Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Wreszcie PZPN zakończył sagę personalną futsalowej Polski i powołał skład Komisji Futsalu i Piłki Plażowej. Jak ktoś oczekiwał, że z dużej chmury spadnie spory deszcz, niewątpliwie zawiódł się. Zmiany nastąpiły w konwencji wiosennego, oczyszczającego deszczyku, bez typowej majowej burzy z piorunami. Zastosowano wyborczy kompromis, polegający na zadowoleniu szefów wojewódzkich struktur związkowych oraz spełnieniu wyborczych obietnic. Nadzorujący układankę wiceprezes organizacyjny Nowak nie okazał się Aleksandrem Macedońskim i nie wybrał opcji przecięcia "działaczowskiego węzła gordyjskiego". Zobacz także: Poznaliśmy skład "nowej" Komisji FutsaluWybrano powiększenie liczbowe komisji oraz dla spokoju wewnętrznego dodano funkcję drugiego wiceprzewodniczącego. Mimo tych roszad w nowym rozdaniu zabrakło wyrazistych postaci, takich stygmatyzujących, jakimi w przeszłości byli w komisji, choćby panowie Wolny, Sowiński, czy Greń. Jest raczej miałko i posłusznie. Włodarze PZPN, beniaminkowi futsalowemu, za jakiego uchodzi w środowisku przewodniczący Kaźmierczak, dodali na zastępców weteranów komisyjnych w osobach panów Duraja oraz Morkisa. Do pisania protokołu wyznaczono sprawdzonego pana Gryckiewicza z regionu kujawsko-pomorskiego. Do kompletu dopisano pana Kulczyckiego, całkiem słusznie, gdyż jest delegatem środowiska futsalowego na Walne Zebrania PZPN, panią Straszewską, znaną z działalności futsalu młodzieżowego, szefową łódzkich struktur futsalu, pana Gnybka, przedstawiciela futsalu wielkopolskiego, drugiej po Śląsku siły liczebnej damskiego i męskiego futsalu, panów Krawczyka i Rekścia - odpowiednio z Podkarpacia oraz Podlasia, a niejako przy okazji przedstawicieli klubów I ligi. Wreszcie niejako na deser dołożono silną grupę ekstraklasowej Spółki w osobach prezesa Rady Nadzorczej, pana Dąbrowskiego oraz szefa Komisji Ligi, pana Czeczko. I to tyle, co na dzisiaj o komisji da się napisać. Co najwyżej można jeszcze wyrazić nadzieję, iż każda z tych osób wstępując do komisji przychodzi z dobrymi intencjami i będzie działać bez intencji złych. Jest takie biblijne często cytowane - "A fructibus eorum cognoscetis Eos". I niech to przetłumaczone na język polski - "Po ich owocach ich poznacie" - zawsze pozostanie w pamięci członków komisji i oznacza, że oceniona zostanie ich praca nie po chwilowych sukcesach, po doraźnym porywach, ale po budowli futsalowej, którą wzniosą w trakcie swojej kadencji.
Tyle o futsalu w wersji oficjalnej. Teraz przechodząc do wersji felietonowej spróbuję wyjaśnić czym jest produkt. Może czasami przewinie się nawet w tle nazwa futsalowy produkt, ale nie przesadzajmy z tym zjawiskiem w powiązaniu z polskim futsalem. Otóż, najkrócej i najjaśniej pisząc, produktem w koncepcji  marketingowej - gdyż głównie w tym aspekcie powinien interesować środowisko futsalowe - jest zespół cech i właściwości, które mogą służyć do zaspokojenia konkretnych potrzeb przez potencjalnego nabywcę, użytkownika, właściciela produktu lub osobę doświadczającą możliwości korzystania z produktu. I już na początku wyjaśnię, że nie potrafię całkiem merytorycznie odpowiedzieć, czy stan obecny futsalu w Polsce odpowiada oczekiwaniom, pragnieniom zarówno tych, co dają towar o nazwie futsal, albo tych, co ten towar chcą kupić za przyzwoite pieniądze. Według subiektywnego odczucia - nie odpowiada. Idąc dalej tropem definicji marketingowej, produktem krótko określa się każdy obiekt rynkowej wymiany oraz wszystko co może być oferowane na rynku. Futsal na rynku jest oferowany przez PZPN, Spółkę Futsal Ekstraklasa, kluby, różne stowarzyszenia, uczelnie - ale poważnych kontrahentów nie przybywa. Jedynym, co bezsprzecznie rośnie, jest liczba kliknięć w Internecie. Niestety, nie przekłada się to na wymierne (czytaj kasowe) korzyści. Dla największego gracza, czyli dla PZPN, najważniejszy pozostaje futbol trawiasty. I to nie dziwi, więc należy szukać niekonwencjonalnych rozwiązań.

Pamiętam dobrze jak związek kilka lat temu nie wykorzystał - i to całkiem świadomie - szansy na niemal skokowe wypromowanie produktu futsalowego. I to wypromowanie go w Polsce na imprezie o światowym zasięgu. Był to czas, kiedy Wrocław otrzymał organizację The World Games 2017 - Igrzyska Sportów Nieolimpijskich. Jest tradycją tej imprezy, że organizator może dopisać do programu kilka wskazanych przez siebie dyscyplin. Kierując w opisywanym momencie polskim futsalem wspólnie z panem Szymonem Czeczko, który wtedy szefował Spółce Futsal Ekstraklasa, podjąłem działania, aby przekonać kierownictwo PZPN o celowości aplikowania w tej sprawie. Za przyjęciem futsalu do programu World Games 2017 było we wstępnych rozmowach nawet miasto Wrocław, ale sprawa utknęła w PZPN. Swoje dołożyły UEFA, czy też FIFA, które nie podjęły tematu dofinansowania. Związek zajęty wówczas bardziej przedwyborczymi grami zamknął sprawę krótkim "nie ma kasy". Gwoli prawdy historycznej dopowiem, że do pomysłu nie byli przekonani, między innymi, nadzorujący wówczas futsal wiceprezesi PZPN - panowie Bugdoł i Bednarek oraz pan Padewski - obecny wiceprezes PZPN (w tamtych latach szef Dolnośląskiego ZPN). A jak związek pozostawał bierny to i Ministerstwo Sportu, z którym rozmawialiśmy, nie naciskało. I tak przepadła wielka szansa na wypromowanie produktu futsalowego, jakiej długo, a może wcale Polska nie będzie miała. Za to wypromuje się fistball, wrotki, przeciąganie liny, czy bule. Tak na marginesie te ostatnie są jednym z moich ulubionych sportów, a poznałem je we Francji dzięki naszemu znakomitemu niegdyś piłkarzowi Henrykowi Kasperczakowi. Pozdrawiam go w dalekiej Afryce.
Felietony zawierają puentę. Nie trzeba o niej w zasadzie pisać, gdyż przeważnie wynika z tekstu. Tym razem jednak zaakcentuję. Drodzy sympatycy futsalu, do których i ja się zaliczam, nie będzie przez najbliższe pół wieku futsalu na Igrzyskach Olimpijskich. Nawet Brazylia nie zaproponowała go do dyscyplin pokazowych w Rio de Janeiro 2016. Jak nie zrobiła tego Brazylia, to kto ma to zrobić? A jak czegoś nie ma na IO, to jest niszowe. Wiedzcie też, że za czasów prezydenta UEFA Platiniego zlikwidowano futsalowy turniej ME do lat 21. Widać futsal nudzi włodarzy wielkiej piłki. Dowiodę nawet tej tezy drzemką Platiniego podczas finałowego meczu ME w futsalu w Debreczynie. Widziałem, bo siedziałem niedaleko. I jeszcze drobna wrzutka do polskiego ogródka. Argentyna - organizator w Buenos Aires w roku 2018 Igrzysk Olimpijskich Młodzieży (startują reprezentacje do lat 18), wpisała jednak futsal do programu imprezy. Brawo, Bravissimo Argentyno. Ucz się Polsko. Ucz się "pezetpeenie". Patronat nad imprezą objął sam Lionel Messi. A tak przy okazji, idę o spory zakład, że mało kto słyszał o umieszczeniu "małej piłki" w programie IOM Buenos Aires 2018. Sprawdziłem telefonicznie i na 12 osób z grona decydentów polskiej piłki - i futsalowej też - temat znało ledwie dwie. Na szczęście o argentyńskich igrzyskach wiele wie pan Jakub Mikulski i informuje kogo może. Nie jestem aż takim wizjonerem, geniuszem, czy szaleńcem, aby przewidywać bezbłędnie przyszłość. Niemniej kto wie, czy z czasem jedynym wyjściem dla futsalu na pokazanie się jako dobrego marketingowo produktu nie będzie niezależna futsalowa organizacja narodowa oraz ponadnarodowa. I tylko w takiej konfiguracji przestanie być on postrzegany jako ubogi, bardzo ubogi krewny futbolu.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy pan Greń przychodził po raz pierwszy do futsalu, był rok 2004. Już wtedy wraz ze swoim otoczeniem myślał o porządkowaniu zasad środowiska na wzór piłki trawiastej. Jednak za sprawy licencyjne na serio zabrano się w Wydziale Futsalu dopiero w roku 2009, kiedy pan przewodniczący Kazimierz nie kierował już polskim futsalem. Jedną z pierwszych licencyjnych "ofiar" było Jango Katowice. Nieco później, już w czasach, kiedy pan Greń po raz drugi, tym razem w duecie z panem Durajem zarządzali polskim futsalem, wykruszył się "marchewkowy" Toruń. Ale licencje były coraz bardziej skuteczne dla tworzenia pozytywnego wizerunku klubowego. Co prawda nie sprostali licencjom w minionych latach i inni, ale kluby, które pozostały w rozgrywkach, wzięły się w garść i nie ma już beztroskiego "jakoś to będzie". Nie ma myślenia typu - może załatwi się sprawę w PZPN. Futsal dzięki systemowi licencyjnemu wzbogacił się o przeszkolonych specjalistycznie trenerów. Kluby są rejestrowane jako - co najmniej - stowarzyszenia, jest zabezpieczenie medyczne, z licencją spiker oraz osoba odpowiedzialna za bezpieczeństwo. Uregulowane są zasady finansowe. Można byłoby wymienić jeszcze inne pozytywy, o które w tamtej pogreniowej kadencji zadbano. Ważne było, że w latach 2008-2011 komisja licencyjna znajdowała się  w gestii Wydziału Futsalu PZPN i działali w jej strukturach ludzie rozumiejący futsal. Od 2012 roku zarząd PZPN przekazał licencje futsalowe ogólnej komisji związkowej, do której - według mojej wiedzy - nie powoływano ludzi powiązanych z futsalem. I to był błąd, który ciągnie się nadal. I jest obecny również w nowym związkowym rozdaniu. Niewątpliwie nadal najtrudniej jest z infrastrukturą. Niestety, na nią wpływ komisje licencyjne mają najmniejszy. Ważąc decyzje dopuścić do gry z ograniczeniami, czy nie dopuścić - niemal zawsze wybierana jest ta pierwsza opcja. I słusznie. Korzystając jednak z faktu, że podjąłem temat licencyjny apeluję do klubów - wierćcie przysłowiową dziurę w brzuchu włodarzom waszych miast, gestorom używanych obiektów, aby ciągle doskonalili infrastrukturę sportową, z której korzystacie. Aby obiekty sportowe były unowocześniane i wypierały z futsalowego krajobrazu "mini-hale". Wykorzystujcie do tego, drodzy prezesi, zapisy podręczników licencyjnych. A nuż powiedzie się z czasem.
Zawiodłem się na działaczach PZPN odpowiedzialnych za futsal oraz związkowe sprawy organizacyjne w kontekście poniedziałkowo-wtorkowych meczów Polska - Belgia w Zielonej Górze. Pamiętam, jak podczas tegorocznego Superpucharu w Chojnicach ówczesny przewodniczący komisji futsalu, Bogdan Duraj opowiadał mi, że jest wspólnie z wiceprezesem PZPN, Eugeniuszem Nowakiem na dobrej drodze w rozmowach zmierzających do realizacji przez telewizje transmisji meczów reprezentacji Polski w futsalu. Także towarzyskich. Tymczasem kicha. Być może wpływ na to miały niedawne wybory w PZPN i zbyt krótki okres organizacyjny na przygotowanie się. Być może wpływ miała zmiana na stanowisku przewodniczącego futsalu. Nieważne, falstart medialny został przez kibiców z całej Polski zapisany. Transmisji telewizyjnej nie było. Nie było też przekazu internetowego. Pozostało śledzić opisy na "lajfach". Ale to był tylko - jak mawiają Niemcy - ersatz. Rozumując po polsku, taki sztuczny miód, zamiast naturalnego. Panowie prezesi z PZPN, panie przewodniczący komisji futsalu - apeluję o mobilizację, aby podczas polskich eliminacji ME w kwietniu wszystko telewizyjnie, internetowo zagrało. Tego oczekuje, a nawet żąda Polska Futsalowa. I pomyśleć, że jeszcze niedawno niektórzy członkowie komisji futsalu namawiali kluby ekstraklasy do przejścia pod rozgrywkową kuratelę PZPN. Na szczęście odbierane to było przez środowisko jako przysłowiowe głosy wołającego na puszczy. Jest takie popularne powiedzenie - "lepszy wróbel w garści niż gołąbków sto... na dachu". I tego z telewizjami, transmisjami trzymajcie się drodzy prezesi ekstraklasy - klubowi oraz spółkowi.
Cztery gole oraz golowe asysty - to dorobek Marcina Mikołajewicza, kapitana naszej futsalowej reprezentacji, w wygranym przez FC Toruń wyjazdowym meczu z AZS Katowice. Marcina poznałem gdzieś około 2009-2010 roku. O ile pamięć mnie nie myli, był już piłkarzem Pogoni 04 Szczecin i dobijał się o stałe miejsce w seniorskiej reprezentacji Polski. Widziałem w nim człowieka, który stawia sobie jasne cele i będzie zawsze dążył do ich realizacji. W sensie sportowym była to jak najlepsza gra i bycie kadrowiczem. Marcin jest znakomitym przykładem, jak pracą można osiągnąć sportowe najwyższe cele. Kiedy był powoływany do reprezentacji po raz pierwszy - o ile pamiętam z klubu pierwszoligowego - wielu "znawców" mówiło "po co takiego niewyrobionego chłopaka powoływać", "on nic nie wniesie". Mija siedem, a może osiem lat i Marcin dalej jest powoływany. I do tej kadry jednak coś wnosi. I niech wnosi jak najdłużej - życzę mu. Niech wreszcie wyzwoli na meczach reprezentacji swoje umiejętności klubowe w całości, bo rezerwy są. Marcin miał szczęście do trenerów klubowych. A na pewno w jego karierze pomogło dogadanie się z ówczesnym prezesem Pogoni 04, Maciejem Karczyńskim i transfer do portowego klubu. W Pogoni 04 popracował z Gerardem Juszczakiem, a obecnie w Toruniu trenuje pod okiem Klaudiusza Hirscha. Obydwaj szkoleniowcy to uznane trenerskie postacie polskiego futsalu. Byli trenerzy reprezentacji narodowych. W grze Marcina zawsze lubiłem popatrzeć, jak jest trudnym przeciwnikiem do przewrócenia, przepchania. Lubię tę jego grę tyłem do bramki. Wreszcie, lubię te mocne zaskakujące uderzenia. Oby strzelał wiele goli i jak najdłużej - tego też życzę. I dopisuję, jako piątego, do mojej prywatnej listy wyróżnianych futsalistów polskich trwającego sezonu. Myślałem, że po meczach Polska - Belgia bardziej wzbogacę swój notes. Niestety, nie miałem możliwości zobaczenia na żywo meczów (o czym pisałem wyżej), więc nie będę się wymądrzał w ocenach. Jedynie wyrażę zadowolenie, iż mój faworyt, Cleverson Pelc, powracając do kadry po latach, wpisał się na listę strzelców. Oby tak dalej, Clevi. A nasi trenerzy oraz zawodnicy remisując 3:3 oraz deklasując przeciwnika 6:1 wykonali lepszą robotę na parkiecie, niż działacze w zakresie transmisji. I tak należy trzymać.
 
 Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...