Z notatnika dziejopisa

Futsalowe dziewczyny rozegrały dwa mecze z reprezentacją Rosji. Oba przegrały, ale wstydu nie przyniosły. Niemniej zastanawia mnie, jak długo jeszcze nasz związek będzie traktował futsal kobiecy amatorsko. Jako coś, co jest, ale wcale nie jest aż tak ważne, by reformować to co jest. I nie wymuszą zmiany tej oceny nawet częste mecze reprezentacji. Widzę to w takiej perspektywie z jednego, ale całkiem jasnego powodu. Otóż, rozgrywki naszych lig futsalowych w wykonaniu pań są najzwyczajniej jesienno-zimowym przerywnikiem dla rozgrywek piłki trawiastej. A taką drogą, bez wprowadzania rokrocznie zmian w kierunku usamodzielniania ligowego futsalu kobiet nie dościgniemy, choćby Rosjanek, u których sezon trwa o wiele dłużej i poważniej jest kobiecy futsal traktowany.

Tymczasem nasz zakończył się gdzieś w okolicy połowy marca. A może nawet ciut wcześniej. Nie mam na chwilę obecną nadziei, że coś zmieni się, gdy popatrzę na niedawne perypetie o wiele ważniejszej dla władz polskiej piłki reprezentacji trawiastej (casus meczów z Albanią oraz Szkocją) podczas eliminacji mistrzostw świata. Osobiście po lubuskich meczach z Rosją najbardziej cieszy mnie optymizm zawodniczek naszej kadry. I tak trzymać – drogie panie, bez względu na dalsze losy polskiego, kobiecego futsalu.
Chojnice, po rocznej banicji, na powrót w ekstraklasie futsalu. Pierwsze co zrobiłem, to pogratulowałem trenerowi Biandze oraz... panu Synoradzkiemu (mimo, że nie prezesuje już klubowi). Temu pierwszemu za wykonaną dobrą robotę, a temu drugiemu za wyrazistość.

Futsal nasz potrzebuje bowiem postaci wyrazistych, niekonwencjonalnych, krnąbrnych, z własnym zdaniem. Niezwyczajnym tylko przytakiwać. W tym kontekście nieraz zastanawiam się, co niektóre osoby robią w futsalowej komisji. Ale to już inna bajka. Na inne opowiadanie felietonowe. Tymczasem wrócę na chwilę do trenera Andrzeja Biangi. Niech mi ktoś wskaże w polskim futsalu trenera, który w ciągu jednego sezonu osiągnął dwa znaczące awanse. Awanse na forum europejskim (reprezentacja Polski do finałów ME) oraz krajowym (awans Red Devils do ekstraklasy). Nie ma. Chętnie przeczytam sprostowanie, jeśli się mylę. I mam nadzieję, reasumując wątek, że w Chojnicach nikomu nie przyjdzie do głowy zmieniać trenera. Niech nie powtarza się, nie przez wszystkich akceptowalny, casus reprezentacyjny.

Na piłkarskim portalu 90minut wyczytałem, iż Komisja Licencyjna PZPN zajmuje się Heliosem Białystok, który nie dopełnił obowiązku licencyjnego, powiązanego ze startem drużyny młodzieżowej w Młodzieżowych Mistrzostwach Polski. Ciekaw jestem werdyktu. Rok temu Gatta ze Zduńskiej Woli została ukarana karą finansową. Zapewne tak samo będzie z Heliosem. Z decyzjami związkowymi – tym bardziej w tak oczywistych sprawach – nie dyskutuję. Niemniej pozwolę sobie zastanowić się, dlaczego ciągle władze futsalowe utrudniają życie młodzieżowemu futsalowi nie godząc się na rozgrywanie eliminacji MMP - kolejno w związkach wojewódzkich, następnie makroregionach i dopiero finalnie na szczeblu centralnym. Wielu tak zwanych działaczy terenowych nawet twierdzi, że pomogłoby to rozwijać futsal w ich związkach regionalnych. I rzeczywiście powody, by tak nie mogło być, są raczej miałkie. Czy to jest uprzedzenie do zmian, czy chęć trzymania całości w „ważnych” rękach nie mnie rozstrzygać. Ale wypada choćby zapytać - czy pomyślano, że zespołom byłoby o wiele taniej grać eliminacje w swoich związkach. I wtedy może nie byłoby potrzeby zawracać głowy Komisji Licencyjnej.
Nie ukrywam, że zbierając informacje o polskim futsalu, które uda się następnie pomieścić w felietonie sięgam też do różnych futsalowych portali internetowych. Dla felietonisty portal związkowy jest zbyt oficjalny, by był wystarczający. Spółkowy nieco jednostronny w marketingu pijarowym, ale ciekawszy od tego z PZPN. Klubowe sypią smaczkami – i dobrze. Jest co poczytać.

Niemniej pozostaje niedosyt. Na pewno w zakresie futsalu kobiecego, a też i młodzieżowego. Co prawda strona mmp jest informacyjnie dopełniona, ale brakuje bieżących informacji z terenowych działań. Regionalne informacje o futsalu zamieszczane na portalach obsługiwanych przez wojewódzkie ZPN są różnej jakości. A zależy to od ważności futsalu w danym związku wojewódzkim. Niemniej porównując stan obecny z latami poprzednimi widać – przynajmniej ilościowy – krok w przód. I to jest pozytywne mimo zdarzających się niedoróbek merytorycznych. Wszystkie ręce na pokład – takie zawsze popularne hasło w gronie działaczy PZPN, kiedy trzeba zmobilizować się do działania winni przyswoić sobie działacze futsalowi całej Polski. Nie znaczy to jednak, że nawołuję do mówienia jednym głosem, gdyż to właśnie w różnorodności widzę siłę polskiego futsalu. Nawet starożytni już mawiali „varietas delectat”, czyli „różnorodność cieszy”. I tego trzymajmy się.   

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Krzysztof Ignaczak, to jeden z najwybitniejszych polskich siatkarzy. Z wielką atencją podchodziłem przed laty do rozmów z nim jako zawodnikiem. Tym bardziej teraz zawsze z zainteresowaniem czytam jego przemyślenia dotyczące piłki siatkowej. Niedawno zabrał głos na temat piłek, jakimi będą rozgrywane mecze barażowe o awans do PlusLigi siatkarskiej. Cały szkopuł – jego zdaniem – tkwi w tym, że PlusLiga gra mikasami, a zaplecze, czyli I liga moltenami. Do barażów będzie użyta piłka Mikasy. Zdaniem pana Krzysztofa piłki te różnią się sporo i potrzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do innej. A Mistrz wie co mówi.
Niby jest to problem daleki od futsalu, gdyż jedno co łączy bliżej te dyscypliny to gra na hali. Ale... No właśnie, w futsalu też mamy baraże. I też ekstraklasa gra innymi piłkami (select), a I liga innymi (masita). Jest więc problem, czy go nie ma? Moim zdaniem nieduży, ale jest. Nie wiem jakie piłki zostaną zadysponowane do użytku barażowego pomiędzy zespołem ekstraklasy a uprawnionym do tego pierwszoligowcem. Kiedyś próbowałem obydwu na nodze, ale nie jestem zawodnikiem, by oceniać. Niemniej, optowałbym za selectem, jako sprzętem ekstraklasowym. Tym bardziej, że walka toczyć się będzie o najwyższy poziom rozgrywkowy.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby jednak unikać baraży i utrzymać awans bezpośredni dwóch mistrzów I ligi, względnie dać szanse bezpośredniego awansu też wicemistrzom. Przecież czternastozespołowa ekstraklasa, to całkiem ciekawe rozwiązanie. Mnie przy takim podejściu gnębi tylko jedno pytanie. Patrząc na rozgrywki ekstraklasy oraz I ligi wcale nie jestem pewien,  czy wszystkie zainteresowane kluby dadzą radę spełnić wymogi licencyjne, aby wizytówką futsalu nie być tylko na papierze.   

Kiedy już jestem przy I lidze futsalowej nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż w grupie północnej jeszcze cztery zespoły walczą o awans i udział w barażach. Natomiast na południu są to trzy teamy. I jeden z tych kandydatów ma mecz zaległy do rozegrania. Dla mnie zawsze dziwnym jest, a zdarza się to prowadzącemu pierwszoligowe rozgrywki po raz kolejny, że mecze są przekładane i grane przed finalną kolejką rozgrywek. Broń Boże, nie posądzam nikogo o złą wolę lecz dziwne konotacje nachodzą same.

Z niesmakiem przeczytałem niedawno o perypetiach reprezentacyjnych piłkarek trawiastych z podróżą do Szkocji na mecz eliminacji mistrzostw świata. Traktuję to jako wydarzenie losowe bez jakichkolwiek podtekstów. Niemniej, nie mogę sobie wyobrazić, by opóźnienie samolotu aż o tyle godzin mogło zdarzyć się reprezentacji seniorskiej mężczyzn. Tej od Lewandowskiego. A nawet jakiejkolwiek męskiej młodzieżówce. Nie chcę, opisując ten przypadek, znachodzić potwierdzenia mojej tezy z kilku felietonów, że futsal, piłka kobieca, czy plażowa są jakby w pewnym stopniu sportami niszowymi w porównaniu do „trawy męskiej”.  I obojętnie co robiliby fani futsalu, to wyżej pewnego poziomu, by nie napisać brzydko, nie podskoczą. Chyba, że przeniosą się do Hiszpanii, Rosji, Portugalii albo Brazylii.

Nieodgadniony pan Józef – stały recenzent pisanych przeze mnie cotygodniówek, zagadnął podczas mojego pobytu w Krakowie w temacie klasyfikacji indywidualności polskiego futsalu za rok 2017. Przypomniał, że takie felietonowe porównanie popełniłem za rok 2016. Oczywiście, drogi Józefie – tak było. Ale, co mam teraz wykazywać, czy porównywać jak w futsalu wszystko kręci się wokół czterech osób i kolejność ważności zdarzeń, decyzji, możliwości każdy może sobie sam ustalać według poważania, czy sympatii?

Celowo abstrahuję od merytoryki. A te osoby to są panowie – Kaźmierczak, Karczyński, Bednarek, Korczyński. Jeżeli mam już coś, a nie kogoś wyróżnić, to oprócz kolejnego wyeksponowania awansu reprezentacji do finałów ME wytłuszczę dopięcie spraw organizacji II ligi, a szczególnie makroregionalnego systemu awansowego oraz systematyczne wzmacnianie się marketingowej stabilności FE. Na inne spostrzeżenia przyjdzie czas, kiedy „wybuchną” jakieś spektakularne działania. Na razie bowiem ogólnie przeważa powielanie, przestawianie, podróżowanie (prezesów).
Tenże pan Józef podesłał mi przy okazji klasyfikację strzelców ekstraklasy. Na dwie kolejki przed zakończeniem rundy zasadniczej lideruje Marcin Mikołajewicz. Za nim kolejno plasują się  Michal Seidler, Daniel Krawczyk, Sebastian Leszczak, Paweł Budniak, Oleksandr Bondar, Michał Marciniak. Gdy patrzyłem na maila od pana Józefa przed oczy od razu nasunęła mi się myśl – kto ma strzelać gole w reprezentacji, jak w czołówce strzelców tylko reprezentacyjny kapitan z Torunia? Co prawda, jest jeszcze Leszczak, ale on został dokooptowany do kadry dopiero po pięciu golach w meczu białostockim Cleareksu (ach co to był za festiwal i co za szczęście, że mogłem go naocznie oglądać w białostockiej hali).

Nie jestem taktykiem, czy strategiem szkoleniowo-selekcjonerskim, ale nawet dla laika zauważalne są owe zachwiania defensywno-atakujące w kadrze. A większość goli zdobytych w tym roku przez nasz zespół reprezentacyjny w pięciu meczach kadry (raptem 3, w tym 1 brazylijski samobój) wynika najzwyczajniej ze szczęścia. Nie wiem, czy jest to pokłosiem faktu, że większość snajperów z czołówki ekstraklasowej ogląda mecze kadry w telewizji, a dodatkowo dwaj z nich to zagraniczniacy, ale - przynajmniej dla mnie - jest to zagadka. Nierozwiązywalna na tę chwilę zagadka. Francuski filozof oraz historyk Hipolit Taine mawiał przy takich subiektywnie ocennych wrażeniach – „Może jest rzeczą nieroztropną spisywać pierwsze wrażenie, ale czemuż ich nie spisać, skoro ich doznaje się?". I to też jest prawda.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Juliusz Cezar po wygraniu jednej z bitew oznajmił senatorom starożytnego Rzymu – veni, vidi, vici – czyli przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem. Zapewne nikt znający się nawet tylko przyzwoicie na polskim futsalu nie oczekiwał, że taki sam meldunek złoży zarządowi PZPN po powrocie z Brazylii Błażej Korczyński, trener naszej reprezentacji. Przed meczami, jeszcze w Polsce, selekcjoner zaznaczał, że każda jednostka treningowa, każdy dzień, który spędzą wspólnie zawodnicy oraz sztab szkoleniowy, jest bardzo cenny.

Jest to całkiem rozsądne założenie. Polski futsal nie może bowiem liczyć w związkowych realiach na zbyt częste okazje meczowe, czy turniejowe. W roku 2018 pewnie takich okazji będzie poza eskapadą brazylijską jeszcze najwyżej trzy. No, może cztery. Co stanowić powinno w sumie około 6-7 meczów. Ale mimo wszystko porównując z dawnymi laty, ma selekcjoner komfort pracy i czas spokojny na przygotowanie kadry do ważnych gier w roku przyszłym, kiedy nadejdzie czas rozliczeń. Choćby w eliminacjach światowego czempionatu. Nic, tylko zazdrościć. A brazylijski świąteczny wypad można krótko zreasumować parafrazując Cezara – pojechaliśmy, pograliśmy, powróciliśmy.
Przy okazji owego brazylijskiego wyjazdu pozwolę sobie po raz kolejny zapytać – sądzę, że w imieniu kibiców też – kiedy wreszcie ujrzymy futsalowych Canarinhos w Polsce? Czy przeprowadzono rozmowy, dające przynajmniej perspektywę pokazania najbardziej utytułowanej futsalowej drużyny globu polskiej publiczności? Zobaczenia, nie w telewizji, gdzieś po północy, czy podczas świątecznego obiadu, ale na żywo, w jednej, czy dwóch polskich halach.

Jest w sporcie coś takiego, jak kultura rewanżu. Oddanie w formie rewizyty meczu na terenie nacji, którą gości się wcześniej. A przypomnę, już trzykrotnie peregrynowaliśmy z kadrą na kontynent amerykański. Panie prezesie Boniek, panie prezesie Bednarek, panie przewodniczący Kaźmierczak, panie selekcjonerze Korczyński – czas złożyć rodzimym kibicom daninę gościnności dla brazylijskiego futsalu, czym byłyby mecze Brazylijczyków w Polsce. I to ich najsilniejszej reprezentacji (też z zawodnikami grającymi w Europie), gdyż obecnie, jak zauważyłem, potykaliśmy się z występującą pod szyldem narodowego teamu Brazylii reprezentacją składającą się z zawodników brazylijskiej ligi futsalu.

Polski w miarę zorganizowany futsal można opisywać od roku 1991, kiedy powstała komisja futsalowa w PZPN lub 1992, kiedy powołano po raz pierwszy kadrę narodową. Od tego czasu przez 27 lat związkiem piłkarskim w Polsce kierowało(ruje) 5 prezesów – Górski, Dziurowicz, Listkiewicz, Lato, Boniek. Z każdym z nich miałem okazję pracować. Jak nie przy futsalu, to w innych dziedzinach piłkarskiej działalności. Jeżeli chodzi o futsal, to czoła chylę przed panem Listkiewiczem. On to, za prezesury Kazimierza Górskiego, organizował wyjazd na finały mistrzostw świata w Hongkongu. On kierował ekipą na tym azjatyckim turnieju. Następnie za prezesury Dziurowicza jako sekretarz generalny pilnował, aby futsal nie zniknął w morzu przemian systemowych. To za jego prezesowskich czasów uzyskaliśmy awans do turnieju finałowego ME w Moskwie. To on z ramienia UEFA, czy FIFA był delegowany, jako przedstawiciel tych gremiów, na finałowe turnieje MŚ, ME w futsalu. To za jego kadencji powstawały kolejne reprezentacje młodzieżowe. To wreszcie za jego kadencji nastąpiła wyraźna procentowa progresja budżetu futsalowego w PZPN.

Chciałbym, aby prezesi PZPN byli tak mocno osobiście zaangażowani w futsal jak pan Michał. Niestety, nie zawsze tak dzieje się. Zarówno jego poprzednicy jak i następcy co prawda futsalowi nie przeszkadzają, lecz jakichś szczególnych inicjatyw pro-futsalowych z ich strony nie zauważa się. Zawsze jest jednak czas na zmianę. Czego felietoniście wolno oczekiwać.
Brazylijskie tournee to już historia, nasz futsal wraca na ligowe tory. Pozostały trzy terminy do zakończenia rundy zasadniczej ekstraklasy, podziału na grupy oraz podział punktów. W zasadzie tylko cud mógłby sprawić, że Słoneczny Stok wyprzedzi Red Dragons i znajdzie się w „spokojnej” szóstce. Ale dopóki piłka w grze...

Wróżem to ja nie jestem, niemniej obstawiam, iż po podziale na grupy rywalizacja szczególna toczyć będzie się tylko o wicemistrzostwo oraz brązowy medal. A w dole tabeli głównie o opuszczenie strefy zagrożonej barażami o utrzymanie w ekstraklasie. Na chwilę obecną bardziej mnie jednak interesuje, czy Rekord zakończy zasadniczą rundę bez straty punktu. Najbliżej przerwania „złotej pasy” może być już w najbliższym terminie meczowym Gatta.

Panowie prezesi klubów ekstraklasy – róbcie coś, by dorównać Rekordowi, gdyż z czasem walka mistrzostwo może stać się nieciekawa. Tak jak w Niemczech w Bundeslidze trawiastej, gdzie Bayern zdominował wszystkich. Osobiście nie chciałbym, aby tak było u nas w futsalu, bo to nie gwarantuje wysokiego poziomu sportowego całości rozgrywek.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Felieton jest niejednokrotnie trudną sztuką tolerancji. Na ulicach w momencie, gdy piszę te słowa jest więcej śniegu – przynajmniej w Warszawie – niż na Boże Narodzenie. I jak nie zazdrościć reprezentacji futsalu, która spędzi Wielkanocny czas w Brazylii? Raczej zimy tam nie zobaczy. Ale liczę, że nadchodząca Wielkanoc wyzwoli z pomocą słońca i w futsalowym gronie radość i optymizm. A może nawet podeprą ów świąteczny czas dobrymi wynikami uzyskanymi za Atlantykiem polscy futsaliści.

Jak już jestem przy Brazylii, to nie od rzeczy będzie napisać, że stan Parana, którego stolicą jest Kurytyba, jawi się jako główne skupisko polskiej emigracji do Brazylii od XIX do XX wieku. Emigracji zarobkowej, za chlebem. Według statystyk niemal co dziesiąty mieszkaniec tego stanu jest pochodzenia polskiego. O futsalu w Kurytybie miałem okazję rozmawiać już lat temu wiele (co wynika z moich zapisków) z obecnym prezesem PZPN, a kilka lat po nim z jednym z sekretarzy generalnych PZPN. Panu Bońkowi, gdzieś tak na przełomie wieków, opowiadałem, jak może być silna reprezentacja Polski w futsalu, gdyby sprowadziło się do kraju potomków polskich emigrantów, kopiących piłkę na plażach i w halach Brazylii.

Oczywiście była to rozmowa niezobowiązująca – raczej jako ciekawostka - chociaż pan Boniek był wówczas wiceprezesem PZPN. Kilka lat później ten sam temat poruszyłem z sekretarzem Kręciną, a było to już po doświadczeniach z praprawnukiem polskich emigrantów do Brazylii, Cleversonem Pelcem. To były już sensowniejsze merytorycznie rozmowy, lecz i one spaliły na panewce. Być może teraz jakiś „Polak brazylijski” przypomni sobie o ojczyźnie przodków i zawita z futsalową grą do „Starego Kraju”. Przynajmniej ja nie mam nic przeciw takim eksperymentom.
Czytając powyższy tekst złapałem się na myśli, jak dobrze jest mieć zapiski różnorakie. Słowo daję, gdyby nie one zapomniałbym o tych moich rozmowach. A notowania nauczyłem się od Chińczyków. Często mając w dawnych latach z nimi kontakt zauważyłem, iż podczas każdej  rozmowy prowadzą zapiski, więc i ja począłem utrwalać treści. W zasadności tego, co robię, umocnili mnie kilka lat później Andrzej Strejlau oraz Henryk Kasperczak, kiedy podczas jakichś spotkań w Polsce z kibicami opowiadali o swoich sportowych przygodach w „Kraju Środka”. Między innymi zwracali uwagę na prowadzenie przez Chińczyków ciągłych notatek z ich metod treningowych, czy odpraw.

Dlatego polecam szczerze tę formę archiwizacji. Całkiem legalną i niezbyt ciężką do realizacji, a niezwykle przydatną.

Niezwykle rzadko mam możliwość zapoznać się z wypowiedziami przewodniczącego Komisji Futsalu, pana Kaźmierczaka. Tym bardziej z zainteresowaniem przeczytałem na portalu Futsal-Polska.pl jego argumenty odnośnie regulaminu, który nie zezwala na awans do I ligi rezerwom drużyn ekstraklasy. Podpisuję się pod tym obiema rękami. W PZPN o miejscu występowania rezerw klubowych jasno mówi regulamin związkowy i nie widzę powodów, by go dla futsalu naginać. Nawet przy całym moim szacunku do pracy wykonywanej dla futsalu przez klub Rekord, to inni mają równać do Rekordu i podnosić poziom sportowy swoich pierwszych zespołów do występów w I lidze.

Przy obecnej sytuacji, gdzie Rekord organizacyjnie oraz sportowo odjechał reszcie polskiego klubowego futsalu niemal o lata świetlne, jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, że za lata kilka w I lidze mogłyby być oprócz Rekordu bis jeszcze jakieś inne zespoły filialne bielskiego futsalowego mocarza, oparte na jego wychowankach. A nie o to przecież chodzi, by jedno środowisko, które nota bene podziwiam, zawładnęło polskim futsalem.

Gdy już wymieniłem pana przewodniczącego, to zaapeluję, by w okresie świątecznym przemyślał, czy nie warto dla związków wojewódzkich albo makroregionów „uwolnić” rozgrywek młodzieżowych mistrzostw Polski. Po co je tak kurczowo trzymać na etapie eliminacji w centralnych rękach?
Pogoń 04 Szczecin zaangażowała na trenera Romana Smirnowa z Ukrainy. Nie byłaby to żadna sensacyjna wiadomość, a jedynie zwyczajny news, gdyby nie fakt, że stanowi to wyłom w polonizacji szkoleniowej ekstraklasy futsalu. Oczywiście jest jeszcze Andrea Bucciol, ale jego przez zasiedzenie uznaję za Polaka.

Trenera Smirnowa znam od wielu lat i cenię jego warsztat. Na pewno jest to dobry ruch Portowców. Ponadto zerwali z nieciekawym zwyczajem grającego trenera, czemu zawsze byłem przeciwny. Inny raczej problem widzę w tym angażu. Polski Związek Piłki Nożnej zorganizował już bodaj trzy kursy trenerskie UEFA Futsal B. Jak wieść niesie będą i następne, ale rzekomo na razie liczba trenerów przeszkolonych futsalowo jest wystarczająca. Chociaż moim zdaniem nie jest tak, że wystarcza. Zawsze kogoś trzeba szkolić lub doszkalać. I klub ze Szczecina tak jakoś niechcący przy okazji potwierdził moją tezę. Rozglądnął się za zagraniczniakiem. Gdzie leży więc prawda. W kasie, wiedzy, dyspozycyjności. Fajnie byłoby jakby ktoś odpowiedział.

Chciałem jeszcze kilka zdań napisać o finansach futsalu, ale... może po świętach. W innym nastroju. Zapraszam do stołu i życzę Wesołych Świąt!

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Szopienicka hala, w której swoje futsalowe mecze rozgrywa ekstraklasowy AZS UŚ Katowice, należy do moich najbardziej ulubionych obiektów związanych z polskim futsalem. I tylko mogę żałować, że jest niedoceniana przy organizacji meczów międzypaństwowych. Kiedy w 2009 roku polska reprezentacja grała w niej z Włochami, ulegając po zaciętej walce 2:3 utytułowanemu rywalowi, ówczesny, nowy trener Włochów Roberto Menichelli bardzo ją komplementował. Obecnie w telewizyjnej erze ekstraklasowego futsalu jak najbardziej spełnia wysokie wymagania realizacji przekazu TV. Powinna być wcale nie wygórowanym wzorem dla klubów futsalowej ekstraklasy w dążeniu do występowania na tak funkcjonalnym obiekcie w swojej miejscowości. Problem hal jawi się bowiem jako szczególnie ważny dla Spółki FE w aspekcie telewizyjnych zakusów na poważnego nadawcę.
Miło jest po latach przyjeżdżać w miejsca, które od lat są z polskim futsalem związane i widzieć na meczach ludzi, którzy dyscyplinę mają na co dzień w sportowym sercu. Takim regionem jest niewątpliwie Śląsk, a miejscem Katowice, gdzie przez wiele lat znajdowała się centrala polskiego futsalu. Gdzie rodziły się i skupiały pomysły na piłkę halową. Tak było i podczas meczu AZS UŚ z Gattą. Na widowni zebrało się dość spore grono niegdysiejszych graczy, trenerów, działaczy. Osobiście niezwykle uradowało mnie spotkanie z Krystianem Brzenkiem – nieco już dzisiaj zapomnianym golkiperem, a kiedyś podstawą i podporą naszej reprezentacji. Pamiętam wygrany mecz z Holandią w Suwałkach w 2006 roku, kiedy Krystian strzelił bezpośrednio gola przeciwnikowi, będąc - tym samym - niejako prekursorem obecnych wyczynów strzeleckich futsalowych bramkarzy. Ale jeszcze bardziej utkwiła mi w pamięci jego gra w reprezentacji oraz chorzowskim Cleareksie z dłonią poskręcaną śrubami po kontuzji. Jak on wtedy fenomenalnie bronił, jaką niesamowita prezentował formę... Wspominając w rozmowie tamte czasy, patrząc na mecz AZS-u z Gattą podzielił się Krystian taką oto refleksją – „Starzeje nam się ta liga. Młodych jakoś nie przybywa. Nie przybywa planowo z zaciągu stricte futsalowego lecz przeważnie po rezygnacji z występów na trawiastym boisku”. I rzeczywiście – pomyślałem – jest to jakiś problem polskiego futsalu, który kluby ligowe powinny mieć mocno na uwadze. Tym bardziej, że w młodzieżowych mistrzostwach Polski wiele teamów jest tworzonych ad hoc, typowo na daną imprezę.

A tak na marginesie, ciekaw jestem, czy prowadzący rozgrywki ekstraklasy oraz I ligi robili analizy wiekowe występujących w drużynach zawodników na przestrzeni chociażby czterolecia.

Jeżdżąc po Polsce i obserwując futsalowe zmagania, rozmawiając z działaczami, trenerami, kibicami, zawodnikami wyczuwam zderzanie się dwóch filozofii działania, czy rozwoju futsalu. Jedna to kanon ciężkiej pracy. Druga stawia na filozofię wizji. Nie jestem upoważniony do oceniania poszczególnych środowisk oraz ich wyborów, ale nikt nie może mi zabronić oceny całościowej. I w tym kontekście optuję za filozofią ciężkiej pracy kosztem owej - artykułowanej często enigmatycznie - wielkiej wizji.

Jak popracujemy wspólnie oraz w porozumieniu na rzecz rozwoju futsalu, to owa wizja sama zmaterializuje się po ciężkiej pracy. Bez potrzeby magicznych czynów i przy unikaniu zbędnych słów. Tak dzieje się – choćby – z młodzieżową pracą dla futsalu w Bochni, albo kobiecym futsalem na Mazowszu, czy seniorskim działaniem w niedużych Pniewach. I jeszcze - po drobnym wahaniu - wspomnę o postępie w pracy sędziów. Naprawdę – proszę mi wierzyć – a wiem co piszę, porównując obecny ich poziom z początkiem XXI wieku: nie ma się czego wstydzić.
Wspomniałem wcześniej o Krystianie Brzenku, więc nie bez powodu pociągnę bramkarski futsalowy temat. O tym, że w futsalu bramkarz może wygrać jak i przegrać mecz, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Podobnie jak o prawdzie, że to Chińczycy wynaleźli proch wiele wieków temu. Podobną rolę jak w futsalu pełni jeszcze bramkarz – moim zdaniem – w hokeju. Obu dyscyplinom daję skuteczność gry bramkarza do wygrania meczu na przedział 60-70 procent. Tak składa się, że polski futsal obfitował i obfituje w dobrej klasy futsalowych golkiperów. Wspomniałem już o Brzenku, a do plejady znakomitych strażników futsalowej świątyni dołączę jeszcze, Dulębę, Skorupskiego, Nawrata, Ulfika, Groszaka, Słowińskiego i wreszcie Kałużę. Liczę, że z czasem dojdą do tych znakomitości kolejni, mniej na tę chwilę znani. Czekamy.

Nie jest rolą felietonisty opisywać rozgrywki ligowe w kontekście sprawozdań meczowych. Ale nic nie stoi na przeszkodzie bym mógł przedstawić swoje preferencje w gronie zespołów pierwszoligowych typowanych do awansu ekstraklasowego. Co prawda do końca rozgrywek pozostało jeszcze kilka meczów i wiele może zdarzyć się. Niemniej, nie bacząc na to, najpewniej chciałbym w przyszłym sezonie zobaczyć w ekstraklasie teamy z Jelcza-Laskowic oraz Chojnic. Nie znam na tyle ich potencjału organizacyjno-sportowego, by traktować swoje przewidywania jako pewnik, lecz typując kieruję się opcją poszerzenia geograficznego lokowania drużyn ekstraklasy. Dolny Śląsk po erupcji głogowskiego futsalu nie ma przedstawiciela w tych rozgrywkach. A przydałoby się dopełnić zachodnią flankę polskiego futsalu. Natomiast Chojnice bardziej doceniam za tradycje futsalowe oraz zaangażowanie środowiska, władz miejskich nie wykluczając. No i jest tam trener Bianga, któremu należy się choćby taka nagroda po wymiksowaniu (się) z reprezentacji.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Każdej zimy znajduję chwilę, by odpocząć od polskiego śniegu, zimna. A mówiąc szerzej od „rodzimego piekiełka”. Tym razem było to miejsce słynące ze znakomitych olimpijskich baseballistów. Gdy wracałem, pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem na polskim niebie, był klucz żurawi, które swoim charakterystycznym klangorem oznajmiały powrót po sezonowej nieobecności. Zapachniało optymizmem. Jak ptaki wracają, to jeszcze trzeba mieć wiarę. Wiarę, chociażby, w polski futsal. Ale nie może to być wiara bezrefleksyjna. Nie może być to wiara oparta na prawdzie jednego, dwóch, czy trzech ludzi. Choćby byli oni prezesami spółek, przewodniczącymi komisji, trenerami reprezentacji. To mnogość opinii, poglądów, działań, pozwoli stworzyć siłę naszej „małej piłeczki halowej”. I każdy winien posiadać swoją swobodę wizji, którą potrafi wybronić. W żadnym wypadku nie może być ona a priori negowana tylko ze względu, że ktoś pełni ważniejsze stanowisko. To by było na tyle tytułem wstępu  akademickiego do felietonu, w ramach przemyśleń zakonotowanych z dala od swarów naszego futsalowego podwórka.
W swojej sportowej przygodzie miałem możliwość przyjrzenia się jako działacz, dziennikarz, urzędnik, sędzia, zawodnik, czy wreszcie kibic wielu sportom. I wiem, jak każda dyscyplina sportowa jest różna. Rozmawiałem przez lata o sporcie z premierami, ministrami, prezesami związków, znakomitymi sportowcami, wybitnymi dziennikarzami, etc - i wiem jak każda z dyscyplin jest inna. Jak każda oczekuje czegoś wyróżniającego. No, może oprócz kasy, o którą starają się wszystkie. Niedawno przeczytałem znakomity wywiad trenera Artura Gadzickiego z mojego ulubionego klubu futsalowego AZS UMCS Lublin. Wynotowałem sobie z niego krótki passus dotyczący relacji piłka trawiasta - futsal. Czytam w nim ogólnie rzecz ujmując takie przesłanie - o piłce nożnej nie należy zapominać, iż mówi się jako o najpopularniejszym sporcie na świecie, gromadzącym miliony ludzi na widowniach stadionowych, czy telewizyjnych. Natomiast o futsalu jako sporcie należy wiedzieć, że jest odmianą halową piłki nożnej. Jakby młodszym bratem, co nie znaczy wcale, że gorszym. Wyjaśnienia trenera niejako w jego merytoryce potwierdził mi arcyciekawy materiał w „Rzeczpospolitej”, w którym autorka podpierając się słowami słynnego Ricardinho pisze, że futsal nie musi ścigać się z piłką nożną trawiastą, tylko iść z nią w parze. I to jest sedno współczesnego futsalu. Może kiedyś, gdy do futsalu przyjdą duże pieniądze (oby tak stało się), nadejdzie czas takiej rywalizacji. Póki co nie psujmy na siłę biznesem emocji futsalowych.

Korzystając ze sportowych znajomości, przyjrzałem się bliżej dyscyplinie, która po wycofaniu futsalu z TVP SPORT zagościła – wydaje się na trwałe – w tej stacji. To zapasy. Mimo, iż robiłem dawno temu materiały o słynnych braciach Lipieniach, jakoś ten niezwykle dla Polski medalodajny na igrzyskach sport nie porwał mnie. Ale po latach jestem pod wrażeniem atrakcyjności telewizyjnej i halowej jego przekazu w rywalizacji w ramach tak zwanej Krajowej Ligi Zapaśniczej. Myślę, że futsal w tej materii wiele mógłby się nauczyć. Nic nie ubliżając organizacji imprez futsalowych, nieodparcie jednak nasuwa się myśl, że jeszcze sporo brakuje organizatorom meczów do poziomu marketingowo-promocyjnego ligi zapaśniczej. Jest więc co dopracowywać.

W momencie, kiedy obydwie dyscypliny akurat teraz w Polsce uznawane mogą być za niszowe, wymagań organizacyjnych w zakresie realizacji imprez nie stawiam futsalowi za wysokich. Abstrahując na moment od meczów ligowych, myślę, że najbliższy Finał Four Halowego Pucharu Polski mógłby być dla PZPN taką swoistą próbą sił, czyli pokazania swoich umiejętności i „zakasowania” marketingowo-sportowego zapaśniczej ligi. Trzymam kciuki.
Niedawno miałem okazję rozmawiać o futsalu z ważnymi osobami, niemal decydentami, polskiego futsalu o jego dzisiejszym obrazie oraz historii. Wiem, że zarówno Spółka FE jak i PZPN chciałyby zrobić coś uroczystego w związku z nadchodzącą rocznicą 25-lecia rozgrywek ligowych futsalu w Polsce. Słyszałem, że nastąpiły jakieś rozbieżności odnośnie początków ligi. Akurat termin nie jest najważniejszy w momencie, gdy pomysł jest przedni. Niedługo PZPN będzie obchodził sto lat działalności. Może w tym jubileuszowym dziele należałoby znaleźć miejsce dla futsalu. Gdyby ode mnie zależało, nie upierałbym się – pisząc o początkach polskiego futsalu – przy dacie inauguracji rozgrywek ligowych w Polsce, ale sięgnąłbym głębiej, czyli do startu naszej reprezentacji w finale mistrzostw świata w Hongkongu. Wtedy to w roku 1992 powołano narodową reprezentację Polski w futsalu. W takim razie nasz zorganizowany w miarę futsal miałby obecnie 26 lat. A ligowy dopiero 24. Czyli ćwierćwiecze, jako srebrny jubileusz można i na rok 2018 wypośrodkować (!).     

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedawno jeden z dziennikarzy zapytał działacza sportowego, będącego w kierownictwie jednego ze związków sportowych, czy bycie działaczem nie koliduje mu z pisaniem felietonów o tematyce sportowej. Działacz tylko roześmiał się i odpowiedział, że nie widzi merytorycznego związku w pytaniu. Opowiedział mi o tej wymianie zdań inny dziennikarz, obecny przy rozmowie. Słysząc to pomyślałem sobie wtedy: oby tylko takie problemy w łączeniu funkcji mieli działacze sportowi, byłoby całkiem dobrze. Tymczasem parają się niezliczoną liczbą działań, które nijak mają się do etyki sportowej, a nawet bywają zakazane. I dlatego, parafrazując słowa znanej piosenki, jestem zdania, że prawdziwych działaczy już nie ma. Natomiast w sporej liczbie są pracownicy sportowi, czyli pobierający niezłą kasę lub inne gratyfikacje przynależne do pełnionych funkcji ludzie, których wiele lat temu nazywano by działaczami, jak najbardziej zasadnie. A odnosząc się do przedstawionego na wstępie akapitu pytania podeprę się aktorem Maciejem Stuhrem, który powiada, że gra - jak nie pisze oraz pisze - jak nie gra. I to byłoby na tyle o mojej filozofii na styku działacz – felietonista.
Nieoceniony recenzent moich felietonów, pan Józef, zapytał, z czym kojarzy się mi niezwykle popularne powiedzenie "umiesz liczyć, licz na siebie". Szybko odpowiedziałem, że z emeryturą. Pan Józef tylko roześmiał się i stwierdził, iż on raczej myślał o sporcie, a dokładnie o futsalu. Słysząc w słuchawce ciszę dopowiedział – to jest rada starego działacza, który propagował przed 30 laty futsal w Polsce. I kontynuował – niech każdy wie w klubie, czy w związku terenowym, że wszelkie centrale w sumie i tak potraktują futsal jako dyscyplinę niszową. Zresztą dodał – popatrz pod jakie struktury w PZPN podlega futsal: pod pion piłki amatorskiej, więc komentarz zbyteczny. Nie będę odnosił się do słów pana Józefa. Przyjmuję je z pokorą, ale coś zaświtało mi w głowie po jego wypowiedzi.

Otóż niedawno odbył się w stolicy finał ogólnopolskiego turnieju halowego dla dzieci o puchar prezesa Bońka. Super impreza, którą jak najbardziej popieram. Ale czegoś mi zabrakło w nazwie. Jak wielce wspomogłoby futsal, gdyby przy turnieju zaistniało owo magiczne słowo – „futsal”. Nazwisko prezesa Bońka jest niezwykle nośne promocyjnie, marketingowo. Jestem pewien, że po wielokroć bardziej niż wszystkich współpracowników z wiceprezesami oraz członkami Komisji Futsalu włącznie. I o brak tego „słówka” mam żal do decydentów piłkarskich. Żal o straconą szansę.

Przeczytałem na jednym z portali futsalowych, iż reprezentacja trenera Korczyńskiego w terminie świąteczno-primaaprilisowym zagra w dwa mecze w Brazylii. Piękna eskapada, godny przeciwnik. Jest szansa coś podpatrzyć i przygotować się (!) do kolejnych zmagań europejskich z nacjami, które w składzie mają Brazylijczyków. Jest to trzeci wyjazd naszej kadry futsalowej do kraju kawy. Organizując poprzedni wyjazd zaprosiłem nań prezesa Bednarka, który wówczas stawiał pierwsze kroki przy centralnym futsalu. Same tylko „ochy” i „achy” padały z jego ust w trakcie pobytu i po powrocie. Liczę więc, że teraz jako miłościwie nam panujący prezes od futsalu reprezentacyjnego uczyni wszystko, by krajowym sympatykom, pasjonatom futsalu dać możliwość ujrzenia brazylijskich wirtuozów w Polsce.
Traktujmy to nawet jako swoistą rehabilitację promocyjno-marketingową za sytuację opisaną we wcześniejszym akapicie.

Aby zakończyć temat brazylijski wspomnę tylko – tonując nieco nastroje euforystyczne o niebywałym wzroście poziomu sportowego-organizacyjnego polskiego futsalu – że przed finałami futsalowego EURO w Moskwie 2001 roku Brazylijczycy, zapraszając nas na mecze, sfinansowali przeloty na trasie Europa – Ameryka Południowa. Rzecz obecnie nie do pomyślenia. Czyli jeszcze trochę nad poziomem - i to nie tylko sportowym - polski futsal musi popracować.

Termin halowych gier dziecięcych o puchar prezesa Bońka zbiegł się czasowo z finałami futsalowymi Akademickich Mistrzostw Polski, które też odbywały się w Warszawie. Polska stolica w porównaniu z Mexico City, w którym kiedyś, wizytując przyszłego prezesa PZPN oraz – jak na razie - jedynego króla strzelców finałów mistrzostw świata (życzę Robertowi Lewandowskiemu, aby w Rosji dołączył do Grzegorza Lato) przyszło mi błądzić, to miasto o wiele mniejsze, więc nie było problemu z obskoczeniem weekendowym obydwu imprez. Studencka impreza na luzie, niemal festynowa. Typowe sportowe juwenalia z domieszką rywalizacji. Związkowa z całym niezbędnym ceremoniałem. O związkowej media pisały wiele. O studenckiej jako tako, tylko profilowe.
A futsal akademicki przecież winien być solidnym zapleczem dla naszego futsalu. I tak pewnie rozumieją go obserwujący zmagania trenerzy reprezentacji Polski; męskiej – Korczyński oraz żeńskiej – Weiss. Poziom żeńskiej rywalizacji był całkiem przyzwoity. Krakowskie Jagiellonki oraz futsalistki z wałbrzyskiej PWSZ zdominowały rywalizację. W kategorii męskiej poza konkurencją był obrońca trofeum – Uniwersytet Warszawski. Osobiście wyróżniłbym jeszcze studencką drużynę z częstochowskiej Akademii Jana Długosza. Nie znam jakości kontaktów na linii władze AZS a związek piłkarski, czy Spółka FE, ale może sensownie byłoby pomyśleć, by w przyszłości termin akademickiego finału był wolny od gier ligowych. To tylko wpłynie pozytywnie na rodzimy futsal.

Kiedy we wtorek przed finałami młodzieżowych mistrzostw Polski U-18 chłopców spotkałem się z panem Januszem Szymurą i a priori chciałem mu pogratulować kompletu tytułów w MMP w kategorii chłopców w sezonie 2017/2018 był niezwykle wstrzemięźliwy w odbiorze. Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, iż ktoś może zagrozić Rekordzistom. Tym bardziej, że turniej finałowy miał odbywać się w „jaskini lwa”, czyli bielskiej hali przy ulicy Startowej. A jednak stało się inaczej. Drużyna z Bochni w finale pokonała faworyzowany team bielski. Jednej perły w przysłowiowej młodzieżowej „Koronie Królów” zabraknie Rekordowi. I to jest właśnie to piękno sportu. Nie ma faworytów do ostatniego gwizdka sędziego.

Na kanwie rywalizacji osiemnastolatków napiszę, że dobrze stało się, iż Komisja Futsalu uznała niejako to współzawodnictwo za najważniejsze w rywalizacji młodzieżowej, warunkując udziałem w nich pewne założenia licencyjne dla klubów. Od zawsze, kiedy jeszcze za mojej kadencji związkowej wprowadzaliśmy kategorie wiekowe do rozgrywek młodzieżowych uważałem kategorię U-18 za podstawową. Chociaż dla wielu sztandarowe miały być finały U-20. Wierzę, że teraz w kontekście mistrzostw Europy U-19 dyskusja w tym temacie zostanie przecięta raz na zawsze.
    
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Reprezentacja Polski w futsalu podczas zakończonych mistrzostw Europy Słowenia 2018 wstydu polskiej piłce nie przyniosła. Sam udział w finałach można zaliczyć sportowo jako przysłowiowy krok w przód. Los w ustalaniu grup w finale wybitnie nam nie sprzyjał. Sam fakt, że z naszej grupy, jako jedynej, dwa zespoły znalazły się w czołowej czwórce mistrzostw, wystarczy za komentarz. Ale robić należało swoje, mimo iż niebiosa nie szły z nami ramię w ramię. Rzekomo idą z najlepszymi, a my w Słowenii do nich nie należeliśmy. Niemniej, jako sukces zaliczyć należy grupowy remis z Rosją, podparty solidnym stylem gry. Reasumując krótko - cudu nie było, szczęścia nieco tak. EURO przetrwaliśmy. Ale przetrwaliśmy walką. Gratuluję.

Nie rozumiem za bardzo informacji na forach internetowych o niewykorzystanej szansie. Nie przesadzajmy z oczekiwaniami. Nie zawracajmy sobie głowy wspominkami o niewykorzystanej szansie. Nie oszukujmy się jakimiś karkołomnymi w wyrazie stwierdzeniami, że zagraliśmy trzy dobre połowy i jedną złą. Nie twórzmy bohaterów na siłę, bo nie jest to nikomu potrzebne. Najsensowniej spuentował wynik grupowy trener Korczyński mówiąc – „Byliśmy blisko, stanęliśmy w drzwiach, trzeba było zrobić ten krok. Ale jeszcze nas na to nie stać”.  Ja dodam –  dobrze, że mieliśmy możliwość stanąć na progu tego futsalowego salonu. Przyjrzeć się jak jest urządzony. Do kolejnych mistrzostw europejskich mamy cztery lata, a ta słoweńska lekcja - pokazując, że nie jesteśmy już typowym chłopcem do bicia - bardziej zaprocentuje niż „szczęśliwy” awans. Kolejny krok – poniekąd – staje się więc obowiązkiem.
Co mi utkwiło i o czym będę pamiętał – oprócz remisowego wyniku z Rosją - w wykonaniu polskich futsalistów na parkiecie w Lublanie. Na pierwszy miejscu wymienię kapitalny strzał Soleckiego w meczu z Kazachstanem. Na drugim wspaniałą postawę Kałuży w bramce w meczu z Rosją. Trzecie zarezerwuję dla Popławskiego, za solidny mecz w defensywie z Rosją. I wreszcie umieszczę Kubika, za jego szczęśliwe uderzenie sekundy przed końcem meczu, dające remis z Rosją. Nie byłbym sobą, gdybym tylko pochwalał. Dlatego napiszę, że widzę potrzebę wymiany kilku graczy. Ale których, pozostawiam do decyzji selekcjonerowi. I wiem, że bez koniecznych zmian nie podołamy kwalifikacjom do jak najwyższych etapów najbliższych eliminacji finałów światowych. Przypomnę, że raz graliśmy w tych finałach. Było to w Hongkongu w roku 1992. Czas wziąć się i za nie. Zafundować młodemu pokoleniu polskiego futsalu „światową” powtórkę.

Napoleon mawiał, że od dwóch dobrych generałów woli jednego, ale ze szczęściem. Ja też za tym optuję. Ale kto ma to szczęście przynieść – nie wiem. Czy trener z koncepcją oraz personaliami, czy zawodnicy formą oraz grą. Jest to typowo hamletowskie pytanie, na którego rozwiązanie daję sobie oraz reprezentacji czas do eliminacji najbliższych mistrzostw świata. Aby było jasne - nie mam pretensji do piłkarzy, robili co mogli, czy potrafili. Jak ich trener ustawiał, tak grali. Odnosząc się do wspomnianego „hamletowskiego przykładowego wskazania” życzę związkowi, aby prezentowane z trybun wprost bezcenne, zawiedzione wynikiem spotkania Rosja – Kazachstan, miny telewizyjne prezesa Bednarka oraz przewodniczącego Duraja były jak najrzadsze. I oby prezesi innych nacji byli tak markotni. To właśnie stoi za moją tezą o potrzebie szczęścia - i personalnego, i meczowego - w sporcie.
Nie tylko Słoweńcy, ale i Rosjanie, czy koledzy z Ukrainy, Rumunii mówili mi, że sporo kolorytu wnieśli oraz pozytywne wrażenie zrobili polscy kibice. Na mnie zresztą też. Byli widoczni w arenie oraz w telewizji. Byli głośni, kolorowo biało-czerwoni. Było ich wielu, co pokazało, że futsal budzi w naszym kraju zainteresowanie. I tylko go dopieszczać, ale już w kraju. Co zdaje się rozumieć spółka FE, fundując co rusz nowe rozwiązania oglądania meczów ekstraklasy dla  sympatyków futsalu. Zresztą, gdzieś tam w cieniu słoweńskich mistrzostw spółkowe władze dopięły kilka promocyjnych, marketingowych ruchów, które – da Bóg – przyczynią się realizacji projektu sponsora strategicznego. A co to znaczy „strategiczny sponsor”, miałem możliwość zobaczyć wracając z południa Europy, gdy po drodze zawitałem do Tarnobrzega, gdzie tenisistki stołowe grały o półfinał pingpongowej Ligi Mistrzów. Był nowy sponsor utytułowanych tarnobrzeskich tenisistek (ENEA) i była transmisja w TVP Sport. Patrząc, rozmarzyłem się o powrocie tej stacji do futsalu. Rozumiem, że na początek nie będzie 120-tysięcznej oglądalności, jaką zanotował Polsat Sport podczas meczu Polski z Rosją w Słowenii. Ale tylko solidne stacje są w stanie wspomóc na poważnie dyscyplinę. Rzekomo dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. I dodam - też marzeniami.  

Historia jest może nierychliwa, ale sprawiedliwa i wreszcie Portugalia została mistrzem Europy. Kibicuję jej od wielu lat, mogłem więc spokojnie w niedzielny poranek wychylić szklaneczkę Porto otrzymanego od sympatyków lizbońskiego Sportingu przed laty. Za sukces. Kiedy tak spijałem ten specjał, pomyślałem sobie – 17 lat temu wyeliminowała ich polska reprezentacja pod wodzą Romana Sowińskiego z finałów mistrzostw Europy. Nie przeszkodziło im to nadal być europejską czołówką i w kolejnych finałach brać udział oraz wywalczać medale. U nas natomiast było odwrotnie – 17 lat czekania na kolejny awans. 17 lat bujania się po różnych eliminacjach bez sukcesów. Patrząc na nasz obecny futsal wcale nie mam pewności, że kryzys został przełamany i kiedyś będzie tak jak z Portugalią. Nie wnikam w szkolenie, to temat nie tylko dla polskiego futsalu na oddzielną opowieść, czy felieton. Raczej patrzę na uchybienia organizacyjne, które nas różnią od Portugalczyków. Przede wszystkim rzuca się w oczy niespotykana w innych nacjach fluktuacja selekcjonerów reprezentacji (od 1992 roku do chwili obecnej było ich aż 20) oraz niesamowita karuzela działaczy komisji futsalowej. Trafiają do niej nie raz nie dwa ludzie otrzymujący to miejsce jako nagrodę za działalność w piłce, co niekoniecznie wiąże się stricte z futsalem. Tak było kiedyś, jest teraz i zapewne będzie w przyszłości też. A już w starożytności Cyceron mówił, że doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. I Portugalczycy to wiedzą, w odróżnieniu od nas. A raczej, w odróżnieniu od decydentów polskiej piłki.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Chciałbym móc napisać kiedyś, że za mojego świadomego zainteresowania się futsalem reprezentacja Polski w tej dyscyplinie nie jest chłopcem do bicia na poważnej europejskiej, czy światowej imprezie. Czy będę to mógł uczynić w kolejnym felietonie – nie wiem. Póki co - nie ubieram różowych felietonowych okularów. Jestem realistą, ale lubię być zaskakiwanym. Niemniej już sam występ na parkietach Słowenii jest sukcesem.

Chciałbym, aby słoweńskie, futsalowe Euro nasza reprezentacja przetrwała godnie. Jeżeli już nic nie wygramy, to aby nie było blamażu. A jak coś ugramy, aby to nie było w walce o przetrwanie, tylko na naszych warunkach. Obojętnie, w jakim nastroju przyjdzie  pisać kolejny felieton, wiem jedno - polski futsal zaczyna nową historię i od wtorku, mówiąc o startach finałowych będziemy odnosić się do Lublany, usuwając w cień historii wydarzenia z Moskwy z 2001 roku. Tak bowiem życzy sobie historyczny proces dziejowy. I na nic zdadzą się malkontenctwa wielu, że teraz było łatwiej awansować do finału – bo były baraże i więcej zespołów w finałach. Po latach pamięta się tylko o udziale oraz o medalach albo o tytule.
To był akapit z gatunku obiektywnych, a teraz nieco prywaty. Wiem, jak trudnych rywali mamy w grupie. Rosja, Kazachstan – to rywale z topowej europejskiej półki. Jednak mam nadzieję, że trener Korczyński, praktyk i teoretyk w jednym, wie - co ma powiedzieć podopiecznym przed meczami. Nikt mi bowiem nie wmówi, że naszym marzeniem nie jest wyjście z grupy. I że kadra myśli inaczej, gdyż wylosowaliśmy trudnych rywali. Co to, to nie. Kiedy mielibyśmy myśleć o sukcesie, gdy następny awans może trafić się znowu po dłuższej posusze? Liczy się to co jest tu i teraz.

I dlatego oczekuję od sztabu, zawodników, działaczy pełnej koncentracji. To, co piszę, wcale nie jest żadnym nadużyciem, bo urokiem piłki są akurat nieprzewidywalne wyniki. W jednym, pojedynczym meczu na turnieju ten słabszy może wygrać, bo akurat trafił się jego dzień. Dlatego mam nadzieję, że reprezentacja futsalowa Polski zrobi w Słowenii wszystko, by słabszą być tylko z nazwy, a na parkiecie tylko lepszą.

Jest takie angielskie powiedzenie – „been there, done that”, które tłumaczę sobie jako pojechać, poczuć, zobaczyć, opowiedzieć. Niestety, tym razem nie zobaczę bezpośrednio, będąc na pięknej ziemi słoweńskiej, grupowych meczów Polaków. Ewentualnie dopiero w ćwierćfinale lub półfinale, na które wybieram się, dzięki przyjacielskiej gościnności znajomych sympatyków futsalu azerskiego. Liczę, że jeszcze wówczas ktoś z Polski będzie na mistrzostwach.

Europejskie turnieje oglądam w miejscu ich rozgrywania od finałów ostrawskich w 2005 roku, z portugalską przerwą w roku 2007, niezmiennie do dzisiaj. Będzie już na żywo tych imprez pięć. Zebrałem więc trochę doświadczenia i mogę porównywać, opowiadać. Ciekaw jestem szczególnie polskich kibiców. Ilu ich będzie, jak wspomogą naszych. To też będzie znak zainteresowania futsalem w Polsce. Taki sprawdzian, który da odpowiedź, czy „balon futsalowy” jest polskiej piłce rzeczywiście potrzebny, czy tylko jest „dmuchany” nad wyraz.
Niedawno prezes związku piłkarskiego udzielił sporego wywiadu, w którym wiele mówi o roku 2018 w polskiej piłce, stwierdzając, że będzie to rok ciekawy. Niestety, nie doczytałem się w wywiadzie nic o futsalu, a wymienia prezes nawet różne kadry młodzieżowe, które jeszcze do finałów się nie zakwalifikowały. A o futsalu, który jedzie na finały Euro, ani zająknięcia.

Na pocieszenie futsalistów wspomnę, że nie odnalazłem też piłki kobiecej. Nie odczułem, że wywiad był dziennikarsko sterowany tylko w kierunku piłki trawiastej i udziału podopiecznych pana Nawałki w rosyjskich finałach. Natomiast mocno poczułem ten niebyt futsalowy u najważniejszej osoby piłkarskiej w Polsce. Na szczęście mój humor poprawił Polsat, który nie zapomina o futsalu i dzięki jego transmisjom Polska zobaczy kawałek – mam nadzieję - niezłej „halówki”, co – być może, przełoży się na powstawanie kolejnych klubów oraz lig na futsalowej mapie PZPN. Korzystając z okazji zaapeluję nawet do ekspertów stacji, panów Kuchciaka oraz Stanisławskiego, o jak najczęstsze opowieści o naszym futsalu. Macie nieocenioną, telewizyjną możliwość uczynienia dla dyscypliny wiele dobrego.

Znany pisarz George Orwell (ten od słynnego „Roku 1984” oraz „Folwarku zwierzęcego”) pisał - „zobaczyć to co jest przed własnym nosem wymaga wysiłku”. Taki prosty cytat, a jak wieloznaczny w wyrazie. Bez specjalnego nadużycia można go odnieść do wielu zdań, które napisałem w felietonie. Tak ad hoc w nawiązaniu tematycznym do mistrzostw w Słowenii, ów cytat nasuwa mi jedno najprostsze z możliwych zapytanie - czy  trenerowi Andrzejowi Biandze, głównemu architektowi naszego awansu na finałowy turniej, Komisja Futsalu PZPN zafundowała pobyt na mistrzostwach? Było nie było należy się. Nawet kosztem jakiegoś oficjela.   

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Wywodzę się z terenu, gdzie swoje pierwsze kroki życiowe stawiali uznani polscy dziennikarze sportowi panowie - Atlas, Niemiec, Penar. Z każdym z nich przeprowadziłem wiele rozmów o sporcie i jednego nauczyłem się. Nie należy „klamkować” u drzwi pańskich. Gdy tak czyni się, to można – mówił Janusz Atlas, na zawsze pożegnać się z etosem niezależnego dziennikarstwa. Pisząc o tym zastanawiam się, co kieruje wieloma ludźmi sportowego pióra, którzy nieustannie starają przypodobać się, choćby prezesom związków sportowych. Z drugiej strony nie rozumiem poważnych prezesów od sportu, którym taka opcja jak najbardziej odpowiada. Przecież jest to oszukiwanie samych siebie. Opór takiemu wybiórczemu traktowaniu stara się dać we współczesnej dobie egalitaryzm mediów społecznościowych. W nich wszyscy są równi, ale i każdego można anonimowo zjechać. Po równo profesora i sprzątaczkę. Jak i każdego pochwalić. Często na tak zwane zamówienie. Każdy, bowiem, czuje się pełnoprawnym uczestnikiem dyskusji. A, gdy braknie siły argumentów, to od czego jest argument siły. Oczywiście, najczęściej anonimowy argument. Dawniej anonimowo można było co najwyżej nożykiem sobie wyskrobać obrażający napis na drzwiach od kibla, a obecnie w epoce internetu złym albo nieprawdziwym słowem infekuje się nie tylko sieć ale i wartości.
Puzzle najogólniej rzecz ujmując, to takie różne układanki. Ale puzzle, to też rywalizacja. Można „puzzlować” indywidualnie, ale można i zespołowo. Miliony darmowych układanek i puzzli tworzy wielką społeczność. Zapewne jeszcze większą, niż brać piłkarska, począwszy od kibiców, a kończąc na piłkarzach. W tym też całej grupy futsalowego bractwa.

Przypadkowo niedawno natknąłem się na propozycję jednego z portali, by internauci zaproponowali swoją wizję reprezentacji futsalowej Polski. Ot, taka zabawa jak wiele innych – pomyślałem. Czy jednak potrzebna – zastanowiłem się po chwili. I to w czasach, gdy mamy więcej piszących, niż z rozumem czytających. Powiększy to tylko liczbę selekcjonerów wirtualnych, mających się nijak do tych rzeczywistych. Dlatego sceptycznie odnoszę się do takich akcji i wolę wybrać rzeczywiste puzzle, w których przede wszystkim chodzi o to, by wykonując jak najmniej ruchów w krótkim czasie trafić na listę najlepszych. I za takim podejściem do tematu optuję oceniając sportowe posunięcia. Nie znaczy to jednak wcale, że nie należy od czasu do czasu racjami merytorycznymi próbować poprawiać wszechobecny, oficjalny obraz sielskości krajowej piłkarskiej rzeczywistości. I tutaj odsyłam wybiórczo do pierwszego akapitu felietonu.

Igor Sobalczyk – odkąd go znam, zawsze był bezpośredni w wyrażaniu swoich poglądów. Już na wstępie mojej wizyty w Zduńskiej Woli przed meczem z FC Toruń zapytał, czy będzie coś o nim felietonie. Oczywiście, kapitanie Igorze, są gratulacje za piękny mecz i wygraną z trudnym przeciwnikiem. Muszę przyznać, że już dawno nie widziałem w zespole Gatty tak wielkiej woli zwycięstwa. Dawali z siebie wszystko, a że przeciwnik nie zamierzał ustępować, widowisko było przednie. Losy spotkania rozstrzygnęły się w 30 sekundach finalnej minuty meczu.

Ale mecz miał dla mnie innego niż kapitan „gattowców” bohatera. Był nim Daniel Krawczyk. Ten najlepszy gracz polskiego futsalu w grze „jeden na jeden” przy jednym z goli wykonał prawdziwy majstersztyk. Nic nie przesadzę pisząc, że nie powstydziłby się go nawet słynny Portugalczyk Ricardinho. Daniel jest dla mnie zawodnikiem łamiącym w swojej karierze wiele reguł. Takim w pozytywnym znaczeniu ”enfant terrible” polskiego futsalu (w moim przekazie niesforna osoba). I niech już taki zostanie, gdyż każda próba innego  zaszufladkowania może tylko pozbawić go futsalowej maestrii. Tej „bożej iskry futsalowej”.

Kiedy opuszczałem halę przy ulicy Złotej słyszałem głosy kibiców, którzy mówili do siebie – jak to jest, że taki zawodnik nie jest w kadrze na słoweński turniej. No cóż – jak to mówią Francuzi – c’est la vie (takie jest życie), trener kadry ma swoje priorytety i należy je szanować. Myślę, że prawdziwie mocna dyskusja na temat nieobecności Daniela w reprezentacji odbędzie się dopiero po powrocie ze Słowenii. Szczególnie w przypadku, gdy tam nie powiedzie się naszemu futsalowemu teamowi.
Ile razy jadę do Zduńskiej Woli zawsze myślę, marzę sobie – a nuż usłyszę, iż budowana będzie nowa hala sportowa. Hala godna znakomitej drużyny Gatty, a i godna sportowej Zduńskiej Woli. Patrząc na niezwykle liczną obsadę vipowską - z posłem RP na czele, z miejscowymi notablami najwyższego szczebla, z licznymi ważnymi sympatykami sportu z wojewódzkiej Łodzi, z władzami ekstraklasowej spółki futsalowej, czy członkiem sztabu trenera Nawałki, nie wspominając o sponsorach – pomyślałem sobie, aby kibice przypomnieli o halowym problemie swoim włodarzom miejskim podczas tegorocznej wyborczej kampanii samorządowej.

Z drugiej strony ta hala ma w sobie coś magicznego. Jeden z zawodników powiedział mi, że czuje się tam ze względu na bliskość kibiców z każdej strony jak gladiator na rzymskiej arenie sprzed wieków. Rzeczywiście, kibice są blisko w każdym miejscu na trybunach wokół placu gry, czuć ich oddech, czuć ich presję. Hala ciągle szumi, niemal faluje. I to wyzwala kolejne pokłady emocji. Pobudza do gry. Na tej hali nie da się podczas gry odpoczywać.

Puentując temat hal, który obecnie uważam za jeden z priorytetowych dla polskiego futsalu, co potwierdziło się nawet w mojej rozmowie z realizatorami transmisji telewizyjnej, zacytuję Noela Cowarda – angielskiego komediopisarza, który mówił – „Przedtem, by dobra sztuka znalazła się na scenie, potrzeba było tylko jednej rzeczy – bohatera. Dziś dwóch – odtwórcy roli tytułowej i bohatera – dyrektora teatru, który odważy się ją wystawić”. I niech to będzie futsalowy lejtmotyw samorządowych wyborów.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS