Z notatnika dziejopisa

Bodajże na początku czerwca Marcin Synoradzki pomieścił w swoim artykule o futsalu takie zdanie – „Szkoleniowcy i piłkarze chcą się rozwijać, grać mecze o stawkę, a hamulcowymi futsalu są prezesi, bez wyobraźni i nie potrafiący myśleć o całej dyscyplinie, tylko o swoim własnym ogródku. To jest największy dramat naszego sportu”. Czytając ów materiał odniosłem wrażenie, że określenie „hamulcowi” nie dotyczy tylko prezesów klubowych, ale sporego grona kierujących na różny sposób polskim futsalem.

Nie należę do ludzi, którzy po jednym zdaniu, czy kilku frazach natychmiast identyfikują swoje myślenie z treścią przeczytaną. Niemniej, po lipcowym zebraniu Spółki Ekstraklasowej muszę stwierdzić, że nie rozumiem pewnych pociągnięć prezesów klubów. Szczególnie nieroztropne było – moim zdaniem – nie spróbowanie przejścia do fazy play off po zakończeniu sezonu zasadniczego. Oceniam to nawet w kategorii strzału w przysłowiową stopę dla ekstraklasy. W stopę emocji rozgrywek, w stopę poziomu rywalizacji, w stopę atrakcyjności sponsorskiej. Niestety, przeważyło kunktatorstwo, które nie wróży dobrze przyszłości dyscypliny jako całości. Być może poszczególne klocki naszej futsalowej układanki wyszły z zebrania zadowolone, lecz nie takie powinno być myślenie o przyszłości dyscypliny, którą sloganami głoszonymi przy różnych okazjach tak mocno każdy z decydentów uwielbia.
Gdy wymieniałem przed napisaniem felietonu swoje uwagi o tych sprawach z jednym z dziennikarzy piszącym o piłce nożnej, a przy okazji też po trosze o futsalu - powiedział mi on, że jeżeli system był kiedyś ustalony na trzy lata, to nie powinno się go zmieniać przed czasem. Tym nawiązał do zatwierdzonego w 2016 roku systemu rozgrywek Futsal Ekstraklasy. Szanuję każde zdanie i każdego rozmówcę, ale nie zgodzę się z moim kolegą w tej kwestii. Jeżeli jawi się bowiem jakakolwiek możliwość zmiany na lepsze (a w rzeczonym przypadku play offy takim przypadkiem są) należy to czynić niezwłocznie w dogodnym regulaminowo terminie.

Podczas lipcowego zebrania Spółki FE jednak inna rzecz niż play offy zadziwiła mnie jednak bardziej. Jest to hołdowanie schematom wypracowanym dla organizacji rozgrywek przez piłkę trawiastą.  Tam też po kilku latach zawirowań z dzieleniem punktów odstąpiono wreszcie od ich „połowiczenia”. Tak na marginesie, to owe dzielenie punktów na trawie musiał wymyślić jakiś, podchodzący do piłki niezwykle abstrakcyjnie osobnik. Nie chciałbym, aby futsal kopiował dobre albo udane, czy niezbyt udane schematy z trawy. Jest odrębną dyscypliną i niech przy poszukiwaniu rozwiązań dla prowadzenia rozgrywek zwraca się raczej ku grom halowym, czy też nawet hokejowi. Z piłką trawiastą niech łączy go tylko wspólna federacja. Ale też nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby kiedyś powstała światowa oraz europejska federacja futsalowa. Przynajmniej jako sympatyk, czy działacz futsalowy nie czułbym się podrzutkiem.

Prezes Boniek odnosząc się do głośnego w ostatnich dniach transferu Ronaldo - najlepszego piłkarza globu - z hiszpańskiego Realu do włoskiego Juventusu, rzekł, że skorzysta na tym oprócz turyńczyków cała liga włoska. Nic dodać, nic ująć. Prezes w materii ogólnej zawsze celnie ocenia. Rozpocząłem ten akapit od Ronaldo, by wskazać polskiej ekstraklasie futsalowej, jak ważne są transfery wyrazistych zawodników dla całej dyscypliny, a także jej krajowych segmentów. W poprzednim sezonie był dla mnie takim wyrazistym elementem dla polskiego futsalu czeski internacjonał Michal Seidler. Jego nazwisko gwarantowało, że o polskim futsalu mówiło się poza granicami. Z całym bowiem szacunkiem dla polskich futsalistów, nie mają oni jednak jeszcze takiej marki, by ich zapamiętywano.

Nawet Michał Kubik, który był strzelcem dającego nam remis gola z Rosją podczas słoweńskich finałów mistrzostw Europy, nie zapadł w pamięć wielu moim rozmówcom. A pytałem o niego - i w Niemczech, i na Ukrainie, i we Francji, czy też w Serbii. Nie było natychmiastowego skojarzenia. Pamiętają go Rosjanie – co jest oczywiste. Dlatego tak niecierpliwie czekam na oferty transferowe przed nowym sezonem. A szczególnie na informacje z Rekordu Bielsko Biała. Kto bowiem, jak nie mistrz Polski, powinien nas zachwycić ciekawym transferem. Czekam tym bardziej, gdyż jak w rozmowie zapewnił mnie prezes Szymura, zastąpiony zostanie Seidler równie dobrym nazwiskiem. Liczę, że będzie to zawodnik – motor dla polskiego futsalu. Również poza naszymi granicami.
Marszałek Józef Piłsudski zwykł mawiać – „Jeżeli sami nie napiszemy historii, to inni ją napiszą tak, że się w niej nie poznamy”. Coś jest w tych słowach. Cytuję je nie po to, by namawiać do pisania historii – chociaż niech każde przelewa na papier, czy do komputera swoją wiedzę futsalową. Może kiedyś powstanie z tego po udanej kompilacji ciekawe dzieło. Przedstawiam słowa Marszałka jako swoistą przenośnię do bieżącego tworzenia polskiego futsalu. Należy bowiem pamiętać, iż każde obecne działanie ma wpływ na przyszłość. A każde obecne zaniechanie nie da się już niestety, w przyzwoitym momencie, naprawić. Jako historyk z wykształcenia wiem, że historia jest okrutna i potrafi osądzić po latach surowo zaniedbania, kunktatorstwo, tchórzostwo, niesolidność.

Aby jednak nie kończyć minorowo, znajdę światełko dla ekstraklasy. Po ostatnim zebraniu ułożył się na kierowniczych stanowiskach Spółki FE całkiem przyjemny duet. Prezes Maciej Karczyński – jako prezes zarządu Spółki FE - oraz Janusz Szymura – jako prezes jej Rady Nadzorczej. Jak nie oni, to kto? Jak nie teraz, to kiedy? Te dwa pytania nie są bezzasadne. Nadchodzący rok powinien   rozstrzygnąć, czy wychodzenie z dołka, w jaki SFE zapadła przed laty, zaowocuje prosperitą na dłuższy czas. Tegoroczny wynik – i to nie tylko finansowy - każe bowiem patrzeć na przyszłość z optymizmem. Ale jeszcze nie krzyczałbym "na pohybel wrogom".

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Reni Jusis w swojej piosence śpiewa – „A mogło być tak pięknie, Tak pięknie przecież mogło być, Przyznaj wreszcie, Nadzieje nasze wielkie, Rozwiane w ciągu paru dni, Tyle razy udawałam, Ty łgałeś jak z nut bezbłędnie, W końcu komfortowo to przegrałam”. Ach, jak bardzo pasują te słowa do naszych narodowych oczekiwań i wreszcie porażki polskich piłkarzy na rosyjskim mundialu. To tyle gwoli oceny występu trawiastej kopanej w Rosji.

Niemniej dopiszę jeszcze zdanie rosyjskiego kibica, z którym rozmawiałem po kaliningradzkim meczu Belgii z Anglią. „Bы хотели как лучше, а получилось как всегда” – powiedział do mnie. W tłumaczeniu najprościej brzmi to - „Chcieliście jak najlepiej, a wyszło jak zawsze”. No cóż, nie zawsze wygrywa się. Chociaż teraz nawet zwycięstwo nad Japonią smakuje nie najlepiej, gdy przypomnimy sobie przysłowiową grę „w dziada” jaką zafundowały nam w ostatnich 8-10 minutach meczu oba zespoły.

Tydzień temu, kończąc felieton, wspomniałem o Akademickich Mistrzostwach Świata w futsalu, które odbyły się nieco ponad dekadę lat temu w Poznaniu (Polacy dowodzeni przez Tomasza Aftańskiego wywalczyli czwarte miejsce za futsalowymi potęgami Rosji, Brazylii, Ukrainy). Miałem zaszczyt brać udział w tej imprezie jako komisarz meczowy - wyznaczony przez Międzynarodową Federację Sportu Akademickiego (FISU) w Lozannie. Była to - jak dotąd - największa mistrzowska impreza futsalowa organizowana w Polsce. I nie zanosi się, by w najbliższym czasie zostało zorganizowane coś większego.

A zapewne nie zrobi tego PZPN, który skupił się na imprezach mistrzowskich trawiastych. Szkoda. Ale od czego mamy AZS. Rzeczone FISU ogłosiło, iż akademicki turniej zostanie powtórzony w Polsce. Gratuluję prężnemu futsalowo środowisku akademickiemu. Osobiście Piotrowi Kusiowi, który gdzie tylko mógł czapkował oraz pukał i nadal to czyni, w sprawach międzynarodowej pozycji akademickiego futsalu znad Wisły, Odry i Warty. Nikogo nie urażając, pisząc tylko prawdę - nie powiem, że miał łatwo, gdyż nasz futsal dla decydentów wszelkiej maści od ministerstw poprzez związek po samorządy oraz sponsorów, to raczej tylko opłotki. Na szczęście jest Poznań, który w 2020 roku po raz drugi przyjmie akademicką, futsalową brać z całego świata.

Rekord Bielsko Biała otrzymał organizację turnieju preeliminacyjnego futsalowej Ligi Mistrzów. I dobrze. W UEFA doskonale wiedzą, iż to rzetelny klub i nie będzie organizacyjnej poruty. Dla mnie te preeliminacje to tylko przygrywka. W sensie sportowym oczekuję od Rekordu postępu w porównaniu z rokiem poprzednim. Zdaję sobie sprawę, że będzie trudno, lecz po fali pochwał jaka spłynęła na Rekord w trakcie minionego sezonu nie wyobrażam sobie, by wyrażać inne oczekiwania.

Bycie jedynie królem na niezbyt mocnym klubowo krajowym podwórku Rekordzistów – mam nadzieję – już nie satysfakcjonuje. Chociaż z drugiej strony mój optymizm wobec bielszczan nieco został przytłumiony w wyniku odejście Michała Seidlera, było nie było jednego z głównych architektów niezwykłej serii sukcesów Rekordu w sezonie 2017/2018. Myślałem bowiem, że trzon zespołu jest montowany na lata i nie będą mu wyrywane zęby po sezonie, lecz tylko wzmacniane koronkami.
W swoich cyklicznych felietonach staram się patrzeć, zgodnie z tytułem rubryki, na historię panoramicznie. Czyli jak widzę na pierwszym planie słonia, to wiem, że obok musi być mrówka, która też wykonuje futsalową robotę. I zdaję sobie sprawę, że może być ona częściej ważniejsza, czy też bardziej wartościowa od tego słonia. Chciałbym, aby tego doznania doświadczali też prezesi klubów, prezesi Spółki, członkowie Komisji Ligi, przewodniczący oraz członkowie Komisji związkowej, działacze terenowi oraz wszelcy inni decydenci, a także darczyńcy, pragnący „zabawiać się” w futsal.

Dlatego tak bardzo czekam na decyzje Komisji Licencyjnej PZPN odnośnie werdyktów licencyjnych dla klubów ekstraklasy oraz I ligi. Z jednej strony chciałbym, aby kluby nie miały problemów z jej otrzymaniem, a z drugiej zdaje sobie sprawę, że jest jeszcze wiele niedociągnięć. Ciekaw jestem czy Komisja okaże się biblijnym Salomonem i wyda wyrok wypływający z głębokiej mądrości (niepoprawnych ukaże, dostosowującym się zawierzy) grożąc palcem, ale i dając szansę naprawy, czy też rzymskim Katonem (postąpi według prawości oraz uczciwości) i sprawi, że ligowa ziemia w futsalu zatrzęsie. Nie mnie to oceniać. Niemniej chciałbym, aby obecne działania Komisji Licencji miały w perspektywie utrwalanie pewnych zasad, które umocnią nasz futsal. Niestety, niesolidny musi odejść. Inaczej nie zbudujemy silnych podstaw futsalu klubowego. A bez tego nasza reprezentacja nie osiągnie stabilizacji.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Lat temu kilka podróżując po Francji, która jest dla mnie wybiórczym kulturowym przewodnikiem po europejskiej cywilizacji, przeczytałem takie oto zdanie o honorze, autorstwa jednego z francuskich poetów czasów Ludwika XIV. Wyczytałem mianowicie, że honor to stroma wyspa bez brzegów na którą nie można wrócić, gdy ją już się opuściło.

Przypomniały mi się te słowa po meczu z Kolumbią na rosyjskich mistrzostwach piłkarskich przegranym z kretesem przez naszą reprezentację. Sprawozdawca telewizyjny mówił, iż został już nam tylko mecz o honor. Jak na poprzednich dwóch mundialach w 2002 oraz 2006 roku. Po nim i tak pojedziemy do domu. Pozwolę nie zgodzić się z tymi słowami. Stracony na tych mistrzostwach honor wyrażony marnym stylem gry w meczach z Senegalem oraz Kolumbią jest nie odzyskania w jednym, nawet najwyżej wygranym meczu z „japońskimi samurajami”. Jest nie odzyskania podczas rosyjskich mistrzostw. Obrazkowo – reklamowy – czarodziejski epos medialny trenera Nawałki, a także jego podopiecznych prysnął na stadionach w Moskwie oraz Kazaniu. A wszelkie dotychczasowe gadania o tym jaką mamy wspaniałą drużynę, to były najzwyklejsze farmazony. I to by było na tyle gwoli mundialowego wstępu po drugim akcie piłkarskiego dramatu „Dziady” – którą to nazwę zaczerpnąłem z okładki „Przeglądu Sportowego”. Tylko kibiców mi żal. I pewnie Grzegorz Lato też nie doczeka się szybko polskiego piłkarza luzującego go na fotelu króla strzelców mundialu piłkarskiego.

Gdy patrzę po półroczu AD 2018 na polską piłkę seniorską – trawiastą, kobiecą, plażową, futsalową - całkiem inaczej jawi mi się występ reprezentacji futsalowej podczas styczniowo-lutowych słoweńskich europejskich finałów. Z czystym sumieniem mogę napisać teraz, że jako jedyna z wymienionych wyżej kadr nie dała przysłowiowej plamy. Patrząc na światowe miejsce rankingowe, futsal awansował o pięć pozycji. Plasuje się w drugiej dziesiątce europejskiej oraz trzeciej  światowej. A jest to ranking nad wyraz rzetelny, a nie na różne sposoby „naciągany” wybieraniem sobie przeciwników, czy unikaniem meczów. Trawiaści piłkarze są od miesięcy w dziesiątce najlepszych, ale rosyjska trawa zweryfikowała ich boleśnie.

Myślę, że jest do doskonała nauczka dla różnych decydentów, iż nie decydują o pozycji dyscypliny najbardziej nawet wymyślne rankingi, lecz postawa na mistrzowskich turniejach. I mam nadzieję, że raz na zawsze odzwyczai się nasza piłka od robienia sobie pijaru, czy marketingu za pomocą rankingów. Rankingi, co najwyżej, są pomocne przy losowaniach turniejowych. Niemniej – co widać po wynikach polskiej reprezentacji w Rosji - niewiele nam pomogły. A może nawet zaszkodziły. W każdym razie po losowaniu jeszcze bardziej od nas cieszyli się - i Senegalczycy, i Kolumbijczycy, i nawet Japończycy.

Portal Futsal Ekstraklasy ogłasza wyniki plebiscytowe wyborów „NAJLEPSZYCH” rozgrywek FE w sezonie 2017/2018. To już ósma edycja wyborów. Kategorii jest wiele, ale nie o to chodzi. Jak najbardziej popieram pomysł doceniania w ten sposób zawodników, kibiców, trenerów etc etc. Zresztą trwa to od lat i dobrze, że obecna władza Spółki kontynuuje tę ideę. Zastanowiło mnie jednak co innego. Dlaczego ogłaszanie wyników w poszczególnych kategoriach jest tak zindywidualizowane, by nie napisać sączone? Czy nie lepiej byłoby zebrać wszystkich, zorganizować jakąś ciekawą imprezę z „telewizorami”? A przy okazji może i jakiś mecz? Nie obraziłbym się, gdyby podsumowania dokonano podczas spotkania wszystkich klubów FE. Możliwości jest nad wyraz wiele.

Pamiętam, iż kiedyś tak nawet bywało. A co dla mnie najważniejsze - takie podsumowanie powinno odbywać się niechybnie po zakończeniu sezonu, gdy jeszcze zawodnicy, szkoleniowcy są zakotwiczeni w swoich klubach. I kiedy wszyscy mają w głowie miniony sezon, a nie żyją przygotowaniami do nowego. Nie piszę tego po to, aby się czepiać. Chcę tylko wyrazić opinię. I to nie tylko swoją. Ale wybory – mimo wszystko – proszę kontynuować. Natomiast, gdy mogę coś podpowiedzieć, to dodałbym jeszcze kategorię Najlepsza klubowa strona internetowa.

Kontynuując w kolejnym akapicie ów temat portalowy po raz kolejny napiszę, że tematy do felietonów czerpię w dużej mierze z tak zwanego resume klubowych portali internetowych. Z roku na rok są one coraz atrakcyjniejsze. Już nie tylko informacyjnie, ale ze sporą domieszką publicystyki. Związkowy portal zajmuje się głównie swoimi rozgrywkami oraz kadrami. Ekstraklasowy nacisk kładzie – co zrozumiałe – na swoje rozgrywki, chociaż bywa też o I lidze, czy kobiecej rywalizacji. Ale – dla mnie felietonisty – to klubowe portale są solą. W klubach dopiero potrafią przyprawić właściwymi smaczkami futsalowe danie. I jest to danie z pierwszej ręki. Nie, odgrzewany kotlet. One są źródłem newsów, szczególnie transferowych.

Nie tak dawno w jednym z felietonów nawoływałem kluby do organizacji w okresie przygotowawczym ciekawych turniejów. Też w obsadzie międzynarodowej. Turnieje urozmaiciłyby bardzo nasz futsal. A przede wszystkim chciałbym – pewnie nie tylko ja – zobaczyć jak nasi ligowcy spisują się w konfrontacji z zagranicznymi zespołami klubowymi. W rzeczywistości turniejowej mamy bowiem możliwość tylko popatrzeć – co najwyżej – na rywalizacje międzynarodowe z udziałem mistrza Polski w futsalowej Lidze Mistrzów.

Dlatego ucieszyła mnie wiadomość, że rzutki prezes beniaminka FE z Jelcza-Laskowic po raz kolejny zaprasza do Polski futsalową Barcelonę. I po raz czwarty zorganizuje turniej Futsal Masters 2018. Oprócz Hiszpanów zagrają między innymi zespoły z Ukrainy, Danii, Francji.  Oczywiście Polski – Orzeł, Piast. Osobiście cieszy mnie, iż na przyjazd dali namówić się futsaliści z dalekiej Kirgizji. Wiele lat temu byłem u nich, poznałem miłych ludzi. I powiem, że wcale nie są tacy słabi futsalowo. A sędziów, których pamiętam z finałów Akademickich Mistrzostw Świata w Poznaniu, mają całkiem niezłych.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Optymistycznie już było. Teraz trzeba się wziąć do roboty – powiedział Jan Domarski (którego poznałem w niemieckim Murhardt podczas pamiętnych piłkarskich mistrzostw świata RFN - 1974) po przegranym przez nasz narodowy team piłkarski meczu inaugurującym występy Polaków w rosyjskich finałach mistrzostw świata. Przegranym z Senegalem. A Jan wie co mówi, ponieważ to on był strzelcem gola w remisowym meczu z Anglią na słynnym Wembley, który utorował polskiej reprezentacji piłkarskiej drogę do sukcesów w mistrzostwach świata lat 1974 – 1982. Słowa Janka są pełne racji. Do roboty – panie Nawałka. Do roboty – panowie piłkarze. Nie wystarczy brylować przed mikrofonami oraz kamerami. Trzeba jeszcze swoją wartość pokazać na zielonej murawie rosyjskich stadionów.
Powyższy akapit doskonale współgra mi z tematem, który chcę kolejno omówić, czy też opisać. Nie będę już na wstępie nawoływał – do roboty, ale wyrażę zatroskanie. Przynajmniej swoje. Za środowisko nie będę się wypowiadał. W kategorii U-19 chłopców, albo jak kto woli mężczyzn, jesteśmy jeszcze przed eliminacjami do mistrzowskich europejskich finałów. Według otrzymanej z UEFA informacji, miarodajny będzie ranking z 1 listopada 2018. Tym bardziej  troski swojej nie wycofuję, gdyż nie tak dawno podczas turnieju w chorwackim Poreć nasz futsalowy team U-19 zanotował poważną wpadkę. Podopieczni trenera Żebrowskiego na pięć rozegranych meczów wygrali tylko jeden (z ostatnią w tabeli Mołdawią) i w gronie ośmiu teamów narodowych zajęli trzecie miejsce od końca. Co prawda, przyznano im Nagrodę Fair Play, którą jednak warto zawsze wymieniać na wyższe lokaty oraz meczowe zwycięstwa.

Droga nasza młodzieży futsalowa - kanikuła kanikułą, ale nie zapominajcie wraz ze swoim sztabem, że finał jest do wywalczenia. A nawet nie wyobrażam sobie innej możliwości, gdy podeprę się informacjami członków związkowej Komisji, odpowiadających za ten wycinek naszego futsalu, o wysokim poziomie sportowym oraz organizacyjnym polskiego futsalu młodzieżowego. Niech to będzie więc doskonałe "sprawdzam".

Po czasach działania w centrali polskiej piłki pozostały mi jakie takie znajomości w UEFA. Na pewno są one mniejsze niż Romana Sowińskiego, ale wystarczające, by rozmawiać mailowo, czy też gościć w kraju pewnych ludzi z grona piłkarskiej Europy. Informacja o mistrzostwach Europy kobiet w futsalu ucieszyła mnie jak najbardziej. Jeszcze bardziej przekaz, iż rozpoczniemy gry eliminacyjne od main round. Czyli nasz futsal kobiecy jest zapamiętany przez władze UEFA. A wszystko co jest związane z futsalem kobiecym zaczęło się w PZPN za kadencji, w której przyszło mi zawiadywać futsalem, czyli pod koniec minionej dekady XXI wieku. I nie od rzeczy jest wymienienie w tym miejscu pani Magdy Stefankiewicz, która była niewątpliwym spiritus movens raczkującego wówczas futsalu kobiecego w strukturach związkowych. To jej zaparcie, pasja nie dawały zapomnieć zarówno mnie jak i kierownictwu PZPN o futsalu kobiecym. Jak widać – wizje pani Magdy realizują się, bo najważniejsze jest te wizje posiadać. To tak gwoli przypomnienia i wskazania drogi następcom pani Magdy.

Piszę o wizji aż tyle razy, gdyż w kadencji Komisji Futsalu lat 2012-2016 doszło do pewnych turbulencji, czy też sporów kompetencyjnych w zakresie futsalu kobiecego. I na pewien czas prezes związkowy wyeliminował kadrę kobiecą z działania. Po zmianie personaliów futsal kobiecy wrócił na należne mu miejsce w środowisku. I niech tak pozostanie. Z czego osobiście cieszę się bardzo, gdyż mazowiecki futsal kobiecy posiada trzy zespoły w ekstralidze kobiet, a i rokrocznie zdobywa tytuły mistrzowskie oraz gromadzi medale w rywalizacji młodzieżowych mistrzostw Polski.

Wielka szkoda, że władze związkowe skupiły się głównie na aplikowaniu o ważne finały europejskie w piłce trawiastej. Organizowanie, szczególnie w piłce młodzieżowej, turniejów finałowych jest najprostszą drogą do wystąpienia w rozgrywce o trofea. Po cichu liczyłem, iż wystąpimy przynajmniej o organizację finałów – przywróconych po latach – młodzieżowych mistrzostw Europy. Tym razem w kategorii Under 19. Niestety, ponownie wybrana została przez władze związku „trawa” – a dokładnie U-20.
Tymczasem zaaplikowali do UEFA o organizację finałowego futsalowego U-19 Chorwaci, Gruzini, Węgrzy, Łotysze, Portugalczycy, Rosjanie, Ukraińcy. I wcale niektórym z tych nacji nie przeszkadza, że organizowali niedawno, czy organizują teraz, wielkie imprezy piłki trawiastej albo gościli finały futsalowe. Nie chcę przesadzać, ale można niewątpliwie pomyśleć, że takie podejście unaocznia jak najbardziej miejsce naszego futsalu w rodzimym związku. Szkoda. Chociaż kolega Józef, któremu – jak zwykle – pozwoliłem zrecenzować felieton przed wysłaniem orzekł, iż lepiej sobie wspólnie z wiceprezesami związku podróżować po Bahamach, Brazylii i innych ciepłych, atrakcyjnych krajach niż „zarabiać się” u siebie. Hola hola Józefie, aż tak nie rozpędzaj się.

Abraham Lincoln, dziewiętnastowieczny prezydent Stanów Zjednoczonych, mawiał: „Można nabierać cały świat jakiś czas i kilka osób cały czas, ale nie można nabierać wszystkich ciągle”. I to niech będzie puentą nie tylko do futsalu. A przy okazji jeszcze wspomnę, iż drugi gol, jaki wbił nam Senegal, pachniał bardzo taktycznym wykonaniem rodem z futsalu. Schodzi, wchodzi, goluje. I pomyśleć, że w sztabie analitycznym selekcjonera Nawałki jest trener futsalowy – pan Juszczak. A tak dali się nabrać.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Jako człowiek związany od lat ze sportem wiem, że trener to specjalista kierujący całokształtem przygotowań zawodnika lub drużyny do zawodów. A także kierujący tym zespołem ludzkim w trakcie meczu. Wiem też, że każdy z trenerów ma swoje przyzwyczajenia, fobie, rytuały. Pan Górski nie golił się przed meczem i lubił prostotę rozwiązań. Pan Nawałka powiela systemy przygotowań – choćby w zakresie miejsc pobytowych. Pan Gmoch zaprzęgał naukę do służby futbolowej. I tak można wiele wymieniać, a spisuję tych ważniejszych, znanych.

Liczę, że przyjdzie kiedyś czas i na futsalowe przykłady. Chociaż pisząc te słowa do głowy – jak na razie - przyszło mi jedno, lecz nad wyraz symptomatyczne futsalowe zachowanie. Pan Bianga, który w minionym sezonie zaliczył dwa awanse, rozstał się po nich z pracą, czy też został zwolniony. Jeżeli coś zdarza się dwa razy i dotyczy podobnych wydarzeń, to pozwolę sobie nazwać to tradycją. Dlatego casus pana Biangi będzie dla mnie od tej chwili zwał się „Tradycja Polskiego Futsalu”. A tym, którzy biadolą nad poziomem polskiego futsalu wspomnę jeszcze tylko, że polska reprezentacja futsalowa od początku swojego istnienia miała 20 trenerów – selekcjonerów. Reprezentacja istnieje od 1992 roku, czyli wypada średnia - jeden pan trener-selekcjoner na niecałe półtora roku.

Kiedyś w jednej gazecie miałem zaszczyt, albo tylko możliwość, pisać felietony, które na łamach były zamieszczane po sąsiedzku z felietonami Jana Tadeusza Stanisławskiego (satyryk, radiowiec, aktor i autor tekstów piosenek), obiegowo zwanego profesorem mniemanologii stosowanej. Młodsi pewnie nie przypomną sobie tego pana, ale był to kultowy naśmiewca wszelkich głupot lat byłych. Naśmiewca wyrażający swoje myśli w sposób subtelnie zrozumiały. Chociaż jak długo ktoś czegoś nie pojmował i nie wyedukował się na jego felietonach, to mógł i oberwać obuchem. Oczywiście „obuchem ciętego pióra Mistrza”.

Gdy tak wspominam tamte lata oraz rozmowy z panem Janem zastanawiam się często, jaki obuch jest potrzebny, by zjednoczyć nasz futsal. Ciągle bowiem czytam, słyszę utyskiwania. Nie wiem, czy jest w polskim futsalu osoba zarządzająca, którą zaakceptowałoby całe środowisko. Moim zdaniem – nie ma. Dlatego widzę marne perspektywy jednościowe. I pewnie dobrze zrobiłem, że dzięki panu Kubie mogę popracować na własny rachunek. Bogatszy o doświadczenia z lat poprzednich, kiedy bywało, że mnie, oraz wielu innym, zdarzało się robić błędy. Ale to nie powód, by kogoś odsyłać natychmiast na przysłowiowe manowce. A z opcji trenerskiej najbardziej polubiłem zawód trenera snu. Trenera snu o sile futsalu polskiego.
Na futsal-polska zapoznałem się z mini-ankietą na temat zasad rozgrywek futsalowej ekstraklasy. Wypowiadali się szkoleniowcy, czyli grono jak najbardziej w tej materii reprezentatywne. Zaskoczenia nie było. Zadowolenie moje jak najbardziej. Większość szkoleniowców opowiadała się za systemem, który z panem Czeczką zaproponowaliśmy ekstraklasie na początku istnienia Spółki.

Zawsze powtarzam za swoim profesorem ze studiów i promotorem, że nie należy wyważać otwartych drzwi. Więc dziwi mnie mocno, iż dekada istnienia w miarę niezależnej ekstraklasy futsalu nie pozwoliła wypracować finalnej wersji rozgrywek. Ale poniekąd to rozumiem, gdyż – jak pewnie wszyscy orientują się – nie zawsze głos władz Spółki jest jednaki z głosem klubowym. Chociaż wydawać by się mogło, że vox Dei (władzy), to vox populi (kluby). Czy też odwrotnie. Jeżeli mogę do tej ankiety coś powiedzieć od siebie, to wskażę dość ciekawe tegoroczne rozwiązanie siatkarskiej ekstraklasy męskiej. I to by było na tyle w tym temacie. Temat jest wybitnie ogórkowy, gdyż po to ma się władzę, aby coś ustalać, a nie tylko konsultować oraz wysłuchiwać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy latem 2004 roku oglądałem w Sopocie zwycięstwo Rafaela Nadala, wówczas osiemnastolatka, nad Jose Acasuso w finale tenisowego ATP World Tour, nie przypuszczałem, że widzę najlepszego w przyszłości tenisistę globu. W ogóle był to pierwszy wygrany finał turniejowy mistrza Rafaela w tej kategorii zawodów. Można powiedzieć, że od Sopotu rozpoczęła się trwająca po dziś dzień passa jego finałowych, turniejowych zwycięstw. Nie jestem aż takim fanem Nadala, by kibicować mu wszędzie oraz zawsze. Moim priorytetem jest w tym zakresie  Roger Federer.

Ten wstęp felietonowy dedykuję głównie naszym młodym kadrowiczom, futsalistom, często debiutantom, którzy w miniony weekend dwukrotnie rozprawili się z Anglikami na wyjeździe. Tak trzymać. Nigdy nie wiadomo jak potoczą się ich dalsze sportowe losy. Zapewne i Nadal w 2004 roku nie był pewny, że zawędruje na szczyty światowego tenisa. Optuję za myśleniem, iż każdy ma swoją szansę sportową daną przynajmniej raz i tylko od niego zależy, czy ją właściwie wykorzysta. Tego życzę zawodnikiem z obecnie trwającej – moim zdaniem – wymiany pokoleniowej w polskiej reprezentacji seniorskiej futsalu. Jak to mawiał cesarz Napoleon - „Każdy żołnierz nosi buławę (marszałkowską – przyp. A.H.) w tornistrze”. W tym przypadku przełóżmy to na myślące głowy oraz piłkarskie nogi. Przypowieść z buławą dedykuję również selekcjonerowi Korczyńskiemu.
Rozpocząłem od tenisa, więc pozwolę sobie jeszcze trochę kontynuować temat. Oczywiście w połączeniu z futsalem. Nie jestem zwolennikiem monogamii w sporcie. Zajmowanie się tylko jedną dyscypliną zdecydowanie zuboża sportowca, trenera, działacza. Nie mówiąc już o dziennikarzu. Zawsze trzeba mieć pole porównań. Próbować zrozumieć inne rywalizacje. Sprawdzić siebie. Oczywiście, profesjonalnie na wysokim poziomie uprawiania trudno jest pogodzić kilka sportów. Niemniej interesować się warto.

Jeżeli już piszę o tenisie, to wspomnę o panu Darku Kupczyku. Kiedyś prezesie klubu ekstraklasy polskiego futsalu – Kupczyk Kraków. Od kilku lat team z Krakowa już nie uczestniczy w profesjonalnych rozgrywkach. W minionym sezonie w halach zespołów Futsal Ekstraklasy pojawiało się za to logo firmy Darkomp, z którą pan Darek jest związany. Ale wracając do tenisa. Otóż, niewielu pewnie w środowisku futsalowym wie, że pan Darek jest zagorzałym fanem tej dyscypliny i potrafi podróżować po najdalszych zakątkach świata, by obserwować tenisowe turnieje.

Inny rodzaj sportowej aktywności wybrał przed laty ówczesny prezes Clearexu Chorzów, Zdzisław Wolny. Jego pasją stały się biegi. Biegi długie, maratony. I to nie tylko te uliczne, ale górskie i wszelkie inne wymagające hartu, zawziętości, sporej fizyczności, często nawet nadludzkiego, wręcz, wysiłku. Pan Zdzisław wziął udział w najważniejszych maratonach świata na kilku kontynentach. A osiągane czasy, czy miejsca budziły podziw. Jak widać dla prawdziwego sportowca, nie tylko profesjonalisty, ale też amatorsko podchodzącego do rywalizacji, zawsze trwa walka o jak najlepszy wynik.

Nie bez kozery podaję te przykłady, gdyż niejednokrotnie wydaje mi się, iż przydałoby się czasem wielu zresetowanie głowy od futsalu. Przydałby się tak zwany futsalowy odpoczynek oraz spojrzenie z dystansem na siebie. Na pewno wówczas po resecie inaczej jest się w stanie ponownie spoglądać na futsal. Rywalizację. Taka myśl nasunęła mi się po niedawnym spotkaniu w PZPN, w którym wzięli udział szefowie futsalu z wojewódzkich związków piłkarskich. Półtora roku kierowania komisją futsalową w PZPN przez przewodniczącego Kaźmierczaka na pewno ujawniło właściwy kierunek we współpracy oraz postrzeganiu tak zwanego terenu. Pan Adam – jako prezes jednego z Wojewódzkich Związków doskonale rozumie potrzebę współpracy, dowartościowania oraz pomocy futsalowi w terenie. Nie da się bowiem ukryć, że bez futsalu wojewódzkiego polski futsal nie wybije się wyżej niż jest. A tego niejednokrotnie nie dostrzegali jego poprzednicy, a nawet niektórzy obecni współpracownicy.

Zapewne nie pomylę się, kiedy ocenię, że dla przewodniczącego równie ważny jest mocny futsalowo Śląsk, jak też Warmia i Mazury, gdzie dopiero futsal związkowy kiełkuje. I jeszcze jest jedna mocna strona przewodniczącego: nie szuka jakichś nowych, rewolucyjnych rozwiązań, tylko stara się dostosowywać na pole futsalowe sprawdzone działania organizacyjne ze związkowej z piłki trawiastej. Futsal bowiem, nie jest jakąś nową wyspą organizacyjną, która wyłoniła się po niespodziewanej erupcji z głębin, tylko działa na określonym brzegami oceanie polskiej piłki - jako całości. A tego często wielu ludzi futsalu – i to też we władzach - nie rozumie, albo też nie chce pojąć.
AZS UG Gdańsk dał radę w dwumeczu barażowym o pozostanie w ekstraklasie futsalu lepszemu z dwójki wicemistrzów I ligi, Gwieździe Ruda Śląska. Rozmiary zwycięstwa Gdańszczan w swojej hali (7:2) nieco mnie zaskoczyły. Liczyłem, że śląski team bardziej postawi się ekstraklasowcowi. Kto bowiem, jak nie Gwiazda, która posiada ekstraklasowe tradycje, sensownych działaczy, niezłych zawodników i potrzebne na grę w FE wsparcie, wygrać ma rywalizację z trzecim od końca zespołem ekstraklasy? Okazuje się, że jeszcze nie czas ku temu.

Jeszcze nie teraz. Ale może być, że już nie zobaczymy takiej rywalizacji, gdyż planowane są zmiany. I w ekstraklasie, w której gdy będzie 14 zespołów może zabraknąć regulaminowo barażowania. W tym kontekście całkiem rozsądne wydawałoby się rozwiązanie - przynajmniej dla mnie - o degradacji wówczas trzech zespołów ekstraklasowych i awansie bezpośrednim dwóch mistrzów I ligi oraz jednego wicemistrza wyłonionego po dwumeczu barażowym owych właśnie wicemistrzów. Jako felietoniście rozwiązanie z wymianą trzy za trzy wydaje się najsłuszniejsze. Przynajmniej w kontekście popularyzacji.

Ponadto zwróciłbym uwagę, iż nienormalnym jest, aby pierwszoligowcy tak długo od zakończenia rozgrywek czekali na najważniejsze mecze barażowe. Tymczasem rzeczona wymiana raczej nie obniży poziomu sportowego, gdyż nie na tych, co grają o spadek, ma opierać się siła futsalowej ekstraklasy. A podeprę to stwierdzeniem tenisisty Federera, który przyznaje, że to właśnie rywalizacja z Nadalem zmusza go do stałego podnoszenia umiejętności. Więc granie silny z silnym a nie słaby kontra silny ma sprzyjać wzrostowi poziomu. Przynajmniej w lidze tak to widzę.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Stefan Kisielewski - znany szerzej jako Kisiel – znakomity felietonista, mawiał że najgorsze jest nie to, że znaleźliśmy się w d..., ale to, że zaczęliśmy się tam urządzać. Co prawda, raczej odnosiły się te słowa do tak zwanego okresu słusznie minionego, lecz można transponować owe powiedzonko indywidualnie i do innych dziedzin bez obrazy dla „Mistrza Kisiela”. Nie wyłączałbym i sportu z zastosowania takiej ocenności.

Rozpoczynając felieton od słów Kisiela nie chcę nikomu narzucać toku myślowego tego niezwykłego człowieka. Jednak warto nieraz dla refleksji sobie te słowa przypominać. Ba! - nawet zapisać w pamięci na stałe. Nie wiadomo bowiem, kiedy w owej d... można się znaleźć. A już najgorszym może być, gdy świadomie lub niezauważalnie dla siebie zaczniemy się w tej d... prozie codzienności urządzać. Też sportowej.
Futsal jako dyscyplina jest piękny. I sam w sobie nie jest w stanie zepsuć się. Co najwyżej mogą to zrobić – jak zresztą ze wszystkim w życiu – ludzie. Dlatego pozwolę sobie zamieścić symptomatyczną uwagę kierowaną wobec polskich klubów futsalowych. Otóż – jak głosi słowo - manna z nieba leciała raczej tylko w biblijnych przekazach, więc zamiast oczekiwać, spierać się, może warto zakasać rękawy i na serio wziąć się za przystosowywanie do wymagań organizatorów rozgrywek. Czas zadbać samemu o siebie, gdy chce nazywać się klubem sportowym i być postrzeganym na poważnie.

Nie prowadzę jakichś statystyk organizacyjnych, czy nie udzielam porad systemowych, ale postawię klubom tylko jedno pytanie: ilu kibiców przychodzi na mecze ligowe ich zespołów? A do niektórych, a może nawet do wielu, skieruję jeszcze dodatkowe zapytanie: dlaczego tak mało? I proszę nie odbierać tego jako zarzut jakowyś, ale raczej wywołanie tematyczne do przemyśleń na okres letniej kanikuły, przed nowym sezonem.

O tym, że chcąc, można zrobić coś pięknego, coś co zachwyci widzów, sponsorów, media, a nawet tych, którym do futsalu daleko, przekonał mnie w miniony piątek Rekord Bielsko Biała. Był to mecz zwany wszem i wobec na bilbordach rozstawionych przy drodze do Bielska, na różnych przywieszkach, zaproszeniach, identyfikatorach etc – „finałem sezonu”. Mecz zorganizowany w dużej hali przy udziale 1600 kibiców, których nikt nie zwoził, ani nie zmuszał do oglądania. Mecz z pełnym profesjonalnym zapleczem organizacyjnym. Mecz, podczas którego każda osoba z ekipy organizatorów wiedziała, co ma robić i jakie są jej zadania zgodne z wymogami stosownych przepisów, regulaminów, zaleceń. Nic tylko bić brawo.

Osobiście pozostaje mi tylko żałować, iż ten sen trwał tak krótko, bo przez jeden piątkowy wieczór. Ale warto było jechać do Bielska. Nawet nie po to, by nacieszyć oko stroną sportową widowiska, ale – przynajmniej ja – organizacyjną. To była uczta. A jaka jest różnica w odbieraniu sportowego przekazu na obiekcie z pełną widownią, przy zadbaniu o kibica w sposób szczególny, poprzez różne skierowane do niego atrakcje, a siermiężną organizacją, gdzie kibic ziewa, nudzi się i hale są pustawe, nie muszę nikogo przekonywać. I w tym zakresie upatruję rozkwitu inwencji klubowej, gdyż granie dla drabinek i niepełnych, by nie napisać pustych hal, jest obrazą dla futsalu. Naprawdę pomyślcie o tym w wakacje – panowie prezesi klubowi.

Jeszcze przed meczem Rekordu z Gattą miałem okazję pogratulować prezesowi Szymurze sportowych wyników sezonu. Nie tylko mistrzostwa seniorskiego, wywalczonego Pucharu Polski, kilku mistrzostw młodzieżowych kraju, ale też awansu futsalistek do najwyższej krajowej klasy rozgrywkowej. Nie mnie opisywać, jak to się robi. Wzór jest. Tylko dorównywać.

Gratuluję prezesie Januszu. Prawdę mówiąc „komplet mistrzowski”, jaki jest do zdobycia w polskim futsalu, jeszcze jest przed Rekordem, gdyż U-18 uciekło im sprzed nosa, a i kobiety dopiero zawalczą o czempionat w nowym sezonie. Jest więc co poprawiać. Ale już utrzymać tegoroczne zdobycze może być trudno. Tym lepiej, bo nie będzie spoczywania na laurach. A ze swojej działaczowskiej przygody wiem, podobnie pewnie jak prezes, że zdobyć laur(y) jest trudno, ale powtórzyć jeszcze trudniej.
W piątkowy wieczór na futsalowej wykładzinie w bielskiej hali Pod Dębowcem wystąpiło wielu znamienitych futsalistów krajowych oraz zagranicznych. Ale moją uwagę zwrócił jeden, siedzący na ławce rezerwowych.

Rafał Franz, bo o nim mowa, sięgnął w sezonie 2017/2018 po swój siódmy mistrzowski tytuł w rozgrywkach polskiego futsalu. Najpierw w sezonie 2007/2008 zdobył mistrzostwo z PA Nova Gliwice. Następnie kolejno dwa tytuły z Akademia FC Pniewy/Poznań, jeden z Wisłą Kraków i wreszcie trzy z Rekordem. Jest absolutnym rekordzistą w gronie polskich zawodników futsalu.

Mecz z Gattą był pożegnalnym mistrzowskim w barwach Rekordu. Być może posiadanie Rafała w składzie jest receptą na mistrzowskie trofea. Coś w tym jest. Oprócz mistrzowskich tytułów Rafał może dopisać do prywatnej kolekcji Puchar Polski, Superpuchary Polski, tytuł króla strzelców ekstraklasy, udział w Elite Round UEFA Futsal Cup, awans do finałów ME. I szkoda tylko, że selekcjoner Korczyński nie widział go w składzie na finały w Lublanie. A przecież, to Rafał strzelił dwa arcyważne gole w rewanżowym meczu eliminacyjnym z Węgrami. No cóż, tak bywa. Nie on pierwszy, nie ostatni „odstrzelony” po eliminacjach przed finałami. I nie mam na myśli tylko futsalu. Życzę Rafałowi, którego poznałem w roku 2005, a bliżej przed eliminacjami młodzieżowych ME w roku 2007, by nie kończył jeszcze kariery. Natomiast, gdy do tego dojdzie, aby z futsalem związał się na inny sposób.

Nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem) – spokojnie tym łacińskim powiedzeniem mogę ocenić zakończony sezon ekstraklasy futsalu. Kolejność na podium jak przed rokiem. Pierwsza szóstka przewidywalna już z okresu przedsezonowych wypowiedzi. Tradycja dotrzymana, gdyż jeden z zespołów wycofał się z rozgrywek. Beniaminkowie nadal do końca niepewni swego, co tylko świadczy o marności sportowej oraz organizacyjnej I ligi. Atrakcyjnych meczów niewiele więcej niż przed rokiem. Nowych, rozpoznawalnych, przydatnych kadrze twarzy futsalowych, też za wiele nie zobaczyliśmy.

Rekord odskoczył reszcie jak kolarz Froome peletonowi na 19. etapie Giro d’ Italia. Typowo polskie, wielkie, ale zarazem obolałe JA nadal wybrzmiewa w klubach. Mimo, iż przybyło kilku pomniejszych, to sponsor tytularny rozgrywek ciągle poszukiwany. Sędziowie z tradycyjną, chociaż może ciut rzadszą, huśtawką formy. Pozostaje więc trzymać kciuki za Rekord na arenie międzynarodowej oraz za selekcjonerem Korczyńskim, by głoszone przez niego zmiany kadrowe zaowocowały. Kolega Józef pewnie powie – tylko tyle. Odpowiem Ci Józefie – aż tyle.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Cieniem rzuciły się na polską piłkę niedawne ekscesy kibiców związane z finałową kolejką rozgrywek polskiej ekstraklasy piłki trawiastej. I to w czasie, gdy zbliża się rosyjski mundial, na który po dwunastu latach przerwy udaje się nasza reprezentacja. Problem z kibicami jest od dawna i – być może – wreszcie ktoś obudzi się i przestanie udawać, że nic aż tak złego nie dzieje się. Na szczęście kibicowskie zawieruchy nie dotarły jeszcze do futsalu. I przynajmniej w tym mała piłka jest lepsza od tej dużej. Jak wszechświat, niemal wszystko ma jednak swój początek oraz koniec. Dlatego nie możemy mieć pewności, że to „szczęście” nie zawita kiedyś i do hal.
Trudno ad hoc oceniać, kiedy i jak połączone siły państwa, polskiej piłki zdołają okiełznać, niejednokrotnie spychany na bok, problem. Chociaż raczej trudno o inne wyjście niż zaprowadzenie porządku na stadionach. Nie chcę zabawiać się w Pytię, niemniej nie jestem pewien, czy niektóre wypowiedzi padające z ust ważnych polityków, czy działaczy piłkarskich, nie były wodą na młyn dla ekstremalnych grup kibiców. A mam na myśli teorie o  ustalaniu ze strażą pożarną, na jakich zasadach race można na stadionach odpalać. Czy też określanie, że kibice, jak wszyscy obywatele, mają prawo do swoich poglądów i w ramach wolności mogą je wyrażać także na stadionie.

Rzucając takie słowa nie zdawały sobie pewnie owe osoby sprawy, że myśl ulatuje ptakiem, a powraca wołem. Dlatego, aż skręcam się z ciekawości, co władza wspólnie z piłkarskim związkiem zrobi, by chuligańskie ekscesy ze stadionów stały się wyłącznie wspomnieniem. Mimo wszystko nie liczyłbym jednak na odwzorowanie działań brytyjskiej premier Thatcher sprzed lat.   

Jako felietonistę, z wyników sportowych sezonu futsalowego 2017/2018 przed jego podsumowaniem, najbardziej z wielu niewiadomych intryguje mnie wynik barażowych meczów pomiędzy Gwiazdą Ruda Śląska a dziesiątym zespołem ekstraklasowym. I kto będzie tym „dziesiątym”. Rozumiem fanów klubów, że liczy się dla nich także medal, czy lokata zespołu, z którym sympatyzują. Podobnie ważne to jest dla zawodników trenerów – premie, czy działaczy – promocja wobec sponsorów. Ale tak naprawdę po latach pamiętamy mistrza, ewentualnie jeszcze tych co zostali zdegradowani. I to nie jest tylko przypadłość futsalowa, lecz całego sportu.

Ładnie to ujmują Amerykanie, którzy nie zajmują się medalami innego kruszcu niż ze złota. Hasło „Ameryka first” prezydenta Trumpa nie wynikło z niczego. Tam zawsze najważniejsze jest zwycięstwo. Lokata pierwsza, najlepsza. Wraz z dojrzałością sportową, a również i wiekową zauważyłem, że ideały barona Coubertina - twórcy nowożytnych Igrzysk Olimpijskich, mówiące iż najważniejszy jest udział, bezpowrotnie odeszły do lamusa historii. Chociaż w polskiej piłce z futsalem włącznie cieszymy się z zakwalifikowania do jakiegoś, jakichś finałów. Dla nas, to jest aż tyle. Dla innych – tylko tyle.

Polski futsal dojrzewa. Dojrzewa sportowo, czego doświadczyliśmy poprzez udział reprezentacji w finałach mistrzostw Europy Anno Domini 2018. Dojrzewa klubowo, czego doświadczamy od dwóch sezonów spoglądając na Rekord Bielsko Biała. Ale dojrzewa też mentalnie w głowach działaczy. Nie łykną już oni byle jakiej gadki ze strony jaśnie panującej związkowej Komisji. Nie łykną bezrefleksyjnie zapewnień prezesów związkowych o ich przyjaznym stosunku do futsalu. Nie łykną bezwolnie decyzji władz Spółki FE. Nie przyjmą bez zastrzeżeń tłumaczeń trenerów oraz zawodników odnoszących się do słabszych występów. I to jest ta wartość dodana tworząca się gdzieś tam w sportowej, wynikowej otulinie naszego futsalu.

Nie ma się więc co obrażać na krytyczne głosy. Głosy inne niż obowiązujące w trendzie, nie wiadomo zresztą na jakiej zasadzie tworzonym. A ponadto, kto ma ów trend ustalać, gdy roszady we wszelakich władzach futsalu dokonują się nad wyraz często. Radujmy się więc opisanym dojrzewaniem. I niech ono trwa, sięgając po kolejne grupy polskiej małej piłeczki.
Rozkochana w futsalu Lubawa nie sprostała w dwumeczu barażowym Gwieździe z Rudy Śląskiej i kolejny sezon spędzi w I lidze. Nabyła jednak pewnych doświadczeń, które powinny być zaaplikowane na nowy sezon, kiedy należy popróbować bezpośredniego awansu z pierwszego miejsca. Przykład białostockiego MOKS-u, który też nie od razu wszedł na salony jest do powtórzenia. Tego życzę za rok. Ale o czym innym chciałem kilka zdań wrzucić w kontekście Lubawy. Sebastian Grubalski był z kadrą w Brazylii. Ze słów selekcjonera Korczyńskiego – o ile nie dosłownie, ale na pewno pomiędzy wierszami tak – wyczytałem, że jest to przyszłościowy zawodnik i wart zainteresowania w orbicie reprezentacyjnej. Niemniej, dopadła – przynajmniej mnie - wątpliwość, czy I liga na dłuższą metę jest dobrym polem treningowym, rywalizacyjnym dla reprezentanta kraju.

Co prawda, Sebastian Wojciechowski sprawdził się jako reprezentant, będąc pierwszoligowcem, lecz nie każdy przypadek jest jednakowy. Znając niesztampowe podejście selekcjonera do powołań, zarządzania kadrą, jestem w staniem uwierzyć, że i kolejny pierwszoligowiec nie będzie przez to odrzucony. Jednak – o ile mogę coś jako felietonista doradzać – to rzekłbym, iż w ekstraklasie jest większa szansa na sportowy rozwój. Jak mówił Niccolo Machiavelli – jedna zmiana przygotowuje drugą. O ile tą pierwszą było powołanie do reprezentacji, to teraz czas na drugą. Zainwestowanie w rozwój.

Patrzę na tabelę ekstraklasy i oczom nie wierzę. Pogoń 04 blisko baraży. Kiedy powstawał przed laty szczeciński klub, niemal całą Polskę zachwycał jego rozmach działania. Wówczas to o Pogoni mówiło się jako o klubie, który może stać się wizytówką polskiego futsalu, następcą Cleareksu na arenie międzynarodowej. Jeszcze nikt – no może oprócz pana Szymury – nie myślał, iż berło przejmie Rekord. Nie minęła dekada, a nawet tylko jej połowa i Pogoń 04 znajduje się przed finałową kolejką ekstraklasy na łasce białostockiego beniaminka. Ale nam porobiło się. Jakoś tak nieciekawie – zacytuję słowa z rewelacyjnej polskiej trylogii komediowej o podlaskiej proweniencji w reżyserii Jacka Bromskiego.

No rzeczywiście porobiło się. Klub, w którym swoją futsalową karierę rozpoczynał obecny prezes Spółki FE, klub wydający trenera reprezentacji młodzieżowej, klub, przez który przewinęło się wielu reprezentantów kraju, walczy o prolongatę ekstraklasowego bytu na sezon przyszły. Niestety, taki jest sport. Czasami łaskawy. Czasami brutalny.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Futsalowy FC Toruń w maju dwukrotnie mi zaimponował. Po raz pierwszy, kiedy zremisował u siebie z niepokonanym, kroczącym do tego meczu bez straty punktu w futsalowej ekstraklasie, Rekordem Bielsko Biała. Po raz drugi, gdy ograł w Zduńskiej Woli Gattę i zapewnił tym temuż Rekordowi na dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek futsalowe mistrzostwo kraju.

Ciekaw jestem, czy w tymże maju podopieczni trenera Żebrowskiego zdołają jeszcze sięgnąć po srebrny medal mistrzowskiej rywalizacji. Innych emocji raczej już w ekstraklasie nie spodziewam się. Zresztą walka o mistrzostwo Polski w futsalu w sezonie 2017/2018  już od jednej trzeciej sezonu była nudna i tylko stawiano sobie pytanie, czy, albo kiedy, Rekord straci jakieś punkty.
Całkiem inaczej jest w boju o prolongatę ligowego bytu. Białostocki MOKS, który w pewnym momencie rundy zasadniczej walczył o miejsce w czołowej szóstce, teraz musi się mocno napocić, by uchronić się przed barażowaniem. Gdzieś tak końcem marca wspominałem białostoczanom, iż walka o byt jest trudniejsza niż o medale, ale nie chciano mi przyznawać racji. Obecnie wychodzi na moje, chociaż z tego nie cieszę się.

Zawsze podzielam pogląd, iż dobrze jest jak jeden z beniaminków dla swoistego „odświeżenia krwi” pozostaje w ekstraklasie. Po wycofaniu się z rozgrywek Lex Kancelarii pada na MOKS, by spełnić moją filozofię sportowego jestestwa.

Kilku moich znajomych, których niechcący pisaniem oraz mówieniem o futsalu zaszczepiłem tą dyscypliną, stwierdziło, że futsalowa ekstraklasa w tym roku nie zaimponowała im. Ciągle była jakby w tle – twierdzili. Jestem w stanie ich zrozumieć, gdyż sam liczyłem na lepsze przebicie się do świadomości polskiego kibica – nie tylko futsalowego. A tymczasem w mediach tak zwanego głównego nurtu sportowego ekstraklasowy futsal przechodził jakby bokiem. Nie powiem, żeby był to rok stracony, ale liczyłem na więcej. Zresztą wcale lepiej nie jawi mi się I liga, a nawet reprezentacja, którą zawiaduje piłkarski związek. Oprócz incydentalnych wydarzeń typu finały ME, czy mecze międzypaństwowe - ogólnie cicho.

I trzeba sporo natrudzić się, by coś sensownego znaleźć informacyjnie w mediach poza piłkarskiego, klubowego, związkowego, czy spółkowego nurtu. Nawet finałowy turniej Halowego Pucharu Polski w Opolu szybko zszedł z afiszy. A i kibiców na halę opolską za wielu nie przyciągnął. Myślę, że jest to szkopuł, który zarówno władze futsalowe w związku jak i spółki futsalowej w przyszłym sezonie powinny wziąć pod uwagę w swoich działaniach.

Niedawno wziąłem udział w konferencji o zarządzaniu klubem, a nawet większą strukturą. To, co tam mówiono, całkiem przystawało także do zarządzania futsalem, gdyż, moim zdaniem, polski futsal to taki większy, albo „bardziej większy” klub sportowy. W przeciwieństwie do wielu działaczy futsalowych, znam bowiem miejsce futsalu w polskim sporcie. Ba, nawet w polskiej piłce. I nie będę nigdy mówił, że jest, czy będzie popularniejszy od żużla albo kolarstwa. Nie wspominając o siatkówce albo matce żywicielce – piłce trawiastej.

Usytuowany będąc w strukturach organizacyjnych piłki nożnej trawiastej na zawsze pozostanie  takim przygarniętym dzieckiem, by nie napisać bękartem. I nie wiem, czy nie ma racji mój przyjaciel, recenzent Józef twierdzący od dawna, że w polskim futsalu najlepiej odnajdują się działacze. Zapewne coś w tym jest. Ale z drugiej strony bez zawodników i ci działacze byliby niepotrzebni – drogi Józefie.

Wracając  na chwilę do owej konferencji. Wynotowałem sobie z niej taki passus. Otóż ważnym elementem każdej jednostki powiązanej ze sportem jest struktura organizacyjna, która powinna być jasna i czytelna. To ona umożliwia właściwe zarządzanie. W tej strukturze nie można zapominać, że klub, spółka, czy komisja, to nie tylko piłkarze, trener, działacze, prezesi. To cała infrastruktura techniczna obiektów, rehabilitacja, odnowa, marketing, szkółki piłkarskie czy współpracujące najczęściej na zasadach outsourcingu, inne podmioty. I finalizując myśl, co wydaje się być kluczowe - czyli umiejętność delegowania zadań poprzez właściwe zakresy obowiązków czy polecenia ze strony osób kierujących. Najważniejsze jest, żeby każdy znał się na swojej pracy i chciał współpracować z pozostałymi. A tego właśnie polskim futsalu in corpore jest za mało.
Jeden z trenerów polskiego futsalu – nazwisko mi uleciało – powiedział niedawno, że polski futsal wymaga odmłodzenia. Naprawdę nic ucieszniejszego nie słyszałem od dawna w naszym futsalu. Nie wiem, czy ów trener (jaka szkoda, że nie zapamiętałem nazwiska, ale pewnie nikt znaczący, bowiem takiego zapamiętałbym) pragnie budować polski futsal od nowa za pomocą szkółek futsalowych. Na nowych naborach, bez zawodników, którzy nie spełnili się na trawie. Czy tylko zabezpiecza się przed brakiem wyników?

Jest to typowe wylewanie dziecka z kąpielą. Rodzimy futsal musi być konglomeratem młodości oraz doświadczenia. Inaczej trwać będzie w stagnacji. Każdy co lepszy kwiatuszek bowiem odejdzie do piłki trawiastej. Tej popularniejszej i lepiej dającej zarobić. Tak zrobili kiedyś sędziowie – Górecki, Musiał, Frankowski. Wielu piłkarzy, biegających teraz po trawie, a nawet w reprezentacji. Nawet trener Juszczak pozostawił futsal dla sztabu szkoleniowego pana Nawałki. Więc po co to mamienie o odmładzaniu. Czy nie lepiej wziąć się do solidnej roboty? Merytorycznej bez pustosłowia?
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Dziwnie mało futsalowe portale internetowe w naszym kraju poświęciły rozgrywanemu w w miniony weekend w Saragossie - stolicy hiszpańskiej Aragonii Final Four UEFA Futsal Cup. A przecież grały najlepsze futsalowe teamy Starego Kontynentu. Na szczęście o tych najwierniejszych sympatyków piłki halowej zadbał, Polsat dając transmisje najważniejszych meczów.  I był jednym z sześciu europejskich nadawców, którzy się na taki krok zdecydowali. Chapeau bas.

Statystycznie odnosząc się do składu finału, zaserwowana została nam powtórka sprzed roku. Hiszpański Movistar Inter Futbol Sala okazał się ponownie lepszy do portugalskiego Sporting Clube de Portugal z Lizbony. I tym razem padło siedem goli (5-2, rok temu było 7-0). Jednak dla mnie największą niespodzianką, a powiedziałbym nawet sensacją, był udział w gronie czterech najlepszych futsalowych teamów Europy sezonu 2017/2018 węgierskiego Rába ETO Győr. Rekordzie z Bielska Białej, panie prezesie Szymura - wzór jest niedaleko. Trzeba nadal próbować. Cierpliwość w futsalu do podstawa. 
Dla felietonisty, a na dodatek sympatyka polskiego futsalu, nie będzie nadużyciem napisać, że saragoski finał był przygrywką do Final Four Halowego Pucharu Polski, który zostanie rozegrany w najbliższy weekend w Opolu. Trzy ekstraklasowe zespoły (Rekord, MOKS Białystok, Red Dragons Pniewy) spróbuje pogodzić pierwszoligowy AZS Uniwersytet Zielonogórski. I po raz drugi w tym felietonie chapeau bas. Tym razem dla zielonogórzan, którzy potrafili przebić się przez gęste eliminacyjne sito do najwyższej pucharowej półki.

Szperając po portalach, szukając materiałów o obecnej edycji HPP natknąłem się na informację, że Rekord nie trafił w poprzednich rundach na zespół ekstraklasowy. I w półfinale też mu się to nie uda, gdyż zmierzy się z AZS. Rekordzistom zapewne, przy obecnej ich formie, jest obojętne na kogo trafią. Ale ciekawostka pozostaje w annałach. Na dodatek zdarza się to już drugi raz, biorąc pod uwagę niedawne edycje. Wydaje się puentując ten akapit, że każdy inny wynik, niż wygrana w Final Four HPP Rekordu, będzie sensacją - co najmniej. Niemniej, jak to mówił niezapomniany trener Kazimierz Górski – „Dopóki piłka w grze...”. 

Organizatorem opolskiego finału jest PZPN. I nawet jak przekazał jakieś pola organizacyjne agendom terenowym (opolski klub, opolski związek piłkarski), to od piłkarskiej centrali raczej należy wymagać, by przynajmniej z meczu finałowego była transmisja na żywo w normalnej telewizji. Normalnej, czyli dostępnej dla przeciętnego zjadacza chleba kraju na Bugiem, Wisłą oraz Odrą położonym. Inaczej wstyd będzie, że możemy sobie popatrzeć w telewizor i zobaczyć biegających po saragoskiej hali futsalistów z Europy, a nie zobaczymy naszych rodzimych. Cały ten akapit piszę oraz traktuję w formie gdybania, gdyż jestem poza Polską w chwili pisania tych słów i nie mam możliwości sprawdzenia programu telewizyjnego na weekend nadchodzący. Liczę, że w kolejnym felietonie będzie okazja na pochwały dla związku. Nie chciałbym mylić się.

Orzeł Jelcz Laskowice nie okazał się w ostatecznym pierwszoligowym rozrachunku nielotem i też awansował do futsalowej ekstraklasy. Gratulowałem już prezesowi Bednarzowi, a teraz pogratuluję całej tamtejszej społeczności futsalowej. Cieszy mnie, że kolejny z „otwartą futsalową głową” działacz dołączy do Spółki FE. W Spółce zawsze pozytywnie zakręconych futsalem powinno przyjmować się z otwartymi rękoma. Nigdy ich za wiele. To raz, a po drugie dobrze stało się, że Dolny Śląsk odzyskał miejsce w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej futsalu. Teraz jeszcze proszę o awans Lubelszczyznę oraz Mazowsze.
Rzadko w felietonach cytuję polskich prezesów od futsalu. Ale muszę zacytować prezesa Jenczmionkę z gliwickiego Piasta. Padły z jego ust w internecie słowa o takiej pewności, jakiej już dawno nie słyszałem wypowiedzianych przez prezesa polskiego klubu futsalowego. Dawniej z takiej pewności słynął prezes Cleareksu, pan Wolny. Ale to już minione czasy. Obecnie pan Wolny już nie prezesuje.

Prezes Jarosław powiedział – „Zamierzamy rozegrać pięć dobrych meczów i dopisać sobie 15 punktów. Uważam, że to jest naprawdę możliwe. Ostatni mecz z Rekordem pokazał, że graliśmy jak równy z równym, a to zespół, który jest poza zasięgiem naszej ligi. A jeśli potrafimy grać z nimi jak równorzędny rywal, to z pozostałymi zespołami także”. Nic tylko przyklasnąć. Lubię takie odważne stawianie sprawy. Jest to ciekawe zadanie dla trenera oraz zawodników. Jak prezes tak mówi, to nie wypada go zawieść.

Po podziale punktów oraz na grupy w ekstraklasie futsalowej jest nadal ciekawie. Szczególnie pojedynki o wicemistrzostwo oraz trzecie miejsce w górnej połówce powinny być fascynujące. Pomiędzy drugim zespołem a czwartym są tylko trzy punkty różnicy. Zresztą podobnie jest w dolnej połówce. Siódmy zespół ma tylko 3 punkty przewagi nad dziesiątym, czyli tym, który będzie musiał barażować z lepszym z wicemistrzów I ligi.

Nie odważyłbym się stawiać na medalistów, czy spadkowiczów już teraz. Ale, przestrzegam, nie należy lekceważyć Cleareksu. Z drugiej strony jestem ciekaw, czy wreszcie zaowocuje w Wieliczce praca pana Bucciolla. Maj piękny miesiąc, zielony, kwitnący, niech więc i nasz futsal przed wakacyjną przerwą rozkwitnie poziomem.   

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS