Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

W cieniu spektakularnego triumfu siatkarzy, którzy obronili we włoskim Turynie mistrzostwo świata, reprezentacja Polski szóstek piłkarskich w portugalskiej Lizbonie wywalczyła, podczas I mistrzostw globu w tej dyscyplinie, wicemistrzostwo świata. Wicemistrzostwo w tej popularnej, ale nieolimpijskiej – jak i futsal – dyscyplinie. Gratuluję. Tym bardziej gratuluję, że do sukcesu poprowadził naszą „srebrną szóstkę” futsalowy trener, Klaudiusz Hirsch. A w gronie srebrnych zawodników znaleźli się znani z futsalowych parkietów – Norbert Jendruczek, Adrian Citko, Mateusz Lisowski z MOKS Białystok; Marcin Grzywa z Piasta Gliwice; Mariusz Milewski z Gatty Zduńska Wola oraz Krzysztof Elsner z FC Toruń. Tylko niemiecki Mannschaft okazał się lepszy od Polaków.

Co prawda, piłkarskie szóstki są niszową, niemal na równi z futsalem dyscypliną piłkarską w dziedzinie piłka nożna, niemniej sukces nie przeszedł bez echa. W niedzielnym Cafe Futbol w Polsat Sport poinformował o nim sam redaktor Mateusz Borek. Cóż, teraz czas na futsal. Czas podjąć rzuconą rękawicę i powalczyć nie tylko o udział w jakimś finałowym światowym, czy europejskim czempionacie, lecz o wysokie lokaty. Jeżeli dyscyplina nie mająca za sobą, czy nad sobą związkowej „czapki” potrafi osiągnąć tak dobry wynik, to jak należy interpretować brak sukcesów ze strony dyscypliny, za którą stoi najpotężniejszy w kraju związek sportowy. Gdzie rozmijają się drogi stowarzyszeń, działających na zasadzie głównie wolontariatu i stowarzyszeń z pełną kasą. I dlaczego szóstki mogą, a futsal nie. Pozostawiam pytania do odpowiedzi czytelnikom. I od razu wykluczam argument, że ”szóstki” są mniej znane, gdyż jest to nadużycie oczywiste. A nawet z kategorii zazdrości.

Od momentu, gdy srebro portugalskie naszej reprezentacji stało się faktem, do chwili, gdy zasiadłem do felietonu, usłyszałem już od wielu osób – jak to, niestety, w Polsce bywa sporo krytyki dla „szóstkowej dyscypliny”. Niektórzy z moich rozmówców nawet poczęli używać tego sukcesu jako swoistej pałki, by dołożyć „szóstkom”. Dołożyć, jako rozbijakom futsalu. Dawno nie słyszałem większej niedorzeczności. Takie słowa są to najzwyczajniejsze dyrdymały do obśmiania. Każda z dyscyplin pracuje na siebie i nie widzę  żadnego konfliktu interesów. Kiedyś współpracując z „Tygodnikiem Żużlowym”, który głównie opisuje „żużlową jazdę w lewo”, będącą także sportem nieolimpijskim, nie spotkałem się, by banalnie odnoszono się do choćby motocrossu. Jak docenimy sukces innych, to i nasz kiedyś też docenią. A tak na marginesie – myślę, że ogólnie futbol jest w miarę prostym sportem, gdzie zapamiętanie prostych zasad nie powinno stanowić najmniejszego problemu. Przecież głównie chodzi o to, by przeciwnikowi wbić więcej goli, niż on nam potrafi to zrobić. Pozostaje więc wspólnie walczyć o jego dobro.

Futsalowy Turniej Wyszehradzki, który w tym roku organizowali, Czesi potwierdził tylko moja tezę, że nasze teamy – seniorski oraz młodzieżowy – są na etapie prób oraz błędów. I do doskonałości jeszcze daleka przed nimi droga. Co nie znaczy, że nieosiągalna. Dzięki czeskiemu przekazowi wizyjnemu mogłem oglądnąć wszystkie mecze. I to nie tylko Polaków. Chciałbym kiedyś mieć taki dobry przekaz z turnieju towarzyskiego rozgrywanego w Polsce. Od lat bowiem upatruję głównej nobilitacji futsalu w odpowiednim przekazie wizyjnym meczów poza halę. Dopiero, gdy tego nauczymy się, można stawiać na okazałych sponsorów. I ponownie odwołam się do siatkówki. Pamiętam czasy, gdy panią Glinką, czy panem Świderskim – czołowymi polskimi przedstawicielami polskiego volleyballa początku XXI stulecia - nikt nie interesował się, gdyż telewizje od przypadku do przypadku dawały nam reprezentacyjny przekaz. Zmieniło się, gdy panie wywalczyły w 2003 roku mistrzostwo Europy. Polsat objął pieczą siatkówkę. I mamy sukces dyscypliny oraz sukces Polsatu. Jak to bywa często w życiu, kobiety pociągnęły siatkówkę na salony współczesne, na czym korzystają teraz bardziej mężczyźni.

Nie bez kozery podaję ten przykład, gdyż działając kiedyś w PZPN wyobrażałem sobie, że to właśnie nasz futsal kobiecy da spory impuls polskiemu futsalowi. Zawsze to, co jest raczkujące, daje większe możliwości przebicia się. A z futsalem kobiecym tak przed kilkoma laty było. Niestety, animozje pośród futsalowej oraz kobiecej władzy w gronie moich następców w związku doprowadziły do tego, że prezes Zbigniew na jakiś czas zawiesił kobiecą kadrę. I teraz musimy zaczynać wszystko niemal od początku. 

Niestety, stracony czas jest nie do odrobienia w chwilę. A była szansa lustrzanie podobna do tej sprzed ponad 25 lat, gdy z inspiracji Michała Listkiewicza kadra męska pojechała na mistrzostwa świata do Hongkongu. I jak nie przyznawać racji Janowi Kochanowskiemu, głoszącemu już przed wiekami w Księgach Wtórych w Pieśni 5 o Polaku, który nie wyciąga wniosków. I takoż – napiszę to oględniej niż ujął poeta - wcale Polak nie musi być mądry po szkodzie.
Przez wiele lat jako dziennikarz – etatowy, i wolny strzelec – bywałem w różnych środowiskach sportowych. Pracowałem dla wspomnianego „TŻ”, „Przeglądu Sportowego”, „Tempa”, „Polskiej Piłki”, że wymienię tylko centralne media. Zresztą regionalnych też było kilka. Pracując preferowałem różnorodność dyscyplin. Uważałem bowiem, że zasiedzenie się przy jednej dyscyplinie, czy w jednej redakcji0 zubaża człowieka. To samo dotyczy też – moim zdaniem - działacza. Nie wyobrażam sobie, by nawet szkoleniowiec, czy sportowiec był zamknięty wyłącznie w swoim kręgu sportowej dyscypliny. Postawa „multi” zawsze daje możliwość lepszego wykorzystania wiedzy dla wiodącej dyscypliny.

Możliwość wchodzenia na imprezy akredytując się, czy tylko pokazując dziennikarską legitymację była wprost bezcenna. Pozwalała komunikować się z ważnymi osobami danego sportu. Podczas owej pracy nie zdarzyło mi się widzieć, by selekcjoner, trener jakiejś reprezentacji kupował bilet na mecz, który chciał oglądnąć. Dlatego zdziwiony byłem, gdy niedawno otrzymałem informację, że w futsalu ligowym nie jest to jasno uregulowane i mogą zdarzać się różne niedomówienia w tym zakresie. Myślę, że właściwe gremia raz na zawsze powinny przekazać klubom, iż na obiekcie należy wyznaczyć miejsca przeznaczone dla oficjeli PZPN, Spółki, czy związków regionalnych. Tak, aby w każdej chwili selekcjoner, przewodniczący komisji, prezes spółki mogli bezproblemowo wejść na mecz i zająć należne im ze względu na zajmowane stanowisko, czy pełnioną funkcję miejsce. Dla klubu pobyt selekcjonera, przewodniczącego, prezesa na meczu powinien kojarzyć się z zaszczytem, a nie z udręką. I niech tak stanie się – szanowne kluby futsalowe.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy nasze futsalowe teamy – seniorski oraz młodzieżowy – rywalizują w czeskim Nymburku o wygrane w tradycyjnym Turnieju Wyszehradzkim, w dalekiej Portugalii, a dokładnie w jej stolicy Lizbonie rozpoczęły się historyczne, bo pierwsze, mistrzostwa świata w dyscyplinie zwanej mini futbolem. W gronie uczestników znalazła się - prowadzona przez znanego szkoleniowca futsalu Klaudiusza Hirscha - reprezentacja Polski.

Niewątpliwie jest to wielkie wydarzenie dla polskiej „piłki kopanej”. Na dodatek w dyscyplinie mającej wiele wspólnego z futsalem i powołującej do swoich reprezentacyjnych szeregów  zawodników na co dzień biegających po futsalowych, ligowych halach. Pozostaje tylko życzyć, aby polska piłka sześcioosobowa jak najlepiej zaprezentowała się na najbardziej prestiżowym placu Lizbony (co za piękne miejsce) – Praca do Comercio.

Podczas tegorocznej kanikuły miałem okazję w podwarszawskim Pruszkowie przyjrzeć się półfinałom mistrzostw Polski w mini futbolu. Najbardziej zaskoczył mnie rozmach imprezy. Powiem szczerze, że futsal został pod względem organizacji tak wielkiego zlotu zespołów i ilości jednorazowego grania zawodników pozostawiony w tyle. Być może, w sumie, w różnych imprezach futsalowych w naszym kraju bierze udział więcej futsalistów. Ale nie byłbym tego taki pewny. I zresztą nie to jest najważniejsze w moim rozważaniu.

Bardziej uwypuklę fakt, iż ta wielość mini futbolowa jest znakomicie centralnie zorganizowana. Czego brakuje futsalowi, który z zasady nie obejmuje centralnie swoim związkowym patronatem rozgrywek istniejących poza strukturami PZPN. Po finale ogólnopolskim na pięknym Stadionie Śląskim począłem się nawet zastanawiać, jak wyglądałby polski futsal, gdyby pozwolono mu zrzeszyć się w odrębną strukturę centralną, afiliowaną przy związku piłkarskim. Gdy poznałem, jak znane nazwiska (piłkarskie, medialne) wspierają nasz mini futbol, jak poważne media czy sponsorzy znajdują się w jego kręgu, jeszcze bardziej wzrósł mój szacunek do tej odmiany piłkarskiej rywalizacji. Nie jestem odosobniony w opinii, że dla niszowych dyscyplin, a taką jest jednak futsal, najlepszym wyborem jest samostanowienie, pojmowane w szerokim tego słowa zakresie. Związek natomiast jest niezbędny w zakresie startów w oficjalnych mistrzostwach organizowanych przez FIFA, czy UEFA.

I to byłoby tyle – przynajmniej na razie - o tej pokrewnej dla futsalu dyscyplinie piłkarskiej. Przechodząc do stricte futsalowych odczuć, wyrażę zadowolenie, że wreszcie setki, a może nawet tysiące sympatyków „halówki” mogą co tydzień pasjonować się swoją dyscypliną. Po ekstraklasie ruszyły bowiem rozgrywki I ligi męskiej. Niedługo zapewne rozpoczną gry regionalne II ligi oraz – mam nadzieję – ligi kobiece. Nie zapominać należy także o Halowym Pucharze Polski, więc będzie co oglądać. Kręcąc się w miniony weekend po Polsce, przypadkowo zaglądnąłem do jednej z pierwszoligowych hal. Wrażenie zrobiła kolorowa ścianka z logami organizatora, czy producenta piłki ligowej. Dobry krok w dobrą stronę. Szkoda tylko, że hala nieco pustawa. Ale liczę, że gdy zakończy się sezon trawiasty, to i w tych mniejszych miejscowościach kibice w większej liczbie pojawią się na halach. I za to trzymajmy kciuki.

Niestety, puste miejsca na widowni są zmorą nie tylko I ligi futsalowej, ale też i wielu klubów ekstraklasy. Jeden z piłkarzy mówił mi, że dziwnie gra się przy prawie pustych trybunach. Rozumiem go i apeluję do organizatorów klubowych meczów od góry do dołu polskich lig futsalowych – przyłóżcie się panie oraz panowie, by hale zapełniać. Próbujcie różnych akcji dla kibiców, atrakcji nie tylko sportowych. Róbcie wiele, aby wyeliminować tę swoistą piętę achillesową (niedobór kibiców na meczach) istniejącą jeszcze w niektórych klubach naszego futsalu ligowego. Naprawdę warto o to postarać się. Zresztą dotyczy to także niektórych meczów organizowanych centralnie.

Pisząc felieton wiem, że w ramach Turnieju Wyszehradzkiego polska młodzież pierwszy mecz wygrała, a seniorzy przegrali. Nie przykładałbym aż tak dużej wagi do wyników obecnego turnieju. Selekcjonerom Korczyńskiemu oraz Żebrowskiemu potrzeba dać nieco czasu. Osądzać ich oraz kadrę będzie można w roku przyszłym. Pewnie, że chciałoby się samych zwycięstw, lecz czasami lepiej przegrać bitwę, by wygrać wojnę. I – przynajmniej ja tak odbieram plany federacji. Co nawet wynika pośrednio z wypowiedzi nie tylko szkoleniowców, ale i ich szefów. 
Kolega – recenzent Józef - zarzucił mi niedawno, że opisując felietonowo futsal, nic nie wspominam o Mazowszu, gdzie – było nie było – mieszkam. Otóż drogi Józefie, uzupełnię ten brak. Prawdę mówiąc, dotąd nie było za wiele co pisać, gdyż futsal na Mazowszu był śladowy. A nawet – jak to mówił jeden z prześmiewców tej dyscypliny – ze względu na brak odbicia piłki futsalowej można było na nią tutaj mówić „pustak”. I tak też futsal mazowiecki był przez wielu znawców piłkarskich z Warszawy i okolic postrzegany.

Na szczęście dzięki grupie zapaleńców wiele zmieniło się i zaistniała możliwość „uruchomienia” nawet ośmiozespołowej II ligi męskiej. Trzy zespoły zapewne wystartują w ekstralidze kobiecej. Tradycyjnie jeden z warszawskiego Uniwersytetu w I lidze męskiej. I wreszcie – co najważniejsze – gdzieś około 20 drużyn zgłosiło się lub jeszcze dołączy do Młodzieżowych Mistrzostw Polski, co jest największym ewenementem. Do tej pory w gronie męskiej młodzieżówki rywalizowało 1-2 zespoły. W gronie dziewcząt ciut więcej. Czyli podsumowując drogi Józefie – jakoś to kręci się, i nie jest najgorzej. A nawet jest systematyczny progres. Aby jednak nie popadać w samozadowolenie zacytuję Mikołaja Gogola – wybitnego rosyjskiego pisarza z carskich czasów, który powiadał – „Biada temu, kto zadowolony jest z siebie: taki człowiek nigdy nie nabędzie rozumu”. I niech to niesie się do ludzi futsalu w całej Polsce.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...