Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Franciszek Bacon, angielski mąż stanu, twierdził, że jedyną znajomością przyczyn jest prawdziwa wiedza. Od zielonogórskiej wpadki naszej futsalowej reprezentacji minęły już dwa tygodnie. Być może jest to zbyt krótki czas, aby oczekiwać oficjalnego wytłumaczenia ze strony sztabu reprezentacyjnego albo ludzi odpowiedzialnych za kadrę. Jednak takie wytłumaczenie, a raczej analiza, powinna ujrzeć światło dzienne. I związek jest to winien środowisku futsalowemu w Polsce. Gdyby tak marny wynik osiągnęła reprezentacja trawiasta, już dawno zostałaby „zagryziona” przez media. Tymczasem w futsalu może wiele „rozejść się po kościach”. I to jest właśnie ta różnica. Zasadnicza różnica w postrzeganiu między piłką trawiastą a futsalem.

W tej pierwszej naród kontroluje niemal wszystko, w tym drugim jedynie kilku(nastu lub dziesięciu) zapaleńców potrafi drążyć temat. A tak zwana Polska nawet nie wie, iż jakieś tam mundialowe eliminacje w Zielonej Górze odbyły się. I nie widzę możliwości zmiany opcji takiego spojrzenia nawet przez najbardziej sensowne zmiany, realizowane w aspekcie organizacyjnym przez Komisję, względnie Spółkę. A trochę tych pozytywów jest. 




Polskiemu futsalowi brakuje osobowości, która mogłaby stać się niewymazywalną jego twarzą. Co prawda cały piłkarski związek posiada taką twarz w osobie prezesa Bońka, lecz jakoś nie mogę jej przypisać także futsalowi. Może dlatego, że prezes Zbigniew rzadko, a nawet bardzo rzadko, zabiera o nim głos. A szkoda. Panie prezesie, może dałby pan nieco swojej aureoli polskiemu futsalowi? Na pewno wspomnienie o nim publiczne – nawet nie musi być pozytywne – kilka razy w roku zwróciłoby nań uwagę szerszej opinii. Kierownicze zadania wobec związkowego futsalu realizuje wiceprezes Bednarek, ale - z całym szacunkiem - to nie tej rangi osobistość, a nawet osobowość co pan prezes Boniek. Może gdyby to był piłkarz Bednarek z trawy, reprezentacyjny obrońca, to i futsal prędzej przebiłby się na ogólnopolskie łamy medialne. Twarz, znana twarz dla polskiego futsalu, jest pilnie potrzebna. Łaknie futsal  rozpoznawalności jak przysłowiowa kania dżdżu.

Jeżeli już jestem przy futsalowych twarzach, to obowiązkiem felietonisty jest wspomnieć o wspaniałym ruchu, jakiego dokonał futsalowy Piast Gliwice. Zatrudniając na trenera Portugalczyka Orlando Duarte pokazał Europie oraz światu, że polski futsal jednak istnieje. Ten znakomity szkoleniowiec, ikona międzynarodowego futsalu, jest w tej chwili najlepszym ambasadorem naszej „małej piłki” poza granicami Polski. Szkoda tylko, że to obcokrajowiec musi świadczyć, iż warto w nasz futsal inwestować.

Chociaż widzę jeszcze jednego ambasadora, na razie przyszłościowego. Może nie tak znanego, jak Orlando, ale występującego w niezwykle prestiżowej hiszpańskiej lidze. Michał Kałuża, bo o nim myślę, młody człowiek, ma szansę zostać kiedyś naszym eksportowym zawodnikiem. Po Zielonej Górze nie odważę się bowiem wymienić innych. Ani zawodników, ani szkoleniowców.

Nie wiem, czy zamysłem władz Piasta było celowe ściągniecie pana Duarte na mecz z lokalnym rywalem GSF. Jeśli tak, to trafili w przysłowiowa dziesiątkę. Nie dość, że wygrali mecz, to jeszcze z kwitkiem odprawili aktualnego selekcjonera reprezentacji Polski – na co dzień trenera ich rywala. Myśląc skrótowo - upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. A felietoniście umożliwili zacytowanie niezwykle trafnego powiedzenia Orlando w jednym z wywiadów, które brzmi – „Jeżeli chcemy nadal uczyć innych, musimy edukować również i siebie. Niestety, jest wiele osób, które wiedzą wszystko od dnia narodzin”

Święte słowa, panie trenerze. Jest w Polsce kilku szkoleniowców oraz działaczy, którym wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy i nikt nie wie lepiej wszystkiego o futsalu od nich. Finalizując akapit z panem Duarte napiszę – nie twierdzę, że jest w stanie dokonać rewolucji futsalowej w Polsce na wzór fińskiej reprezentacji, lecz warto przyjrzeć się jego pracy. Czy mu się uda - nie wiem. Ale jak mu się uda, to skorzysta też na tym polski futsal.

Leo Beenhakker miał takie dyżurne powiedzenie: „Piłkarz jest trudny w prowadzeniu. Gdy jest na dole, ciężko go podnieść, gdy odleci, ciężko się sprowadza na ziemię”. Wielokrotnie działając w czasach, gdy prowadził reprezentację Polski, w Komisji Mediów PZPN słyszałem te słowa. Mam nadzieję, że po Zielonej Górze, kiedy to mieliśmy w rękach wszelkie „argumenty”, gdy zamiast być – oprócz meczu z Hiszpanią – zespołem dominującym na parkiecie, prowadzącym grę, trzymającym w ręku atuty, staliśmy się nagle z myśliwego ofiarą, szybko odnajdziemy reprezentacyjną pozycję w Europie. Zresztą trafiamy w preeliminacjach ME na słabych przeciwników i nie wyobrażam sobie na przełomie stycznia i lutego innego miejsca na Malcie niż pierwsze. W innym przypadku dymisje powinny być nieuchronne.

Ale Malta to tylko powrót na obowiązkowe dla naszego futsalu pozycje. Żaden sukces. I dlatego tak oczekuję na analizę po Zielonej Górze.




W przeddzień narodowego święta, 10 listopada, swój pierwszy mecz pod nową nazwą oraz nowymi barwami rozegrała w mazowieckiej II lidze futsalu drużyna warszawskiej Legii. Mecz zakończony zwycięstwem. Do wygranej poprowadził Legię jako kapitan znany z reprezentacji oraz ekstraklasowych parkietów Mariusz Milewski. Jak przystało na kapitana, to on strzelił pierwszego gola w  lidze dla legionistów. I niech jemu oraz kolegom darzy się jak najlepiej.

To, że Legia – największy oraz najbogatszy klub piłkarski w Polsce - zainteresowała się futsalem, może tylko dopomóc dyscyplinie. Pierwszy mecz, pełna hala – jak rzadko w ekstraklasie, doping – wcale nie gorszy niż w przodujących pod tym względem Pniewach czy Laskowicach, i wcale dobry poziom sportowy, pozwalają mniemać, że Mazowsze, będące dotąd niewykorzystanym polem dla dyscypliny, znajdzie swoje miejsce na futsalowej mapie Polski.

Powoli materializuje się wizja założona przez tutejszych działaczy związkowych (w tym i moja) kilka lat temu. Niewątpliwie legijny futsal ma być kołem napędowym, ale nie należy zapominać, iż dowodzony przez trenera Karczyńskiego AZS UW Wilanów lideruje w jednej z grup I ligi, a trzy zespoły kobiece walczą o prymat w ekstralidze futsalowej. Może i kiedyś po futsalowy mistrzowski skalp sięgnie warszawski team.

Andrzej Hendrzak