Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Jak szybko minął miesiąc spostrzegłem się dopiero, gdy kolega Józef zadzwonił z pretensjami o braku felietonów. Nie każdy – drogi Józefie – jest emerytem z górniczym urobkiem i może sobie latać po Karaibach, czy gdziekolwiek indziej. Są ludzie, którzy nawet nie będąc na emeryturze muszą dorabiać. Ale rzeczywiście zaniedbałem co nieco futsal. I pewnie niektórzy byli zadowoleni z tego, a inni - tak jak kolega - zawiedzeni.

Jednak jestem i piszę. Przeanalizowałem miniony miesiąc i muszę stwierdzić, że nic aż tak nadzwyczajnego w tym czasie w naszym futsalu nie zaszło. Podopieczni selekcjonera Korczyńskiego przegrali dwa mecze z Serbami – co było do przewidzenia. W Gliwicach oraz Katowicach odbyła się konferencja futsalowa - i też nie osiągnięto wspólnego konsensusu różnych opcji polskiego futsalu – co też było do przewidzenia. Jako felietonista kadrę pana Korczyńskiego Anno Domini 2018 przyjmuję – pisząc po wojskowemu – jako rozpoznanie bojem przed kolejnym ważniejszym sezonem i z dystansem patrzę na obecne jej wyniki. Natomiast z konferencyjnym projektem profesora Sitarza wiążę większe nadzieje. Nawet większe niż z projektem ekstraklasowej spółki. A powodem jest jego szersze otwarcie na całość polskiego futsalu, a nie tylko na określony jego wycinek.

W galerii polskiego futsalu było, jest i zapewne będzie wiele postaci godnych zauważenia. Jedni byli, są, czy będą Don Kichotami. Inni tylko Sancho Pansą. Różnie można mówić, myśleć o tych bohaterach z hiszpańską proweniencją znakomitej książki pana Cervantesa. Niemniej, budzili oni szczególną sympatię czytelników. Nie napiszę, że w polskim futsalu nie znajdą się osoby, które sympatii nie budzą, bo byłaby to najzwyklejsza nieprawda. Tak jak są takie, które sympatią cieszą się. Lecz ogólnie najgorzej jest z zaufaniem. Zaufaniem na linii jednostek, jak w kontekście relacji podmiotów poziomych oraz pionowych. I właśnie w działaniach - niezależnych od związku piłkarskiego, klubów, czy organów ligowych - różnych grup futsalowych, stowarzyszeń, zrzeszeń i podobnych widzę największą szanse na rozwój polskiego futsalu. Nie będę podpierał się górnolotnie słowami o jedności, gdyż nie o to mi chodzi. Wolę bowiem tak zwaną „szorstką przyjaźń” niż wymuszanie dla idei pozorowanej lojalności.

Jeden z polskich dziennikarzy sportowych napisał, że nie zna bardziej niesłownej grupy zawodowej niż piłkarze (dodałbym jeszcze politycy). Z drugiej strony oddał cześć kibicom, stwierdzając, iż mało jest związków tak wiernych, miłości na dobre i na złe, tak trwałych, jak te na linii kibic-klub. Pewnie nic dodać, nic ująć. Ale nie piłkarzami chciałbym zająć się teraz. Też nie kibicami. Mając miesięczny czas przemyślałem sobie polski futsal w kontekście współpracy, czy ważkości zadań albo inaczej – włożonego wysiłku w polski futsal przez Komisję Futsalową, spółkę ekstraklasową, związki wojewódzkie, kluby futsalowe. I wyszło mi, że najtrudniej jest w klubach. Tej podstawie futsalowej. Dlatego chylę czoła przed działaczami klubowymi. To oni „dają utrzymanie” związkowej „wierchuszce futsalowej” w postaci Komisji. To oni dają utrzymanie władzom spółki FE. To oni pozwalają zaistnieć Komisjom, czy Wydziałom Futsalu w piłkarskich związkach wojewódzkich. To oni wreszcie pozwalają od jesieni do wiosny poemocjonować się kibicom i co nieco dorobić sędziom. Panowie, działacze klubowi, a przy okazji też piłkarze w klubach futsalowych – tak to prawda, bez Was nie byłyby potrzebne stanowiska dla działaczy w związkach i podobnych organizacjach tworzących rozgrywki ligowe. Chapeau bas.

Pisząc powyższe słowa proszę nie wyobrażać sobie, że zapominam o wymogach płacowych piłkarzy, czy nieudolnych prezesach. Broń Boże, nie zapominam. Ale nie chciałbym mnożyć negatywów. Najzwyczajniej, nie mam bowiem recepty na rozwiązanie natychmiastowe problemów polskiego futsalu. Patrząc od strony działacza wojewódzkiego zauważam, że będąc w jednym związku piłkarskim powinienem współpracować z „Komisją Centralną”. Ale z drugiej strony, spoglądając jako terenowy związkowiec widzę, że mogę działać równie dobrze bez jej wsparcia. Tym bardziej, że przepływ informacji od centrali do dołów związkowych jest raczej mało informacyjny, czy niezbyt częsty. A marzy mi się każdorazowy komunikat do związku wojewódzkiego, co mądrego postanowiono na posiedzeniu komisji w centrali związkowej. I chyba nie jest to zbyt wielkie marzenie.

Kiedy patrzę jak prezes Boniek zaprasza prezesów Wojewódzkich ZPN na mecze międzypaństwowe reprezentacji seniorskiej, trawiastej czuję się trochę głupio nie otrzymując jako szef struktur futsalu w wojewódzkim związku podobnego zaproszenia - i to wcale nie na koszt pobytowy PZPN – na mecze futsalowe naszej reprezentacji. Przynajmniej te w Polsce rozgrywane. Czy tak trudno wygospodarować miejsce na trybunie. Nie wierzę. O ile pamiętam ostatni raz, gdy zaproszenie z PZPN poszło do wszystkich przewodniczących wojewódzkich struktur futsalowych, był mecz w Szczecinie z Kazachstanem (chyba, że były inne, tylko do mnie nie doszły). I było to za kadencji poprzedniej Komisji. A decyzję podjął prezes Jan Bednarek, za podpowiedzią pana Duraja. Może czas przypomnieć sobie o takim jakby futsalowym savoir vivre i powtórzyć to. Być może dla szanownej komisji związkowej jest to drobnostka, ale właśnie nieraz takie drobnostki budują atmosferę i współpracę. Komu jak komu, lecz to właśnie futsalowej komisji związkowej w PZPN powinno zależeć najbardziej na wprowadzeniu w miarę rozsądnej współpracy futsalowej różnych gremiów oraz organizacji (tych sformalizowanych i jeszcze niezrzeszonych) parających się „małą piłką” w Polsce. Proszę mi wierzyć – a przerobiłem to na własnej skórze – działaczem się bywa, a futsal zostaje. I nie bywanie na zjazdach PZPN decyduje o jego kondycji.

Jest rzekomo taki przepis na udane małżeństwo. I to długoletnie. „Należy wziąć szczyptę kompromisu, dodać do tego nutkę inicjatywy, dwie krople goryczy, łyżeczkę zazdrości, gotować na wolnym ogniu do wyparowania”. Osobiście jestem za. Dla dobra futsalu.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Igrzyska Olimpijskie są marzeniem każdego sportowca. Start w nich jest niewątpliwą nobilitacją. Nie sądzę, aby futsal kiedykolwiek zagościł na tej imprezie. Tym większą mam pewność, kiedy widzę, że nawet Brazylijczycy, którzy w dyscyplinie są zakochani, nie zaproponowali futsalu jako chociażby dyscypliny pokazowej na organizowanych przez nich igrzyskach w Rio de Janeiro w roku 2016. Ale są nacje – i to w naszym bliskim sąsiedztwie, które mogą poszczycić się udziałem w zawodach noszących w nazwie miano Igrzysk Olimpijskich. Co prawda, pełna nazwa imprezy brzmi - Letnie Igrzyska Olimpijskie Młodzieży, lecz wpis olimpijski do sportowego Curriculum Vitae pozostaje na lata.

Takie Igrzyska zakończyły niedawno się w argentyńskim Buenos Aires. W programie był też młodzieżowy futsal dla uczestników urodzonych w latach 2000-2003. Nie wiem, czy w polskim związku piłkarskim znano zasady kwalifikacji do tych igrzysk i czy się do nich przymierzano. Znając jednak zainteresowanie kopaną piłką halową mogę domniemywać, że nie było wielkiego parcia na udział w imprezie. A szkoda, gdyż skorzystali z możliwości udziału Słowacy, z którymi rokrocznie potykamy się w Turnieju Wyszehradzkim.

Tradycyjnie też na starcie pojawili się młodzi Rosjanie, kierowani przez głównego trenera seniorskiej Sbornej, Siergieja Skorowicza. To tylko świadczy, jak wielką wagę przywiązuje się w Rosji do szkolenia. I nie dziwmy się później, iż ciągle znajdują się w strefie medalowej wielkich imprez seniorów w futsalu. Gwoli felietonowego podsumowania wstępu olimpijskiego, nadmienię jeszcze, że mistrzami zostali Brazylijczycy, pokonując w finale właśnie młodych Rosjan. Jeszcze dodam, iż ozdobą finałowego meczu był samobójczy (!) gol futsalisty rosyjskiego już na początku spotkania (można to trafienie zobaczyć w internecie).

Wspomniany wyżej Siergiej Skorowicz to niezwykle charyzmatyczna postać rosyjskiego futsalu. Kiedy o północy patrzyłem na finałowy mecz w Buenos Aires, uprzytomniłem sobie, jak ważny musi być ten turniej dla rosyjskiej małej piłki, gdy delegują na zawody najważniejszego coacha futsalowego w kraju. Skorowicz żyje futsalem. Można z nim o futsalu dyskutować długimi godzinami, czego osobiście doświadczyłem.

Innym wschodnim omnibusem futsalowym był Gienadij Lisenczuk z Ukrainy – długoletni selekcjoner tamtejszej reprezentacji, a ponadto niemal alfa i omega ukraińskiej piłeczki halowej. Zarówno Skorowicz jak i Lisenczuk to ikony futsalowe w ich krajach. Gdy tak przy wymienianiu tych nazwisk pomyślę, kto w Polsce mógłby uchodzić za taką ikonę futsalową, znaną poza granicami kraju i na różnych futsalowych forach, jakoś klawiatura mi się zacina. Nie znaczy to, że ludzie polskiego futsalu są nieznani. Niemniej, kudy im do autorytetu międzynarodowego wyżej wymienionych.

Jak już jestem dłużej przy Skorowiczu, to zaprezentuję moje marzenie, które tuła mi się po umyśle od lat. Jest to marzenie, którego nie mogłem zrealizować w polskim futsalu. Nie realizowano go też przede mną, a i po mnie też jakoś nikt nie pali się, by taki pomysł zmaterializować. Twierdzę mianowicie, że selekcjoner seniorskiej reprezentacji futsalowej powinien być na zadowalającym go etacie w PZPN. I nie tułać się po pierwszoligowych klubach jako trener. A nawet – biorąc za wzór rosyjskich olimpijczyków - powinien mieć też etatową pieczę nad reprezentacją młodzieżową.

O takie postawienie sprawy apeluję do prezesa Bednarka, przewodniczącego Kaźmierczaka oraz dyrektora sportowego Majewskiego. Nie piszę tego – aby było jasne – przede wszystkim z sympatii do obecnego selekcjonera, którego szanuję za futsalową wiedzę, lecz czynię to z troski o polski futsal.

Kolejka polskiej ekstraklasy futsalowej z minionego weekendu sypnęła niespodziankami a może nawet sensacjami. Nie sądzę, aby znalazł się ktoś, kto trafnie wytypowałby wyniki. Osobiście – mówiąc szczerze – trafiłbym tylko wygraną będącego – jak na razie – w zwycięskim transie Cleareksu w Szczecinie. No, może jeszcze pokusiłbym się o postawienie na wygraną pniewian z wyraźnie będącą bez formy drużyną Piasta Gliwice. Miło, iż już na początku rozgrywek nie jest nudno. Rekord przegrywa teraz, a nie jak w minionym sezonie, dopiero gdzieś wiosną.

Dół tabeli jest udziałem Piasta oraz Gatty ze Zduńskiej Woli. Obydwa teamy akademickie grają w taką kratkę, że dla stawiających w zakładach są najbardziej nieprzewidywalnymi zespołami tej ligi. Pojedynek beniaminków rozstrzyga na swoją korzyść ten skazywany na degradację, pokonując tego, który - wzmocniony zagranicznymi internacjonałami - ma walczyć o medale. Wreszcie odnajduje się MOKS, którego kilku zawodników - po euforii jaka niewątpliwie była ich udziałem w ekipie wicemistrzów świata szóstek piłkarskich - wraca do futsalowej rzeczywistości. Jednak zmartwił mnie Rekord. Mimo, iż miał przeciwnika z wysokiej krajowej półki, to nie odnalazł się dużej toruńskiej hali. A Elite Round coraz bliżej. Zarzuci ktoś, że w wywodzie ekstraklasowym nie wspomniałem o zawodnikach. Przyjdzie kiedyś i na to czas, ale trzeba zapracować systematycznością i poziomem w pewnym przedziale czasowym. Nie będę chwalił, czy ganił za jedną kolejkę. Zresztą tym zajmują się branżowe portale i dajmy spokój felietoniście.

Kolega Józef jadąc ze Śląska do Gdańska wstąpił do mnie w Warszawie i przekazał mi ważną wieść o organizowaniu jakiegoś tam lecia polskiego futsalu. I jak to on potrafi, od razu sarkastycznie ocenił – nie ma wyników, to będą odznaczenia. Drogi Józefie – jakieś tam wyniki są. I kadra w na finałach w Słowenii, i Rekord w gronie najlepszych w Europie. W futsalu za często nie nagradzają. Związek nie jest aż taki hojny dla dyscypliny, więc każda okazja jest dobra. Oby tylko nie okazało się, iż pierś wypną do orderów głównie ci najbliżsi władzy. A o takich – jak choćby mój kolega – zapomni się. Ale o tym przyjdzie też jeszcze czas napisać. Im będzie bliżej imprezy i jaśniej w sferze nagrodzeń.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...