieczni trenera Żebrowskiego zdołają jeszcze sięgnąć po srebrny medal mistrzowskiej rywalizacji. Innych emocji raczej już w ekstraklasie nie spodziewam się. Zresztą walka o mistrzostwo Polski w futsalu w sezonie 2017/2018  już od jednej trzeciej sezonu była nudna i tylko stawiano sobie pytanie, czy, albo kiedy, Rekord straci jakieś punkty.
Całkiem inaczej jest w boju o prolongatę ligowego bytu. Białostocki MOKS, który w pewnym momencie rundy zasadniczej walczył o miejsce w czołowej szóstce, teraz musi się mocno napocić, by uchronić się przed barażowaniem. Gdzieś tak końcem marca wspominałem białostoczanom, iż walka o byt jest trudniejsza niż o medale, ale nie chciano mi przyznawać racji. Obecnie wychodzi na moje, chociaż z tego nie cieszę się.

Zawsze podzielam pogląd, iż dobrze jest jak jeden z beniaminków dla swoistego „odświeżenia krwi” pozostaje w ekstraklasie. Po wycofaniu się z rozgrywek Lex Kancelarii pada na MOKS, by spełnić moją filozofię sportowego jestestwa.

Kilku moich znajomych, których niechcący pisaniem oraz mówieniem o futsalu zaszczepiłem tą dyscypliną, stwierdziło, że futsalowa ekstraklasa w tym roku nie zaimponowała im. Ciągle była jakby w tle – twierdzili. Jestem w stanie ich zrozumieć, gdyż sam liczyłem na lepsze przebicie się do świadomości polskiego kibica – nie tylko futsalowego. A tymczasem w mediach tak zwanego głównego nurtu sportowego ekstraklasowy futsal przechodził jakby bokiem. Nie powiem, żeby był to rok stracony, ale liczyłem na więcej. Zresztą wcale lepiej nie jawi mi się I liga, a nawet reprezentacja, którą zawiaduje piłkarski związek. Oprócz incydentalnych wydarzeń typu finały ME, czy mecze międzypaństwowe - ogólnie cicho.

I trzeba sporo natrudzić się, by coś sensownego znaleźć informacyjnie w mediach poza piłkarskiego, klubowego, związkowego, czy spółkowego nurtu. Nawet finałowy turniej Halowego Pucharu Polski w Opolu szybko zszedł z afiszy. A i kibiców na halę opolską za wielu nie przyciągnął. Myślę, że jest to szkopuł, który zarówno władze futsalowe w związku jak i spółki futsalowej w przyszłym sezonie powinny wziąć pod uwagę w swoich działaniach.

Niedawno wziąłem udział w konferencji o zarządzaniu klubem, a nawet większą strukturą. To, co tam mówiono, całkiem przystawało także do zarządzania futsalem, gdyż, moim zdaniem, polski futsal to taki większy, albo „bardziej większy” klub sportowy. W przeciwieństwie do wielu działaczy futsalowych, znam bowiem miejsce futsalu w polskim sporcie. Ba, nawet w polskiej piłce. I nie będę nigdy mówił, że jest, czy będzie popularniejszy od żużla albo kolarstwa. Nie wspominając o siatkówce albo matce żywicielce – piłce trawiastej.

Usytuowany będąc w strukturach organizacyjnych piłki nożnej trawiastej na zawsze pozostanie  takim przygarniętym dzieckiem, by nie napisać bękartem. I nie wiem, czy nie ma racji mój przyjaciel, recenzent Józef twierdzący od dawna, że w polskim futsalu najlepiej odnajdują się działacze. Zapewne coś w tym jest. Ale z drugiej strony bez zawodników i ci działacze byliby niepotrzebni – drogi Józefie.

Wracając  na chwilę do owej konferencji. Wynotowałem sobie z niej taki passus. Otóż ważnym elementem każdej jednostki powiązanej ze sportem jest struktura organizacyjna, która powinna być jasna i czytelna. To ona umożliwia właściwe zarządzanie. W tej strukturze nie można zapominać, że klub, spółka, czy komisja, to nie tylko piłkarze, trener, działacze, prezesi. To cała infrastruktura techniczna obiektów, rehabilitacja, odnowa, marketing, szkółki piłkarskie czy współpracujące najczęściej na zasadach outsourcingu, inne podmioty. I finalizując myśl, co wydaje się być kluczowe - czyli umiejętność delegowania zadań poprzez właściwe zakresy obowiązków czy polecenia ze strony osób kierujących. Najważniejsze jest, żeby każdy znał się na swojej pracy i chciał współpracować z pozostałymi. A tego właśnie polskim futsalu in corpore jest za mało.
Jeden z trenerów polskiego futsalu – nazwisko mi uleciało – powiedział niedawno, że polski futsal wymaga odmłodzenia. Naprawdę nic ucieszniejszego nie słyszałem od dawna w naszym futsalu. Nie wiem, czy ów trener (jaka szkoda, że nie zapamiętałem nazwiska, ale pewnie nikt znaczący, bowiem takiego zapamiętałbym) pragnie budować polski futsal od nowa za pomocą szkółek futsalowych. Na nowych naborach, bez zawodników, którzy nie spełnili się na trawie. Czy tylko zabezpiecza się przed brakiem wyników?

Jest to typowe wylewanie dziecka z kąpielą. Rodzimy futsal musi być konglomeratem młodości oraz doświadczenia. Inaczej trwać będzie w stagnacji. Każdy co lepszy kwiatuszek bowiem odejdzie do piłki trawiastej. Tej popularniejszej i lepiej dającej zarobić. Tak zrobili kiedyś sędziowie – Górecki, Musiał, Frankowski. Wielu piłkarzy, biegających teraz po trawie, a nawet w reprezentacji. Nawet trener Juszczak pozostawił futsal dla sztabu szkoleniowego pana Nawałki. Więc po co to mamienie o odmładzaniu. Czy nie lepiej wziąć się do solidnej roboty? Merytorycznej bez pustosłowia?
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Dziwnie mało futsalowe portale internetowe w naszym kraju poświęciły rozgrywanemu w w miniony weekend w Saragossie - stolicy hiszpańskiej Aragonii Final Four UEFA Futsal Cup. A przecież grały najlepsze futsalowe teamy Starego Kontynentu. Na szczęście o tych najwierniejszych sympatyków piłki halowej zadbał, Polsat dając transmisje najważniejszych meczów.  I był jednym z sześciu europejskich nadawców, którzy się na taki krok zdecydowali. Chapeau bas.

Statystycznie odnosząc się do składu finału, zaserwowana została nam powtórka sprzed roku. Hiszpański Movistar Inter Futbol Sala okazał się ponownie lepszy do portugalskiego Sporting Clube de Portugal z Lizbony. I tym razem padło siedem goli (5-2, rok temu było 7-0). Jednak dla mnie największą niespodzianką, a powiedziałbym nawet sensacją, był udział w gronie czterech najlepszych futsalowych teamów Europy sezonu 2017/2018 węgierskiego Rába ETO Győr. Rekordzie z Bielska Białej, panie prezesie Szymura - wzór jest niedaleko. Trzeba nadal próbować. Cierpliwość w futsalu do podstawa. 
Dla felietonisty, a na dodatek sympatyka polskiego futsalu, nie będzie nadużyciem napisać, że saragoski finał był przygrywką do Final Four Halowego Pucharu Polski, który zostanie rozegrany w najbliższy weekend w Opolu. Trzy ekstraklasowe zespoły (Rekord, MOKS Białystok, Red Dragons Pniewy) spróbuje pogodzić pierwszoligowy AZS Uniwersytet Zielonogórski. I po raz drugi w tym felietonie chapeau bas. Tym razem dla zielonogórzan, którzy potrafili przebić się przez gęste eliminacyjne sito do najwyższej pucharowej półki.

Szperając po portalach, szukając materiałów o obecnej edycji HPP natknąłem się na informację, że Rekord nie trafił w poprzednich rundach na zespół ekstraklasowy. I w półfinale też mu się to nie uda, gdyż zmierzy się z AZS. Rekordzistom zapewne, przy obecnej ich formie, jest obojętne na kogo trafią. Ale ciekawostka pozostaje w annałach. Na dodatek zdarza się to już drugi raz, biorąc pod uwagę niedawne edycje. Wydaje się puentując ten akapit, że każdy inny wynik, niż wygrana w Final Four HPP Rekordu, będzie sensacją - co najmniej. Niemniej, jak to mówił niezapomniany trener Kazimierz Górski – „Dopóki piłka w grze...”. 

Organizatorem opolskiego finału jest PZPN. I nawet jak przekazał jakieś pola organizacyjne agendom terenowym (opolski klub, opolski związek piłkarski), to od piłkarskiej centrali raczej należy wymagać, by przynajmniej z meczu finałowego była transmisja na żywo w normalnej telewizji. Normalnej, czyli dostępnej dla przeciętnego zjadacza chleba kraju na Bugiem, Wisłą oraz Odrą położonym. Inaczej wstyd będzie, że możemy sobie popatrzeć w telewizor i zobaczyć biegających po saragoskiej hali futsalistów z Europy, a nie zobaczymy naszych rodzimych. Cały ten akapit piszę oraz traktuję w formie gdybania, gdyż jestem poza Polską w chwili pisania tych słów i nie mam możliwości sprawdzenia programu telewizyjnego na weekend nadchodzący. Liczę, że w kolejnym felietonie będzie okazja na pochwały dla związku. Nie chciałbym mylić się.

Orzeł Jelcz Laskowice nie okazał się w ostatecznym pierwszoligowym rozrachunku nielotem i też awansował do futsalowej ekstraklasy. Gratulowałem już prezesowi Bednarzowi, a teraz pogratuluję całej tamtejszej społeczności futsalowej. Cieszy mnie, że kolejny z „otwartą futsalową głową” działacz dołączy do Spółki FE. W Spółce zawsze pozytywnie zakręconych futsalem powinno przyjmować się z otwartymi rękoma. Nigdy ich za wiele. To raz, a po drugie dobrze stało się, że Dolny Śląsk odzyskał miejsce w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej futsalu. Teraz jeszcze proszę o awans Lubelszczyznę oraz Mazowsze.
Rzadko w felietonach cytuję polskich prezesów od futsalu. Ale muszę zacytować prezesa Jenczmionkę z gliwickiego Piasta. Padły z jego ust w internecie słowa o takiej pewności, jakiej już dawno nie słyszałem wypowiedzianych przez prezesa polskiego klubu futsalowego. Dawniej z takiej pewności słynął prezes Cleareksu, pan Wolny. Ale to już minione czasy. Obecnie pan Wolny już nie prezesuje.

Prezes Jarosław powiedział – „Zamierzamy rozegrać pięć dobrych meczów i dopisać sobie 15 punktów. Uważam, że to jest naprawdę możliwe. Ostatni mecz z Rekordem pokazał, że graliśmy jak równy z równym, a to zespół, który jest poza zasięgiem naszej ligi. A jeśli potrafimy grać z nimi jak równorzędny rywal, to z pozostałymi zespołami także”. Nic tylko przyklasnąć. Lubię takie odważne stawianie sprawy. Jest to ciekawe zadanie dla trenera oraz zawodników. Jak prezes tak mówi, to nie wypada go zawieść.

Po podziale punktów oraz na grupy w ekstraklasie futsalowej jest nadal ciekawie. Szczególnie pojedynki o wicemistrzostwo oraz trzecie miejsce w górnej połówce powinny być fascynujące. Pomiędzy drugim zespołem a czwartym są tylko trzy punkty różnicy. Zresztą podobnie jest w dolnej połówce. Siódmy zespół ma tylko 3 punkty przewagi nad dziesiątym, czyli tym, który będzie musiał barażować z lepszym z wicemistrzów I ligi.

Nie odważyłbym się stawiać na medalistów, czy spadkowiczów już teraz. Ale, przestrzegam, nie należy lekceważyć Cleareksu. Z drugiej strony jestem ciekaw, czy wreszcie zaowocuje w Wieliczce praca pana Bucciolla. Maj piękny miesiąc, zielony, kwitnący, niech więc i nasz futsal przed wakacyjną przerwą rozkwitnie poziomem.   

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...