Z notatnika dziejopisa

Szopienicka hala, w której swoje futsalowe mecze rozgrywa ekstraklasowy AZS UŚ Katowice, należy do moich najbardziej ulubionych obiektów związanych z polskim futsalem. I tylko mogę żałować, że jest niedoceniana przy organizacji meczów międzypaństwowych. Kiedy w 2009 roku polska reprezentacja grała w niej z Włochami, ulegając po zaciętej walce 2:3 utytułowanemu rywalowi, ówczesny, nowy trener Włochów Roberto Menichelli bardzo ją komplementował. Obecnie w telewizyjnej erze ekstraklasowego futsalu jak najbardziej spełnia wysokie wymagania realizacji przekazu TV. Powinna być wcale nie wygórowanym wzorem dla klubów futsalowej ekstraklasy w dążeniu do występowania na tak funkcjonalnym obiekcie w swojej miejscowości. Problem hal jawi się bowiem jako szczególnie ważny dla Spółki FE w aspekcie telewizyjnych zakusów na poważnego nadawcę.
Miło jest po latach przyjeżdżać w miejsca, które od lat są z polskim futsalem związane i widzieć na meczach ludzi, którzy dyscyplinę mają na co dzień w sportowym sercu. Takim regionem jest niewątpliwie Śląsk, a miejscem Katowice, gdzie przez wiele lat znajdowała się centrala polskiego futsalu. Gdzie rodziły się i skupiały pomysły na piłkę halową. Tak było i podczas meczu AZS UŚ z Gattą. Na widowni zebrało się dość spore grono niegdysiejszych graczy, trenerów, działaczy. Osobiście niezwykle uradowało mnie spotkanie z Krystianem Brzenkiem – nieco już dzisiaj zapomnianym golkiperem, a kiedyś podstawą i podporą naszej reprezentacji. Pamiętam wygrany mecz z Holandią w Suwałkach w 2006 roku, kiedy Krystian strzelił bezpośrednio gola przeciwnikowi, będąc - tym samym - niejako prekursorem obecnych wyczynów strzeleckich futsalowych bramkarzy. Ale jeszcze bardziej utkwiła mi w pamięci jego gra w reprezentacji oraz chorzowskim Cleareksie z dłonią poskręcaną śrubami po kontuzji. Jak on wtedy fenomenalnie bronił, jaką niesamowita prezentował formę... Wspominając w rozmowie tamte czasy, patrząc na mecz AZS-u z Gattą podzielił się Krystian taką oto refleksją – „Starzeje nam się ta liga. Młodych jakoś nie przybywa. Nie przybywa planowo z zaciągu stricte futsalowego lecz przeważnie po rezygnacji z występów na trawiastym boisku”. I rzeczywiście – pomyślałem – jest to jakiś problem polskiego futsalu, który kluby ligowe powinny mieć mocno na uwadze. Tym bardziej, że w młodzieżowych mistrzostwach Polski wiele teamów jest tworzonych ad hoc, typowo na daną imprezę.

A tak na marginesie, ciekaw jestem, czy prowadzący rozgrywki ekstraklasy oraz I ligi robili analizy wiekowe występujących w drużynach zawodników na przestrzeni chociażby czterolecia.

Jeżdżąc po Polsce i obserwując futsalowe zmagania, rozmawiając z działaczami, trenerami, kibicami, zawodnikami wyczuwam zderzanie się dwóch filozofii działania, czy rozwoju futsalu. Jedna to kanon ciężkiej pracy. Druga stawia na filozofię wizji. Nie jestem upoważniony do oceniania poszczególnych środowisk oraz ich wyborów, ale nikt nie może mi zabronić oceny całościowej. I w tym kontekście optuję za filozofią ciężkiej pracy kosztem owej - artykułowanej często enigmatycznie - wielkiej wizji.

Jak popracujemy wspólnie oraz w porozumieniu na rzecz rozwoju futsalu, to owa wizja sama zmaterializuje się po ciężkiej pracy. Bez potrzeby magicznych czynów i przy unikaniu zbędnych słów. Tak dzieje się – choćby – z młodzieżową pracą dla futsalu w Bochni, albo kobiecym futsalem na Mazowszu, czy seniorskim działaniem w niedużych Pniewach. I jeszcze - po drobnym wahaniu - wspomnę o postępie w pracy sędziów. Naprawdę – proszę mi wierzyć – a wiem co piszę, porównując obecny ich poziom z początkiem XXI wieku: nie ma się czego wstydzić.
Wspomniałem wcześniej o Krystianie Brzenku, więc nie bez powodu pociągnę bramkarski futsalowy temat. O tym, że w futsalu bramkarz może wygrać jak i przegrać mecz, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Podobnie jak o prawdzie, że to Chińczycy wynaleźli proch wiele wieków temu. Podobną rolę jak w futsalu pełni jeszcze bramkarz – moim zdaniem – w hokeju. Obu dyscyplinom daję skuteczność gry bramkarza do wygrania meczu na przedział 60-70 procent. Tak składa się, że polski futsal obfitował i obfituje w dobrej klasy futsalowych golkiperów. Wspomniałem już o Brzenku, a do plejady znakomitych strażników futsalowej świątyni dołączę jeszcze, Dulębę, Skorupskiego, Nawrata, Ulfika, Groszaka, Słowińskiego i wreszcie Kałużę. Liczę, że z czasem dojdą do tych znakomitości kolejni, mniej na tę chwilę znani. Czekamy.

Nie jest rolą felietonisty opisywać rozgrywki ligowe w kontekście sprawozdań meczowych. Ale nic nie stoi na przeszkodzie bym mógł przedstawić swoje preferencje w gronie zespołów pierwszoligowych typowanych do awansu ekstraklasowego. Co prawda do końca rozgrywek pozostało jeszcze kilka meczów i wiele może zdarzyć się. Niemniej, nie bacząc na to, najpewniej chciałbym w przyszłym sezonie zobaczyć w ekstraklasie teamy z Jelcza-Laskowic oraz Chojnic. Nie znam na tyle ich potencjału organizacyjno-sportowego, by traktować swoje przewidywania jako pewnik, lecz typując kieruję się opcją poszerzenia geograficznego lokowania drużyn ekstraklasy. Dolny Śląsk po erupcji głogowskiego futsalu nie ma przedstawiciela w tych rozgrywkach. A przydałoby się dopełnić zachodnią flankę polskiego futsalu. Natomiast Chojnice bardziej doceniam za tradycje futsalowe oraz zaangażowanie środowiska, władz miejskich nie wykluczając. No i jest tam trener Bianga, któremu należy się choćby taka nagroda po wymiksowaniu (się) z reprezentacji.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Każdej zimy znajduję chwilę, by odpocząć od polskiego śniegu, zimna. A mówiąc szerzej od „rodzimego piekiełka”. Tym razem było to miejsce słynące ze znakomitych olimpijskich baseballistów. Gdy wracałem, pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem na polskim niebie, był klucz żurawi, które swoim charakterystycznym klangorem oznajmiały powrót po sezonowej nieobecności. Zapachniało optymizmem. Jak ptaki wracają, to jeszcze trzeba mieć wiarę. Wiarę, chociażby, w polski futsal. Ale nie może to być wiara bezrefleksyjna. Nie może być to wiara oparta na prawdzie jednego, dwóch, czy trzech ludzi. Choćby byli oni prezesami spółek, przewodniczącymi komisji, trenerami reprezentacji. To mnogość opinii, poglądów, działań, pozwoli stworzyć siłę naszej „małej piłeczki halowej”. I każdy winien posiadać swoją swobodę wizji, którą potrafi wybronić. W żadnym wypadku nie może być ona a priori negowana tylko ze względu, że ktoś pełni ważniejsze stanowisko. To by było na tyle tytułem wstępu  akademickiego do felietonu, w ramach przemyśleń zakonotowanych z dala od swarów naszego futsalowego podwórka.
W swojej sportowej przygodzie miałem możliwość przyjrzenia się jako działacz, dziennikarz, urzędnik, sędzia, zawodnik, czy wreszcie kibic wielu sportom. I wiem, jak każda dyscyplina sportowa jest różna. Rozmawiałem przez lata o sporcie z premierami, ministrami, prezesami związków, znakomitymi sportowcami, wybitnymi dziennikarzami, etc - i wiem jak każda z dyscyplin jest inna. Jak każda oczekuje czegoś wyróżniającego. No, może oprócz kasy, o którą starają się wszystkie. Niedawno przeczytałem znakomity wywiad trenera Artura Gadzickiego z mojego ulubionego klubu futsalowego AZS UMCS Lublin. Wynotowałem sobie z niego krótki passus dotyczący relacji piłka trawiasta - futsal. Czytam w nim ogólnie rzecz ujmując takie przesłanie - o piłce nożnej nie należy zapominać, iż mówi się jako o najpopularniejszym sporcie na świecie, gromadzącym miliony ludzi na widowniach stadionowych, czy telewizyjnych. Natomiast o futsalu jako sporcie należy wiedzieć, że jest odmianą halową piłki nożnej. Jakby młodszym bratem, co nie znaczy wcale, że gorszym. Wyjaśnienia trenera niejako w jego merytoryce potwierdził mi arcyciekawy materiał w „Rzeczpospolitej”, w którym autorka podpierając się słowami słynnego Ricardinho pisze, że futsal nie musi ścigać się z piłką nożną trawiastą, tylko iść z nią w parze. I to jest sedno współczesnego futsalu. Może kiedyś, gdy do futsalu przyjdą duże pieniądze (oby tak stało się), nadejdzie czas takiej rywalizacji. Póki co nie psujmy na siłę biznesem emocji futsalowych.

Korzystając ze sportowych znajomości, przyjrzałem się bliżej dyscyplinie, która po wycofaniu futsalu z TVP SPORT zagościła – wydaje się na trwałe – w tej stacji. To zapasy. Mimo, iż robiłem dawno temu materiały o słynnych braciach Lipieniach, jakoś ten niezwykle dla Polski medalodajny na igrzyskach sport nie porwał mnie. Ale po latach jestem pod wrażeniem atrakcyjności telewizyjnej i halowej jego przekazu w rywalizacji w ramach tak zwanej Krajowej Ligi Zapaśniczej. Myślę, że futsal w tej materii wiele mógłby się nauczyć. Nic nie ubliżając organizacji imprez futsalowych, nieodparcie jednak nasuwa się myśl, że jeszcze sporo brakuje organizatorom meczów do poziomu marketingowo-promocyjnego ligi zapaśniczej. Jest więc co dopracowywać.

W momencie, kiedy obydwie dyscypliny akurat teraz w Polsce uznawane mogą być za niszowe, wymagań organizacyjnych w zakresie realizacji imprez nie stawiam futsalowi za wysokich. Abstrahując na moment od meczów ligowych, myślę, że najbliższy Finał Four Halowego Pucharu Polski mógłby być dla PZPN taką swoistą próbą sił, czyli pokazania swoich umiejętności i „zakasowania” marketingowo-sportowego zapaśniczej ligi. Trzymam kciuki.
Niedawno miałem okazję rozmawiać o futsalu z ważnymi osobami, niemal decydentami, polskiego futsalu o jego dzisiejszym obrazie oraz historii. Wiem, że zarówno Spółka FE jak i PZPN chciałyby zrobić coś uroczystego w związku z nadchodzącą rocznicą 25-lecia rozgrywek ligowych futsalu w Polsce. Słyszałem, że nastąpiły jakieś rozbieżności odnośnie początków ligi. Akurat termin nie jest najważniejszy w momencie, gdy pomysł jest przedni. Niedługo PZPN będzie obchodził sto lat działalności. Może w tym jubileuszowym dziele należałoby znaleźć miejsce dla futsalu. Gdyby ode mnie zależało, nie upierałbym się – pisząc o początkach polskiego futsalu – przy dacie inauguracji rozgrywek ligowych w Polsce, ale sięgnąłbym głębiej, czyli do startu naszej reprezentacji w finale mistrzostw świata w Hongkongu. Wtedy to w roku 1992 powołano narodową reprezentację Polski w futsalu. W takim razie nasz zorganizowany w miarę futsal miałby obecnie 26 lat. A ligowy dopiero 24. Czyli ćwierćwiecze, jako srebrny jubileusz można i na rok 2018 wypośrodkować (!).     

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedawno jeden z dziennikarzy zapytał działacza sportowego, będącego w kierownictwie jednego ze związków sportowych, czy bycie działaczem nie koliduje mu z pisaniem felietonów o tematyce sportowej. Działacz tylko roześmiał się i odpowiedział, że nie widzi merytorycznego związku w pytaniu. Opowiedział mi o tej wymianie zdań inny dziennikarz, obecny przy rozmowie. Słysząc to pomyślałem sobie wtedy: oby tylko takie problemy w łączeniu funkcji mieli działacze sportowi, byłoby całkiem dobrze. Tymczasem parają się niezliczoną liczbą działań, które nijak mają się do etyki sportowej, a nawet bywają zakazane. I dlatego, parafrazując słowa znanej piosenki, jestem zdania, że prawdziwych działaczy już nie ma. Natomiast w sporej liczbie są pracownicy sportowi, czyli pobierający niezłą kasę lub inne gratyfikacje przynależne do pełnionych funkcji ludzie, których wiele lat temu nazywano by działaczami, jak najbardziej zasadnie. A odnosząc się do przedstawionego na wstępie akapitu pytania podeprę się aktorem Maciejem Stuhrem, który powiada, że gra - jak nie pisze oraz pisze - jak nie gra. I to byłoby na tyle o mojej filozofii na styku działacz – felietonista.
Nieoceniony recenzent moich felietonów, pan Józef, zapytał, z czym kojarzy się mi niezwykle popularne powiedzenie "umiesz liczyć, licz na siebie". Szybko odpowiedziałem, że z emeryturą. Pan Józef tylko roześmiał się i stwierdził, iż on raczej myślał o sporcie, a dokładnie o futsalu. Słysząc w słuchawce ciszę dopowiedział – to jest rada starego działacza, który propagował przed 30 laty futsal w Polsce. I kontynuował – niech każdy wie w klubie, czy w związku terenowym, że wszelkie centrale w sumie i tak potraktują futsal jako dyscyplinę niszową. Zresztą dodał – popatrz pod jakie struktury w PZPN podlega futsal: pod pion piłki amatorskiej, więc komentarz zbyteczny. Nie będę odnosił się do słów pana Józefa. Przyjmuję je z pokorą, ale coś zaświtało mi w głowie po jego wypowiedzi.

Otóż niedawno odbył się w stolicy finał ogólnopolskiego turnieju halowego dla dzieci o puchar prezesa Bońka. Super impreza, którą jak najbardziej popieram. Ale czegoś mi zabrakło w nazwie. Jak wielce wspomogłoby futsal, gdyby przy turnieju zaistniało owo magiczne słowo – „futsal”. Nazwisko prezesa Bońka jest niezwykle nośne promocyjnie, marketingowo. Jestem pewien, że po wielokroć bardziej niż wszystkich współpracowników z wiceprezesami oraz członkami Komisji Futsalu włącznie. I o brak tego „słówka” mam żal do decydentów piłkarskich. Żal o straconą szansę.

Przeczytałem na jednym z portali futsalowych, iż reprezentacja trenera Korczyńskiego w terminie świąteczno-primaaprilisowym zagra w dwa mecze w Brazylii. Piękna eskapada, godny przeciwnik. Jest szansa coś podpatrzyć i przygotować się (!) do kolejnych zmagań europejskich z nacjami, które w składzie mają Brazylijczyków. Jest to trzeci wyjazd naszej kadry futsalowej do kraju kawy. Organizując poprzedni wyjazd zaprosiłem nań prezesa Bednarka, który wówczas stawiał pierwsze kroki przy centralnym futsalu. Same tylko „ochy” i „achy” padały z jego ust w trakcie pobytu i po powrocie. Liczę więc, że teraz jako miłościwie nam panujący prezes od futsalu reprezentacyjnego uczyni wszystko, by krajowym sympatykom, pasjonatom futsalu dać możliwość ujrzenia brazylijskich wirtuozów w Polsce.
Traktujmy to nawet jako swoistą rehabilitację promocyjno-marketingową za sytuację opisaną we wcześniejszym akapicie.

Aby zakończyć temat brazylijski wspomnę tylko – tonując nieco nastroje euforystyczne o niebywałym wzroście poziomu sportowego-organizacyjnego polskiego futsalu – że przed finałami futsalowego EURO w Moskwie 2001 roku Brazylijczycy, zapraszając nas na mecze, sfinansowali przeloty na trasie Europa – Ameryka Południowa. Rzecz obecnie nie do pomyślenia. Czyli jeszcze trochę nad poziomem - i to nie tylko sportowym - polski futsal musi popracować.

Termin halowych gier dziecięcych o puchar prezesa Bońka zbiegł się czasowo z finałami futsalowymi Akademickich Mistrzostw Polski, które też odbywały się w Warszawie. Polska stolica w porównaniu z Mexico City, w którym kiedyś, wizytując przyszłego prezesa PZPN oraz – jak na razie - jedynego króla strzelców finałów mistrzostw świata (życzę Robertowi Lewandowskiemu, aby w Rosji dołączył do Grzegorza Lato) przyszło mi błądzić, to miasto o wiele mniejsze, więc nie było problemu z obskoczeniem weekendowym obydwu imprez. Studencka impreza na luzie, niemal festynowa. Typowe sportowe juwenalia z domieszką rywalizacji. Związkowa z całym niezbędnym ceremoniałem. O związkowej media pisały wiele. O studenckiej jako tako, tylko profilowe.
A futsal akademicki przecież winien być solidnym zapleczem dla naszego futsalu. I tak pewnie rozumieją go obserwujący zmagania trenerzy reprezentacji Polski; męskiej – Korczyński oraz żeńskiej – Weiss. Poziom żeńskiej rywalizacji był całkiem przyzwoity. Krakowskie Jagiellonki oraz futsalistki z wałbrzyskiej PWSZ zdominowały rywalizację. W kategorii męskiej poza konkurencją był obrońca trofeum – Uniwersytet Warszawski. Osobiście wyróżniłbym jeszcze studencką drużynę z częstochowskiej Akademii Jana Długosza. Nie znam jakości kontaktów na linii władze AZS a związek piłkarski, czy Spółka FE, ale może sensownie byłoby pomyśleć, by w przyszłości termin akademickiego finału był wolny od gier ligowych. To tylko wpłynie pozytywnie na rodzimy futsal.

Kiedy we wtorek przed finałami młodzieżowych mistrzostw Polski U-18 chłopców spotkałem się z panem Januszem Szymurą i a priori chciałem mu pogratulować kompletu tytułów w MMP w kategorii chłopców w sezonie 2017/2018 był niezwykle wstrzemięźliwy w odbiorze. Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, iż ktoś może zagrozić Rekordzistom. Tym bardziej, że turniej finałowy miał odbywać się w „jaskini lwa”, czyli bielskiej hali przy ulicy Startowej. A jednak stało się inaczej. Drużyna z Bochni w finale pokonała faworyzowany team bielski. Jednej perły w przysłowiowej młodzieżowej „Koronie Królów” zabraknie Rekordowi. I to jest właśnie to piękno sportu. Nie ma faworytów do ostatniego gwizdka sędziego.

Na kanwie rywalizacji osiemnastolatków napiszę, że dobrze stało się, iż Komisja Futsalu uznała niejako to współzawodnictwo za najważniejsze w rywalizacji młodzieżowej, warunkując udziałem w nich pewne założenia licencyjne dla klubów. Od zawsze, kiedy jeszcze za mojej kadencji związkowej wprowadzaliśmy kategorie wiekowe do rozgrywek młodzieżowych uważałem kategorię U-18 za podstawową. Chociaż dla wielu sztandarowe miały być finały U-20. Wierzę, że teraz w kontekście mistrzostw Europy U-19 dyskusja w tym temacie zostanie przecięta raz na zawsze.
    
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Reprezentacja Polski w futsalu podczas zakończonych mistrzostw Europy Słowenia 2018 wstydu polskiej piłce nie przyniosła. Sam udział w finałach można zaliczyć sportowo jako przysłowiowy krok w przód. Los w ustalaniu grup w finale wybitnie nam nie sprzyjał. Sam fakt, że z naszej grupy, jako jedynej, dwa zespoły znalazły się w czołowej czwórce mistrzostw, wystarczy za komentarz. Ale robić należało swoje, mimo iż niebiosa nie szły z nami ramię w ramię. Rzekomo idą z najlepszymi, a my w Słowenii do nich nie należeliśmy. Niemniej, jako sukces zaliczyć należy grupowy remis z Rosją, podparty solidnym stylem gry. Reasumując krótko - cudu nie było, szczęścia nieco tak. EURO przetrwaliśmy. Ale przetrwaliśmy walką. Gratuluję.

Nie rozumiem za bardzo informacji na forach internetowych o niewykorzystanej szansie. Nie przesadzajmy z oczekiwaniami. Nie zawracajmy sobie głowy wspominkami o niewykorzystanej szansie. Nie oszukujmy się jakimiś karkołomnymi w wyrazie stwierdzeniami, że zagraliśmy trzy dobre połowy i jedną złą. Nie twórzmy bohaterów na siłę, bo nie jest to nikomu potrzebne. Najsensowniej spuentował wynik grupowy trener Korczyński mówiąc – „Byliśmy blisko, stanęliśmy w drzwiach, trzeba było zrobić ten krok. Ale jeszcze nas na to nie stać”.  Ja dodam –  dobrze, że mieliśmy możliwość stanąć na progu tego futsalowego salonu. Przyjrzeć się jak jest urządzony. Do kolejnych mistrzostw europejskich mamy cztery lata, a ta słoweńska lekcja - pokazując, że nie jesteśmy już typowym chłopcem do bicia - bardziej zaprocentuje niż „szczęśliwy” awans. Kolejny krok – poniekąd – staje się więc obowiązkiem.
Co mi utkwiło i o czym będę pamiętał – oprócz remisowego wyniku z Rosją - w wykonaniu polskich futsalistów na parkiecie w Lublanie. Na pierwszy miejscu wymienię kapitalny strzał Soleckiego w meczu z Kazachstanem. Na drugim wspaniałą postawę Kałuży w bramce w meczu z Rosją. Trzecie zarezerwuję dla Popławskiego, za solidny mecz w defensywie z Rosją. I wreszcie umieszczę Kubika, za jego szczęśliwe uderzenie sekundy przed końcem meczu, dające remis z Rosją. Nie byłbym sobą, gdybym tylko pochwalał. Dlatego napiszę, że widzę potrzebę wymiany kilku graczy. Ale których, pozostawiam do decyzji selekcjonerowi. I wiem, że bez koniecznych zmian nie podołamy kwalifikacjom do jak najwyższych etapów najbliższych eliminacji finałów światowych. Przypomnę, że raz graliśmy w tych finałach. Było to w Hongkongu w roku 1992. Czas wziąć się i za nie. Zafundować młodemu pokoleniu polskiego futsalu „światową” powtórkę.

Napoleon mawiał, że od dwóch dobrych generałów woli jednego, ale ze szczęściem. Ja też za tym optuję. Ale kto ma to szczęście przynieść – nie wiem. Czy trener z koncepcją oraz personaliami, czy zawodnicy formą oraz grą. Jest to typowo hamletowskie pytanie, na którego rozwiązanie daję sobie oraz reprezentacji czas do eliminacji najbliższych mistrzostw świata. Aby było jasne - nie mam pretensji do piłkarzy, robili co mogli, czy potrafili. Jak ich trener ustawiał, tak grali. Odnosząc się do wspomnianego „hamletowskiego przykładowego wskazania” życzę związkowi, aby prezentowane z trybun wprost bezcenne, zawiedzione wynikiem spotkania Rosja – Kazachstan, miny telewizyjne prezesa Bednarka oraz przewodniczącego Duraja były jak najrzadsze. I oby prezesi innych nacji byli tak markotni. To właśnie stoi za moją tezą o potrzebie szczęścia - i personalnego, i meczowego - w sporcie.
Nie tylko Słoweńcy, ale i Rosjanie, czy koledzy z Ukrainy, Rumunii mówili mi, że sporo kolorytu wnieśli oraz pozytywne wrażenie zrobili polscy kibice. Na mnie zresztą też. Byli widoczni w arenie oraz w telewizji. Byli głośni, kolorowo biało-czerwoni. Było ich wielu, co pokazało, że futsal budzi w naszym kraju zainteresowanie. I tylko go dopieszczać, ale już w kraju. Co zdaje się rozumieć spółka FE, fundując co rusz nowe rozwiązania oglądania meczów ekstraklasy dla  sympatyków futsalu. Zresztą, gdzieś tam w cieniu słoweńskich mistrzostw spółkowe władze dopięły kilka promocyjnych, marketingowych ruchów, które – da Bóg – przyczynią się realizacji projektu sponsora strategicznego. A co to znaczy „strategiczny sponsor”, miałem możliwość zobaczyć wracając z południa Europy, gdy po drodze zawitałem do Tarnobrzega, gdzie tenisistki stołowe grały o półfinał pingpongowej Ligi Mistrzów. Był nowy sponsor utytułowanych tarnobrzeskich tenisistek (ENEA) i była transmisja w TVP Sport. Patrząc, rozmarzyłem się o powrocie tej stacji do futsalu. Rozumiem, że na początek nie będzie 120-tysięcznej oglądalności, jaką zanotował Polsat Sport podczas meczu Polski z Rosją w Słowenii. Ale tylko solidne stacje są w stanie wspomóc na poważnie dyscyplinę. Rzekomo dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. I dodam - też marzeniami.  

Historia jest może nierychliwa, ale sprawiedliwa i wreszcie Portugalia została mistrzem Europy. Kibicuję jej od wielu lat, mogłem więc spokojnie w niedzielny poranek wychylić szklaneczkę Porto otrzymanego od sympatyków lizbońskiego Sportingu przed laty. Za sukces. Kiedy tak spijałem ten specjał, pomyślałem sobie – 17 lat temu wyeliminowała ich polska reprezentacja pod wodzą Romana Sowińskiego z finałów mistrzostw Europy. Nie przeszkodziło im to nadal być europejską czołówką i w kolejnych finałach brać udział oraz wywalczać medale. U nas natomiast było odwrotnie – 17 lat czekania na kolejny awans. 17 lat bujania się po różnych eliminacjach bez sukcesów. Patrząc na nasz obecny futsal wcale nie mam pewności, że kryzys został przełamany i kiedyś będzie tak jak z Portugalią. Nie wnikam w szkolenie, to temat nie tylko dla polskiego futsalu na oddzielną opowieść, czy felieton. Raczej patrzę na uchybienia organizacyjne, które nas różnią od Portugalczyków. Przede wszystkim rzuca się w oczy niespotykana w innych nacjach fluktuacja selekcjonerów reprezentacji (od 1992 roku do chwili obecnej było ich aż 20) oraz niesamowita karuzela działaczy komisji futsalowej. Trafiają do niej nie raz nie dwa ludzie otrzymujący to miejsce jako nagrodę za działalność w piłce, co niekoniecznie wiąże się stricte z futsalem. Tak było kiedyś, jest teraz i zapewne będzie w przyszłości też. A już w starożytności Cyceron mówił, że doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. I Portugalczycy to wiedzą, w odróżnieniu od nas. A raczej, w odróżnieniu od decydentów polskiej piłki.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Chciałbym móc napisać kiedyś, że za mojego świadomego zainteresowania się futsalem reprezentacja Polski w tej dyscyplinie nie jest chłopcem do bicia na poważnej europejskiej, czy światowej imprezie. Czy będę to mógł uczynić w kolejnym felietonie – nie wiem. Póki co - nie ubieram różowych felietonowych okularów. Jestem realistą, ale lubię być zaskakiwanym. Niemniej już sam występ na parkietach Słowenii jest sukcesem.

Chciałbym, aby słoweńskie, futsalowe Euro nasza reprezentacja przetrwała godnie. Jeżeli już nic nie wygramy, to aby nie było blamażu. A jak coś ugramy, aby to nie było w walce o przetrwanie, tylko na naszych warunkach. Obojętnie, w jakim nastroju przyjdzie  pisać kolejny felieton, wiem jedno - polski futsal zaczyna nową historię i od wtorku, mówiąc o startach finałowych będziemy odnosić się do Lublany, usuwając w cień historii wydarzenia z Moskwy z 2001 roku. Tak bowiem życzy sobie historyczny proces dziejowy. I na nic zdadzą się malkontenctwa wielu, że teraz było łatwiej awansować do finału – bo były baraże i więcej zespołów w finałach. Po latach pamięta się tylko o udziale oraz o medalach albo o tytule.
To był akapit z gatunku obiektywnych, a teraz nieco prywaty. Wiem, jak trudnych rywali mamy w grupie. Rosja, Kazachstan – to rywale z topowej europejskiej półki. Jednak mam nadzieję, że trener Korczyński, praktyk i teoretyk w jednym, wie - co ma powiedzieć podopiecznym przed meczami. Nikt mi bowiem nie wmówi, że naszym marzeniem nie jest wyjście z grupy. I że kadra myśli inaczej, gdyż wylosowaliśmy trudnych rywali. Co to, to nie. Kiedy mielibyśmy myśleć o sukcesie, gdy następny awans może trafić się znowu po dłuższej posusze? Liczy się to co jest tu i teraz.

I dlatego oczekuję od sztabu, zawodników, działaczy pełnej koncentracji. To, co piszę, wcale nie jest żadnym nadużyciem, bo urokiem piłki są akurat nieprzewidywalne wyniki. W jednym, pojedynczym meczu na turnieju ten słabszy może wygrać, bo akurat trafił się jego dzień. Dlatego mam nadzieję, że reprezentacja futsalowa Polski zrobi w Słowenii wszystko, by słabszą być tylko z nazwy, a na parkiecie tylko lepszą.

Jest takie angielskie powiedzenie – „been there, done that”, które tłumaczę sobie jako pojechać, poczuć, zobaczyć, opowiedzieć. Niestety, tym razem nie zobaczę bezpośrednio, będąc na pięknej ziemi słoweńskiej, grupowych meczów Polaków. Ewentualnie dopiero w ćwierćfinale lub półfinale, na które wybieram się, dzięki przyjacielskiej gościnności znajomych sympatyków futsalu azerskiego. Liczę, że jeszcze wówczas ktoś z Polski będzie na mistrzostwach.

Europejskie turnieje oglądam w miejscu ich rozgrywania od finałów ostrawskich w 2005 roku, z portugalską przerwą w roku 2007, niezmiennie do dzisiaj. Będzie już na żywo tych imprez pięć. Zebrałem więc trochę doświadczenia i mogę porównywać, opowiadać. Ciekaw jestem szczególnie polskich kibiców. Ilu ich będzie, jak wspomogą naszych. To też będzie znak zainteresowania futsalem w Polsce. Taki sprawdzian, który da odpowiedź, czy „balon futsalowy” jest polskiej piłce rzeczywiście potrzebny, czy tylko jest „dmuchany” nad wyraz.
Niedawno prezes związku piłkarskiego udzielił sporego wywiadu, w którym wiele mówi o roku 2018 w polskiej piłce, stwierdzając, że będzie to rok ciekawy. Niestety, nie doczytałem się w wywiadzie nic o futsalu, a wymienia prezes nawet różne kadry młodzieżowe, które jeszcze do finałów się nie zakwalifikowały. A o futsalu, który jedzie na finały Euro, ani zająknięcia.

Na pocieszenie futsalistów wspomnę, że nie odnalazłem też piłki kobiecej. Nie odczułem, że wywiad był dziennikarsko sterowany tylko w kierunku piłki trawiastej i udziału podopiecznych pana Nawałki w rosyjskich finałach. Natomiast mocno poczułem ten niebyt futsalowy u najważniejszej osoby piłkarskiej w Polsce. Na szczęście mój humor poprawił Polsat, który nie zapomina o futsalu i dzięki jego transmisjom Polska zobaczy kawałek – mam nadzieję - niezłej „halówki”, co – być może, przełoży się na powstawanie kolejnych klubów oraz lig na futsalowej mapie PZPN. Korzystając z okazji zaapeluję nawet do ekspertów stacji, panów Kuchciaka oraz Stanisławskiego, o jak najczęstsze opowieści o naszym futsalu. Macie nieocenioną, telewizyjną możliwość uczynienia dla dyscypliny wiele dobrego.

Znany pisarz George Orwell (ten od słynnego „Roku 1984” oraz „Folwarku zwierzęcego”) pisał - „zobaczyć to co jest przed własnym nosem wymaga wysiłku”. Taki prosty cytat, a jak wieloznaczny w wyrazie. Bez specjalnego nadużycia można go odnieść do wielu zdań, które napisałem w felietonie. Tak ad hoc w nawiązaniu tematycznym do mistrzostw w Słowenii, ów cytat nasuwa mi jedno najprostsze z możliwych zapytanie - czy  trenerowi Andrzejowi Biandze, głównemu architektowi naszego awansu na finałowy turniej, Komisja Futsalu PZPN zafundowała pobyt na mistrzostwach? Było nie było należy się. Nawet kosztem jakiegoś oficjela.   

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS