Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Frank Zappa, znany amerykański muzyk, a także aktor, scenarzysta, reżyser, szydził wielokrotnie z różnych wieszczów, polityków, pozerów. Ironicznie ukazywał życie. Odnosząc się do polityki powiedział nawet, że jest jedną z gałęzi przemysłu rozrywkowego. I tylko szkoda, że nie odniósł się takimi słowami też do sportu. Byłoby to jak najbardziej uprawnione, gdyż na naszych oczach sport przemienia się w niezwykle lukratywny biznes. Co prawda, jeszcze futsal ma się nijak do biznesowego spojrzenia, ale jego starszy brat, czy też siostra – piłka trawiasta jak najbardziej jest biznesem. I zauważalne jest to także coraz bardziej w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Szczególnie od początków prezesury pana Bońka, który często mówi o związku jako korporacji.

Aż marzy mi się, patrząc na to, taki nieco mniejszy „Boniek” od futsalu. Niestety, jak na razie, mimo wielu roszad personalnych w komisji związkowej oraz spółce futsalowej, muszę obchodzić się smakiem. No bo jak inaczej podchodzić choćby do zdarzeń powiązanych z mającym odbyć się 30 marca towarzyskim meczem z Białorusią w Koszalinie. Ten jakże ważny ostatni sprawdzian naszej kadry przed elbląskimi futsalowymi eliminacjami ME odbędzie się w sporej mierze dzięki wstępnym prywatnym rozmowom osób spoza oficjalnych struktur. Chwała też trenerom reprezentacji, którzy uparcie walczyli o sparingpartnera, gdy kilka nacji nam odmówiło. Już o tym pisałem, ale jeszcze raz powtórzę – nie tak powinna wyglądać futsalowa dyplomacja.

A jak już jestem przy biznesowym podejściu do futsalu, to zwrócić muszę uwagę na zapobiegliwość arbitrów. Zawsze byłem pod wrażeniem ich dbałości o apanaże. Otóż i tym razem udało im się przekonać związkowe władze i od sezonu 2017/2018 otrzymają całkiem ciekawe podwyżki. Zapewne czytający te słowa prezesi oraz skarbnicy klubów z wrażenia pootwierają usta. I nie będzie im wcale do śmiechu. No cóż, tak to jest w przyrodzie przyjęte, ktoś musi stracić, aby ktoś inny zarobić mógł. I szkoda tylko, że pan Zappa już nie tworzy, bo miałby niezły tekstowy motyw.
Komisja Futsalu i Piłki Plażowej może oficjalnie odfajkować zakończenie finałów młodzieżowych mistrzostw Polski w futsalu sezonu 2016/2017. W siedmiu kategoriach wiekowych mężczyzn oraz kobiet wystąpiło niemal 200 zespołów. Przybywa ich rokrocznie i liczba może zadowalać, ale chciałbym aby jakiś sensowny szkoleniowiec od młodzieży wypowiedział się o poziomie sportowym. Medalowo zakasowały wszystkich kluby ze Śląska, zdobywając dwa tytuły mistrzowskie, trzy wicemistrzowskie oraz cztery brązowe medale. Kolejna pozycja przypadła Warmii i Mazurom. Kluby tego regiony mogą poszczycić się największa ilością tytułów mistrzowskich, bo aż trzema. W czołowej trójce plasuje się Małopolska z czterema medalami (1 złoty, 2 srebrne, 1 brązowy). Jeden złoty medal oraz jeden brązowy stał się udziałem klubów Mazowsza. Jedno srebro i jeden brąz przypadł Kujawsko-Pomorskiemu, a jedno srebro Lubelszczyźnie. Raptem medalami obdzieliło się 6 związków wojewódzkich na 16 działających.

Dlaczego tylko sześć  - chciałoby się zapytać. Oczywiście brały udział w mistrzowskich grach drużyny z 16 regionów, tylko nie trafiły im się zdobycze medalowe. Jako felietonistę najbardziej niepokoi mnie posucha w zachodniopomorskim, gdzie szefuje odpowiedzialny za polski futsal z ramienia kierownictwa PZPN wiceprezes Bednarek i skąd pochodzi trener reprezentacji do lat 19 Łukasz Żebrowski. Nieciekawie jest także w gronie klubów ekstraklasy oraz I ligi. Wiele z nich nie posiada własnych zespołów młodzieżowych i opiera się dla zaspokojenia wymogów licencyjnych na zaprzyjaźnionych klubach szkolących młodzież. Nie jest to dobry prognostyk dla polskiego futsalu i rzuca spory cień na całość systemu rozgrywek mistrzostw młodzieżowych.

Z klubów chciałbym wyróżnić i postawić za wzór godny naśladowania, Rekord Bielsko Biała. Rekordziści przywieźli do klubu dwa tytuły mistrzowskie i trzy trzecie miejsca. Dwa tytuły, to zdobycz OKS Stomil Olsztyn. Jeden tytuł przypadł BSF Bochnia, do którego należy dopisać dwie czwarte lokaty. Złotym blaskiem świecą jeszcze AZS UW Warszawa oraz Constract Lubawa. Dobrze byłoby, gdyby Komisja FiPP PZPN w kolejnych latach przysposobiła się  do załatania czarnych, młodzieżowych dziur futsalu, takich jak wspomniane wyżej zachodniopomorskie. Sposobów na to jest kilka. Pokibicujemy, by wybrano najlepszy.
Bywając w Zamościu, spaceruję po przepięknej starówce i przypominam sobie słowa Jana Zamoyskiego -  kanclerza oraz hetmana wielkiego koronnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zapisane w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej (taki ówczesny uniwersytet) brzmią następująco – „Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie”. Po ponad 400 latach ta sentencja nie straciła na aktualności i jest przytaczana na różne sposoby przez rozmaitej maści felietonistów. Posłużę się więc nią i ja dla dobra polskiego futsalu. Aby szkolić młodzież, a nawet całość zawodników futsalowych należy najpierw samemu zdobyć umiejętności.

Dobrze dzieje się, że od dwóch – trzech lat PZPN poprzez Komisję FiPP organizuje kursy UEFA uprawniające do otrzymania licencji szkoleniowca futsalowego. Taki kurs uefowski możliwy jest tylko jeden rocznie. Był już w Krośnie, następnie bodajże w Toruniu, teraz będzie w Katowicach. I dobrze. A może byłoby nawet bardzo dobrze, gdyby nie sygnał jaki niedawno przyszedł z futsalowego terenu. Sygnalizowano mianowicie, iż jakoś dziwnie szablonowo podchodzi się do lokowania kursantów w zakresie przyjęcia. Jako felietonista zauważam jedynie temat, bo nie tkwi on w moich kompetencjach dziennikarskich. Jest to domena tak zwanych dziennikarzy śledczych - a takich przy futsalu nie brakuje - i im pozostawiam zgłębianie problemu w odniesieniu do prawdy całkowitej. 

Ze swojej strony chciałbym zaznaczyć twórczo, że kursy mają służyć całej Polsce, a nie jakiemuś wyimaginowanemu ośrodkowi wiodącemu. Myślę, że zrozumiany zostanę przez kolejnych organizatorów i przyszli kursanci nie będą się niepokoić. Najlepiej byłoby, gdyby PZPN zajmował się kwalifikacją personalną i nie zawracał tym głowy regionalnym związkom. Zawsze to z centrali widzi się lepiej potrzeby. Patrząc na tytuły Wielkiego Hetmana Zamojskiego dobitnie widać, że głosząc swoją wiekopomną sentencję myślał o całej Rzeczypospolitej.      

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Chciałbym kiedyś napisać, że w naszym futsalu wszystko jest normalne. Że wszystko jest przewidywalne. Że nie trzeba użerać się o drobiazgi. Że każdy robi swoje, a nie podgryza innego. Że obietnice oraz umowy są dotrzymywane. Że merytoryczna wiedza, a nie układy i znajomości osobiste decydują. Że wszyscy ludzie futsalu mówią jednym głosem. Że sędziowie nie mylą się. Że każdy działacz czy trener robi swoje najlepiej jak potrafi. I nie jest w tym nic dziwnego, że takie mam marzenia. Przecież żyjemy rzekomo w kraju cywilizowanym, gdzie już nie wyciąga się topora, aby rywala uwalić. Przecież nasz futsal ma aspiracje bycia w dziesiątce Europy.

Tymczasem obserwuję jak pewne regiony futsalowe Polski nie mogą się pogodzić, że nie dano im w ręce większej władzy. Jak wycina się z różnych zadań, szkoleń, opcji ludzi spoza pewnych układów. Jak stara się zdobywać pozycje niemal według hasła marszałka Rydza-Śmigłego, czyli „Nie oddamy ani guzika”. Nikt nie odbiera, powiedzmy przykładowo Śląskowi historycznego pierwszeństwa w tworzeniu futsalu, chociaż nie jest to aż tak klarowne w zapisach. Ale nie ma możliwości przyznawania działaczom jakiegokolwiek regionu Polski patentu na futsalową nieomylność. I to z prostego powodu – nie ma ludzi nieomylnych. Nawet szef partii rządzącej przyznał to niedawno w aspekcie ustawy sejmowej o wycince drzew.
Prezes Boniek w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego rzucił takie zdanie – „Dzisiaj największym problemem polskiej piłki są zasoby ludzkie. Im niżej się idzie, tym są one słabsze. O to musimy zadbać. Bo to da jakość naszej piłce”. Święte słowa, panie prezesie. Nie inaczej i ja myślę, pisząc felietony. Ale pozwolę sobie nieco pobronić owych zasobów z niskich szczebli – w domyśle terenu.

Warto czasami rozglądnąć się, panie prezesie, czujniej i może okazać się, że niemal na wyciągnięcie ręki okazjonalnie znajdziemy słabe zasoby. To tak tytułem dygresji. Niemniej będąc już przy owych mitycznych zasobach ludzkich zapytam nieśmiało, czy nie dałoby się losować Halowego Pucharu Polski na wizji, przynajmniej internetowej. Być może tak jest, lecz jakoś nie zauważyłem i dlatego wywołuję temat. Raz na zawsze ucięłoby się wszelkie „pogaduszki” o dziwnych zestawach par. Osobiście nie mam wątpliwości, że tylko i wyłącznie ślepy los paruje kluby. Ale – jak mówią – strzeżonego Pan Bóg strzeże. Po co więc dawać pożywki różnej maści konspiratorom, gdy korzystając z techniki każdy z zainteresowanych będzie mógł sobie wszystko obejrzeć naocznie. A przy okazji zobaczy ładne wnętrza odnowionych pomieszczeń siedziby PZPN, a i trochę ładnych twarzyczek pań pracujących w biurowcu przy Bitwy Warszawskiej.

Kiedyś byłem wzywany jako delegat ds. bezpieczeństwa ekstraklasy trawiastej do wyjaśnienia pewnego zdarzenia z udziałem sędziego zawodów. Okazało się bowiem, że obserwator, do którego należy ocenianie zachowań arbitrów w momencie zdarzenia miał odwróconą uwagę, ponieważ jego sąsiad na trybunie głośno kichnął. Tak oto kichnięcie, czy raptowne otwarcie parasola przed obserwatorem może przeszkodzić w wydaniu rzetelnej oceny arbitrowi. W futsalu przynajmniej numer z parasolem nie przechodzi. Niemniej, dyskusji o sędziowaniu jest wiele. Chociaż na pewno mniej niż kiedyś, bo i poziom wzrósł. Ale, aby nie było nudno, od czasu do czasu jakieś kwiatuszki zdarzają się.

Błędy są rzeczą ludzką i nawet starożytni to uwzględniali filozoficznie mówiąc – „Errare humanum Est” (mylić się jest rzeczą ludzką). Rzeczywiście błędy można od czasu do czasu wybaczać, o ile nie są wynikiem umyślnego działania. Gdy jest inaczej mamy do czynienia z dalszą częścią tej łacińskiej sentencji brzmiącą następująco – „Sed in errare perseverare diabolicum” - czyli „Jednak pozostawać przy błędzie jest rzeczą diabelską”. To prawda i wtedy takie „diablątko sędziowskie” powinno być wykluczone. Często w rozmowach z arbitrami, czy obserwatorami spotykam się z takim oto uzasadnieniem błędnego zachowania sędziego - „Stał dobrze, ale widział źle”. Nie przemawia do mnie ta stricte teoretyczna sztuka ustawiania się. Wolę, aby był nawet źle ustawiony, byle widział dobrze. Jeszcze gorzej jest, gdy błąd sędziego kończony jest golem. Na Boga, to jest niemal jak cięcie katowskim mieczem. Bywa też, że jest to gol decydujący. I co dzieje się. Zawodnicy nie otrzymują premii za wygrany mecz, ale sędzia ryczałtową związkową gażę pobiera. Nie widzę w tym sprawiedliwości. Może spektakularnie przydałoby się coś zmienić. Wyrównać straty. Nic bowiem bardziej nie boli jak brak widoku żywej gotówki.
Finalizując jeszcze słowo w ramach motywu powracającego (leitmotivu) o zasobach ludzkich tytułem niewielkiego resume na przykładzie trenerów. Już trzy kluby ekstraklasy zmieniły w tym roku szkoleniowców. I to wszystkie z dołu tabeli. Widać, prezesom puszczają nerwy. Zapowiada to tylko coraz bardziej pasjonującą walkę po podziale punktów. Czy zmiany pomogą? Nie wiem ani ja, ani owi prezesi. Klasyk mówi – i pewnie ma rację – drużyny nie zmienimy, bo transfery zamknięte, a trenera jakoś się znajdzie. Praktyk dodaje – łatwiej zmienić jednego szkoleniowca niż czternastu kopiących. Życzę, aby w rozrachunku sezonowym zmieniający osiągnęli korzystny bilans. Inaczej będzie to tylko sztuka dla sztuki z cyklu pobożnych życzeń. Bo z próżnego, drodzy prezesi, i Salomon nie naleje.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...