Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Stefan Kisielewski - znany szerzej jako Kisiel – znakomity felietonista, mawiał że najgorsze jest nie to, że znaleźliśmy się w d..., ale to, że zaczęliśmy się tam urządzać. Co prawda, raczej odnosiły się te słowa do tak zwanego okresu słusznie minionego, lecz można transponować owe powiedzonko indywidualnie i do innych dziedzin bez obrazy dla „Mistrza Kisiela”. Nie wyłączałbym i sportu z zastosowania takiej ocenności.

Rozpoczynając felieton od słów Kisiela nie chcę nikomu narzucać toku myślowego tego niezwykłego człowieka. Jednak warto nieraz dla refleksji sobie te słowa przypominać. Ba! - nawet zapisać w pamięci na stałe. Nie wiadomo bowiem, kiedy w owej d... można się znaleźć. A już najgorszym może być, gdy świadomie lub niezauważalnie dla siebie zaczniemy się w tej d... prozie codzienności urządzać. Też sportowej.
Futsal jako dyscyplina jest piękny. I sam w sobie nie jest w stanie zepsuć się. Co najwyżej mogą to zrobić – jak zresztą ze wszystkim w życiu – ludzie. Dlatego pozwolę sobie zamieścić symptomatyczną uwagę kierowaną wobec polskich klubów futsalowych. Otóż – jak głosi słowo - manna z nieba leciała raczej tylko w biblijnych przekazach, więc zamiast oczekiwać, spierać się, może warto zakasać rękawy i na serio wziąć się za przystosowywanie do wymagań organizatorów rozgrywek. Czas zadbać samemu o siebie, gdy chce nazywać się klubem sportowym i być postrzeganym na poważnie.

Nie prowadzę jakichś statystyk organizacyjnych, czy nie udzielam porad systemowych, ale postawię klubom tylko jedno pytanie: ilu kibiców przychodzi na mecze ligowe ich zespołów? A do niektórych, a może nawet do wielu, skieruję jeszcze dodatkowe zapytanie: dlaczego tak mało? I proszę nie odbierać tego jako zarzut jakowyś, ale raczej wywołanie tematyczne do przemyśleń na okres letniej kanikuły, przed nowym sezonem.

O tym, że chcąc, można zrobić coś pięknego, coś co zachwyci widzów, sponsorów, media, a nawet tych, którym do futsalu daleko, przekonał mnie w miniony piątek Rekord Bielsko Biała. Był to mecz zwany wszem i wobec na bilbordach rozstawionych przy drodze do Bielska, na różnych przywieszkach, zaproszeniach, identyfikatorach etc – „finałem sezonu”. Mecz zorganizowany w dużej hali przy udziale 1600 kibiców, których nikt nie zwoził, ani nie zmuszał do oglądania. Mecz z pełnym profesjonalnym zapleczem organizacyjnym. Mecz, podczas którego każda osoba z ekipy organizatorów wiedziała, co ma robić i jakie są jej zadania zgodne z wymogami stosownych przepisów, regulaminów, zaleceń. Nic tylko bić brawo.

Osobiście pozostaje mi tylko żałować, iż ten sen trwał tak krótko, bo przez jeden piątkowy wieczór. Ale warto było jechać do Bielska. Nawet nie po to, by nacieszyć oko stroną sportową widowiska, ale – przynajmniej ja – organizacyjną. To była uczta. A jaka jest różnica w odbieraniu sportowego przekazu na obiekcie z pełną widownią, przy zadbaniu o kibica w sposób szczególny, poprzez różne skierowane do niego atrakcje, a siermiężną organizacją, gdzie kibic ziewa, nudzi się i hale są pustawe, nie muszę nikogo przekonywać. I w tym zakresie upatruję rozkwitu inwencji klubowej, gdyż granie dla drabinek i niepełnych, by nie napisać pustych hal, jest obrazą dla futsalu. Naprawdę pomyślcie o tym w wakacje – panowie prezesi klubowi.

Jeszcze przed meczem Rekordu z Gattą miałem okazję pogratulować prezesowi Szymurze sportowych wyników sezonu. Nie tylko mistrzostwa seniorskiego, wywalczonego Pucharu Polski, kilku mistrzostw młodzieżowych kraju, ale też awansu futsalistek do najwyższej krajowej klasy rozgrywkowej. Nie mnie opisywać, jak to się robi. Wzór jest. Tylko dorównywać.

Gratuluję prezesie Januszu. Prawdę mówiąc „komplet mistrzowski”, jaki jest do zdobycia w polskim futsalu, jeszcze jest przed Rekordem, gdyż U-18 uciekło im sprzed nosa, a i kobiety dopiero zawalczą o czempionat w nowym sezonie. Jest więc co poprawiać. Ale już utrzymać tegoroczne zdobycze może być trudno. Tym lepiej, bo nie będzie spoczywania na laurach. A ze swojej działaczowskiej przygody wiem, podobnie pewnie jak prezes, że zdobyć laur(y) jest trudno, ale powtórzyć jeszcze trudniej.
W piątkowy wieczór na futsalowej wykładzinie w bielskiej hali Pod Dębowcem wystąpiło wielu znamienitych futsalistów krajowych oraz zagranicznych. Ale moją uwagę zwrócił jeden, siedzący na ławce rezerwowych.

Rafał Franz, bo o nim mowa, sięgnął w sezonie 2017/2018 po swój siódmy mistrzowski tytuł w rozgrywkach polskiego futsalu. Najpierw w sezonie 2007/2008 zdobył mistrzostwo z PA Nova Gliwice. Następnie kolejno dwa tytuły z Akademia FC Pniewy/Poznań, jeden z Wisłą Kraków i wreszcie trzy z Rekordem. Jest absolutnym rekordzistą w gronie polskich zawodników futsalu.

Mecz z Gattą był pożegnalnym mistrzowskim w barwach Rekordu. Być może posiadanie Rafała w składzie jest receptą na mistrzowskie trofea. Coś w tym jest. Oprócz mistrzowskich tytułów Rafał może dopisać do prywatnej kolekcji Puchar Polski, Superpuchary Polski, tytuł króla strzelców ekstraklasy, udział w Elite Round UEFA Futsal Cup, awans do finałów ME. I szkoda tylko, że selekcjoner Korczyński nie widział go w składzie na finały w Lublanie. A przecież, to Rafał strzelił dwa arcyważne gole w rewanżowym meczu eliminacyjnym z Węgrami. No cóż, tak bywa. Nie on pierwszy, nie ostatni „odstrzelony” po eliminacjach przed finałami. I nie mam na myśli tylko futsalu. Życzę Rafałowi, którego poznałem w roku 2005, a bliżej przed eliminacjami młodzieżowych ME w roku 2007, by nie kończył jeszcze kariery. Natomiast, gdy do tego dojdzie, aby z futsalem związał się na inny sposób.

Nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem) – spokojnie tym łacińskim powiedzeniem mogę ocenić zakończony sezon ekstraklasy futsalu. Kolejność na podium jak przed rokiem. Pierwsza szóstka przewidywalna już z okresu przedsezonowych wypowiedzi. Tradycja dotrzymana, gdyż jeden z zespołów wycofał się z rozgrywek. Beniaminkowie nadal do końca niepewni swego, co tylko świadczy o marności sportowej oraz organizacyjnej I ligi. Atrakcyjnych meczów niewiele więcej niż przed rokiem. Nowych, rozpoznawalnych, przydatnych kadrze twarzy futsalowych, też za wiele nie zobaczyliśmy.

Rekord odskoczył reszcie jak kolarz Froome peletonowi na 19. etapie Giro d’ Italia. Typowo polskie, wielkie, ale zarazem obolałe JA nadal wybrzmiewa w klubach. Mimo, iż przybyło kilku pomniejszych, to sponsor tytularny rozgrywek ciągle poszukiwany. Sędziowie z tradycyjną, chociaż może ciut rzadszą, huśtawką formy. Pozostaje więc trzymać kciuki za Rekord na arenie międzynarodowej oraz za selekcjonerem Korczyńskim, by głoszone przez niego zmiany kadrowe zaowocowały. Kolega Józef pewnie powie – tylko tyle. Odpowiem Ci Józefie – aż tyle.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Cieniem rzuciły się na polską piłkę niedawne ekscesy kibiców związane z finałową kolejką rozgrywek polskiej ekstraklasy piłki trawiastej. I to w czasie, gdy zbliża się rosyjski mundial, na który po dwunastu latach przerwy udaje się nasza reprezentacja. Problem z kibicami jest od dawna i – być może – wreszcie ktoś obudzi się i przestanie udawać, że nic aż tak złego nie dzieje się. Na szczęście kibicowskie zawieruchy nie dotarły jeszcze do futsalu. I przynajmniej w tym mała piłka jest lepsza od tej dużej. Jak wszechświat, niemal wszystko ma jednak swój początek oraz koniec. Dlatego nie możemy mieć pewności, że to „szczęście” nie zawita kiedyś i do hal.
Trudno ad hoc oceniać, kiedy i jak połączone siły państwa, polskiej piłki zdołają okiełznać, niejednokrotnie spychany na bok, problem. Chociaż raczej trudno o inne wyjście niż zaprowadzenie porządku na stadionach. Nie chcę zabawiać się w Pytię, niemniej nie jestem pewien, czy niektóre wypowiedzi padające z ust ważnych polityków, czy działaczy piłkarskich, nie były wodą na młyn dla ekstremalnych grup kibiców. A mam na myśli teorie o  ustalaniu ze strażą pożarną, na jakich zasadach race można na stadionach odpalać. Czy też określanie, że kibice, jak wszyscy obywatele, mają prawo do swoich poglądów i w ramach wolności mogą je wyrażać także na stadionie.

Rzucając takie słowa nie zdawały sobie pewnie owe osoby sprawy, że myśl ulatuje ptakiem, a powraca wołem. Dlatego, aż skręcam się z ciekawości, co władza wspólnie z piłkarskim związkiem zrobi, by chuligańskie ekscesy ze stadionów stały się wyłącznie wspomnieniem. Mimo wszystko nie liczyłbym jednak na odwzorowanie działań brytyjskiej premier Thatcher sprzed lat.   

Jako felietonistę, z wyników sportowych sezonu futsalowego 2017/2018 przed jego podsumowaniem, najbardziej z wielu niewiadomych intryguje mnie wynik barażowych meczów pomiędzy Gwiazdą Ruda Śląska a dziesiątym zespołem ekstraklasowym. I kto będzie tym „dziesiątym”. Rozumiem fanów klubów, że liczy się dla nich także medal, czy lokata zespołu, z którym sympatyzują. Podobnie ważne to jest dla zawodników trenerów – premie, czy działaczy – promocja wobec sponsorów. Ale tak naprawdę po latach pamiętamy mistrza, ewentualnie jeszcze tych co zostali zdegradowani. I to nie jest tylko przypadłość futsalowa, lecz całego sportu.

Ładnie to ujmują Amerykanie, którzy nie zajmują się medalami innego kruszcu niż ze złota. Hasło „Ameryka first” prezydenta Trumpa nie wynikło z niczego. Tam zawsze najważniejsze jest zwycięstwo. Lokata pierwsza, najlepsza. Wraz z dojrzałością sportową, a również i wiekową zauważyłem, że ideały barona Coubertina - twórcy nowożytnych Igrzysk Olimpijskich, mówiące iż najważniejszy jest udział, bezpowrotnie odeszły do lamusa historii. Chociaż w polskiej piłce z futsalem włącznie cieszymy się z zakwalifikowania do jakiegoś, jakichś finałów. Dla nas, to jest aż tyle. Dla innych – tylko tyle.

Polski futsal dojrzewa. Dojrzewa sportowo, czego doświadczyliśmy poprzez udział reprezentacji w finałach mistrzostw Europy Anno Domini 2018. Dojrzewa klubowo, czego doświadczamy od dwóch sezonów spoglądając na Rekord Bielsko Biała. Ale dojrzewa też mentalnie w głowach działaczy. Nie łykną już oni byle jakiej gadki ze strony jaśnie panującej związkowej Komisji. Nie łykną bezrefleksyjnie zapewnień prezesów związkowych o ich przyjaznym stosunku do futsalu. Nie łykną bezwolnie decyzji władz Spółki FE. Nie przyjmą bez zastrzeżeń tłumaczeń trenerów oraz zawodników odnoszących się do słabszych występów. I to jest ta wartość dodana tworząca się gdzieś tam w sportowej, wynikowej otulinie naszego futsalu.

Nie ma się więc co obrażać na krytyczne głosy. Głosy inne niż obowiązujące w trendzie, nie wiadomo zresztą na jakiej zasadzie tworzonym. A ponadto, kto ma ów trend ustalać, gdy roszady we wszelakich władzach futsalu dokonują się nad wyraz często. Radujmy się więc opisanym dojrzewaniem. I niech ono trwa, sięgając po kolejne grupy polskiej małej piłeczki.
Rozkochana w futsalu Lubawa nie sprostała w dwumeczu barażowym Gwieździe z Rudy Śląskiej i kolejny sezon spędzi w I lidze. Nabyła jednak pewnych doświadczeń, które powinny być zaaplikowane na nowy sezon, kiedy należy popróbować bezpośredniego awansu z pierwszego miejsca. Przykład białostockiego MOKS-u, który też nie od razu wszedł na salony jest do powtórzenia. Tego życzę za rok. Ale o czym innym chciałem kilka zdań wrzucić w kontekście Lubawy. Sebastian Grubalski był z kadrą w Brazylii. Ze słów selekcjonera Korczyńskiego – o ile nie dosłownie, ale na pewno pomiędzy wierszami tak – wyczytałem, że jest to przyszłościowy zawodnik i wart zainteresowania w orbicie reprezentacyjnej. Niemniej, dopadła – przynajmniej mnie - wątpliwość, czy I liga na dłuższą metę jest dobrym polem treningowym, rywalizacyjnym dla reprezentanta kraju.

Co prawda, Sebastian Wojciechowski sprawdził się jako reprezentant, będąc pierwszoligowcem, lecz nie każdy przypadek jest jednakowy. Znając niesztampowe podejście selekcjonera do powołań, zarządzania kadrą, jestem w staniem uwierzyć, że i kolejny pierwszoligowiec nie będzie przez to odrzucony. Jednak – o ile mogę coś jako felietonista doradzać – to rzekłbym, iż w ekstraklasie jest większa szansa na sportowy rozwój. Jak mówił Niccolo Machiavelli – jedna zmiana przygotowuje drugą. O ile tą pierwszą było powołanie do reprezentacji, to teraz czas na drugą. Zainwestowanie w rozwój.

Patrzę na tabelę ekstraklasy i oczom nie wierzę. Pogoń 04 blisko baraży. Kiedy powstawał przed laty szczeciński klub, niemal całą Polskę zachwycał jego rozmach działania. Wówczas to o Pogoni mówiło się jako o klubie, który może stać się wizytówką polskiego futsalu, następcą Cleareksu na arenie międzynarodowej. Jeszcze nikt – no może oprócz pana Szymury – nie myślał, iż berło przejmie Rekord. Nie minęła dekada, a nawet tylko jej połowa i Pogoń 04 znajduje się przed finałową kolejką ekstraklasy na łasce białostockiego beniaminka. Ale nam porobiło się. Jakoś tak nieciekawie – zacytuję słowa z rewelacyjnej polskiej trylogii komediowej o podlaskiej proweniencji w reżyserii Jacka Bromskiego.

No rzeczywiście porobiło się. Klub, w którym swoją futsalową karierę rozpoczynał obecny prezes Spółki FE, klub wydający trenera reprezentacji młodzieżowej, klub, przez który przewinęło się wielu reprezentantów kraju, walczy o prolongatę ekstraklasowego bytu na sezon przyszły. Niestety, taki jest sport. Czasami łaskawy. Czasami brutalny.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...