To tylko sport". A g... prawda. Wyświechtany slogan i tyle. Tak mówią ci, którym jest to obojętne. Każdy, kto w tym siedzi, kto daje z siebie wszystko, zaprzedał duszę swojej pasji to wie, że każda porażka męczy prawie jak śmierć bliskiej osoby. No trochę przesadziłem, ale człowiek doznaje pełnego spektrum negatywnych odczuć. Przygnębienie, samotność, wkurw. Wszystko się miesza razem. Zawiedzione nadzieje, bo przecież miało być lepiej, a wszystko się wali na głowę. Starasz się jak możesz, żeby wszystko od strony organizacyjnej było dopięte na ostatni guzik, piłkarze mają wszystko na tacy przygotowane - tylko grać, a tu nagle jeb w łeb młotkiem.
Jak dostaniesz lanie od kogoś, kto był trzy razy lepszy, to można przełknąć gorycz porażki. Ale jak wiesz, że co najmniej dorównywałeś rywalowi, ale potem na własną prośbę przegrałeś mecz, to wtedy masz przejebane wewnątrz samego siebie. Jako działacz to chyba bardziej niż zawodnicy. W końcu ciebie nie oczekuje regularna wypłata 10-tego. Wprost przeciwnie, ty jeszcze dokładasz do tego, jak nie pieniądze, to zaangażowanie, wolny czas i milion innych spraw, które poświęciłeś, aby zarządzać klubem. A mógłbyś w tym czasie leżeć przed telewizorem z żoną/dziewczyną/kochanką/kotem czy psem. Zamiast tego musisz zapijać smutki albo bić się na trzeźwo ze swoimi myślami. I zadajesz sobie nieodmiennie jedno ważne pytanie - czy warto to wszystko robić?
Rozpocząłem bardzo emocjonalnie, ale jestem pewien, że każdy działacz przeżywa takie chwile. Na szczęście/nieszczęście są także chwile pełne radości, kiedy zapomina się o tych wcześniejszych, pełnych goryczy. I znowu wskakujemy w kółka piekielnej maszyny, która kręci tobą na wszystkie strony. Jak koń w kieracie, to nie ma końca. Chyba że rzucisz to w cholerę, ale co człowiek ma wtedy robić w weekendy?
Poświęciłem Red Devils 20 lat mojego życia. 9 lat to już zupełnie na serio, bo tyle gramy w rozgrywkach Polskiej Ligi Futsalu. Oczywiście przez te wszystkie lata pomagali mi przyjaciele, sam nie dałbym rady tego ogarnąć. I ciągniemy ten wózek razem, bo to nasza życiowa pasja. Już kiedyś wspominałem o tym, że mam ogromną satysfakcję, iż z drużyny osiedlowej stworzyliśmy zespół, który liczy się w Polsce. Mamy z kolegami z zarządu ambicję stworzyć zespół, który znowu powalczy o medal, ale profesjonalizacja organizacyjna nie idzie w parze z profesjonalizmem zawodników. A to właśnie w głowach piłkarzy powinien być początek. Kto nie będzie nadążać za zmianami w klubie, ten latem wysiądzie z czerwonej karawany.
Orange Sport się sypie, zwalniają dziennikarzy, kanał na sprzedaż. Niby jest gorzej, ale my wreszcie mamy magazyn ze skrótami. Fajnie, wszystko super, ale przydałoby się wrzucić gościa z naszego światka do programu, parę podsumowań, garść przemyśleń tudzież refleksji. Nie każdy ma taki ładny garnitur i lakierki jak ja, ale w gustownym dresie z kreszu też pewnie wpuszczą do studia. Byleby gość miał pełną klawiaturę w pysku, bo szczerbatych to pełno w niższych ligach na trawie. Ale nie ma co narzekać, kolejny skowronek zaćwierkał, wschodzi słońce dla futsalu.
A co do ćwierkania, to twitter zaczyna żyć futsalowo. Jest paręnaście aktywnych osób, a najbardziej nasza ligowa pani fotograf, czyli @zmijkats. No i @Jakub_Mikulski, gorzowsko-warszawski pasjonat z podwójnym profilem (@futsalpl). Znana szydera, @slo7nik często daje dobre teksty, polecam, także @rafał_futsal czyli Krzyśka. Kiedyś szczecinianie byli aktywni, teraz coś siedzą cicho. Ale dołączają kolejni piłkarze, ostatnio @danleb19 z Euromastera. Muszę się też pochwalić, zostałem już zbanowany. Nietrudno się domyślić przez kogo. Zazwyczaj blokuje się kogoś, kto pisze nieprzyjemne komenty, ale ja nie zdążyłem napisać ani jednego a już dostałem bana. Profilaktyka musi być ;)
Za ostatni felieton otrzymałem sporo pochwał, co sprawia mi pewną satysfakcję i łechce moje ego. Napisanie tekstu zazwyczaj zajmuje mi około 6 godzin, jak sami widzicie sporo czasu poświęcam, abyście nie nudzili się przy lekturze. @rkędzior, były już redaktor Orange Sport napisał, iż przekaże Pawłowi (Zarzecznemu), że ma godnych następców. Dużo mi jeszcze do niego brakuje, zwłaszcza tych wanien wódki i wagonów koleżanek, agentur też nie zwiedzam. No i jak to powiedział Mickey Knox w kultowym już filmie "Urodzeni Mordercy" ("Natural Born Killers") - "It’s pretty hard thing to beat the King". Kto oglądał ten wie o co chodzi ;)
Wiele słychać ostatnio o pomyśle "Wielka Pogoń" - czy jest to właściwa inicjatywa? Postanowiłem zgłębić temat, bo jak dobrze wiecie, generalnie jestem przeciwny podłączaniu futsalu do trawy. Do tej pory nie było z tego wielkich korzyści dla piłki halowej, no może jedynie Krakbet zyskał kibiców, bo Euromaster to już niezbyt.
Przeprowadziłem rozmowę z vice prezesem Pogoni ’04 Mirkiem Grycmacherem, który przekazał mi kilka ciekawych spostrzeżeń. Pomimo zbieżnej nazwy, "zeroczwórka" jest samodzielnym tworem, który powstał ponad 10 lat temu. To dlaczego ma teraz w pewien sposób połączyć z trawiastą Pogonią?
Tutaj oddaję głos Mirkowi:
"Zacznijmy od podstaw. Nazwa Pogoń jak i herb jest własnością Pogoni Szczecin. W Polsce miasto Szczecin w kategoriach sport to "Pogoń Szczecin" i chyba w większości nikt nie ma co do tego wątpliwości. Skoro Prezes Pogoni Pan Jarosław Mroczek przedstawił klubom propozycję sportowej promocji miasta przez promocję pod hasłem "Wspólna Pogoń", to naszym obowiązkiem, dla dobra futsalu należało się nad tym pochylić.
Nasz klub Pogoń ‘04 ma już wypracowaną markę w polskim środowisku futsalowym i to jest nasza marka, która daje nam wiele satysfakcji, posiada swoją tradycję i jest już rozpoznawalna. Chyba każdy wie, jakie jest przełożenie i popularność futsalu w odniesieniu do piłki trawiastej, męskiej i żeńskiej piłki ręcznej czy też koszykówki. Połączenie sił i wzajemna promocja, ustalanie terminarzy, aby szczeciński kibic mógł zobaczyć jak najwięcej wydarzeń sportowych, a nie był zmuszany do wyboru "lepszej dyscypliny", zapowiedzi meczowe, czy też w efekcie końcowym nowi kibice, którzy dzięki tej promocji będą mogli się z nami identyfikować, to kolejny aspekt przemawiający za słusznością decyzji. Mamy już tego pierwsze przykłady. Hale w Polsce to w porywach 500-1000 kibiców na meczach futsalu. Wiem, że zdecydowanie zawyżam średnią :)
Na dzisiaj tysiąc kibiców na naszych meczach to jest minimum, a już w meczu z Red Devils Chojnice (1600) czy też z AZS UŚ Katowice (2000) widzimy, że następuje znaczny postęp. Posiadamy duży zapas miejsce (do 5 tysięcy), więc mamy dużo do zrobienia. Dlatego drogi Marcinie Twoje pytanie "To dlaczego ma teraz w pewien sposób połączyć z trawiastą Pogonią" jest tylko w części prawdziwe. Połączyć w promowaniu sportu przy zachowaniu integralności klubów, ich tradycji i osiągnięć dla dobra sportu. Oczywiście, jak ktoś mawia - duży może więcej, ale skoro mamy "Starszego Brata", co prawda z różnych ojców (Maciej, Krzysztof i Kaziu bez urazy), to dlaczego nie mamy z tego skorzystać? A jeśli przy tym okaże się, że klub będzie mógł skorzystać finansowo to - powiem kolokwialnie - łączy nas piłka i daj Boże kasa”.Mirosław Grycmacher
Tyle od Mirka, a ja swoimi kanałami dowiedziałem się, iż być może duży, ogromny sponsor zainwestuje w markę "Wielka Pogoń". "Azoty" objęły już sponsoringiem tytularnym halę Arena Szczecin i podobno nie jest to ich ostatnie słowo, jeśli chodzi o inwestycje w sport. Oby wszystko poszło w dobrą stronę, to powstanie mocny klub futsalowy z rekordową widownią w Polsce.
Kolejka rozpoczęła się w piątek dwoma spotkaniami. Najpierw Clearex przegrał trzeci mecz z rzędu. W pięciu ostatnich meczach aspirujący do medali chorzowianie zdobyli tylko jeden punkt!!! Straszny hamulec po udanym początku sezonu. Nie wiem, co tam się dzieje w zespole, ale potykają się już o wszystko. Wyjdą na zakupy, jebut w krawężnik, pomarańcze rozsypane po chorzowskich hałdach. Nie ma prezesa, nie ma bata, nie ma gry.
Gatta punktuje rywali i po cichutku skrada się tuż za Wisłą. Kwartet Marciniak, Milewski, Krawczyk, Sobalczyk nie zawodzi. "Kulfon" wrócił po kontuzji, przypozował w autokarze w stylówie a'la Żewłakow po powrocie z kadrą z USA. Amerykański luz, "West Coast" edition - trochę fantazji nikomu jeszcze nie zaszkodziło, zarówno przed, jak i w trakcie meczu. A Igor umie zagrać tak, że niemal każdy by chciał być "Kulfonem".
W "Derbach Desperatów" górą Katowice. Dominował radosny futsal, poziom sportowy obu drużyn bardziej pierwszoligowy niż ekstraklasowy. Rafał Krzyśka okazał się "piątym elementem", który zadecydował o punktach. To spotkanie może okazać się bardzo istotne dla końcowego układu tabeli. W Gdańsku wrócił Pawicki, pojawił się "domowy" Widzicki, ale to było zbyt mało na odrodzony zespół ze Śląska. "Korek" ustawia klocki od nowa, szykuje się "Wielka Ucieczka część druga"?
Gwiazda - Rekord. Planowe zwycięstwo Mistrza Polski, planowa porażka Gwiazdy. Nie radzą sobie ostatnio. Trzy wysokie porażki z rzędu, teraz do Pogoni na Arenę Szczecin, powrót z tego meczu nie zapowiada się wesoło. A oba Azetesy zaczęły ostro gonić, początkowa przewaga zmalała i Gwiazda znalazła się na miejscu spadkowym. I ciężko będzie im z tego wyjść. Do 11. minuty jeszcze się trzymali, a potem już tylko Rekord walił jak w bęben. Grali zespołowo, sześciu zawodników trafiło do siatki. Teraz jadą do Zduńskiej Woli i jest to ostatnia szansa na jakąkolwiek pogoń za srebrnym medalem, bo na złoty to już nie mają szans.
Wisła - Pogoń, włączyłem drugą połowę, patrzę przez chwilę - obie drużyny wyszły na parkiet bez bramkarzy? Patrzę dalej - 23. minuta, rozkręca się karuzela, walka jak na korcie tenisowym - punkt za punkt. Na twitterze napisałem, że przewiduję wynik końcowy 98:98 i niedużo się pomyliłem. W końcówce już tylko liczyłem "sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy..." Gole padały szybciej, niż bezdomny wpierdala zupę.
Ostatnie takie tango było w sezonie 2007/08, kiedy Akademia Słowa Poznań przegrała u siebie z GKS Jachym Tychy 10:11. Daniel Lebiedziński, jeden uczestników tego epokowego wydarzenia napisał na twitterze, że skończyli strzelać, bo ktoś po nich wchodził na halę.
Wtedy 21 goli, to dzisiejsze 16 sztuk to jest "małe miki". Ale 10 goli w jednej połowie Wisły, to na pewno rekord dwudziestu minut. Szokująca wprost gra Pogoni w defensywie, Kośmider zaliczył "kośmarny" mecz, co najmniej kilka bramek obciąża jego konto. Mieli przewagę w polu po czerwo dla Patera, ale nie wykorzystali tego, a w końcówce grając nerwowo i chaotycznie pogubili się zupełnie.
Chciałbym zwrócić uwagę na sytuację z 35:07 min, kiedy sędzia Jakub Orliński nakazał powtórzyć rzut wolny Bondara. Jest to super decyzja, bo bardzo często arbitrzy dopuszczają wcześniejsze wyjście bramkarza, co znacznie utrudnia prawidłowe wykonanie rzutu wolnego. Co z tego, że zespół ma SFG, jak nie ma z tego korzyści, gdyż bramkarz interweniuje niezgodnie z przepisami? Prosiłbym o zwracanie baczniejszej uwagi na takie sytuacje, bo często wychodzi na to że opłaca się faulować, bo i tak potem można przeszkodzić w jego skutecznym wykonaniu.
Red Devils kontra GAF Jasna Gliwice. Jeden zero w ryj. Co tu dużo pisać, zagraliśmy bardzo słabo w ofensywie. I to po raz kolejny. Bo do defensywy nie można mieć zarzutów, od pięciu meczów tracimy bardzo mało bramek. Zaledwie pięć!!! (Gatta 2, Red Dragons 0, Clearex 1, Euromaster 1, GAF 1). Nikt tak dobrze nie broni dostępu do bramki jak "Czerwone Diabły". Ale co z tego? Punktów z tego tylko sześć. Dramatycznie mało, choć wszystkie spotkania graliśmy z zespołami z czuba i środka tabeli. Tylko z Chorzowem pokazaliśmy na co nas stać, w pozostałych meczach przeżywamy męczarnie po przekroczeniu linii środkowej. Mamy kilku napadziorów - Iwanow, Charczenko, Sobański, Mączkowski - ci zawodnicy regularnie strzelali po ponad 10 goli w sezonie. A teraz indolencja strzelecka, jak mają podać to strzelają, jak mają strzelać to podają. Wszystko odwrotnie. Teraz czeka nas wyjazd do Katowic, jedziemy dzień wcześniej, nocleg w hotelu i na świeżości idziemy na parkiet. Tutaj nie będzie już wymówek - trzy punkty muszą być.
A gliwiczanie grali konsekwentnie, skutecznie bronili dostępu do bramki i liczyli na jeden błąd naszej drużyny. Sobański dał się minąć Luteckiemu przy linii autowej, no i tak padł jedyny gol meczu. "Betao" czyli Kiełpiński miał wywieźć z Chojnic tylko schabowego, ale dodał to tego trzy punkty i to uprzyjemniło mu posiłek. Nam pozostał tylko ogromny wkurw do konsumpcji.
Mecz telewizyjny - dobre tempo, sporo bramek i dużo zaciętości. Pierwotnie nasze spotkanie z Gliwicami miało być pokazywane w Orange Sport, ale hala została wynajęta na trzydniowe rekolekcje ojca Bashobory i musieliśmy zrezygnować z przeprowadzenia transmisji. A tak przy okazji, chętnie wysłałbym niektórych swoich zawodników na wizytę do tego charyzmatyka, bo podobno na seansach kulawi odrzucają kule, kalecy wstają z wózków, a ślepi odzyskują wzrok - idealne rozwiązanie na nasze bolączki.
Wracając do meczu Red Dragons - KGHM Euromaster, było to naprawdę fajne spotkanie. Czy jeszcze ktoś powie, że ten wynik był sensacją? Bo według mnie wygrał faworyt. Czas najwyższy skończyć z lekceważeniem bandy "Young Guns" Frajtaga, bo zwłaszcza u siebie są bardzo mocni. Doświadczeni zawodnicy Euromastera zawiedli, notując wiele strat w kluczowych momentach. Tylko w pierwszej połowie dotrzymywali kroku młodym, w drugiej już się kompletnie rozkraczyli. Bohater meczu - "Domino" Solecki, który przed sezonem miał problem ze znalezieniem zespołu dla siebie. Teoretycznie zrobił krok w tył dochodząc w ostatniej chwili do zespołu beniaminka, ale jak widać było to dobre posunięcie. Aha, jakby ktoś nie wiedział - to Red Dragons utrzymali się w ekstraklasie. Tak naprawdę zrobili to już po pierwszej rundzie. Nauczcie się patrzeć na nich w kontekście gry o czołową czwórkę, a nie o utrzymanie.
Kontrowersje - tym razem nie było tego wiele. Czerwone kartki, ale wszystkie zasłużone. Nerwowo było w Krakowie, Pater dał się sprowokować Kubikowi, który później także wyleciał z parkietu za drugą żółtą kartkę. O ciekawej sytuacji z tego meczu pisałem już wcześniej. No to by było tego na tyle. Jak sędziowie nie przeszkadzają, to wszyscy mogą być zadowoleni.
Kącik bibliotekarski - tym razem Igor „zaSYPAny” Sypniewski na tapecie. Wzorcowa książka o piłkarskim upadku. Absolutnym Mistrzem był jeden z moich ulubieńców George Best, ale Igor spadł dużo głębiej, na same dno. "Belfast Boy" zapił się na śmierć, druga wątroba nie wytrzymała, ale pił do końca, bo miał za co pić. "Sypek" miał świetne pokrętło w lewitce, krawaty nią wiązał, ale też butelki otwierał i fajki odpalał. A potem z Ligi Mistrzów do pudła, niezła podróż w jedną stronę. Nie udało się uciec od kolegów z bałuckiej żulerni, wracał do nich w każdej wolnej chwili. Ale też była wielka wojna z depresją, najbardziej lekceważoną chorobą cywilizacyjną. Robert Enke, bramkarz reprezentacji Niemiec skoczył pod pociąg nie radząc sobie z nią. Igor próbował także skończyć, ale na szczęście jego odratowano. Polecam tę książkę, bo były zawodnik Panathinaikosu nie ukrywa niczego ze swojego życia. To podobna spowiedź jak Andrzeja Iwana "Spalony", tylko bardziej współczesna.
W tym miejscu napiszę o podobnym przypadku, który nie skończył się aż tak drastycznie jak u "Sypka", ale chłopak zmarnował świetnie zapowiadającą się karierę futsalową. Nie będę przytaczał nazwiska, bo niektórzy jeszcze go pamiętają, zresztą to nie jest najważniejsze w tej historii. Na trawie zaliczył wszystkie kadry wojewódzkie, a także narodową, grywał regularnie w starej III lidze w barwach Chojniczanki. W futsalu debiutował w wieku 16 lat grając w drugiej czwórce Holiday’u, strzelał bramki, asystował. To naprawdę był wielki talent, pokroju Tomka Kriezel 9 lat później. Nad jego rozwojem czuwał przede wszystkim jego ojciec, były świetny piłkarz Chojniczanki. Niestety, po ostrym zawale serca zmarł w domu na oczach młodego zawodnika. Po tym traumatycznym zdarzeniu chłopak grał dalej w piłkę, po rozwiązaniu Holiday’u przeszedł do Red Devils, ale z każdym sezonem grał coraz słabiej. Organizm regularnie osłabiany alkoholem nie radził sobie z profesjonalnym graniem. Niestety, popularne "piwko" w coraz większych ilościach było na początku lekiem, a potem już tylko wymówką i ucieczką od życia. Próbowaliśmy wielokrotnie pomóc zawodnikowi, terapie itp., ale jak z alkoholem jest tak, że jak sam nie chcesz się z tego wyrwać, to nie wyjdziesz z tego. Naprawdę szkoda chłopaka, bo dzisiaj by miał kilkadziesiąt występów w kadrze, albo i więcej...
M7
(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)