Pierwszoligowcy będą musieli sięgnąć głębiej do kieszeni fot. sportowegniezno.pl

Pierwszoligowcy będą musieli sięgnąć głębiej do kieszeni

Polski Związek Piłki Nożnej postanowił obdarować awansami wszystkich mistrzów drugoligowych zmagań. To sprawia, że w przyszłym sezonie w pierwszoligowych rozgrywkach zagra więcej zespołów, co generuje większe koszty. -  My wstępnie oszacowaliśmy, że potrzeba budżetu wyższego o około 30 tysięcy złotych w porównaniu do zakończonego sezonu – mówi Adam Heliasz, wiceprezes i trener KS-u Gniezno.

- Mistrzowie drugich lig awansowali do pierwszej. Dla mnie jest to decyzja nie do końca zrozumiała, bo wiąże się to z taką sytuacją, że w nowym sezonie w naszej grupie może być nawet 16 zespołów. Nie wiem, czy w PZPN-ie zastanawiali się nad tym, czy pierwszoligowe kluby będzie na to stać. My wstępnie oszacowaliśmy, że potrzeba budżetu wyższego o około 30 tysięcy złotych. Przed klubami proces licencyjny, zobaczymy, ile zespołów przystąpi do rozgrywek. We wsparciu, jakie PZPN udzielił polskiej piłce, nie ma ujętego futsalu, jednak w jednym z wywiadów prezes Boniek powiedział, że o futsalu pamiętają i takowe wsparcie będzie – przyznaje Heliasz.

W tym sezonie KS Gniezno zajął dopiero ósme miejsce w tabeli I ligi gr. północnej. Na koncie zespołu z pierwszej stolicy Polski znalazło się czternaście punktów (bilans: 4-2-10).

- Niedosyt jest bardzo duży. Celowaliśmy w pierwszą piątkę, maksymalnie w szóste miejsce. Na papierze nasz skład wyglądał naprawdę bardzo ciekawie. Wiedziałem, że tych zawodników, których mamy w kadrze, stać na dobrą grę i wysoką lokatę. Na pewno na początku sezonu troszkę brakowało zgrania, bo doszło kilku nowych zawodników. Czasem brakowało też szczęścia. Najważniejsze były pierwsze spotkania, które niestety przegraliśmy w dziwnych okolicznościach. Wiemy, że ten zespół stać na dużo i w przyszłym sezonie będzie wyglądać to lepiej – zapewnia Heliasz.

Teraz KS Gniezno zdecydowaną większość meczów rozgrywa na nowoczesnym obiekcie – hali widowiskowo-sportowej im. Mieczysława Łopatki w Gnieźnie. Mówi się, że drużyny przyjeżdżające do tego obiektu przecierają oczy ze zdumienia. Wcześniej goście też się dziwili, ale bardziej z tego, w jak ciasnej i specyficznej hali gra KS. Niektórym może się wydawać, że ten stary obiekt bardziej sprzyjał gnieźnianom.

- Na pewno piłka jest tam szybsza. Zaraz za bramką są ściany, piłka się od nich odbija, szybciej można wznawiać grę i ruszać z kontrami. Inaczej ta nasza gra wygląda. Zawsze byliśmy do tego przyzwyczajeni - graliśmy z kontry. Może to duże pole na tej nowej hali nas trochę tłamsi. W porównaniu do starej hali, jest też cisza. Na pewno na starej hali gra nam się lepiej – analizuje Dawid Kasprzyk, bramkarz KS-u.

A co na to Dariusz Rychłowski, czołowy zawodnik ekipy z Gniezna? Gdzie gra mu się lepiej? - Mam mieszane uczucia. Na starej hali kibice byli blisko parkietu, sędzia czuł ich oddech – mówi z uśmiechem na twarzy. - To miało swój dodatkowy smak. Nowa hala też robi wrażenie, ale szkoda, że nie jest w pełni wykorzystana przez kibiców. Zawsze mówiliśmy, że ten nasz „kurnik” ma swój urok i ciężko się grało tam drużynom przeciwnym, bo ta hala jest węższa. Z tej nowej hali ciężko było mi się jednak przestawić z powrotem na starą. Na nowym obiekcie jest więcej miejsca do konstruowania akcji – zauważa.

Zarówno przedstawicielom KS-u, jak i mieszkańcom Gniezna marzy się, by do pierwszej stolicy Polski zawitał futsal na najwyższym poziomie. Ile potrzeba, by bić się o ekstraklasę, a później rywalizować w niej ze spokojną głową?

- Myślę, że w granicach 120-150 tysięcy złotych można zrobić fajny, bardzo mocny skład, który walczyłby o ekstraklasę. Wiadomo, że niektóre zespoły mają mniejsze budżety i też udaje im się być w czubie, jak chociażby kilka lat temu nam, kiedy graliśmy dwa razy w barażach. Na ekstraklasę potrzeba około 400 tysięcy złotych. To minimum, które - moim zdaniem - pozwoliłoby spokojnie utrzymać się w ekstraklasie – podsumowuje Adam Heliasz.