Synoradzki: Hamulcowymi futsalu są prezesi

Rok mnie nie było, a dżuma nadal się rozprzestrzenia... Piszę ostatnio rzadko (a raz na jakieś 12 miesięcy, lenistwo mnie ogarnęło), ale zawsze solidnie się przygotowuję do tematu. Po obrażeniu przeze mnie zawodników, potem trenerów, teraz nadchodzi czas działaczy, a ściślej prezesów. Tzn. obrażeniu się na mnie, bo taka jest często reakcja na moje felietony. No ale mieszkam daleko na północy, na wsi i generalnie mam to gdzieś, co kto myśli o mnie. Jestem narcyzem, zakochanym głęboko w sobie, i lubię się śmiać z frustratów, którzy nie mają w domu lustra.

Dobra, teraz do meritum - wykonałem mnóstwo telefonów, wysłałem wiele maili i wiadomości w Messengerze, po to, aby zasięgnąć opinii trenerów (całej ekstraklasy i czołówki I ligi) w temacie systemu rozgrywek, bo coś mi tutaj jest "nie halo". Rozmawiając przez ostatnie lata w środowisku, wyczuwam mocny dysonans pomiędzy włodarzami klubów a trenerami i zawodnikami. No to przyszedł czas, aby rzucić karty na stół i powiedzieć "sprawdzam". Generalnie w Polsce sytuacja jest taka, że "prezesy" mają w dupie trenerów i ich zdanie. Tak naprawdę trener to jest zło konieczne, bo musi być ktoś z licencją, kto usiądzie na ławce. Bo przecież prezes zna się najlepiej, a tylko brak cennego czasu nie pozwala skończyć kursu trenerskiego. No i w takiej sytuacji prezes musi zatrudnić jakiegoś trenera, bo takie są wymogi licencji PZPN.

Są przez to same kłopoty, bo często trzeba wzywać trenera na rozmowę i tłumaczyć mu proste rzeczy: czy kto ma grać, jak ma grać, bo trener to dupa wołowa i się nie zna przecież. Swego czasu jedynie Zdzisław Wolny miał jaja, otwarcie nominował się menedżerem i zarządzał drużyną z ławki, a trener był od prowadzenia treningów, zresztą sama nazwa to wskazuje, prawda? Inne "prezesy" sterują drużynami zza kulis. Nie piszę, że jest tak w każdym klubie, ale to są znane historie w światku futsalu.

Błażej Korczyński świetnie to podsumował w rozmowie ze mną. - Jeśli chodzi o prezesów, to ja często powtarzam, że jest to gra komputerowa "Football Manager" na żywo. W futsalu można się bawić w menedżera za stosunkowo małe pieniądze, w piłkę halową możesz bawić się za 200 tys, zł, a nie jak w siatkówce czy dużej piłce, za dwa miliony. Zdanie trenera nie liczy się, rządzą prezesi, którzy dokonują transferów, kupują i sprzedają zawodników, ustalają składy i kto ma grać - mówił.

Do napisania tego felietonu zainspirował mnie Klaudiusz Hirsch, który ponownie poruszył temat play off. - Szkoda, że ten mecz tak naprawdę był o nic, ale taki mamy system rozgrywek. Ten klimat piknikowy udzielił się nie tylko zawodnikom, ale też innym osobom przebywającym na parkiecie - oceniał Klaudiusz Hirsch.

– Ja będę cały czas apelował o jak najszybszy wprowadzenie play-off, bo tylko taki system może podnieść poziom rozgrywek, poprzez rywalizację i tym samym wypromować tę dyscyplinę w kraju i mediach.  Mam nadzieję, że władze ekstraklasy wezmą pod uwagę również głos trenerów i wspólnie opracujemy system, który będzie pchał tę dyscyplinę do góry, bo inaczej zakopiemy się w tym marazmie. Najlepsze ligi futsalowe grają play-off, zresztą wszystkie sporty halowe mają właśnie taki system rozgrywek – podkreślał szkoleniowiec Piasta.

Mój krótki komentarz z Facebooka do powyższej wypowiedzi: "Prezesy" nie chcą play off, bo koszta, bo czasem w tygodniu trzeba jechać, bo bo bo milion innych wymówek. Każdy patrzy tylko na swój ogródek, w którym śmierdzi i jest przaśnie. A liga z każdym rokiem coraz słabsza, powtórzę to po raz setny - Rekord Mistrzem przez najbliższe 10 lat. Żal wracać do takiej ligi, która jest słaba, kluby co roku padają, a tu się jeszcze zwiększa ilość drużyn do 14. Po co, żeby rozegrać cztery sparringi więcej? Dziękuję, dobranoc".

Obecny system rozgrywek kompletnie nic nie zmienił, zarówno po 22. jak i po 27. kolejce te same zespoły zdobyły medale i te same zespoły spadły, rok temu było niemal identycznie. Czyli zespoły rozegrały pięć dodatkowych, kompletnie niepotrzebnych kolejek, pięć sparringów w chwili, gdzie na całym świecie kończy się niezwykle emocjonująca runda play off, którą oglądają dziesiątki tysięcy kibiców.

Powieta "ten Senoracki g... się zna, tylko się wymądrza". Tak, bo to ja pozjadałem wszystkie rozumy, a wy nie. To ja jestem ten mądry, który uczy się od jeszcze mądrzejszych, który potrafi wyciągać wnioski z obserwacji dużo lepszych lig zagranicznych, który nie zadowala się siedzeniem na krześle z trzema nogami na własnym ubłoconym podwórku. To ja zjadam stek Ribeye z Wagyu, kiedy wy rozkoszujecie się gorącymi kasztanami z kartoflami prosto z wiadra.

Polski futsal zmierza ku przepaści, bo rządzą nim po prostu niemądrzy ludzie. Nikt nie patrzy na dobro dyscypliny, tylko na to, co się opłaca w danym klubie. PZPN to już jest dramat, futsal nie jest nawet piątym kołem u wozu. Frekwencja spada z roku na rok, coraz mniej kibiców przychodzi na mecze. Nie piszę tutaj o AZS-ach, bo to nie czas znęcać się nad nimi, ale o klubach, które kiedyś zapełniały hale. Liga jest nudna, bez emocji, bez ekscytacji. Przejrzałem skróty z ostatnich kolejek - liczba kibiców to dramat. Jak odliczymy rodziny zawodników i ochroniarzy, to na mecze przychodzi dwóch pijanych, co pomyliło drogę do monopolowego oraz zdechły pies. W ostatnim czasie jedynie Rekord chyba poprawił frekwencję, brawo za 1,5 tys. osób na ostatnim meczu w dużej hali w Bielsku-Białej, ale to jest ściśle związane z osiągniętymi sukcesami. Jeśli byśmy policzyli średnią frekwencję na meczu ligowym, to nie wyjdzie więcej niż sto osób na pojedyncze spotkanie (jeśli akurat Red Dragons grają na wyjeździe), czyli poziom mniej więcej ligi okręgowej i A klasy. Naprawdę śmiechu warte. Dla kogo ta liga gra? Odpowiem. Dla samozadowolenia prezesów klubów i członków Komisji Futsalu. Jak ktoś się zapyta w centrali PZPN, kto jest liderem tabeli futsalowej ekstraklasy, to doczekamy się odpowiedzi w czasie, w którym zapytana osoba wejdzie na 90minut.pl i sprawdzi, co tam słychać w piłce halowej. Albo odpowiedź będzie jeszcze prostsza: "nie obchodzi mnie to zbytnio", czy też kurtuazyjne: "przepraszam, nie mam czasu teraz rozmawiać".

Za rok liga ma liczyć 14 drużyn. Po co? Żeby było trudniej spaść, tak podchodzą do tego "prezesy". A spadek to nie wyrok. Dwa razy spadałem z Red Devils do I ligi w ciągu dwunastu sezonów egzystencji w polskim futsalu. Za każdym razem wracaliśmy silniejsi, podbudowani dobrym sezonem na niższym szczeblu. To jest sport, a sport to sukcesy i porażki. Może najlepiej zrobimy zamkniętą ligę jak w USA, gdzie nikt nie spada? To dopiero byłyby banany na mordach, można świętować już od pierwszej kolejki, organizować bankiety i ochlaje.  Nie zrozumcie mnie źle, ja bym chciał nawet 16-zespołową ligę, pod warunkiem, że te 16 zespołów to byłyby normalne kluby, ze szkoleniem młodzieży i porządnym zespołem seniorów, a nie chłopcy do bicia.

Rozpytałem w sumie dwudziestu kilku trenerów, z całej ekstraklasy oraz czołowych zespołów I Ligi z obu grup. Trzy osoby niestety nie znalazły czasu na odpowiedź. Za obecnym systemem rozgrywek jest tylko dwóch trenerów, dwóch się wahało (ale w sytuacji zero-jedynkowej bardziej są za play-off), ale aż piętnastu zdecydowanie opowiedziało się za systemem play off. To w jakiej lidze my gramy, kto w niej gra – prezesi, czy trenerzy i zawodnicy? Szkoleniowcy i piłkarze chcą się rozwijać, grać mecze o stawkę, a hamulcowymi futsalu są prezesi, bez wyobraźni i nie potrafiący myśleć o całej dyscyplinie, tylko o swoim własnym ogródku. To jest największy dramat naszego sportu. W kilku wypowiedziach został poruszony temat młodzieży, tu także należałoby się głęboko zastanowić, w jaki sposób kluby zmusić do szkolenia juniorów i wystawiania takich zawodników do gry, bo temat leży odłogiem.

Przeczytaj » Play-offy w ekstraklasie - kto jest za?

W tematyce barażów wypowiedział się Jacek Burglin z AZS UG Gdańsk. - Kto wymyślił takie terminy? My prosto z ostatniego ligowego meczu w Białymstoku gonimy na środowy mecz do Rudy Śląskiej, gdzie zespół pierwszoligowy od kilkunastu dni wypoczywa, przygotowując się na spokojnie do dwumeczu barażowego. My pokopani, z niezaleczonymi kontuzjami, z kilometrami w nogach, gramy praktycznie mecz po meczu, a rywale mają czas na wszystko. Albo jest to celowe działanie, albo totalna bezmyślność - stwierdził.

Reprezentacja Polski – zero promocji. Spójrzmy na ostatnie mecze z Anglią. Te spotkania były transmitowane na żywo w BBC Sport, z zapowiedzią spotkania, z wywiadami w przerwie i po meczu. Reprezentacja Albionu dziesięć lat temu przegrała z Polską u siebie 0:16, dwa lata temu 1:5, a teraz 1:3 i 4:5. Ktoś tu chyba robi postępy, prawda? A jakie korzyści wynikły dla dyscypliny przy okazji występów na futsalowym Euro? Jak wykorzystano ten potencjalny sukces? Chyba nie muszę odpowiadać, każdy widzi jak jest. Kuba Mikulski, ilu przybyło "followersów" po występie polskiej kadry na Euro 2018? Mogę się założyć, że niewielu. Jak długo można olewać takie sprawy? Komisja Futsalu żyje, czy zajmuje się tylko wrzucaniem fotek z losowania beach soccera? Diety wypłacone, zwroty za dojazdy też, można odpoczywać dalej.

Spółka Futsal Ekstraklasa – narasta niezadowolenie klubów, brak sponsora tytularnego, kluby utrzymują całą spółkę na swoich barkach. Ale to wszystko jest pokłosiem braku atrakcyjności ligi. My wszyscy razem jesteśmy odpowiedzialni za to, że mamy po prostu słaby produkt, który trudno "sprzedać". Mi jako pierwszemu zechciało się policzyć, ile osób interesuje się futsalem. W dzisiejszych czasach miarą zainteresowania są "lajki" fanpage’ów na Facebooku. Zresztą skąd indziej czerpać informacje, jak w prasie drukowanej oprócz tabeli w jednym z periodyków nie ma ani słowa o futsalu?

Podliczyłem polubienia stron klubowych na FB oraz oficjalnej strony FE i jedynego aktualizowanego na bieżąco fanpage’a Futsal-Polska (to dopiero doskonale obrazuje o słabości dyscypliny, na całą Polskę tylko jeden portal prowadzony przez jednego człowieka...). Futsal-Polska 6.200 polubień, oficjalna strona ekstraklasy – 7.900 polubień, w 80% są to podwójne "kliki", tak więc załóżmy, że jest to max 10.000 kliknięć. Klubowe fanpage: Rekord 5.400, Gatta 3.400, FC Toruń 4.800. Najwięcej fanów ma beniaminek, Acana Orzeł Jelcz-Laskowice, prawie 10.000. Inne kluby poniżej 5.000. Tutaj wiele polubień się dubluje, tak więc oceniam to w sumie max 20.000 osób. Wiem, że z pokolenia 40+ i 50+ połowa nie korzysta z Facebooka, ale ilu ludzi z tych generacji jest obecnych na trybunach? No dobra, dodałem 30% do ogólnej sumy. Czyli mamy 30 tysięcy osób w 40-milionowej Polsce. I to jest wszystko, co mamy, a zamiast iść do przodu to cały czas "prezesy" pchają nas do tyłu. Zdychamy, wszyscy razem w naszym śmierdzącym bajorze, a świat w tym czasie odjeżdża, maruderzy doganiają. Ale jest tu cieplutko, swojsko, przytulnie... prawda, panowie "prezesy"? Adieu!!!

www.youtube.com/watch?v=mwhX5V1Gn6w

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy latem 2004 roku oglądałem w Sopocie zwycięstwo Rafaela Nadala, wówczas osiemnastolatka, nad Jose Acasuso w finale tenisowego ATP World Tour, nie przypuszczałem, że widzę najlepszego w przyszłości tenisistę globu. W ogóle był to pierwszy wygrany finał turniejowy mistrza Rafaela w tej kategorii zawodów. Można powiedzieć, że od Sopotu rozpoczęła się trwająca po dziś dzień passa jego finałowych, turniejowych zwycięstw. Nie jestem aż takim fanem Nadala, by kibicować mu wszędzie oraz zawsze. Moim priorytetem jest w tym zakresie  Roger Federer.

Ten wstęp felietonowy dedykuję głównie naszym młodym kadrowiczom, futsalistom, często debiutantom, którzy w miniony weekend dwukrotnie rozprawili się z Anglikami na wyjeździe. Tak trzymać. Nigdy nie wiadomo jak potoczą się ich dalsze sportowe losy. Zapewne i Nadal w 2004 roku nie był pewny, że zawędruje na szczyty światowego tenisa. Optuję za myśleniem, iż każdy ma swoją szansę sportową daną przynajmniej raz i tylko od niego zależy, czy ją właściwie wykorzysta. Tego życzę zawodnikiem z obecnie trwającej – moim zdaniem – wymiany pokoleniowej w polskiej reprezentacji seniorskiej futsalu. Jak to mawiał cesarz Napoleon - „Każdy żołnierz nosi buławę (marszałkowską – przyp. A.H.) w tornistrze”. W tym przypadku przełóżmy to na myślące głowy oraz piłkarskie nogi. Przypowieść z buławą dedykuję również selekcjonerowi Korczyńskiemu.
Rozpocząłem od tenisa, więc pozwolę sobie jeszcze trochę kontynuować temat. Oczywiście w połączeniu z futsalem. Nie jestem zwolennikiem monogamii w sporcie. Zajmowanie się tylko jedną dyscypliną zdecydowanie zuboża sportowca, trenera, działacza. Nie mówiąc już o dziennikarzu. Zawsze trzeba mieć pole porównań. Próbować zrozumieć inne rywalizacje. Sprawdzić siebie. Oczywiście, profesjonalnie na wysokim poziomie uprawiania trudno jest pogodzić kilka sportów. Niemniej interesować się warto.

Jeżeli już piszę o tenisie, to wspomnę o panu Darku Kupczyku. Kiedyś prezesie klubu ekstraklasy polskiego futsalu – Kupczyk Kraków. Od kilku lat team z Krakowa już nie uczestniczy w profesjonalnych rozgrywkach. W minionym sezonie w halach zespołów Futsal Ekstraklasy pojawiało się za to logo firmy Darkomp, z którą pan Darek jest związany. Ale wracając do tenisa. Otóż, niewielu pewnie w środowisku futsalowym wie, że pan Darek jest zagorzałym fanem tej dyscypliny i potrafi podróżować po najdalszych zakątkach świata, by obserwować tenisowe turnieje.

Inny rodzaj sportowej aktywności wybrał przed laty ówczesny prezes Clearexu Chorzów, Zdzisław Wolny. Jego pasją stały się biegi. Biegi długie, maratony. I to nie tylko te uliczne, ale górskie i wszelkie inne wymagające hartu, zawziętości, sporej fizyczności, często nawet nadludzkiego, wręcz, wysiłku. Pan Zdzisław wziął udział w najważniejszych maratonach świata na kilku kontynentach. A osiągane czasy, czy miejsca budziły podziw. Jak widać dla prawdziwego sportowca, nie tylko profesjonalisty, ale też amatorsko podchodzącego do rywalizacji, zawsze trwa walka o jak najlepszy wynik.

Nie bez kozery podaję te przykłady, gdyż niejednokrotnie wydaje mi się, iż przydałoby się czasem wielu zresetowanie głowy od futsalu. Przydałby się tak zwany futsalowy odpoczynek oraz spojrzenie z dystansem na siebie. Na pewno wówczas po resecie inaczej jest się w stanie ponownie spoglądać na futsal. Rywalizację. Taka myśl nasunęła mi się po niedawnym spotkaniu w PZPN, w którym wzięli udział szefowie futsalu z wojewódzkich związków piłkarskich. Półtora roku kierowania komisją futsalową w PZPN przez przewodniczącego Kaźmierczaka na pewno ujawniło właściwy kierunek we współpracy oraz postrzeganiu tak zwanego terenu. Pan Adam – jako prezes jednego z Wojewódzkich Związków doskonale rozumie potrzebę współpracy, dowartościowania oraz pomocy futsalowi w terenie. Nie da się bowiem ukryć, że bez futsalu wojewódzkiego polski futsal nie wybije się wyżej niż jest. A tego niejednokrotnie nie dostrzegali jego poprzednicy, a nawet niektórzy obecni współpracownicy.

Zapewne nie pomylę się, kiedy ocenię, że dla przewodniczącego równie ważny jest mocny futsalowo Śląsk, jak też Warmia i Mazury, gdzie dopiero futsal związkowy kiełkuje. I jeszcze jest jedna mocna strona przewodniczącego: nie szuka jakichś nowych, rewolucyjnych rozwiązań, tylko stara się dostosowywać na pole futsalowe sprawdzone działania organizacyjne ze związkowej z piłki trawiastej. Futsal bowiem, nie jest jakąś nową wyspą organizacyjną, która wyłoniła się po niespodziewanej erupcji z głębin, tylko działa na określonym brzegami oceanie polskiej piłki - jako całości. A tego często wielu ludzi futsalu – i to też we władzach - nie rozumie, albo też nie chce pojąć.
AZS UG Gdańsk dał radę w dwumeczu barażowym o pozostanie w ekstraklasie futsalu lepszemu z dwójki wicemistrzów I ligi, Gwieździe Ruda Śląska. Rozmiary zwycięstwa Gdańszczan w swojej hali (7:2) nieco mnie zaskoczyły. Liczyłem, że śląski team bardziej postawi się ekstraklasowcowi. Kto bowiem, jak nie Gwiazda, która posiada ekstraklasowe tradycje, sensownych działaczy, niezłych zawodników i potrzebne na grę w FE wsparcie, wygrać ma rywalizację z trzecim od końca zespołem ekstraklasy? Okazuje się, że jeszcze nie czas ku temu.

Jeszcze nie teraz. Ale może być, że już nie zobaczymy takiej rywalizacji, gdyż planowane są zmiany. I w ekstraklasie, w której gdy będzie 14 zespołów może zabraknąć regulaminowo barażowania. W tym kontekście całkiem rozsądne wydawałoby się rozwiązanie - przynajmniej dla mnie - o degradacji wówczas trzech zespołów ekstraklasowych i awansie bezpośrednim dwóch mistrzów I ligi oraz jednego wicemistrza wyłonionego po dwumeczu barażowym owych właśnie wicemistrzów. Jako felietoniście rozwiązanie z wymianą trzy za trzy wydaje się najsłuszniejsze. Przynajmniej w kontekście popularyzacji.

Ponadto zwróciłbym uwagę, iż nienormalnym jest, aby pierwszoligowcy tak długo od zakończenia rozgrywek czekali na najważniejsze mecze barażowe. Tymczasem rzeczona wymiana raczej nie obniży poziomu sportowego, gdyż nie na tych, co grają o spadek, ma opierać się siła futsalowej ekstraklasy. A podeprę to stwierdzeniem tenisisty Federera, który przyznaje, że to właśnie rywalizacja z Nadalem zmusza go do stałego podnoszenia umiejętności. Więc granie silny z silnym a nie słaby kontra silny ma sprzyjać wzrostowi poziomu. Przynajmniej w lidze tak to widzę.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Stefan Kisielewski - znany szerzej jako Kisiel – znakomity felietonista, mawiał że najgorsze jest nie to, że znaleźliśmy się w d..., ale to, że zaczęliśmy się tam urządzać. Co prawda, raczej odnosiły się te słowa do tak zwanego okresu słusznie minionego, lecz można transponować owe powiedzonko indywidualnie i do innych dziedzin bez obrazy dla „Mistrza Kisiela”. Nie wyłączałbym i sportu z zastosowania takiej ocenności.

Rozpoczynając felieton od słów Kisiela nie chcę nikomu narzucać toku myślowego tego niezwykłego człowieka. Jednak warto nieraz dla refleksji sobie te słowa przypominać. Ba! - nawet zapisać w pamięci na stałe. Nie wiadomo bowiem, kiedy w owej d... można się znaleźć. A już najgorszym może być, gdy świadomie lub niezauważalnie dla siebie zaczniemy się w tej d... prozie codzienności urządzać. Też sportowej.
Futsal jako dyscyplina jest piękny. I sam w sobie nie jest w stanie zepsuć się. Co najwyżej mogą to zrobić – jak zresztą ze wszystkim w życiu – ludzie. Dlatego pozwolę sobie zamieścić symptomatyczną uwagę kierowaną wobec polskich klubów futsalowych. Otóż – jak głosi słowo - manna z nieba leciała raczej tylko w biblijnych przekazach, więc zamiast oczekiwać, spierać się, może warto zakasać rękawy i na serio wziąć się za przystosowywanie do wymagań organizatorów rozgrywek. Czas zadbać samemu o siebie, gdy chce nazywać się klubem sportowym i być postrzeganym na poważnie.

Nie prowadzę jakichś statystyk organizacyjnych, czy nie udzielam porad systemowych, ale postawię klubom tylko jedno pytanie: ilu kibiców przychodzi na mecze ligowe ich zespołów? A do niektórych, a może nawet do wielu, skieruję jeszcze dodatkowe zapytanie: dlaczego tak mało? I proszę nie odbierać tego jako zarzut jakowyś, ale raczej wywołanie tematyczne do przemyśleń na okres letniej kanikuły, przed nowym sezonem.

O tym, że chcąc, można zrobić coś pięknego, coś co zachwyci widzów, sponsorów, media, a nawet tych, którym do futsalu daleko, przekonał mnie w miniony piątek Rekord Bielsko Biała. Był to mecz zwany wszem i wobec na bilbordach rozstawionych przy drodze do Bielska, na różnych przywieszkach, zaproszeniach, identyfikatorach etc – „finałem sezonu”. Mecz zorganizowany w dużej hali przy udziale 1600 kibiców, których nikt nie zwoził, ani nie zmuszał do oglądania. Mecz z pełnym profesjonalnym zapleczem organizacyjnym. Mecz, podczas którego każda osoba z ekipy organizatorów wiedziała, co ma robić i jakie są jej zadania zgodne z wymogami stosownych przepisów, regulaminów, zaleceń. Nic tylko bić brawo.

Osobiście pozostaje mi tylko żałować, iż ten sen trwał tak krótko, bo przez jeden piątkowy wieczór. Ale warto było jechać do Bielska. Nawet nie po to, by nacieszyć oko stroną sportową widowiska, ale – przynajmniej ja – organizacyjną. To była uczta. A jaka jest różnica w odbieraniu sportowego przekazu na obiekcie z pełną widownią, przy zadbaniu o kibica w sposób szczególny, poprzez różne skierowane do niego atrakcje, a siermiężną organizacją, gdzie kibic ziewa, nudzi się i hale są pustawe, nie muszę nikogo przekonywać. I w tym zakresie upatruję rozkwitu inwencji klubowej, gdyż granie dla drabinek i niepełnych, by nie napisać pustych hal, jest obrazą dla futsalu. Naprawdę pomyślcie o tym w wakacje – panowie prezesi klubowi.

Jeszcze przed meczem Rekordu z Gattą miałem okazję pogratulować prezesowi Szymurze sportowych wyników sezonu. Nie tylko mistrzostwa seniorskiego, wywalczonego Pucharu Polski, kilku mistrzostw młodzieżowych kraju, ale też awansu futsalistek do najwyższej krajowej klasy rozgrywkowej. Nie mnie opisywać, jak to się robi. Wzór jest. Tylko dorównywać.

Gratuluję prezesie Januszu. Prawdę mówiąc „komplet mistrzowski”, jaki jest do zdobycia w polskim futsalu, jeszcze jest przed Rekordem, gdyż U-18 uciekło im sprzed nosa, a i kobiety dopiero zawalczą o czempionat w nowym sezonie. Jest więc co poprawiać. Ale już utrzymać tegoroczne zdobycze może być trudno. Tym lepiej, bo nie będzie spoczywania na laurach. A ze swojej działaczowskiej przygody wiem, podobnie pewnie jak prezes, że zdobyć laur(y) jest trudno, ale powtórzyć jeszcze trudniej.
W piątkowy wieczór na futsalowej wykładzinie w bielskiej hali Pod Dębowcem wystąpiło wielu znamienitych futsalistów krajowych oraz zagranicznych. Ale moją uwagę zwrócił jeden, siedzący na ławce rezerwowych.

Rafał Franz, bo o nim mowa, sięgnął w sezonie 2017/2018 po swój siódmy mistrzowski tytuł w rozgrywkach polskiego futsalu. Najpierw w sezonie 2007/2008 zdobył mistrzostwo z PA Nova Gliwice. Następnie kolejno dwa tytuły z Akademia FC Pniewy/Poznań, jeden z Wisłą Kraków i wreszcie trzy z Rekordem. Jest absolutnym rekordzistą w gronie polskich zawodników futsalu.

Mecz z Gattą był pożegnalnym mistrzowskim w barwach Rekordu. Być może posiadanie Rafała w składzie jest receptą na mistrzowskie trofea. Coś w tym jest. Oprócz mistrzowskich tytułów Rafał może dopisać do prywatnej kolekcji Puchar Polski, Superpuchary Polski, tytuł króla strzelców ekstraklasy, udział w Elite Round UEFA Futsal Cup, awans do finałów ME. I szkoda tylko, że selekcjoner Korczyński nie widział go w składzie na finały w Lublanie. A przecież, to Rafał strzelił dwa arcyważne gole w rewanżowym meczu eliminacyjnym z Węgrami. No cóż, tak bywa. Nie on pierwszy, nie ostatni „odstrzelony” po eliminacjach przed finałami. I nie mam na myśli tylko futsalu. Życzę Rafałowi, którego poznałem w roku 2005, a bliżej przed eliminacjami młodzieżowych ME w roku 2007, by nie kończył jeszcze kariery. Natomiast, gdy do tego dojdzie, aby z futsalem związał się na inny sposób.

Nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem) – spokojnie tym łacińskim powiedzeniem mogę ocenić zakończony sezon ekstraklasy futsalu. Kolejność na podium jak przed rokiem. Pierwsza szóstka przewidywalna już z okresu przedsezonowych wypowiedzi. Tradycja dotrzymana, gdyż jeden z zespołów wycofał się z rozgrywek. Beniaminkowie nadal do końca niepewni swego, co tylko świadczy o marności sportowej oraz organizacyjnej I ligi. Atrakcyjnych meczów niewiele więcej niż przed rokiem. Nowych, rozpoznawalnych, przydatnych kadrze twarzy futsalowych, też za wiele nie zobaczyliśmy.

Rekord odskoczył reszcie jak kolarz Froome peletonowi na 19. etapie Giro d’ Italia. Typowo polskie, wielkie, ale zarazem obolałe JA nadal wybrzmiewa w klubach. Mimo, iż przybyło kilku pomniejszych, to sponsor tytularny rozgrywek ciągle poszukiwany. Sędziowie z tradycyjną, chociaż może ciut rzadszą, huśtawką formy. Pozostaje więc trzymać kciuki za Rekord na arenie międzynarodowej oraz za selekcjonerem Korczyńskim, by głoszone przez niego zmiany kadrowe zaowocowały. Kolega Józef pewnie powie – tylko tyle. Odpowiem Ci Józefie – aż tyle.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Cieniem rzuciły się na polską piłkę niedawne ekscesy kibiców związane z finałową kolejką rozgrywek polskiej ekstraklasy piłki trawiastej. I to w czasie, gdy zbliża się rosyjski mundial, na który po dwunastu latach przerwy udaje się nasza reprezentacja. Problem z kibicami jest od dawna i – być może – wreszcie ktoś obudzi się i przestanie udawać, że nic aż tak złego nie dzieje się. Na szczęście kibicowskie zawieruchy nie dotarły jeszcze do futsalu. I przynajmniej w tym mała piłka jest lepsza od tej dużej. Jak wszechświat, niemal wszystko ma jednak swój początek oraz koniec. Dlatego nie możemy mieć pewności, że to „szczęście” nie zawita kiedyś i do hal.
Trudno ad hoc oceniać, kiedy i jak połączone siły państwa, polskiej piłki zdołają okiełznać, niejednokrotnie spychany na bok, problem. Chociaż raczej trudno o inne wyjście niż zaprowadzenie porządku na stadionach. Nie chcę zabawiać się w Pytię, niemniej nie jestem pewien, czy niektóre wypowiedzi padające z ust ważnych polityków, czy działaczy piłkarskich, nie były wodą na młyn dla ekstremalnych grup kibiców. A mam na myśli teorie o  ustalaniu ze strażą pożarną, na jakich zasadach race można na stadionach odpalać. Czy też określanie, że kibice, jak wszyscy obywatele, mają prawo do swoich poglądów i w ramach wolności mogą je wyrażać także na stadionie.

Rzucając takie słowa nie zdawały sobie pewnie owe osoby sprawy, że myśl ulatuje ptakiem, a powraca wołem. Dlatego, aż skręcam się z ciekawości, co władza wspólnie z piłkarskim związkiem zrobi, by chuligańskie ekscesy ze stadionów stały się wyłącznie wspomnieniem. Mimo wszystko nie liczyłbym jednak na odwzorowanie działań brytyjskiej premier Thatcher sprzed lat.   

Jako felietonistę, z wyników sportowych sezonu futsalowego 2017/2018 przed jego podsumowaniem, najbardziej z wielu niewiadomych intryguje mnie wynik barażowych meczów pomiędzy Gwiazdą Ruda Śląska a dziesiątym zespołem ekstraklasowym. I kto będzie tym „dziesiątym”. Rozumiem fanów klubów, że liczy się dla nich także medal, czy lokata zespołu, z którym sympatyzują. Podobnie ważne to jest dla zawodników trenerów – premie, czy działaczy – promocja wobec sponsorów. Ale tak naprawdę po latach pamiętamy mistrza, ewentualnie jeszcze tych co zostali zdegradowani. I to nie jest tylko przypadłość futsalowa, lecz całego sportu.

Ładnie to ujmują Amerykanie, którzy nie zajmują się medalami innego kruszcu niż ze złota. Hasło „Ameryka first” prezydenta Trumpa nie wynikło z niczego. Tam zawsze najważniejsze jest zwycięstwo. Lokata pierwsza, najlepsza. Wraz z dojrzałością sportową, a również i wiekową zauważyłem, że ideały barona Coubertina - twórcy nowożytnych Igrzysk Olimpijskich, mówiące iż najważniejszy jest udział, bezpowrotnie odeszły do lamusa historii. Chociaż w polskiej piłce z futsalem włącznie cieszymy się z zakwalifikowania do jakiegoś, jakichś finałów. Dla nas, to jest aż tyle. Dla innych – tylko tyle.

Polski futsal dojrzewa. Dojrzewa sportowo, czego doświadczyliśmy poprzez udział reprezentacji w finałach mistrzostw Europy Anno Domini 2018. Dojrzewa klubowo, czego doświadczamy od dwóch sezonów spoglądając na Rekord Bielsko Biała. Ale dojrzewa też mentalnie w głowach działaczy. Nie łykną już oni byle jakiej gadki ze strony jaśnie panującej związkowej Komisji. Nie łykną bezrefleksyjnie zapewnień prezesów związkowych o ich przyjaznym stosunku do futsalu. Nie łykną bezwolnie decyzji władz Spółki FE. Nie przyjmą bez zastrzeżeń tłumaczeń trenerów oraz zawodników odnoszących się do słabszych występów. I to jest ta wartość dodana tworząca się gdzieś tam w sportowej, wynikowej otulinie naszego futsalu.

Nie ma się więc co obrażać na krytyczne głosy. Głosy inne niż obowiązujące w trendzie, nie wiadomo zresztą na jakiej zasadzie tworzonym. A ponadto, kto ma ów trend ustalać, gdy roszady we wszelakich władzach futsalu dokonują się nad wyraz często. Radujmy się więc opisanym dojrzewaniem. I niech ono trwa, sięgając po kolejne grupy polskiej małej piłeczki.
Rozkochana w futsalu Lubawa nie sprostała w dwumeczu barażowym Gwieździe z Rudy Śląskiej i kolejny sezon spędzi w I lidze. Nabyła jednak pewnych doświadczeń, które powinny być zaaplikowane na nowy sezon, kiedy należy popróbować bezpośredniego awansu z pierwszego miejsca. Przykład białostockiego MOKS-u, który też nie od razu wszedł na salony jest do powtórzenia. Tego życzę za rok. Ale o czym innym chciałem kilka zdań wrzucić w kontekście Lubawy. Sebastian Grubalski był z kadrą w Brazylii. Ze słów selekcjonera Korczyńskiego – o ile nie dosłownie, ale na pewno pomiędzy wierszami tak – wyczytałem, że jest to przyszłościowy zawodnik i wart zainteresowania w orbicie reprezentacyjnej. Niemniej, dopadła – przynajmniej mnie - wątpliwość, czy I liga na dłuższą metę jest dobrym polem treningowym, rywalizacyjnym dla reprezentanta kraju.

Co prawda, Sebastian Wojciechowski sprawdził się jako reprezentant, będąc pierwszoligowcem, lecz nie każdy przypadek jest jednakowy. Znając niesztampowe podejście selekcjonera do powołań, zarządzania kadrą, jestem w staniem uwierzyć, że i kolejny pierwszoligowiec nie będzie przez to odrzucony. Jednak – o ile mogę coś jako felietonista doradzać – to rzekłbym, iż w ekstraklasie jest większa szansa na sportowy rozwój. Jak mówił Niccolo Machiavelli – jedna zmiana przygotowuje drugą. O ile tą pierwszą było powołanie do reprezentacji, to teraz czas na drugą. Zainwestowanie w rozwój.

Patrzę na tabelę ekstraklasy i oczom nie wierzę. Pogoń 04 blisko baraży. Kiedy powstawał przed laty szczeciński klub, niemal całą Polskę zachwycał jego rozmach działania. Wówczas to o Pogoni mówiło się jako o klubie, który może stać się wizytówką polskiego futsalu, następcą Cleareksu na arenie międzynarodowej. Jeszcze nikt – no może oprócz pana Szymury – nie myślał, iż berło przejmie Rekord. Nie minęła dekada, a nawet tylko jej połowa i Pogoń 04 znajduje się przed finałową kolejką ekstraklasy na łasce białostockiego beniaminka. Ale nam porobiło się. Jakoś tak nieciekawie – zacytuję słowa z rewelacyjnej polskiej trylogii komediowej o podlaskiej proweniencji w reżyserii Jacka Bromskiego.

No rzeczywiście porobiło się. Klub, w którym swoją futsalową karierę rozpoczynał obecny prezes Spółki FE, klub wydający trenera reprezentacji młodzieżowej, klub, przez który przewinęło się wielu reprezentantów kraju, walczy o prolongatę ekstraklasowego bytu na sezon przyszły. Niestety, taki jest sport. Czasami łaskawy. Czasami brutalny.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Futsalowy FC Toruń w maju dwukrotnie mi zaimponował. Po raz pierwszy, kiedy zremisował u siebie z niepokonanym, kroczącym do tego meczu bez straty punktu w futsalowej ekstraklasie, Rekordem Bielsko Biała. Po raz drugi, gdy ograł w Zduńskiej Woli Gattę i zapewnił tym temuż Rekordowi na dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek futsalowe mistrzostwo kraju.

Ciekaw jestem, czy w tymże maju podopieczni trenera Żebrowskiego zdołają jeszcze sięgnąć po srebrny medal mistrzowskiej rywalizacji. Innych emocji raczej już w ekstraklasie nie spodziewam się. Zresztą walka o mistrzostwo Polski w futsalu w sezonie 2017/2018  już od jednej trzeciej sezonu była nudna i tylko stawiano sobie pytanie, czy, albo kiedy, Rekord straci jakieś punkty.
Całkiem inaczej jest w boju o prolongatę ligowego bytu. Białostocki MOKS, który w pewnym momencie rundy zasadniczej walczył o miejsce w czołowej szóstce, teraz musi się mocno napocić, by uchronić się przed barażowaniem. Gdzieś tak końcem marca wspominałem białostoczanom, iż walka o byt jest trudniejsza niż o medale, ale nie chciano mi przyznawać racji. Obecnie wychodzi na moje, chociaż z tego nie cieszę się.

Zawsze podzielam pogląd, iż dobrze jest jak jeden z beniaminków dla swoistego „odświeżenia krwi” pozostaje w ekstraklasie. Po wycofaniu się z rozgrywek Lex Kancelarii pada na MOKS, by spełnić moją filozofię sportowego jestestwa.

Kilku moich znajomych, których niechcący pisaniem oraz mówieniem o futsalu zaszczepiłem tą dyscypliną, stwierdziło, że futsalowa ekstraklasa w tym roku nie zaimponowała im. Ciągle była jakby w tle – twierdzili. Jestem w stanie ich zrozumieć, gdyż sam liczyłem na lepsze przebicie się do świadomości polskiego kibica – nie tylko futsalowego. A tymczasem w mediach tak zwanego głównego nurtu sportowego ekstraklasowy futsal przechodził jakby bokiem. Nie powiem, żeby był to rok stracony, ale liczyłem na więcej. Zresztą wcale lepiej nie jawi mi się I liga, a nawet reprezentacja, którą zawiaduje piłkarski związek. Oprócz incydentalnych wydarzeń typu finały ME, czy mecze międzypaństwowe - ogólnie cicho.

I trzeba sporo natrudzić się, by coś sensownego znaleźć informacyjnie w mediach poza piłkarskiego, klubowego, związkowego, czy spółkowego nurtu. Nawet finałowy turniej Halowego Pucharu Polski w Opolu szybko zszedł z afiszy. A i kibiców na halę opolską za wielu nie przyciągnął. Myślę, że jest to szkopuł, który zarówno władze futsalowe w związku jak i spółki futsalowej w przyszłym sezonie powinny wziąć pod uwagę w swoich działaniach.

Niedawno wziąłem udział w konferencji o zarządzaniu klubem, a nawet większą strukturą. To, co tam mówiono, całkiem przystawało także do zarządzania futsalem, gdyż, moim zdaniem, polski futsal to taki większy, albo „bardziej większy” klub sportowy. W przeciwieństwie do wielu działaczy futsalowych, znam bowiem miejsce futsalu w polskim sporcie. Ba, nawet w polskiej piłce. I nie będę nigdy mówił, że jest, czy będzie popularniejszy od żużla albo kolarstwa. Nie wspominając o siatkówce albo matce żywicielce – piłce trawiastej.

Usytuowany będąc w strukturach organizacyjnych piłki nożnej trawiastej na zawsze pozostanie  takim przygarniętym dzieckiem, by nie napisać bękartem. I nie wiem, czy nie ma racji mój przyjaciel, recenzent Józef twierdzący od dawna, że w polskim futsalu najlepiej odnajdują się działacze. Zapewne coś w tym jest. Ale z drugiej strony bez zawodników i ci działacze byliby niepotrzebni – drogi Józefie.

Wracając  na chwilę do owej konferencji. Wynotowałem sobie z niej taki passus. Otóż ważnym elementem każdej jednostki powiązanej ze sportem jest struktura organizacyjna, która powinna być jasna i czytelna. To ona umożliwia właściwe zarządzanie. W tej strukturze nie można zapominać, że klub, spółka, czy komisja, to nie tylko piłkarze, trener, działacze, prezesi. To cała infrastruktura techniczna obiektów, rehabilitacja, odnowa, marketing, szkółki piłkarskie czy współpracujące najczęściej na zasadach outsourcingu, inne podmioty. I finalizując myśl, co wydaje się być kluczowe - czyli umiejętność delegowania zadań poprzez właściwe zakresy obowiązków czy polecenia ze strony osób kierujących. Najważniejsze jest, żeby każdy znał się na swojej pracy i chciał współpracować z pozostałymi. A tego właśnie polskim futsalu in corpore jest za mało.
Jeden z trenerów polskiego futsalu – nazwisko mi uleciało – powiedział niedawno, że polski futsal wymaga odmłodzenia. Naprawdę nic ucieszniejszego nie słyszałem od dawna w naszym futsalu. Nie wiem, czy ów trener (jaka szkoda, że nie zapamiętałem nazwiska, ale pewnie nikt znaczący, bowiem takiego zapamiętałbym) pragnie budować polski futsal od nowa za pomocą szkółek futsalowych. Na nowych naborach, bez zawodników, którzy nie spełnili się na trawie. Czy tylko zabezpiecza się przed brakiem wyników?

Jest to typowe wylewanie dziecka z kąpielą. Rodzimy futsal musi być konglomeratem młodości oraz doświadczenia. Inaczej trwać będzie w stagnacji. Każdy co lepszy kwiatuszek bowiem odejdzie do piłki trawiastej. Tej popularniejszej i lepiej dającej zarobić. Tak zrobili kiedyś sędziowie – Górecki, Musiał, Frankowski. Wielu piłkarzy, biegających teraz po trawie, a nawet w reprezentacji. Nawet trener Juszczak pozostawił futsal dla sztabu szkoleniowego pana Nawałki. Więc po co to mamienie o odmładzaniu. Czy nie lepiej wziąć się do solidnej roboty? Merytorycznej bez pustosłowia?
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS