Z notatnika dziejopisa

Dziwnie mało futsalowe portale internetowe w naszym kraju poświęciły rozgrywanemu w w miniony weekend w Saragossie - stolicy hiszpańskiej Aragonii Final Four UEFA Futsal Cup. A przecież grały najlepsze futsalowe teamy Starego Kontynentu. Na szczęście o tych najwierniejszych sympatyków piłki halowej zadbał, Polsat dając transmisje najważniejszych meczów.  I był jednym z sześciu europejskich nadawców, którzy się na taki krok zdecydowali. Chapeau bas.

Statystycznie odnosząc się do składu finału, zaserwowana została nam powtórka sprzed roku. Hiszpański Movistar Inter Futbol Sala okazał się ponownie lepszy do portugalskiego Sporting Clube de Portugal z Lizbony. I tym razem padło siedem goli (5-2, rok temu było 7-0). Jednak dla mnie największą niespodzianką, a powiedziałbym nawet sensacją, był udział w gronie czterech najlepszych futsalowych teamów Europy sezonu 2017/2018 węgierskiego Rába ETO Győr. Rekordzie z Bielska Białej, panie prezesie Szymura - wzór jest niedaleko. Trzeba nadal próbować. Cierpliwość w futsalu do podstawa. 
Dla felietonisty, a na dodatek sympatyka polskiego futsalu, nie będzie nadużyciem napisać, że saragoski finał był przygrywką do Final Four Halowego Pucharu Polski, który zostanie rozegrany w najbliższy weekend w Opolu. Trzy ekstraklasowe zespoły (Rekord, MOKS Białystok, Red Dragons Pniewy) spróbuje pogodzić pierwszoligowy AZS Uniwersytet Zielonogórski. I po raz drugi w tym felietonie chapeau bas. Tym razem dla zielonogórzan, którzy potrafili przebić się przez gęste eliminacyjne sito do najwyższej pucharowej półki.

Szperając po portalach, szukając materiałów o obecnej edycji HPP natknąłem się na informację, że Rekord nie trafił w poprzednich rundach na zespół ekstraklasowy. I w półfinale też mu się to nie uda, gdyż zmierzy się z AZS. Rekordzistom zapewne, przy obecnej ich formie, jest obojętne na kogo trafią. Ale ciekawostka pozostaje w annałach. Na dodatek zdarza się to już drugi raz, biorąc pod uwagę niedawne edycje. Wydaje się puentując ten akapit, że każdy inny wynik, niż wygrana w Final Four HPP Rekordu, będzie sensacją - co najmniej. Niemniej, jak to mówił niezapomniany trener Kazimierz Górski – „Dopóki piłka w grze...”. 

Organizatorem opolskiego finału jest PZPN. I nawet jak przekazał jakieś pola organizacyjne agendom terenowym (opolski klub, opolski związek piłkarski), to od piłkarskiej centrali raczej należy wymagać, by przynajmniej z meczu finałowego była transmisja na żywo w normalnej telewizji. Normalnej, czyli dostępnej dla przeciętnego zjadacza chleba kraju na Bugiem, Wisłą oraz Odrą położonym. Inaczej wstyd będzie, że możemy sobie popatrzeć w telewizor i zobaczyć biegających po saragoskiej hali futsalistów z Europy, a nie zobaczymy naszych rodzimych. Cały ten akapit piszę oraz traktuję w formie gdybania, gdyż jestem poza Polską w chwili pisania tych słów i nie mam możliwości sprawdzenia programu telewizyjnego na weekend nadchodzący. Liczę, że w kolejnym felietonie będzie okazja na pochwały dla związku. Nie chciałbym mylić się.

Orzeł Jelcz Laskowice nie okazał się w ostatecznym pierwszoligowym rozrachunku nielotem i też awansował do futsalowej ekstraklasy. Gratulowałem już prezesowi Bednarzowi, a teraz pogratuluję całej tamtejszej społeczności futsalowej. Cieszy mnie, że kolejny z „otwartą futsalową głową” działacz dołączy do Spółki FE. W Spółce zawsze pozytywnie zakręconych futsalem powinno przyjmować się z otwartymi rękoma. Nigdy ich za wiele. To raz, a po drugie dobrze stało się, że Dolny Śląsk odzyskał miejsce w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej futsalu. Teraz jeszcze proszę o awans Lubelszczyznę oraz Mazowsze.
Rzadko w felietonach cytuję polskich prezesów od futsalu. Ale muszę zacytować prezesa Jenczmionkę z gliwickiego Piasta. Padły z jego ust w internecie słowa o takiej pewności, jakiej już dawno nie słyszałem wypowiedzianych przez prezesa polskiego klubu futsalowego. Dawniej z takiej pewności słynął prezes Cleareksu, pan Wolny. Ale to już minione czasy. Obecnie pan Wolny już nie prezesuje.

Prezes Jarosław powiedział – „Zamierzamy rozegrać pięć dobrych meczów i dopisać sobie 15 punktów. Uważam, że to jest naprawdę możliwe. Ostatni mecz z Rekordem pokazał, że graliśmy jak równy z równym, a to zespół, który jest poza zasięgiem naszej ligi. A jeśli potrafimy grać z nimi jak równorzędny rywal, to z pozostałymi zespołami także”. Nic tylko przyklasnąć. Lubię takie odważne stawianie sprawy. Jest to ciekawe zadanie dla trenera oraz zawodników. Jak prezes tak mówi, to nie wypada go zawieść.

Po podziale punktów oraz na grupy w ekstraklasie futsalowej jest nadal ciekawie. Szczególnie pojedynki o wicemistrzostwo oraz trzecie miejsce w górnej połówce powinny być fascynujące. Pomiędzy drugim zespołem a czwartym są tylko trzy punkty różnicy. Zresztą podobnie jest w dolnej połówce. Siódmy zespół ma tylko 3 punkty przewagi nad dziesiątym, czyli tym, który będzie musiał barażować z lepszym z wicemistrzów I ligi.

Nie odważyłbym się stawiać na medalistów, czy spadkowiczów już teraz. Ale, przestrzegam, nie należy lekceważyć Cleareksu. Z drugiej strony jestem ciekaw, czy wreszcie zaowocuje w Wieliczce praca pana Bucciolla. Maj piękny miesiąc, zielony, kwitnący, niech więc i nasz futsal przed wakacyjną przerwą rozkwitnie poziomem.   

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Futsalowe dziewczyny rozegrały dwa mecze z reprezentacją Rosji. Oba przegrały, ale wstydu nie przyniosły. Niemniej zastanawia mnie, jak długo jeszcze nasz związek będzie traktował futsal kobiecy amatorsko. Jako coś, co jest, ale wcale nie jest aż tak ważne, by reformować to co jest. I nie wymuszą zmiany tej oceny nawet częste mecze reprezentacji. Widzę to w takiej perspektywie z jednego, ale całkiem jasnego powodu. Otóż, rozgrywki naszych lig futsalowych w wykonaniu pań są najzwyczajniej jesienno-zimowym przerywnikiem dla rozgrywek piłki trawiastej. A taką drogą, bez wprowadzania rokrocznie zmian w kierunku usamodzielniania ligowego futsalu kobiet nie dościgniemy, choćby Rosjanek, u których sezon trwa o wiele dłużej i poważniej jest kobiecy futsal traktowany.

Tymczasem nasz zakończył się gdzieś w okolicy połowy marca. A może nawet ciut wcześniej. Nie mam na chwilę obecną nadziei, że coś zmieni się, gdy popatrzę na niedawne perypetie o wiele ważniejszej dla władz polskiej piłki reprezentacji trawiastej (casus meczów z Albanią oraz Szkocją) podczas eliminacji mistrzostw świata. Osobiście po lubuskich meczach z Rosją najbardziej cieszy mnie optymizm zawodniczek naszej kadry. I tak trzymać – drogie panie, bez względu na dalsze losy polskiego, kobiecego futsalu.
Chojnice, po rocznej banicji, na powrót w ekstraklasie futsalu. Pierwsze co zrobiłem, to pogratulowałem trenerowi Biandze oraz... panu Synoradzkiemu (mimo, że nie prezesuje już klubowi). Temu pierwszemu za wykonaną dobrą robotę, a temu drugiemu za wyrazistość.

Futsal nasz potrzebuje bowiem postaci wyrazistych, niekonwencjonalnych, krnąbrnych, z własnym zdaniem. Niezwyczajnym tylko przytakiwać. W tym kontekście nieraz zastanawiam się, co niektóre osoby robią w futsalowej komisji. Ale to już inna bajka. Na inne opowiadanie felietonowe. Tymczasem wrócę na chwilę do trenera Andrzeja Biangi. Niech mi ktoś wskaże w polskim futsalu trenera, który w ciągu jednego sezonu osiągnął dwa znaczące awanse. Awanse na forum europejskim (reprezentacja Polski do finałów ME) oraz krajowym (awans Red Devils do ekstraklasy). Nie ma. Chętnie przeczytam sprostowanie, jeśli się mylę. I mam nadzieję, reasumując wątek, że w Chojnicach nikomu nie przyjdzie do głowy zmieniać trenera. Niech nie powtarza się, nie przez wszystkich akceptowalny, casus reprezentacyjny.

Na piłkarskim portalu 90minut wyczytałem, iż Komisja Licencyjna PZPN zajmuje się Heliosem Białystok, który nie dopełnił obowiązku licencyjnego, powiązanego ze startem drużyny młodzieżowej w Młodzieżowych Mistrzostwach Polski. Ciekaw jestem werdyktu. Rok temu Gatta ze Zduńskiej Woli została ukarana karą finansową. Zapewne tak samo będzie z Heliosem. Z decyzjami związkowymi – tym bardziej w tak oczywistych sprawach – nie dyskutuję. Niemniej pozwolę sobie zastanowić się, dlaczego ciągle władze futsalowe utrudniają życie młodzieżowemu futsalowi nie godząc się na rozgrywanie eliminacji MMP - kolejno w związkach wojewódzkich, następnie makroregionach i dopiero finalnie na szczeblu centralnym. Wielu tak zwanych działaczy terenowych nawet twierdzi, że pomogłoby to rozwijać futsal w ich związkach regionalnych. I rzeczywiście powody, by tak nie mogło być, są raczej miałkie. Czy to jest uprzedzenie do zmian, czy chęć trzymania całości w „ważnych” rękach nie mnie rozstrzygać. Ale wypada choćby zapytać - czy pomyślano, że zespołom byłoby o wiele taniej grać eliminacje w swoich związkach. I wtedy może nie byłoby potrzeby zawracać głowy Komisji Licencyjnej.
Nie ukrywam, że zbierając informacje o polskim futsalu, które uda się następnie pomieścić w felietonie sięgam też do różnych futsalowych portali internetowych. Dla felietonisty portal związkowy jest zbyt oficjalny, by był wystarczający. Spółkowy nieco jednostronny w marketingu pijarowym, ale ciekawszy od tego z PZPN. Klubowe sypią smaczkami – i dobrze. Jest co poczytać.

Niemniej pozostaje niedosyt. Na pewno w zakresie futsalu kobiecego, a też i młodzieżowego. Co prawda strona mmp jest informacyjnie dopełniona, ale brakuje bieżących informacji z terenowych działań. Regionalne informacje o futsalu zamieszczane na portalach obsługiwanych przez wojewódzkie ZPN są różnej jakości. A zależy to od ważności futsalu w danym związku wojewódzkim. Niemniej porównując stan obecny z latami poprzednimi widać – przynajmniej ilościowy – krok w przód. I to jest pozytywne mimo zdarzających się niedoróbek merytorycznych. Wszystkie ręce na pokład – takie zawsze popularne hasło w gronie działaczy PZPN, kiedy trzeba zmobilizować się do działania winni przyswoić sobie działacze futsalowi całej Polski. Nie znaczy to jednak, że nawołuję do mówienia jednym głosem, gdyż to właśnie w różnorodności widzę siłę polskiego futsalu. Nawet starożytni już mawiali „varietas delectat”, czyli „różnorodność cieszy”. I tego trzymajmy się.   

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Krzysztof Ignaczak, to jeden z najwybitniejszych polskich siatkarzy. Z wielką atencją podchodziłem przed laty do rozmów z nim jako zawodnikiem. Tym bardziej teraz zawsze z zainteresowaniem czytam jego przemyślenia dotyczące piłki siatkowej. Niedawno zabrał głos na temat piłek, jakimi będą rozgrywane mecze barażowe o awans do PlusLigi siatkarskiej. Cały szkopuł – jego zdaniem – tkwi w tym, że PlusLiga gra mikasami, a zaplecze, czyli I liga moltenami. Do barażów będzie użyta piłka Mikasy. Zdaniem pana Krzysztofa piłki te różnią się sporo i potrzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do innej. A Mistrz wie co mówi.
Niby jest to problem daleki od futsalu, gdyż jedno co łączy bliżej te dyscypliny to gra na hali. Ale... No właśnie, w futsalu też mamy baraże. I też ekstraklasa gra innymi piłkami (select), a I liga innymi (masita). Jest więc problem, czy go nie ma? Moim zdaniem nieduży, ale jest. Nie wiem jakie piłki zostaną zadysponowane do użytku barażowego pomiędzy zespołem ekstraklasy a uprawnionym do tego pierwszoligowcem. Kiedyś próbowałem obydwu na nodze, ale nie jestem zawodnikiem, by oceniać. Niemniej, optowałbym za selectem, jako sprzętem ekstraklasowym. Tym bardziej, że walka toczyć się będzie o najwyższy poziom rozgrywkowy.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby jednak unikać baraży i utrzymać awans bezpośredni dwóch mistrzów I ligi, względnie dać szanse bezpośredniego awansu też wicemistrzom. Przecież czternastozespołowa ekstraklasa, to całkiem ciekawe rozwiązanie. Mnie przy takim podejściu gnębi tylko jedno pytanie. Patrząc na rozgrywki ekstraklasy oraz I ligi wcale nie jestem pewien,  czy wszystkie zainteresowane kluby dadzą radę spełnić wymogi licencyjne, aby wizytówką futsalu nie być tylko na papierze.   

Kiedy już jestem przy I lidze futsalowej nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż w grupie północnej jeszcze cztery zespoły walczą o awans i udział w barażach. Natomiast na południu są to trzy teamy. I jeden z tych kandydatów ma mecz zaległy do rozegrania. Dla mnie zawsze dziwnym jest, a zdarza się to prowadzącemu pierwszoligowe rozgrywki po raz kolejny, że mecze są przekładane i grane przed finalną kolejką rozgrywek. Broń Boże, nie posądzam nikogo o złą wolę lecz dziwne konotacje nachodzą same.

Z niesmakiem przeczytałem niedawno o perypetiach reprezentacyjnych piłkarek trawiastych z podróżą do Szkocji na mecz eliminacji mistrzostw świata. Traktuję to jako wydarzenie losowe bez jakichkolwiek podtekstów. Niemniej, nie mogę sobie wyobrazić, by opóźnienie samolotu aż o tyle godzin mogło zdarzyć się reprezentacji seniorskiej mężczyzn. Tej od Lewandowskiego. A nawet jakiejkolwiek męskiej młodzieżówce. Nie chcę, opisując ten przypadek, znachodzić potwierdzenia mojej tezy z kilku felietonów, że futsal, piłka kobieca, czy plażowa są jakby w pewnym stopniu sportami niszowymi w porównaniu do „trawy męskiej”.  I obojętnie co robiliby fani futsalu, to wyżej pewnego poziomu, by nie napisać brzydko, nie podskoczą. Chyba, że przeniosą się do Hiszpanii, Rosji, Portugalii albo Brazylii.

Nieodgadniony pan Józef – stały recenzent pisanych przeze mnie cotygodniówek, zagadnął podczas mojego pobytu w Krakowie w temacie klasyfikacji indywidualności polskiego futsalu za rok 2017. Przypomniał, że takie felietonowe porównanie popełniłem za rok 2016. Oczywiście, drogi Józefie – tak było. Ale, co mam teraz wykazywać, czy porównywać jak w futsalu wszystko kręci się wokół czterech osób i kolejność ważności zdarzeń, decyzji, możliwości każdy może sobie sam ustalać według poważania, czy sympatii?

Celowo abstrahuję od merytoryki. A te osoby to są panowie – Kaźmierczak, Karczyński, Bednarek, Korczyński. Jeżeli mam już coś, a nie kogoś wyróżnić, to oprócz kolejnego wyeksponowania awansu reprezentacji do finałów ME wytłuszczę dopięcie spraw organizacji II ligi, a szczególnie makroregionalnego systemu awansowego oraz systematyczne wzmacnianie się marketingowej stabilności FE. Na inne spostrzeżenia przyjdzie czas, kiedy „wybuchną” jakieś spektakularne działania. Na razie bowiem ogólnie przeważa powielanie, przestawianie, podróżowanie (prezesów).
Tenże pan Józef podesłał mi przy okazji klasyfikację strzelców ekstraklasy. Na dwie kolejki przed zakończeniem rundy zasadniczej lideruje Marcin Mikołajewicz. Za nim kolejno plasują się  Michal Seidler, Daniel Krawczyk, Sebastian Leszczak, Paweł Budniak, Oleksandr Bondar, Michał Marciniak. Gdy patrzyłem na maila od pana Józefa przed oczy od razu nasunęła mi się myśl – kto ma strzelać gole w reprezentacji, jak w czołówce strzelców tylko reprezentacyjny kapitan z Torunia? Co prawda, jest jeszcze Leszczak, ale on został dokooptowany do kadry dopiero po pięciu golach w meczu białostockim Cleareksu (ach co to był za festiwal i co za szczęście, że mogłem go naocznie oglądać w białostockiej hali).

Nie jestem taktykiem, czy strategiem szkoleniowo-selekcjonerskim, ale nawet dla laika zauważalne są owe zachwiania defensywno-atakujące w kadrze. A większość goli zdobytych w tym roku przez nasz zespół reprezentacyjny w pięciu meczach kadry (raptem 3, w tym 1 brazylijski samobój) wynika najzwyczajniej ze szczęścia. Nie wiem, czy jest to pokłosiem faktu, że większość snajperów z czołówki ekstraklasowej ogląda mecze kadry w telewizji, a dodatkowo dwaj z nich to zagraniczniacy, ale - przynajmniej dla mnie - jest to zagadka. Nierozwiązywalna na tę chwilę zagadka. Francuski filozof oraz historyk Hipolit Taine mawiał przy takich subiektywnie ocennych wrażeniach – „Może jest rzeczą nieroztropną spisywać pierwsze wrażenie, ale czemuż ich nie spisać, skoro ich doznaje się?". I to też jest prawda.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Juliusz Cezar po wygraniu jednej z bitew oznajmił senatorom starożytnego Rzymu – veni, vidi, vici – czyli przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem. Zapewne nikt znający się nawet tylko przyzwoicie na polskim futsalu nie oczekiwał, że taki sam meldunek złoży zarządowi PZPN po powrocie z Brazylii Błażej Korczyński, trener naszej reprezentacji. Przed meczami, jeszcze w Polsce, selekcjoner zaznaczał, że każda jednostka treningowa, każdy dzień, który spędzą wspólnie zawodnicy oraz sztab szkoleniowy, jest bardzo cenny.

Jest to całkiem rozsądne założenie. Polski futsal nie może bowiem liczyć w związkowych realiach na zbyt częste okazje meczowe, czy turniejowe. W roku 2018 pewnie takich okazji będzie poza eskapadą brazylijską jeszcze najwyżej trzy. No, może cztery. Co stanowić powinno w sumie około 6-7 meczów. Ale mimo wszystko porównując z dawnymi laty, ma selekcjoner komfort pracy i czas spokojny na przygotowanie kadry do ważnych gier w roku przyszłym, kiedy nadejdzie czas rozliczeń. Choćby w eliminacjach światowego czempionatu. Nic, tylko zazdrościć. A brazylijski świąteczny wypad można krótko zreasumować parafrazując Cezara – pojechaliśmy, pograliśmy, powróciliśmy.
Przy okazji owego brazylijskiego wyjazdu pozwolę sobie po raz kolejny zapytać – sądzę, że w imieniu kibiców też – kiedy wreszcie ujrzymy futsalowych Canarinhos w Polsce? Czy przeprowadzono rozmowy, dające przynajmniej perspektywę pokazania najbardziej utytułowanej futsalowej drużyny globu polskiej publiczności? Zobaczenia, nie w telewizji, gdzieś po północy, czy podczas świątecznego obiadu, ale na żywo, w jednej, czy dwóch polskich halach.

Jest w sporcie coś takiego, jak kultura rewanżu. Oddanie w formie rewizyty meczu na terenie nacji, którą gości się wcześniej. A przypomnę, już trzykrotnie peregrynowaliśmy z kadrą na kontynent amerykański. Panie prezesie Boniek, panie prezesie Bednarek, panie przewodniczący Kaźmierczak, panie selekcjonerze Korczyński – czas złożyć rodzimym kibicom daninę gościnności dla brazylijskiego futsalu, czym byłyby mecze Brazylijczyków w Polsce. I to ich najsilniejszej reprezentacji (też z zawodnikami grającymi w Europie), gdyż obecnie, jak zauważyłem, potykaliśmy się z występującą pod szyldem narodowego teamu Brazylii reprezentacją składającą się z zawodników brazylijskiej ligi futsalu.

Polski w miarę zorganizowany futsal można opisywać od roku 1991, kiedy powstała komisja futsalowa w PZPN lub 1992, kiedy powołano po raz pierwszy kadrę narodową. Od tego czasu przez 27 lat związkiem piłkarskim w Polsce kierowało(ruje) 5 prezesów – Górski, Dziurowicz, Listkiewicz, Lato, Boniek. Z każdym z nich miałem okazję pracować. Jak nie przy futsalu, to w innych dziedzinach piłkarskiej działalności. Jeżeli chodzi o futsal, to czoła chylę przed panem Listkiewiczem. On to, za prezesury Kazimierza Górskiego, organizował wyjazd na finały mistrzostw świata w Hongkongu. On kierował ekipą na tym azjatyckim turnieju. Następnie za prezesury Dziurowicza jako sekretarz generalny pilnował, aby futsal nie zniknął w morzu przemian systemowych. To za jego prezesowskich czasów uzyskaliśmy awans do turnieju finałowego ME w Moskwie. To on z ramienia UEFA, czy FIFA był delegowany, jako przedstawiciel tych gremiów, na finałowe turnieje MŚ, ME w futsalu. To za jego kadencji powstawały kolejne reprezentacje młodzieżowe. To wreszcie za jego kadencji nastąpiła wyraźna procentowa progresja budżetu futsalowego w PZPN.

Chciałbym, aby prezesi PZPN byli tak mocno osobiście zaangażowani w futsal jak pan Michał. Niestety, nie zawsze tak dzieje się. Zarówno jego poprzednicy jak i następcy co prawda futsalowi nie przeszkadzają, lecz jakichś szczególnych inicjatyw pro-futsalowych z ich strony nie zauważa się. Zawsze jest jednak czas na zmianę. Czego felietoniście wolno oczekiwać.
Brazylijskie tournee to już historia, nasz futsal wraca na ligowe tory. Pozostały trzy terminy do zakończenia rundy zasadniczej ekstraklasy, podziału na grupy oraz podział punktów. W zasadzie tylko cud mógłby sprawić, że Słoneczny Stok wyprzedzi Red Dragons i znajdzie się w „spokojnej” szóstce. Ale dopóki piłka w grze...

Wróżem to ja nie jestem, niemniej obstawiam, iż po podziale na grupy rywalizacja szczególna toczyć będzie się tylko o wicemistrzostwo oraz brązowy medal. A w dole tabeli głównie o opuszczenie strefy zagrożonej barażami o utrzymanie w ekstraklasie. Na chwilę obecną bardziej mnie jednak interesuje, czy Rekord zakończy zasadniczą rundę bez straty punktu. Najbliżej przerwania „złotej pasy” może być już w najbliższym terminie meczowym Gatta.

Panowie prezesi klubów ekstraklasy – róbcie coś, by dorównać Rekordowi, gdyż z czasem walka mistrzostwo może stać się nieciekawa. Tak jak w Niemczech w Bundeslidze trawiastej, gdzie Bayern zdominował wszystkich. Osobiście nie chciałbym, aby tak było u nas w futsalu, bo to nie gwarantuje wysokiego poziomu sportowego całości rozgrywek.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Felieton jest niejednokrotnie trudną sztuką tolerancji. Na ulicach w momencie, gdy piszę te słowa jest więcej śniegu – przynajmniej w Warszawie – niż na Boże Narodzenie. I jak nie zazdrościć reprezentacji futsalu, która spędzi Wielkanocny czas w Brazylii? Raczej zimy tam nie zobaczy. Ale liczę, że nadchodząca Wielkanoc wyzwoli z pomocą słońca i w futsalowym gronie radość i optymizm. A może nawet podeprą ów świąteczny czas dobrymi wynikami uzyskanymi za Atlantykiem polscy futsaliści.

Jak już jestem przy Brazylii, to nie od rzeczy będzie napisać, że stan Parana, którego stolicą jest Kurytyba, jawi się jako główne skupisko polskiej emigracji do Brazylii od XIX do XX wieku. Emigracji zarobkowej, za chlebem. Według statystyk niemal co dziesiąty mieszkaniec tego stanu jest pochodzenia polskiego. O futsalu w Kurytybie miałem okazję rozmawiać już lat temu wiele (co wynika z moich zapisków) z obecnym prezesem PZPN, a kilka lat po nim z jednym z sekretarzy generalnych PZPN. Panu Bońkowi, gdzieś tak na przełomie wieków, opowiadałem, jak może być silna reprezentacja Polski w futsalu, gdyby sprowadziło się do kraju potomków polskich emigrantów, kopiących piłkę na plażach i w halach Brazylii.

Oczywiście była to rozmowa niezobowiązująca – raczej jako ciekawostka - chociaż pan Boniek był wówczas wiceprezesem PZPN. Kilka lat później ten sam temat poruszyłem z sekretarzem Kręciną, a było to już po doświadczeniach z praprawnukiem polskich emigrantów do Brazylii, Cleversonem Pelcem. To były już sensowniejsze merytorycznie rozmowy, lecz i one spaliły na panewce. Być może teraz jakiś „Polak brazylijski” przypomni sobie o ojczyźnie przodków i zawita z futsalową grą do „Starego Kraju”. Przynajmniej ja nie mam nic przeciw takim eksperymentom.
Czytając powyższy tekst złapałem się na myśli, jak dobrze jest mieć zapiski różnorakie. Słowo daję, gdyby nie one zapomniałbym o tych moich rozmowach. A notowania nauczyłem się od Chińczyków. Często mając w dawnych latach z nimi kontakt zauważyłem, iż podczas każdej  rozmowy prowadzą zapiski, więc i ja począłem utrwalać treści. W zasadności tego, co robię, umocnili mnie kilka lat później Andrzej Strejlau oraz Henryk Kasperczak, kiedy podczas jakichś spotkań w Polsce z kibicami opowiadali o swoich sportowych przygodach w „Kraju Środka”. Między innymi zwracali uwagę na prowadzenie przez Chińczyków ciągłych notatek z ich metod treningowych, czy odpraw.

Dlatego polecam szczerze tę formę archiwizacji. Całkiem legalną i niezbyt ciężką do realizacji, a niezwykle przydatną.

Niezwykle rzadko mam możliwość zapoznać się z wypowiedziami przewodniczącego Komisji Futsalu, pana Kaźmierczaka. Tym bardziej z zainteresowaniem przeczytałem na portalu Futsal-Polska.pl jego argumenty odnośnie regulaminu, który nie zezwala na awans do I ligi rezerwom drużyn ekstraklasy. Podpisuję się pod tym obiema rękami. W PZPN o miejscu występowania rezerw klubowych jasno mówi regulamin związkowy i nie widzę powodów, by go dla futsalu naginać. Nawet przy całym moim szacunku do pracy wykonywanej dla futsalu przez klub Rekord, to inni mają równać do Rekordu i podnosić poziom sportowy swoich pierwszych zespołów do występów w I lidze.

Przy obecnej sytuacji, gdzie Rekord organizacyjnie oraz sportowo odjechał reszcie polskiego klubowego futsalu niemal o lata świetlne, jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, że za lata kilka w I lidze mogłyby być oprócz Rekordu bis jeszcze jakieś inne zespoły filialne bielskiego futsalowego mocarza, oparte na jego wychowankach. A nie o to przecież chodzi, by jedno środowisko, które nota bene podziwiam, zawładnęło polskim futsalem.

Gdy już wymieniłem pana przewodniczącego, to zaapeluję, by w okresie świątecznym przemyślał, czy nie warto dla związków wojewódzkich albo makroregionów „uwolnić” rozgrywek młodzieżowych mistrzostw Polski. Po co je tak kurczowo trzymać na etapie eliminacji w centralnych rękach?
Pogoń 04 Szczecin zaangażowała na trenera Romana Smirnowa z Ukrainy. Nie byłaby to żadna sensacyjna wiadomość, a jedynie zwyczajny news, gdyby nie fakt, że stanowi to wyłom w polonizacji szkoleniowej ekstraklasy futsalu. Oczywiście jest jeszcze Andrea Bucciol, ale jego przez zasiedzenie uznaję za Polaka.

Trenera Smirnowa znam od wielu lat i cenię jego warsztat. Na pewno jest to dobry ruch Portowców. Ponadto zerwali z nieciekawym zwyczajem grającego trenera, czemu zawsze byłem przeciwny. Inny raczej problem widzę w tym angażu. Polski Związek Piłki Nożnej zorganizował już bodaj trzy kursy trenerskie UEFA Futsal B. Jak wieść niesie będą i następne, ale rzekomo na razie liczba trenerów przeszkolonych futsalowo jest wystarczająca. Chociaż moim zdaniem nie jest tak, że wystarcza. Zawsze kogoś trzeba szkolić lub doszkalać. I klub ze Szczecina tak jakoś niechcący przy okazji potwierdził moją tezę. Rozglądnął się za zagraniczniakiem. Gdzie leży więc prawda. W kasie, wiedzy, dyspozycyjności. Fajnie byłoby jakby ktoś odpowiedział.

Chciałem jeszcze kilka zdań napisać o finansach futsalu, ale... może po świętach. W innym nastroju. Zapraszam do stołu i życzę Wesołych Świąt!

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS