Warszawa lepsza w pojedynku stolic fot. Paweł Praski

Warszawa lepsza w pojedynku stolic

KS Gniezno w tym sezonie jest cieniem klubu z poprzednich lat. Opinię tę potwierdził w stolicy, przegrywając z AZS UW 3:4.

AZS Uniwersytet Warszawski
KS Gniezno

AZS Uniwersytet Warszawski - KS Gniezno
4:3

 
Na ogół Akademicy dość wolno się rozkręcają, tym większe zaskoczenie było po półtorej minuty gry, gdy własny strzał skutecznie dobił Buzurgmehr Yusupov i praktycznie od początku spotkania goście musieli gonić wynik. Niemal udało im się wyrównać w 8. minucie, lecz strzał bardzo aktywnego Piotra Błaszyka otarł się o zewnętrzną krawędź słupka. Kłopotów z celnością nie mieli za to warszawianie, którzy kolejnych dwóch minutach podwyższyli na 2:0, gdy wgranie z lewej strony Dominika Majewskiego zamknął Przemysław Cegiełko. Azetesiacy z czasem zaczęli oddawać inicjatywę gościom. Bliscy pokonania Michała Kozłowskiego byli w 11. minucie Mateusz Jedliński i 6 minut później Mateusz Zaborski. Bramkarza AZS UW wykazał się także umiejętnościami, intuicyjnie i szczęśliwie broniąc uderzenie Krzysztofa Chudzińskiego w samej końcówce pierwszej połowy.

W przerwie trener Michał Wasielewski albo nie wstrząsnął swoimi zawodnikami, albo przeciwnie - jeszcze ich zestresował, bo ponownie bardzo szybko gospodarze powiększyli swoją zdobycz. Po dwójkowej akcji z Jakubem Iwaszkiem do siatki trafił Krzysztof Jarosz, przy sporym udziale słabo broniącego w tym meczu Damiana Lewartowskiego. Tym razem na skuteczną odpowiedź przyjezdnych nie trzeba było już czekać. Równo 19 sekund po stracie gola, po wybiciu z autu Mariusz Sawicki zastawił się na Rafale Klimkowskim i otworzył wynik po stronie gości. Bliski podwyższenia był w 26. minucie Maciej Piwowarczyk, jednak golkiper gnieźnian tym razem szczęśliwie zdołał złapać piłkę przed linią bramkową. KS ponownie przycisnął, po strzale Dariusza Rychłowskiego piłka znów odbiła się od słupka, a Kamil Madzio wyszedł obronną ręką z sytuacji sam na sam z Sawickim. W 28. minucie miała miejsce sytuacja kluczowa dla dalszych losów spotkania. Sędziowie nie zagwizdali faulu Madzio i nie podyktowali rzutu karnego dla gnieźnian, gdy bramkarz AZS-u starł się w powietrzu z Sawickim. Od tej pory coraz częściej zamiast na próbie poprawieniu rezultatu skupiali się na dyskutowaniu z arbitrami. Na dodatek kolejny cios zadał im Piwowarczyk. Najlepszy strzelec warszawian w tym sezonie, po wzorowym uwolnieniu się spod pressingu, będąc jeszcze na własnej połowie, miał przed sobą tylko Lewartowskiego. Spokojnie minął wychodzącego golkipera i z daleka uderzył do pustej bramki. Sawicki - weteran pojedynków tych klubów - w odpowiedzi po raz 3. ostemplował słupek, a po chwili do siatki trafił Dawid Walczak. Tym razem pretensje mieli gospodarze, którzy oczekiwali, że rywale oddadzą im piłkę wybitą w aut, gdy na parkiecie leżał Yusupov. Gorąco zrobiło się po bramce na 4:3 autorstwa Błaszyka, ale więcej bramek kibice już nie obejrzeli. Zobaczyli za to kilka kartek, w tym drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną, dla Pawła Kaźmierczka tuż przed ostatnią syreną.

Pojedynki zespołów z pierwszej i obecnej stolicy Polski praktycznie zawsze dostarczały sporo emocji. Wygrana 4:3 jest dopiero 3. zwycięstwem Akademików w historii tych konfrontacji, choć było ich już 12 (ośmiokrotnie triumfowali gnieźnianie, raz padł remis). Symptomatyczne jednak, że warszawianie wygrali 3 z 4 ostatnich meczów tych drużyn, w obecnym i poprzednim sezonie. Po 10. kolejce AZS UW i KS zamienili się miejscami w tabeli, gospodarze plasują się teraz na 3. miejscu, dwa "oczka" wyżej niż sobotni rywale, ale obie ekipy mają już tylko czysto matematyczne szanse na przegonienie liderujących Red Dragons Pniewy.