Skrót meczu / Orange Sport

Pierwsze trofeum Adama Krygera. Rekord z Superpucharem

Pierwszy akcent sezonu 2013/14 wielkim widowiskiem nie był. Przez większość czasu atakowała Wisła, ale gole strzelał Rekord. Trener Błażej Korczyński już drugi raz w ciągu tygodnia mógł czuć się zawiedziony.

Wisła Krakbet Kraków
Rekord Bielsko-Biała

Wisła Krakbet Kraków - Rekord Bielsko-Biała
2:4

Bramki: Krzysztof Kusia (15), Roman Wachuła (33) - Rafał Franz (11), Michał Marek (14), Paweł Machura (21), Andrzej Szłapa (25).
Żółte kartki: Adrian Pater, Piotr Morawski, Douglas Alvaralhao, Neutzling Ferreira - Piotr Bubec, Paweł Machura, Łukasz Mentel.
Wisła: Kamil Dworzecki (Bartłomiej Nawrat) - Douglas Neutzling Ferreira, Krzysztof Kusia, Roman Wachuła, Siergiej Zadorożny, Douglas Alvaralhao, Ricardo Gomes, Daniel Lebiedziński, Adrian Pater, Piotr Morawski, Mikołaj Zastawnik (Adam Jonczyk).
Rekord: Aleksander Waszka (Krystian Brzenk) - Jan Janovsky, Paweł Machura, Michał Marek, Tomasz Dura, Wojciech Łysoń, Andrzej Szłapa, Artur Popławski, Piotr Bubec, Rafał Franz, Radek Polasek (Piotr Szymura, Łukasz Mentel).
 
Dla Wisły Superpuchar miał być trofeum pocieszenia, po nieudanym starcie w eliminacjach UEFA Futsal Cup. I faktycznie gospodarze meczu zaczęli z animuszem, jakby chcieli zatrzeć kiepskie wrażenie, które zostawili przed tygodniem. Już na samym początku w słupek trafił Daniel Lebiedziński, ten sam zawodnik w 7. minucie o centymetry spóźnił się na długim słupku do piłki wgrywanej z wolnego przez Romana Wachułę. Krakowianie dominowali, ale ich akcjom brakowało wykończenia, co zaczęło wywoływać pewną nerwowość. Dość powiedzieć, że Adrian Pater już po 10 minutach gry mógł wylecieć z boiska po drugiej żółtej kartce, na szczęście dla niego sędziowie albo nie zauważyli jego mało sportowego zachowania, albo dali mu ostatnią szansę. Gol na 0:1 autorstwa Rafała Franza był sporym zaskoczeniem. Były "Wiślak" obrócił się na Lebiedzińskim po wybiciu z autu i nie dał szans Kamilowi Dworzeckiemu. Niedługo później wyczyn Franza niemal dokładnie skopiował Michał Marek, jedyna różnica, że ten ostatni strzelił po ziemi, ale Dworzeckiemu nie starczyło nogi w szpagacie by dosięgnąć piłki. Solidnie już podrażnieni miejscowi rzucili się do ataku. W 15. minucie sprytnie lewą stroną urwał się Neutzling Ferreira, na posterunku czuwał jednak świetny tego dnia Aleksander Waszka. Ale nawet i on nie mógł zrobić nic więcej, gdy po fatalnie rozegranym przez "Rekordzistów" rzucie rożnym przeciwko jednemu obrońcy pobiegło w kontrze dwóch zawodników "Białej Gwiazdy". Krzysztof Kusia zachował się "mało koleżeńsko", bo nie podawał do kolegi, ale ta taktyka okazała się skuteczna i Wisła przegrywała już tylko 1:2. To mogło dawać nadzieję na odrobienie strat, choć do przerwy więcej goli już nie padło.

Wszystkie plany, jakie w szatni przekazał swoim podopiecznym Błażej Korczyński poszły na marne, bo już 30 sekund po wznowieniu gry goście podwyższyli. Piłkę na środku boiska odebrał Jan Janovsky i wybornym podaniem obsłużył na dalszym słupku Pawła Machura. A 4 minuty później kolejny cios zadał Andrzej Szłapa, który jako kolejny udowodnił Wiślakom, że metryka nie decyduje o formie i umiejętnościach. Przed tygodniem gwiazdą w meczu Wisła - Baku był 39-letni Marcelo. Teraz 38-letni były kapitan naszej reprezentacji tak dynamicznie pognał na bramkę, wymieniając po drodze podanie z kolegą, jakby w rzeczywistości był dwa razy młodszy. Było już 4:1, z miejscowych całkiem uszło powietrze. Właściwie mecz został w tym momencie rozstrzygnięty. Choć krakowianie długo się nie poddawali, to nie byli w stanie sforsować szczelnej defensywę rywali. Udało się to tylko raz, gdy Wachuła strzelił na bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego, chyba nieco zaskakując obronę spodziewającą się tradycyjnie niekonwencjonalnego rozwiązania. W pozostałych sytuacjach Waszka udowadniał trenerowi, że to jemu, a nie Krystianowi Brzenkowi należy się miejsce w podstawowym składzie, a zwycięstwo zespołu Adama Krygera ani przez chwilę nie było zagrożone.

Są niestety dwa negatywne aspekty niedzielnego widowiska. Pierwszy to kibice, których w hali przy Reymonta 22 było dziwnie mało, jak na stawkę meczu, a już na pewno nie byli tak głośni jak w zeszłym tygodniu w Bochni. Nieco pustawe trybuny na pewno nie wypadały dobrze w telewizji. Druga sprawa to przepychanki na boisku, do jakich doszło w 27. minucie. Wydawałoby się, że dwa znające się od dawna, zasłużone i szanowane drużyny mogłyby spróbować takiej sytuacji uniknąć. To nie jest dobra reklama dla naszej tak potrzebującej popularności dyscypliny. Szczęściem kamery Orange Sport łaskawie skupiły w tym momencie swoją uwagę kolorze klepek w parkiecie, pokazując sytuację dopiero od chwili, gdy koguty obu drużyn już z powrotem zaczęły stawać się normalnymi zawodnikami. To nie jest hokej, bójki nie są najciekawszym fragmentem meczu.

Sporo przemyśleń ma teraz z pewnością Błażej Korczyński. Zdobycie superpucharu to z pewnością fajna sprawa i szkoda niewykorzystania szansy na zlikwidowanie kaca po Baku, ale suma summarum to tylko mecz pokazowy i brak kolejnego "garnka" w gablocie specjalnie nie zaboli. Gorzej, że gra "Wiślaków" pozostawiała sporo do życzenia, a nowe nabytki nie są tak wybijającymi się postaciami, jak można było liczyć. Czasu na nadrobienie braków jest jeszcze trochę, do startu ekstraklasy zostały 2 tygodnie. Wzorem dla "Białej Gwiazdy" może być... Rekord, który na turnieju towarzyskim we Lwowie prezentował się momentami wręcz słabiutko, a teraz ma na koncie już pierwsze trofeum w nowym sezonie. A w takiej formie, jaką zespół Adama Krygera prezentował w niedzielę - na pewno nie ostatnie.