Z notatnika dziejopisa

Niedługo po meczu z Czarnogórą wyjechałem poza Polskę i nie miałem możliwości (czasu) bieżącego zajmowania się polskim futsalem. Chociaż na żywo popatrzyłem w jeden dzień na mecze jednej z grup – tak zwanych mistrzowskich – skąd do dalszych gier awansowały trzy zespoły.

Nadrabiając po powrocie zaległości najpierw napiszę, że szkoda mi bielskich rekordzistów, którzy w nadzwyczaj wyrównanej grupie nie dali rady przebić się do kolejnej rundy tej europejskiej futsalowej ligi mistrzów. Ale, panie prezesie Januszu, panie trenerze Andrzeju – jest takie powiedzenie „co się odwlecze, to nie uciecze” – i miejmy nadzieje, że bogatsi o nowe doświadczenia za rok już nie pokpicie sprawy. Tego Wam życzę. Droga wyznaczona jest dobra, co nie znaczy, że nie może być wyboista. Jak to mawiają moi przyjaciele z Francji – c’est la vie. Rzeczywiście, niestety, takie jest to sportowe życie.
Ale wracając do polsko-czarnogórskiej potyczki na trawie muszę stwierdzić patrząc na wynik sportowy, że polski futsal wtedy wejdzie na stałe na europejskie salony, kiedy dopracuje się zawodnika podobnego do Lewandowskiego. Zachowując oczywiście proporcje stosowne pomiędzy trawą a halą. Tak się złożyło, że na Narodowym na rzeczonym meczu miałem miejsce niedaleko pani Lewandowskiej i innych kilku tych tak zwanych obecnie szumnie VAGs. Mogłem więc zaobserwować jak w trudnych chwilach kibice odwracali głowy do pani Anny, jakby oczekując pomocy. Pomocy od państwa Lewandowskich. I pan Robert zrobił swoje. Strzelił ważnego gola, powiedział kilka odważnych słów po meczu, szczególnie o potrzebie ciągłej koncentracji, podziękował kibicom za wsparcie. I powiedział to kolegom oraz trenerowi, bo dla mnie Lewandowski „prowadzi” obecnie tę kadrę wspólnie z panem Nawałką.

I nie widzę w tym nic zdrożnego. Powiem nawet, że gdyby nie było Roberta, to rosyjskie finały pozostałaby dla nas nieosiągalne. I powiem więcej – Lewandowski, to trzyma dzisiaj na swoich mocnych barkach (co widać na fotkach) cały polski futbol. Nawet prezes Boniek tak go nie trzyma w zakresie sportowym. Chciałbym, aby kiedyś jakiś polski futsalista tak odciążył prezesa Bednarka, czy przewodniczącego Kazimierczaka. Wyznaczał standardy. I wtedy byłyby wyniki sportowe na miarę oczekiwań futsalowej Polski.

Wyczytałem na portalu futsal-polska, że po 8 miesiącach PZPN zorganizował zgrupowanie, czy też konsultację kadry U-19. Futsalowej kadry. Nie będę komentował i doszukiwał się powodów tak długiej przerwy, bo tylko laik może zaakceptować tak długi jej niebyt. Przypomnę tylko, że dzisiejsze wyniki pierwszej reprezentacji to w sporej mierze wynik pracy z młodzieżą w latach poprzednich. Pochodna pracy trenerów Korczyńskiego, Juszczaka, Hirscha, wcześniej Biangi i kilku innych szkoleniowców reprezentacyjnych kadr młodzieżowych. To tam wykuwały się talenty. A grano o wiele, wiele częściej. Czyżby związek postanowił pooszczędzać przez te osiem miesięcy na futsalu? Aby zamknąć temat przypomnę, iż UEFA postanowiła organizować mistrzostwa kontynentu w tej kategorii wiekowej, a Argentyna nawet wpisała rocznik futsalowy U-18 do Światowych Sportowych Igrzysk Młodzieży Buenos Aires 2018. Miejmy nadzieję, że to ostatnia taka pauza w wydaniu PZPN.
Felieton nie powinien być miejscem opisywania punktacji ligi, ale kiedy po powrocie zerknąłem na tabelę ekstraklasy i zobaczyłem zerowy stan punktowy Pogoni 04 Szczecin, coś we mnie drgnęło. Sam siebie zapytałem, jak można tak szybko zniwelować dorobek lat. Solidnych lat szczecińskiego klubu. Liczę, że to tylko falstart i karta odwróci się. Ale straconych w trzech meczach 21 goli, przy strzelonych tylko pięciu, daje wiele od myślenia. Aż nie chcę wiedzieć, jak czuje się założyciel tego klubu, honorowy jego prezes, obecny prezes Spółki FA, Maciej Karczyński, gdy widzi jak jego ukochane dziecko nie punktuje. I pomyśleć, że wiceprezesowi PZPN Bednarkowi, nadzorującemu futsal, może ubyć z ekstraklasy jedyny przedstawiciel jego macierzystego regionu. Jak więc zarządzać polskim futsalem, gdy może nie być flagowego zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej na szefowanym piłkarsko zachodniopomorskim terenie.

Rozstrzelana jest ta nasza futsalowa ekstraklasa. W drugiej kolejce padło 46 goli. Jest to nowy rekord sezonu. W trzeciej jeszcze nie grał Rekord, ale mimo wszystko trudno będzie poprawić wynik. W I lidze trzymam kciuki za Orłem, a tymczasem obok wyrasta niezwykle groźny konkurent Odra Opole. Nic, tylko zacierać ręce i obserwować rywalizację. Powinno być ciekawie. Podobnie w grupie północnej, gdzie Red Devils oraz Uniwersytet Zielonogórski próbują urwać się goniącemu ich peletonowi. Czyli jest coraz ciekawiej, przynajmniej w dwóch ligach centralnych. Piszę celowo w dwóch, chociaż w tle tli się II liga, ale to czysta amatorszczyzna i póki nie ruszy, nie jest godna uwagi. Mam nadzieję, że do grona centralnych gier niedługo dołączą rozgrywki kobiece. I w jesienno-zimowo wieczory będziemy mogli pasjonować się futsalowymi igrcami w całej ich krasie. A przy okazji rozgrywek kobiecych mieć jeszcze wrażenia estetyczne.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Białystok był miejscem inauguracji rozgrywek ekstraklasy futsalu sezonu 2017/2018. Przeciwnikiem beniaminka MOKS Słoneczny Stok był naszpikowany byłymi reprezentantami kraju, aktualny wicemistrz Polski Gatta Zduńska Wola. Zawsze inauguracje stanowią dla beniaminka okazję do przemyślenia, czy jest we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Pisarz Mark Twain mawiał, iż najważniejsze dni życia człowieka, to dzień urodzin oraz ten, w którym dowiaduje się, po co właściwie urodził się. Umiejscawiając słowa Mistrza pióra do kontekstu białostockiego pojedynku napiszę, że MOKS wie już zapewne po owym zremisowanym meczu, po co awansował do ekstraklasy futsalu.

W grze białostoczan nie było za grosz kunktatorstwa. Białostocki team pokazał, iż tanio swojej skóry nie zamierza sprzedawać. Nie wiem, czy w takim stylu da się rozegrać cały sezon, ale – póki co – niech beniaminek tak gra, bo jest emocjonująco, świeżo. Inauguracje z dziesięcioma golami chciałoby się oglądać zawsze. Planujący transmisje telewizyjne ustrzelili przysłowiową dziesiątkę, gdyż emocje bramkowe rozpoczęły się w pierwszej minucie, a zakończyły w czterdziestej. I niech tak trwa ten sezon. Zresztą goli nie zabrakło i na innych halach, a w 6 meczach pierwszej kolejki golkiperzy aż 38 razy wyjmowali futsalówkę z siatki. Chciałoby się powiedzieć – chwilo trwaj.

Białystok jest absolutnym beniaminkiem w ekstraklasie futsalu. I to widać. Widać w radości kibiców, którzy tłumnie walą na mecz. Widać w pewnym jeszcze niedostosowaniu organizacyjnym do ekstraklasy. Widać w autentycznej satysfakcji zawodników oraz działaczy. Poszerzenie geograficzne ekstraklasy futsalowej powoli pozbywa ją stygmatyzującego regionalizmu rozgrywek. I to jest ważne, chociażby, w kwestii sponsorskiej. Owa ściana wschodnia jest potrzebna dla polskiego futsalu. Podobnie jak potrzebne jest centrum.

Są potrzebne, by pozbawić najwyższą ligę nieciekawej łatki rozgrywek regionalnych. Co prawda, w I lidze występują zespoły ze wschodu, czy centrum, ale to ekstraklasa wyznacza trendy dyscyplinie. A trzeba sobie jasno powiedzieć, że poważnych sponsorów - a o takich dobija się futsal - interesuje cały kraj, a nie tylko jego niektóre wycinki. Regionalnie, to darczyńcy zainteresują się klubami w niższych klasach rozgrywek, czy ligami wyłącznie wojewódzkimi. Dlatego należy wspierać te futsalowe Białestoki, Lubliny, Kielce, Olsztyny, Rzeszowy.  To jest w interesie polskiego futsalu. Czy się to komuś na południu albo zachodzie kraju podoba, czy nie.
W przeddzień losowania finałowych grup futsalowych ME Słowenia 2018 miałem telefon od dziennikarza z Rosji, który wyznał, iż chcieliby mieć nas w grupie. I sprawdziło się. Nie wiem, kogo planowali sobie nasi zawodnicy, działacze, trenerzy, ale pewnie Rosja, podobnie jak Portugalia, nie były pierwszymi zespołami w katalogu życzeń.

Zresztą dzisiaj już nie to jest najważniejsze. Wylosowano, teraz trzeba myśleć jak grać, by nie przegrać. I tego trzymajmy się. A przy okazji awansu wspomnę jeszcze, że otrzymałem wyrazy uznania za nasze osiągnięcie od znajomych z kręgów futsalu w dalekiej Brazylii, równie dalekich Tajlandii, Azerbejdżanu, Kazachstanu, jak i bliższych – Słowacji, Ukrainy, Macedonii, Niemiec. Miło było słuchać komplementów, więc je przekazuję tą drogą zawodnikom oraz szkoleniowcom.

Awans do finałów mistrzostw Europy sprowokował mnie do przyjrzenia się futsalowym trenerom. W żadnym przypadku nie będzie to ocena fachowa, gdyż to nie moje kompetencje, ale kilka zdań w wersji felietonowej zawsze przyda się dla środowiska. Kiedy polski futsal raczkował, szkoleniowcami byli przeważnie pasjonaci albo ludzie z „trawy”. I jedni, i drudzy najczęściej bez uprawnień futsalowych, czy nawet podstawowych trenerskich. Ale to im zawdzięczamy, że futsal trwał i rozwijał się. Z czasem przychodzili ludzie po AWF, którzy zainteresowali się nową dyscypliną. Później trenerzy trawiaści zaczęli powoli specjalizować się. Wreszcie nadszedł czas byłych zawodników futsalu, którzy już specjalizują się stricte w futsalu.

Nie bez powodu piszę o tym, gdyż pragnę wskazać, że obecny sukces, jakim jest awans do słoweńskich finałów ME, poniekąd finalizuje ów historyczny cykl. Gdy do tego dodamy w miarę regularne już od pewnego czasu specjalistyczne futsalowo szkolenia trenerskie, aż wyrywa się spod klawiatury, by napisać, iż z polskim futsalem powinno już być tylko lepiej.
Przez lata działalności futsalowej miałem przyjemność zobaczyć z bliska wielu zawodników. Poznać ich charaktery, umiejętności. Jedni mieli to coś, tę charyzmę uprawniającą do podjęcia pracy szkoleniowej. Innym było jej brak. I to jest rzeczą normalną. Nie wszyscy mogą bowiem być, chociażby, szewcami. Błażej Korczyński, Klaudiusz Hirsch, Andrzej Szłapa, Marcin Stanisławski, Łukasz Żebrowski, Krzysztof Kusia – to tylko niektórzy z całej plejady byłych reprezentacyjnych zawodników, biorących obecnie w swoje ręce sprawy szkoleniowe reprezentacji, czy klubów. Ich wiedza jest nie do pogardzenia. Coraz mniej na poziomie ligowym jest tak zwanych samozwańczych trenerów. Dzięki Bogu nie obrodziło – przynajmniej na razie – trenerami-celebrytami.

Jednak czegoś mi w trenerskim tygielku brakuje. Brakuje mi oceny kompetencji przez wiodący centralny zespół. Pisząc wprost przez wyspecjalizowaną szkoleniową komórkę futsalową podobną do tej, jaką mają w PZPN arbitrzy futsalowi. Brakuje ciała rozciągającego swoje preferencje szkoleniowe też na wojewódzkie związki. Brakuje mi owego decydowania przez trenerów – fachowców od futsalu o kierunkach rozwoju sportowego tej dyscypliny. O merytoryce szkoleniowej. Piszę o tym i liczę na ruch związkowy. Ruch, który przyniesie kolejną korzyść dla polskiego futsalu.

Było o trenerach, więc - w kontekście awansu na słoweńskie futsalowe EURO - powinno być co nieco i o zawodnikach. Aby nie zanudzać, wybiorę jednego z nich. Będzie to Michał Kubik. Byłem przy jego debiucie w kadrze podczas meczu z Macedonią sześć lat temu. Widziałem jak strzelił gola w inauguracji kadrowej. Znałem jego perypetie, gdy przez nasz opóźniony powrót z brazylijskiego tournee spóźnił się na wylot na wczasy z rodziną. Obserwowałem jak mierzył się na studiach z uniwersyteckim prawem i zarazem grał w futsal.  Z dala już obserwowałem, jak po studiach pracował w kancelariach prawniczych i dokształcał się jeszcze podyplomowo, a przy tym dalej grał w futsal na wysokim poziomie. Przy nadarzających się okazjach rozmawialiśmy, i to wcale nie o futsalu.

Niemniej, ciekaw jestem obecnie, czy nadal futsal jest dla niego – jak to kiedyś mówił - pasją, a prawo - życiem. Wierzę, że nadal swoje przesłanie sportowe i życiowe będzie wyrażał golami na boisku oraz merytoryczną rozmową poza nim. Myślę, że taka powinna być nasza kadra. Nie pozwalająca sobie napluć w twarz i znająca swoją wartość. Wartość indywidualną oraz zespołową.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie będę rozpoczynał felietonu od ewangelicznego „A słowo stało się ciałem”. Natomiast podeprę się Szekspirem, który pisał w Hamlecie „Słowa, słowa, słowa”. Wiele pustych słów unosiło się wokół reprezentacji futsalu przez minione 16 lat, czyli od ostatniego występu w finałach mistrzostw Europy. Fruwały niejednokrotnie, jak żniwne plewy ponad rżyskiem. Adresowane były do kolejnych prezesów, przewodniczących, trenerów, zawodników. Raz wypowiadane ze złośliwością wielką. Innym razem bez sensu, niezdolne, aby cokolwiek zmienić. Były też słowa bez dobrej intencji. Nie brakowało i tych bez pokrycia. Zdarzały się złe w postawie, chociaż niewypowiedziane. I tak było do wtorkowego wieczoru w koszalińskiej hali, gdzie nasz futsalowy narodowy team pokonując zawsze niewygodnych Węgrów awansował do słoweńskich finałów futsalowego Euro 2018.

Wielokrotnie pisząc ów wyraz „słowa” mam też na myśli słowa trenera Korczyńskiego, wypowiedziane w rozmowie ze mną gdzieś chwilę po losowaniu baraży. - Jesteśmy z trenerem Biangą pewni, że awansujemy - stwierdził. Co prawda popularny „Korek” snuł plan, aby rozstrzygnąć kwestię awansu już na Węgrzech, ale ważne jest, iż dwumecz finalnie jednak wskazał na nas. Gratulacje dla trenerów i całego teamu. Nie tylko dla zawodników, ale i ludzi od odnowy, sprzętu etc., będących przy futsalistach podczas zgrupowań, jak i tych wszystkich osób, które dbały w związku piłkarskim o całą logistykę reprezentacji.
Przechodząc od „słów” do realiów warto odnieść się przynajmniej w dwóch zdaniach do początków tego sukcesu. Kiedy po nieudanych eliminacjach w Krośnie zaproponowano trenerowi Biandze prowadzenie reprezentacji długo myślał, kogo dobrać na drugiego trenera. Pamiętam, jak będąc jeszcze trenerem pierwszoligowej drużyny białostockiej sondował temat w gronie ekspertów futsalowego podwórka. Osobiście czułem, że padnie na Błażeja Korczyńskiego, bo tej kadrze była potrzebna rozwaga pana Andrzeja i niepokorność „Korka”. Sukces bowiem nie rodzi się w potakiwaniu (to tak mimochodem wtrącam do przemyślenia niektórym ludziom z decydenckiego środowiska futsalowego), lecz wypracowuje się go w sporze, twórczej myśli, różnicy poglądów, postaw. I ważne jest, że szkoleniowcy nie ugięli się pod naporem krytyki - czasami wszechobecnej - i szli obraną drogą, nie bacząc na przeciwności.

Ze sportowego punktu widzenia dla rodzimego futsalu bardzo ważne jest, że awansowaliśmy do turnieju finałowego. Uwiarygodniło to myśl szkoleniową oraz pokazało charakter zaszczepiony tej reprezentacji. Pokazało sens wymiany jaka dokonała się po Krośnie. Zresztą kiedyś ta wymiana pokoleniowa, mentalna musiała nastąpić. Im szybciej młoda fala polskiego futsalu wejdzie na szerokie wody, tym sprawniej będzie rósł poziom naszej ligi i reprezentacji. Zmiany w większości wnoszą sporo energii. To pozwoli, by poziom polskiego futsalu stał się solidny albo zwiększał się.

Teraz, po awansie, przyszedł czas szlifowania, poprawiania. Czas optymalnego ustawiania składu. I w tym miejscu chciałbym prosić kibiców, działaczy o pewną cierpliwość. Każdy z nas chce wygrać każdy mecz. Każdy chce być mistrzem. Trener, zawodnik bez względu na przeciwnika – wierzę w to - wyjdzie na parkiet w Słowenii z chęcią zwycięstwa. Ale – bywa - plany nie zawsze udaje się zrealizować. Kiedy po koszalińskiej victorii popatrzyłem na stronie UEFA w rozstawienie losowania zobaczyłem, że przypadł nam - podobnie jak pozostałym wygranym - barażowiczom trzeci koszyk. Może więc zdarzyć się, że będziemy mieli grupę – Hiszpania, Włochy, Polska. Ale może być też – Słowenia, Azerbejdżan, Polska. Jak zwał rywali, tak zwał – walczyć trzeba zawsze o całą pulę. I w to, znając historię tej kadry, wierzę.
To co do tej pory pisałem, było jakby podsumowaniem tego, co wydarzyło się, względnie oficjalnie wydarzy się. Teraz skorzystam z prawa felietonisty, by napisać, czego oczekuję po tym awansie. I wcale rzecz nie będzie dotyczyć tej kadry futsalowej, bo ona dla mnie plan wykonała nawet z nadwyżką, lecz odniosę się do oczekiwań dla całego polskiego futsalu - od PZPN, prezesa Bońka, prezesa Bednarka, czy przewodniczącego Kazimierczaka. Dostaliśmy się przecież do futsalowej, europejskiej elity. Będąc w elicie, ma się jakie takie przywileje i mam nadzieje, że związek to zrozumie. Zrozumie, że warto w futsal zainwestować większą kasę. Zrozumie, że warto wspomagać oraz blisko współpracować ze spółką ekstraklasową, której organizacja rozgrywek ekstraklasy pozwala na podnoszenie poziomu sportowego klubów.  Zrozumie, że może warto wykorzystać ten moment, by rozpropagować futsal w szkołach. Zrozumie, że wykorzystując nadarzającą się okazję, należy podkręcić tę wytworzoną pozytywną energię wokół futsalowej reprezentacji i dokonać inwestycji w futsalowe wojewódzkie ośrodki, w młodzież, szkolenie, media, sprzęt (nawierzchnie do gry). Jest szansa, by ustawić polski futsal na lata. I to nie czekając na wynik finałowych, słoweńskich gier.

Rozpocząłem felieton od cytowania Szekspira, więc w dobrym tonie byłoby nim także go spuentować. Ten najwybitniejszy światowy dramaturg mówił – „Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne”. Liczę, że akurat w naszym futsalowym przypadku pan Szekspir pomylił się.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Siemianowicki kompleks sportowy „Michał” był w minioną niedzielę miejscem inauguracji sezonu futsalowego 2017/2018 w Polsce. Niezbyt równy pojedynek stoczyły w jego hali w ramach futsalowego Superpucharu Polski bielski Rekord oraz chorzowski Clearex. Wyraźnie było widać, że dla Rekordu sportowy sezon w sensie poważnych gier punktowych trwa już od miesiąca, a Clearex dopiero za tydzień rozpocznie punktowe pojedynki.

Nie upoważnia to jednak wcale, choćby czterech chorzowskich reprezentantów Polski, do miałkiej gry. Ale dając czas Cleareksowi na wykazanie się w sezonie ekstraklasy warto z okazji Superpucharu zachwycić się postawą futsalistów Rekordu. Felieton nie jest miejscem do opisywania przebiegu meczu, ale zawsze wolno felietoniście pocmokać nad urodą goli, czy niektórych akcji w wykonaniu bielszczan. Tylko tak trzymać, albo co nieco jeszcze poprawić i powinno być więcej niż dobrze. Przynajmniej w polskiej ekstraklasie. A może nawet stać się Rekord eksportową futsalową drużyną. Teamem, na który czekamy od lat. I tego życzę przed sezonem.
Osadzenie superpucharowego meczu w Siemianowicach, w sytuacji, gdy rywalizują dwa kluby ze Śląskiego ZPN, było jak najlepszym pomysłem. Siemianowice wniosły swoją cegiełkę do historii polskiego futsalu i należy sobie życzyć, aby futsal tam odrodził się na poważnym szczeblu ligowym. Zajęte miejsca na widowni świadczyły, że jest zapotrzebowanie na „małą piłeczkę”.

Superpuchar odbywał się pod nadzorem Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. Było związkowe obrandowanie, piłki od sponsora technicznego I ligi futsalu, confetti, fajerwerki, tańczące dziewczęta oraz wypożyczona, profesjonalna nawierzchnia do gry (aż dziw bierze, że PZPN nie dorobił się do tej pory własnej – a tak wiele słyszy się z najważniejszych ust związkowych o wspieraniu dyscypliny). Były medale puchary, oficjele w garniturach, czyli wszystko niemal, co przy takich  okazjonalnych wydarzeniach być powinno. I nie byłoby żadnego ale, gdyby nie jedno zapytanie od moich czytelników – dlaczego nie było powtórek w przekazie wizyjnym transmisji live siemianowickiej imprezy. Jeżeli już jestem przy jakichś sugestiach, to zasugeruję opcji futsalowej w KFiPP, by trochę poduczyć się od opcji plażowej w Komisji i brać przykład z relacji rozgrywek beach soccerowych minionego lata. Tam była maestria - nie tylko zresztą telewizyjna – a tutaj raczej normalność, ciut tylko doprawiona.

Niedawno byłem w Norwegii, całkiem planowo na wypoczynku oraz w Szwajcarii, już nieplanowo, na zaproszenie. Sportowe zaproszenie. Jak to w Szwajcarii, na jej prowincji jest spokojnie, sielsko, czysto. I co mnie uderzyło? A to, że tam wyraźniej zobaczyłem, jak coraz bardziej człowiek wyręcza się techniką. I to w pracy, i to w domu, i to niemal przy każdej czynności. Przypomniałem sobie wtedy o tych piłkarskich „VAR-ach”, które mają pomagać sędziom na meczach piłki nożnej.

Wspólnie ze szwajcarskim znajomym – też sympatykiem sportów różnych, doszliśmy do wniosku, że z czasem i na to jako kibice będziemy narzekać, gdyż nie uwierzymy przekazowi. Taka, niestety, jest natura człowieka. Musi ponarzekać. I to nie zmieni się, bo po co byliby wtedy felietoniści. Samozadowolenie kierujących sięgnęłoby zenitu. A tak zawsze można ostrzec przed upadkiem. Upaść to zawsze można, a nieraz nawet trzeba, lecz chodzi o to, by jak najmniej bolało.
Powyższy passus wtrąciłem w aspekcie rewanżowego meczu barażowego o słoweńskie futsalowe Euro 2018. Tak jak wcześniej pisałem, szanse awansowe podzieliłem po połowie. Węgrzy swoją połówkę odrobili bez specjalnie rewelacyjnej nadwyżki. Teraz kolej na nas i tutaj oczekuję pokaźniejszej nadwyżki. Patrząc na formę Kałuży - bramkarza naszej reprezentacji - choćby w meczu o Superpuchar, jestem coraz lepszej myśli o wyniku koszalińskiej potyczki.

Nie wiem, czy fartownie będzie o tym pisać dzisiaj, ale zaryzykuję. Cóż byłby ze mnie felietonista, gdybym nie miał własnego zdania. Dlatego napiszę do naszych selekcjonerów. Osobiście zrobiłbym drobny retusz w naszej kadrze po meczu w Miskolcu. A już kogo i za kogo nie podpowiem, bo mi za to w związku nie płacą. Jednak mimo wszystko, nie bacząc, iż kadra pozostała niezmienna, życzę zwycięskiej wygranej. I to jest moje największe marzenie futsalowe. Widzieć Polskę w finałach ważnej imprezy mistrzowskiej. A, że marzenia, podobnie jak błądzenia są rzeczą ludzką, przekonuje mnie w jednym z wywiadów prezes Szymura, myślący o wybudowaniu hali sportowej, by mistrzowski Rekord mógł występować na obiekcie jaki mistrzowi przystoi. Życzę więc prezesowi Januszowi, aby owe marzenie spełniło się. Podobnie jak sobie życzę spełnienia mojego w miarę przewidywalnym czasie.

Wyczytałem niedawno, iż Główny Urząd Statystyczny zaprezentował raport na temat kultury fizycznej w Polsce w 2016 roku, w którym podaje, że futbol halowy w 520 sekcjach w całym kraju uprawiało ponad 14 tysięcy zawodników. Z tego ponad 9 tysięcy to juniorzy i młodsi zawodnicy. Zastanawia mnie, dlaczego GUS nie wyodrębnił futsalu, tylko zadowolił się ogólnym pojęciem futbol halowy. Jest to zamazanie obrazu, gdyż pod takim szyldem można umieścić różne bramki, różne przepisy, różne wielkości boisk, etcetera etcetera. Nic te statystyczne opisy nie dają sympatykowi futsalu. A nawet gorzej, klasyfikują jego ukochaną dyscyplinę w gronie nijakich, nieznanych. Ze statystyką jest bowiem jak z mediami społecznościowymi: kogo w nich nie ma, ten nie istnieje. Więc i futsalu jakby nie było. Jawi się tym samym zadanie dla PZPN. Wywalczyć, by futsal był przez GUS postrzegany. Niestety, nie widzi mi się to – przynajmniej na razie - wykonalne. Nawet przy największych staraniach prezesa Bednarka, przewodniczącego Kazimierczaka i ich pretorian, sprawa jest wątpliwa do zmiany. Pozostaje więc robić swoje – jak to mówi piosenka - i nie zaglądać w statystyki tylko do hal.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Przechodząc ulicą Bitwy Warszawskiej w Warszawie, gdzieś początkiem września, zauważyłem wychodzących z budynku Żywca, siedziby PZPN, działaczy klubów I ligi futsalu, którzy zmagali się ze sporymi bagażami. Okazało się, że taszczyli pokłosie umowy związku z firmą International Sport Brand Company – właścicielem marki Masita, czyli piłki meczowe. Tak oto zmaterializowała się umowa sponsorska na Partnera Technicznego I Ligi Futsalu. Przy okazji ogłoszono, że planowana jest produkcja magazynu I Ligi Futsalu. Jak widać niektóre pozytywne rozwiązania ze Spółki Futsal Ekstraklasa  przejmowane są do realizacji w wydaniu związkowym.

Podsumuję to krótkim – lepiej późno niż wcale, przypominając, że o podobne rozwiązania pierwszoligowcy starali się w PZPN już w 2012 roku. Jest to niewątpliwie krok do przodu i tylko przy okazji (broń Boże nie czepiając się) zapytam – dlaczego związek nie zafundował sponsorsko piłek wytwarzanych przez Nike – głównego dostawcy sprzętu dla PZPN.
Wakacje, wyjazdy, turnieje – są niewątpliwie okazją do spotkania ludzi, z którymi nie miało się styczności przez lata. Jakże miłe są takie spotkania i okazje do rozmów. Dłuuuugich rozmów. Miło jest dowiedzieć się, że felietony są czytane in corpore przez przygranicznych sąsiadów Polski, a także – co stanowiło dla mnie olbrzymie zaskoczenie – przez Hiszpanów, czy Azerów albo Belgów. Ale to moja osobista satysfakcja, która w tym miejscu nie jest najważniejsza. Niestety, na o wiele ważniejsze pytania nie umiałem interlokutorom odpowiedzieć. A jedno z nich brzmiało – dlaczego polski futsal jest poza granicami personalnie anonimowy.

No cóż, nie odpowiadam za politykę związkową w zakresie futsalu rodzimego - i z tego jestem niezwykle zadowolony - ale rzeczywiście wytworzyła się jakaś niepotrzebna luka w zagranicznych kontaktach osobistych. Rozumiem, bariera językowa, ale przecież znajdą się w Komisji osoby, potrafiące coś oznajmić w innym języku niż polski. W tej chwili obcokrajowiec futsalowy jednym tchem wymieni cztery – pięć nazwisk polskich osób z tak zwanego „wysokiego”, oficjalnego kręgu futsalowego. Należą do nich panowie – Aftański, Hirsch, Stawicki, Sowiński, Duraj. To mało. O wiele za mało. Na szczęście o wiele lepiej znają polskie teamy, jak Clearex, Rekord, no i oczywiście reprezentacyjny zespół trenerów Biangi oraz Korczyńskiego.

Istnieje wielce profesjonalne wydawnictwo hiszpańskie pod tytułem Futbol Tactico Sala. Obstawiam, że w mało znane u nas nawet w gronie najwybredniejszych znawców rodzimego futsalu. A warto z nim zapoznać się. Otóż w 110. edycji znalazł się tam reportaż o klubie Orzeł Jelcz-Laskowice. A kilka lat wcześniej o Akademii FC Pniewy i trenerze Hirschu. Co jak co, ale znalezienie się w tak prestiżowym periodyku jest dużym wyróżnieniem.

Życzyłbym sobie, aby w naszych wydawnictwach piłkarskich nie zapominano o fakcie, że obok piłki nożnej trawiastej działa futsal. Ten apel kieruję też ku uwadze wydawnictw związkowych. Póki co, zaproponuję fanom polskiego futsalu bardzo sensowną pozycję Wydawnictwa Uczelnianego Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku pod tytułem „Futsal – piłka nożna halowa”. Autorzy – Tomasz Aftański oraz profesor Andrzej Szwarc prezentują w tej książce kompendium wiedzy niezbędnej dla przyszłych nauczycieli oraz trenerów, którzy pragną skupić się w swojej pracy na futsalu. Warto zdobyć i przeczytać.
Felieton ukaże się przed pierwszym meczem barażowym o finały Futsal Eueo Słowenia 2018. Nigdy nie starałem się być wróżem i nie odważę się przesądzać o wyniku rywalizacji. Oceniam szanse nasze oraz Węgrów w dwumeczu na 50 do 50, z patriotycznym wskazaniem na rodzimy team narodowy. Nie będę też wnikał, czy była, będzie, jest transmisja live (felieton był pisany przed informacją, że mecze barażowe pokaże Polsat Sport - przyp. red.). Podobnie odnoszę się w sprawach telewizyjnych do rewanżu w Koszalinie.

Najzwyczajniej stało się już dla mnie, jako kibica, nudne to zabawianie się w ciuciubabkę i zgadywanie – pokażą, czy nie pokażą. To piszę gwoli wyrażenia opinii dla PZPN. Natomiast w związku z rozpoczynającym się sezonem ligowym apeluję do Sfera TV, która, z tego co słyszałem, będzie realizowała przekaz telewizyjny z ekstraklasy oraz I ligi, o dobór fachowy komentatorów, ze szczególnym wskazaniem na ekspertów. Mam nadzieję, że pan Arek Grzywaczewski, szef Sfery, będąc długoletnim działaczem futsalowym, sensownie moje słowa odczyta i jako monopolista rynkowy zaoszczędzi widzom stresów słowno-merytorycznych. I to nie tylko w bezpośrednich relacjach, ale także w wydawanych magazynach.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Winston Churchill mówił, że gdy coś planuje się, to należy być przygotowanym, aby wytłumaczyć się później, dlaczego niektórych planów nie udało się zrealizować. Przypomniałem sobie o tej zasadzie, kiedy nieoczekiwanie tradycyjny recenzent - pan Józef, po niedawnym felietonie zagadnął mnie, czy jestem zadowolony z działalności w futsalu. Byłbym głupcem – odpowiedziałem mu – gdybym tak twierdził. A jeżeli ktoś z byłych, czy obecnych działaczy, szkoleniowców, sponsorów, czy też zawodników twierdzi, że jest w pełni zadowolony z tego co dla futsalu uczynił, znaczyć to może tylko, iż futsal mu znudził się. Futsal polski potrzebuje bowiem permanentnej wartości dodanej. I o to każdy jego sympatyk powinien codziennie walczyć na swój sposób.
Fenomen disco polo, przeżywającego drugą młodość w obecnych czasach, poniekąd jest trywializowany przez pseudointelektualistów. Ich ocena sprowadza się do płytkości oraz ludyczności gatunku. No to skąd – zapytam – popularność muzyki, której rzekomo, oficjalnie wypowiadając się, mało ludzi słucha, ale nucą teksty, melodie discopolowe, niemal wszyscy.

Czasami z tym disco polo jest jak z naszym rodzimym futsalem. Wszyscy kopią tę małą piłeczkę, a gdy przyjdzie do wspomożenia, to większość leci do tej trawiastej, zapominając o swoich wieczornych halowych igrcach. Gdy przychodzi do dofinansowania, to można liczyć przeważnie tylko na resztki z pańskiego stołu trawiastej kopanej. Nie znam budżetu związku piłkarskiego, a i budżetu futsalu też nie znam, lecz podejrzewam, a może nawet wiem, iż na futsal przeznaczane jest za mało kasy. I do walki o tę kasę wzywam. O wspólne działania Komisji, Spółki, działaczy, klubów, związków wojewódzkich. Szczególnie widzę potrzebę wspomożenia futsalu dzieci, młodzieży w województwach , a także ulżenie klubom w opłatach sędziowskich oraz ich mentorów obserwatorów.

Jak pisałem w pierwszym albo drugim felietonie, swoją przygodę z futsalem rozpoczynałem w roku 1991 od zaznajomienia się z futsalem gliwickim. Nieustannie nadal śledzę jego losy, w tym gliwicką pracę z dziećmi oraz młodzieżą. I to akurat nie w Piaście. Niedługo, początkiem września w gliwickiej hali sportowej „Łabędź” zostanie rozegrana szósta edycja  turnieju  „Za 1 Uśmiech”. Jest to turniej  charytatywny, a dochód z imprezy przeznaczony jest na rzecz dzieci z gliwickiego Domu Dziecka. Z zebranych środków finansowane były wyjazdy na letnie i zimowe  wakacje dla dzieciaków. W pierwszych pięciu edycjach  zebrano  około 200 000 złotych. Wystąpiło ponad 1150 zawodników.  Było radośnie, wesoło, amatorsko. Od lat podziwiam niestrudzonych organizatorów z panem Wojewódzkim na czele. Wiem, że utrzymujący z nimi kontakty pan Duraj, wiceprzewodniczący Komisji Futsalu PZPN, zaprasza do Chojnic na wakacje na własny koszt dzieciaki z gliwickiego Domu Dziecka. I cieszę się, że Turniej „Za 1 Uśmiech”  oficjalnie wspiera Spółka Futsal Ekstraklasa. Tak trzymać. Chodzi przecież o to, by nie żyć tylko współzawodnictwem, ale zrobić coś dla innych. Najlepiej dla dzieci.

Polska piłka trawiasta męska w połowie sierpnia widniała na piątym miejscu światowego rankingu. Całkiem dobrze, a nawet wspaniale. Polski futsal lokował się w tym samym czasie na 28. pozycji rankingowej FIFA, co dawało 15. pozycję w Europie. Wygląda to nawet nieźle. Rankingi dają okazje do lepszych rozstawień przy losowaniach ważnych imprez. Ale najważniejsze są jednak finały oraz medale i mistrzowskie tytuły. Te pamięta się latami. O rankingach zapomina się niedługo po nowych rozdaniach. Z rankingami jest jak ze statystyką. Niczego lepszego nie wymyślono do pocieszania się. Więc póki co radujmy się. A sprawdzam będzie nam dane – mam nadzieję – dla trawiastej piłki za rok w Rosji oraz dla futsalu za kilka miesięcy w Słowenii. Chyba, że futsalowi Węgrzy okażą się we wrześniu niedobrymi bratankami.
Pisząc o barażu z Węgrami pozwolę sobie wyrazić pewien niepokój. Nawet nie tak mój, jak wielu moich rozmówców, większych ode mnie znawców przygotowań formy drużyny narodowej. Większość z nich ubolewa, że nasza futsalowa liga nie rozpoczyna swoich bojów wcześniej, aby zawodnicy mogli ograć się początkiem sezonu w meczach o stawkę. Podają nawet przykłady, że niektórzy z barażowiczów przyspieszyli rozgrywki. No cóż, nie mnie to osądzać. Wyniki albo obronią, albo nie obronią trenerów kadry Rozumiem, że konsultowano z nimi terminy rozgrywek i wybrano całkiem świadomie opcje przygotowań poprzez zgrupowania, więc czekajmy na wyniki. I trzymajmy zaciśnięte kciuki (palce), by powiodło się.

Finiszują nam wakacje. Tak składa się, że druga połowa sierpnia rozpoczyna meczami preeliminacji futsalowej ligi mistrzów nowy sezon futsalowy. Czas nabrać sił przed nim. Pozwolę więc sobie zrobić dwutygodniową felietonową przerwę i udać się fiordów Norwegii, by po raz kolejny zgłębiać tajemnice tamtejszych cudów natury. Północna Europa od Islandii po Finlandię, których to terenów jestem pasjonatem, pokazuje, że nic nie jest dane za darmo. Tam, inaczej niż na rozleniwionym południu, wszystko niemal trzeba wyszarpać. Szarpać prawie tak jak w naszym futsalu, by być na powierzchni i nie dać dyscyplinie zniknąć. Dlatego dla hartowania się warto tam często bywać.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Przychodzą czasy, kiedy przywilejem jest zostać tak zwanym „piszącym wolnym strzelcem”. Wówczas zawiera się porozumienia o terminach, czy tematach z redaktorem naczelnym na zasadzie  dobrowolnego akceptowalnego przez układające się strony zobowiązania. I to nazywa się swobodą samodzielnego myślenia, o które tak trudno w obecnych czasach. Nawet w dzisiejszej piłce brakuje go nader często. I też w futsalu. Gołym okiem widoczne są bowiem niejednokrotnie w mediach interpretacje przedstawiane zgodnie z jedynie słuszną linią związkową. Bez najmniejszej refleksji. A co najciekawsze, owa oficjalność częściej wypływa z twittowania „ważnych osób” niż rutynowych wypowiedzi, choćby rzecznika związkowego.

Ale póki są sukcesy niech się to tak kręci. A później, jak to śpiewano w piłkarskim przeboju - „tego nie wie nikt”. Już tak wiele - jako działacz sportowy - widziałem różnych wolt osób, wydawałoby się stałych w poglądach, że nic w polskiej piłce nie jest w stanie mnie zadziwić. Weźmy chociażby sytuacje wyborcze, gdy najbliższy współpracownik staje przeciwko koledze – szefowi. I to w momencie, kiedy do końca płyną zapewnienia o lojalności. Niech moje felietonowe słowa zakonotuje sobie każdy działacz klubowy futsalu. Niech każdy z nich ma oczy oraz uszy z każdej strony głowy i nie daje nabierać się na piękne słówka. Choćby płynęły z najelegantszych ust związkowych.
W jednym z podkarpackich mediów wyczytałem, że drużyna Heiro Rzeszów, występująca w I lidze, przez całe rozgrywki nowego sezonu pokona blisko 6500 kilometrów. To sporo, a wiąże się z dużymi wydatkami finansowymi, z dalekimi podróżami. Najdalszy wyjazd czeka rzeszowian na mecz z Orłem Jelcz-Laskowice, kiedy trzeba będzie pokonać 416 km w jedną stronę. Najbliżej będzie miał rzeszowski team do Nowin na starcie z Ekom Futsal - 173 kilometry. Jeszcze więcej kilometrów przemierzy Helios Białystok. Najbliższy wyjazd  ma do Warszawy – około 450 kilometrów w obie strony. Ale już do Zielonej Góry wychodzi 1300 kilometrów, a do Obornik czy Leszna po 1100 kilometrów. W sumie w sezonie Helios pokona ponad jedną czwartą długości równika, czyli circa 11 tysięcy kilometrów. Zarówno dla Heiro jak i Heliosa, a także innych „kresowych” zespołów owe „wycieczki” podrażają koszty utrzymania klubowego. Podejrzewam, że prezesi tych klubów na wyjazdy muszą poświęcić około 30-40 procent klubowego budżetu. Jak widać futsal małą ma tylko piłkę, natomiast koszty wcale niemałe.

Całkiem inaczej to wygląda, gdy jest się umiejscowionym gdzieś w środku Polski, względnie na Śląsku, gdzie jest sporo drużyn. Kiedyś obecny prezes Spółki FE powiedział, że na Śląsku mogliby sobie nawet utworzyć „ligę tramwajową”, ponieważ na większość meczów można dojechać środkami komunikacji miejskiej. I coś w tym jest.  Dlatego darzę większym szacunkiem tych różnych „kresowców”, czyli zespoły z krańców Polski, które zawsze będą miały w sprawach wyjazdowych pod górkę. Nie widzę, tak ad hoc, sprawiedliwego rozwiązania. Pewnie można próbować apelować o zwiększenie liczby grup ekstraklasowego zaplecza, czy zmianę geograficzną podziału na grupy, ale nie sądzę, by dało to rozwiązanie zadowalające ogół. Tym bardziej poprawiające poziom sportowy tej ligi.

Nie doczytałem się na futsalowych portalach klubowych, aby ktoś podziękował Komisji Licencyjnej PZPN za wyrozumiałe podejście do procesu licencyjnego dla klubów ekstraklasy oraz I ligi polskiego futsalu. Osobiście nie mam złudzeń, że było wyrozumiale - szczególnie w aspekcie I ligi - i dzięki temu liczba drużyn w obydwu grupach zostanie zachowana. Dziękuję więc ja związkowej władzy za życzliwość wobec naszego futsalu.

Tyle teoria, bo gdyby doszło do praktyki i panowie z Komisji Licencyjnej wybraliby się wyrywkowo na mecze I ligi futsalu zobaczyliby w wielu przypadkach, że ich mniemanie o solidności organizacyjnej ma się po wielokroć nijak do wymogów organizacji meczowej. Czasami nawet dziwię się, jak sędziowie mogą dopuścić do zawodów, gdy na halach brakuje podstawowych zabezpieczeń. Na szczęście w nowym sezonie zaistniałe niedoróbki będzie już można zobaczyć i to nagrane przez kluby w ramach programu PZPN – magazynu I ligi futsalu. Tym oto sposobem klub może złożyć całkiem legalne doniesienie – i to za własne pieniądze – na samego siebie. Tak trzymać, panowie organizatorzy rozgrywek.
Jak pewnie wszyscy interesujący się futsalem wiedzą, pan Andrzej Dąbrowski ze Zduńskiej Woli postanowił odpocząć sobie od sportowej działalności. I nieoczekiwanie wywołał tym ambaras personalny w składzie Komisji Futsalu i Piłki Plażowej. Otóż Spółka FE rekomenduje zgodnie z umową z PZPN dwie osoby do Komisji związkowej. Aktualnie jeszcze z tego poręczenia członkami Komisji są panowie Dąbrowski oraz Czeczko. Po wycofaniu się pana Andrzeja, rozpoczęły się podchody o miejsce po nim. Spółka ma swoich kandydatów, ale też związek widzi osoby przydatne do działania z grona spółkowych działaczy. Nie zawsze preferencje stron są zgodne. Jak to mówi się w dyplomacji – rozmowy trwają. Dla mnie jest to dziwno-śmieszne, bo prawo wskazania kandydata ma Spółka i tylko Spółka.

Zresztą problem jest nieco szerszy, gdyż i w Spółce trwają „przepychanki” o to miejsce. Dla uniknięcia zwady na przyszłość proponuję, aby każdorazowo jednym z kandydatów Spółki był prezes Rady Nadzorczej. Drodzy panowie, drogie panie. Kiedyś, jak obowiązywał inny regulamin, Komisja czy Wydział Futsalu miały przewodnią oraz decyzyjną rolę dla polskiego futsalu. Obecnie zgodnie z zapisami PZPN jest to tylko ciało opiniujące, doradcze. Więc o co ten spór. O obiady raz na kwartał. Przecież i tak prezydium Komisji decyduje niemal o wszystkim, na co ścisłe kierownictwo PZPN Komisji pozwoli. Czy więc warto kruszyć kopie o cztery wyjazdy w roku do Warszawy?

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kanikuła, relaksowo zwana wakacyjnym sezonem ogórkowym, jak najbardziej sprzyja grom oraz zabawom na piasku. Telewizje uraczyły nas w lipcu sporą dawką piaskowych emocji w wydaniu sportowym. Na początek zaserwowano światowe Grand Prix w siatkówce plażowej z Olsztyna, następnie piłkę ręczną plażową podczas World Games we Wrocławiu, by podsumować mistrzostwami Polski w piłce nożnej plażowej w Kołobrzegu.

Wszystkie imprezy, oprócz piasku i piłki, spinały niezwykle atrakcyjne oprawy widowiska. Nawet, gdyby ktoś nie lubił tych wygibasów na piasku z piłką na chwilę przystanie, zainteresuje się, spojrzy i – być może  - wciągnie się do tych sportów. I to już jest zysk dla dyscypliny, organizatora, kibica. Polecam związkowi piłkarskiemu, który patronował wydarzeniom kołobrzeskim równie udanych organizacji imprez futsalowych realizowanych przez PZPN. Tym bardziej, że odbywa się to pod nadzorem jednej pezetpeenowskiej komisji. Poniekąd dlatego ustanowiono kiedyś w Wydziale Futsalu Final Four Pucharu Polski, aby bawić się tak jak w Kołobrzegu. I dobrze, że po niezrozumiałym rocznym okresie banicji tej formuły, Final Four HPP wraca się do dobrych rozwiązań.
Komisja Futsalu i Piłki Plażowej podjęła w lipcu ważną decyzję o rekomendacji firmy International Sport Brand Company – właściciela marki Masita – jako Partnera Technicznego I ligi futsalu. Na mocy umowy kluby otrzymają między innymi piłki meczowe. Tyle wyczytałem krótkiego komunikatu centrali piłkarskiej. Nie mogę jednak oprzeć się krótkiemu komentarzowi felietonisty. W latach 2010-2012 leżał na biurkach ówczesnego kierownictwa PZPN podobny projekt i nie doczekał się realizacji. W ten sposób zostało stracone co najmniej siedem lat. Dobrze, że w obecnej Komisji znajdują się też ludzie patrzący nie tylko na profity z bycia w tym gremium. Ludzie z doświadczeniem biznesowym. Ludzie wiedzący, co to jest marketing, promocja. A i w centrali związkowej promarketingowe działania są przez prezesa Bońka, czy sekretarza generalnego Sawickiego stawiane na poczesnym miejscu. Jest inaczej niż bywało przed laty.

Ze swojej strony wymienię spośród członków Komisji pana Kulczyckiego, z którym kiedyś współpracowałem przy organizacji turnieju mistrzostw Europy w Polsce i wiem, iż jest otwarty na marketing futsalowy. Tak trzymać. Tym bardziej, że kolejny zablokowany pomysł z lat 2009-2011 też obecnie ma szansę na realizację. A mam na myśli inicjatywę zmierzającą do produkcji magazynu I ligi futsalu, zawierającego skróty meczów po każdej kolejce. Jakby nie patrzeć na określenie „dobra zmiana”, to na pewnych polach futsalowych sprawdza się ono w związku piłkarskim. Mimo, iż wpływowe są jeszcze osoby, które rok, dwa temu pewne rozwiązania blokowały.

Felieton piszę w dniu dla warszawian szczególnym historycznie, bo 1 sierpnia. Dlatego pozwolę sobie wtrącić jeszcze jeden wątek historyczny. Historyczny dla naszego futsalu. Kiedy w PZPN przed prawie dziewięcioma laty opracowywane były zasady współpracy ze Spółką FE w zakresie rozgrywek ekstraklasy, nie było zainteresowania do wejścia przez PZPN jako jednego z udziałowców Spółki. Owe zasady miałem przyjemność opracowywać wspólnie z dyrektorem Departamentu Prawnego PZPN profesorem Wachem i wiem, że prezesostwo związkowe ostrożnie podchodziło do przedsięwzięcia, chcąc najpierw przyjrzeć się jak to „novum” będzie funkcjonować w praktyce. Namawiałem później moich następców do wejścia związku do grona wspólników Spółki FE, ale bez rezultatu. Z tego co odczuwało się w rozmowach, w gronie ówczesnej Komisji FiPP kierowanej przez pana Grenia raczej przeważał pogląd, by rozgrywki ekstraklasy przejąć ponownie do władania związkowego. Niedługo minie dekada od początków tego udanego, futsalowego eksperymentu.
Wydaje mi się, że nadszedł czas, aby połączyć siły i tak jak to dzieje się w Spółce piłki trawiastej dogadać wejście PZPN jako kolejnego wspólnika. Nie powinno to nikomu zaszkodzić, ani nikomu ubliżyć. Raczej wpłynie na wzmocnienie krajowego futsalu. Liczę, że członkowie Komisji FiPP, w tym także ci działający w jej poprzedniej kadencji i negujący wówczas takie rozwiązanie, przemyślą tę opcję. Liczę, że władze związku przejrzały na oczy i wspomogą nie tylko słownie, ale czynem futsal. Dla nadania kierunku działania podeprę się przekazem jednego z polskich romantycznych wieszczów – „Kto się waha, ten urodził się do słów, nie do czynów”.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Klaudiusz Hirsch w wywiadzie dla portalu futsal-polska mówi, że lubi pograć w tenisa, siatkówkę, ogląda koszykówkę. Z tego co wiem pan Kupczyk, kiedyś właściciel, prezes ekstraklasowej drużyny futsalowej Kupczyk Kraków, jest wielkim fanem tenisa i objeżdża topowe turnieje. Ktoś tam biega w maratonach. Inny prezes futsalowego klubu nie opuści meczu żużlowego. I tak mógłbym pewnie wymieniać jeszcze sporo pasji prezesów działających w polskim futsalu. I dobrze, że nie ma sportowej monokultury, gdyż z każdego sportu można coś do tej najbardziej ulubionej dyscypliny zaimportować. Przykładowo, prezes Boniek oddaje się z lubością poza-piłkarskim igrcom, okazując względy golfowi. Piszę o tym nie dla namawiania do naśladowania prezesa, ale w celu nieustającego zachęcania do aktywności oraz różnorodności sportowej w wielu postaciach.
Cały ten wstęp ułożyłem sobie w głowie wracając z Paryża z zakończenia 104. edycji Tour de France. Nie jestem aż takim fanem kolarstwa, aby bywać na kolarskich tourach, ale dla francuskiego wyścigu rezerwuję sobie od ponad 30 lat miesiąc lipiec. Z zasady przed telewizorem, ale bywają rodzynki, że jestem we Francji. Tak stało się i w tym roku, kiedy jeden ze znajomych, przedstawiciel znanej marki handlowej, działającej też w Polsce, będącej sponsorem wyścigu, zaproponował mi wyjazd na finał do Paryża. Warto było poświęcić dwie noce oraz dwa dni, by z bliska obejrzeć gladiatorów dwóch kółek napędzanych siłą nóg. Ale nie o kolarstwie chcę pisać tylko o wniosku jaki wyciągnąłem z tej eskapady.

Wiadomo, zespołowo oraz indywidualnie francuski Tour wygrał zespół TEAM SKY. Celowo piszę zespół, gdyż nawet indywidualne zwycięstwo w kolarstwie jest niezwykle mocno powiązane z zespołem. Indywidualnie tutaj można wygrać etap, a nie cały wyścig. I myślę, że warto to przemyśleć w środowisku polskiego futsalu, gdzie różne opcje, koteryjki, grupy, podgrupy, czy nawet zbytnie indywidualności, ciągle nie znajdują spójności działania. W kolarstwie istnieje takie coś jak GREGARIO. Najprościej tłumacząc jest to pomocnik, szeregowy żołnierz. I nawet mistrz świata Michał Kwiatkowski podporządkowuje się dla wyniku finalnego wyznaczonemu zdaniu, jakim w tym wyścigu było zwycięstwo jego kolegi z grupy Brytyjczyka Frooma.

Tymczasem w futsalu naszym ledwie skończą się jakieś wybory, już trwają podjazdy, podchody, negacje etc etc. Z drugiej strony ci wybrani prezesi, przewodniczący, kierownicy, czy obojętnie jak ich zwał - przewodzący czemuś oraz komuś próbują w większości działać na zasadzie czysto „folwarcznej”. Czyli jest „PAN”, który zawsze ma rację. Co prawda, bywają też zastępcy „pana”, którzy nieraz chapną co nie co z „pańskiego stołu”, ale lokująca się dalej cała reszta jawi się przydatna głównie jako „pańscy klakierzy”. Tacy kolarscy gregario właśnie. Niemniej różnica jest i to zasadnicza. Owi gregario w kolarstwie mają płacone tak samo jak lider. Po równo, niezależnie od zajmowanego miejsca. I cenieni są nad wyraz merytorycznie. A nasi futsalowi – o ile szef ma dobry humor, to czasami zasądzi, co łaska. I dlatego zamiast walki o wyniki sportowe trwa nieustająca, pełna złośliwości, walka o wpływy oraz przysłowiowe „stołki”.

Francja przeegzaminuje naszą reprezentację przed meczami barażowymi. Rywal ciekawy, sprawdzian sensowny. Szkoda tylko, że kolejny raz grane będzie w Koszalinie. Dlaczego nie pośrodku Polski, gdzieś na łódzkiej albo mazowieckiej ziemi. Ale pojawiła się szansa, że coś ciekawego obejrzę blisko. Jak wieść gminna niesie, Superpuchar ma być grany w Bełchatowie.  Nie wiem jak podejdą do tego Rekord oraz Clearex, którym zdecydowanie bliżej jest na Śląsku, ale pomysł popieram. Zresztą najwyższy już czas, aby przewodniczący Kaźmierczak pokazał futsal ogólnopolski (nie tylko w wykonaniu Gatty) w swoim mateczniku, czyli na ziemi łódzkiej. W związku, któremu od roku prezesuje. Jak uda się to przedsięwzięcie organizacyjnie, to może i inne mecze, w tym także międzypaństwowe, będą rozgrywane przy dogodnym dojeździe dla wszystkich. I nie trzeba będzie się tłuc przez pół albo całą Polskę do Koszalina. A tak w ogóle optuję za rozwiązaniem z piłki trawiastej, by do takich  pucharowych imprez desygnować stałe lokalizacje. Jak to uczynił w dogodnym, centralnym miejscu prezes Boniek dla dużej piłki.
Lipiec jest dla futsalowych klubów kolejnym miesiącem polowań. Oczywiście, transferowych polowań. Trudno już obecnie osądzić, kto okazał się najlepszym myśliwym, ale pospekulować – jak to w felietonie bywa nierzadko – nie zaszkodzi.

Nazwiskami przebija rywali, co pozwala przyznać indywidualne pierwszeństwo w „ustrzeleniu okazów”, bielski Rekord. Panowie Michał Kubik oraz Michal Seidler nie mają sobie równych w poziomie sportowym pośród innych futsalistów zmieniających barwy. Na trzeciej pozycji umieściłbym Tomka Kriezela, który po burzliwym przejściu przed rokiem z Chojnic do Gdańska, w łagodnej atmosferze przenosi się do Torunia. Z topowych nazwisk polskich jeszcze wymienię golkipera Macieja Foltyna, który opuszczając Pniewy postanowił zakotwiczyć w pierwszoligowych Laskowicach, Macieja Mizgajskiego podążającego z Gliwic do Chorzowa oraz Dominika Soleckiego przenoszącego się z Pogoni 04 do Słomnik. Godne wzmianki jest też przejście Pawła Barańskiego z Gliwic do Zduńskiej Woli.

Z  zagranicznych futsalistów wrażenie robią obok wspomnianego wyżej Czecha Seidlera nazwiska Ukraińców – Romana Wachuły oraz Serhija Kowala, którzy postanowili wspomóc futsal w Słomnikach. A tak w ogóle, to podkrakowski klub, beniaminek futsalowej ekstraklasy - w przeciwieństwie choćby do szczecinian, czy gliwiczan, pozbywających się ważnych zawodników - jawi się na tę chwilę zespołowym „królem polowania”. Gdy to zamieni się w rozgrywkach na punktową jakość, można będzie napisać, że polowanie było nadzwyczaj trafione, a „zwierz był gruby”.

Ruch transferowy jest oczywiście o wiele większy niż wskazuje felieton, a świadczy to tylko, że futsal żyje. Przynajmniej ten reprezentacyjny oraz ekstraklasowy. Czy też pierwszoligowy. To zobaczymy po realizacji wielkich planów sponsorsko-medialnych, jakie ma w zamyśle Komisja Futsalu PZPN wobec tych rozgrywek. Cyprian Kamil Norwid pisał – „Orient wierzy, Europa rozumuje, Ameryka konfrontuje”. Proszę pozwolić, że ogłoszę się Ameryką i skonfrontuję owe plany z rzeczywistością, aby dopiero wtedy wydać sumienną ocenę. Tak będzie najsprawiedliwiej.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Czytałem niedawno wynurzenia pewnego handlarza zakazanymi towarami, który wypowiedział takie oto zdanie – „w środowisku naszym bywa często tak, że jednego dnia podajesz komuś rękę, a kolejnego ta ręka wali cię na odlew”. Podsumowując zdanie dodał – „ale to są zasady, tego możesz spodziewać się”. Przeczytałem, zamyśliłem się i stwierdziłem, że aby dojść do takich przemyśleń wcale nie potrzeba odnosić się aż form niedozwolonego biznesu. Wystarczy nieraz popatrzeć w telewizornię, aby zobaczyć jak nieciekawe są zasady w polityce. Wydaje się nawet niejednokrotnie, że kibice sportowi, z tymi nawet piłkarskimi na czele, mają wobec innych grup bardziej ułożone oraz honorowe zasady postępowania. Niemniej wiem też, że w środowisku sportowym warto być czujnym i mieć oczy dookoła głowy, aby przetrwać. W innym razie wypadasz z gry. Daję to do wakacyjnych przemyśleń dla wszystkich, którzy uważają, że sport jest czysty oraz daje zdrowie.
Wiemy mniej więcej, gdzie odbędą się mecze barażowe Węgry - Polska. Najprawdopodobniej będzie to Miszkolc oraz Koszalin. Wybór Węgrów przypadł mi do gustu, bo jest blisko naszych granic. Liczę, że spora grupa polskich fanów futsalu skusi się na krótką wycieczkę do kraju Tokaju, aby wspomóc naszą drużynę. W każdym razie namawiam, aby to zrobić.

Niektórym kibicom, szczególnie z południa Polski, gdzie futsal jest najbardziej rozpoznawalny, nawet bliżej będzie na Węgry niż do dalekiego Koszalina, w którym futsal bywa jedynie okazjonalnie. Na szczęście dla tego miasta ma ono wielkiego orędownika w osobie wiceprezesa PZPN, Bednarka, który od lat mocno ogrzewa się przy futsalu oraz beach soccerze. Współczuję osobiście Śląskowi, że nie mają aż tak mocnego przebicia we władzach związkowych, bo właśnie tam – moim zdaniem – taki mecz ze względu na popularność oraz tradycje naszej małej piłki powinien być organizowany. Co prawda, w gronie reprezentantów padają twarde zdania, iż Koszalin jest szczęśliwy, bo tam rozbiliśmy bodajże aż 6:0 Białoruś i kibiców na hali jest full, ale dla mnie argumenty z gatunku życzeniowych. Grając dobrze powinniśmy wygrywać w każdym miejscu naszej pięknej Ojczyzny z rywalami bliskiej nam półki rankingowej. A Węgrzy do takich przeciwników należą.

Polski futsal nie wyróżnia się organizacją wielu klubowych turniejów futsalowych o poważnej randze międzynarodowej. Co prawda gra się wiele turniejowo, ale raczej nie ma w nich zespołów z pierwszej, czy drugiej lub trzeciej półki europejskiej. Kiedyś był atrakcyjny Beskidy Futsal Cup. Teraz jakby zapanowała posucha w tym względzie. Ale końcem wakacji trafi się sympatykom futsalu rodzynek. Wielkie emocje czekają kibiców futsalu na Dolnym Śląsku. Jak poinformował mnie wrocławski członek rodziny, radio Wrocław podało, iż od 31 sierpnia do 3 września rozegrany zostanie 3 turniej Futsal Masters, w którym wystartuje FC Barcelona. Organizatorem turnieju będzie Orzeł Futsal Jelcz-Laskowice, a mecze grane będą we wrocławskiej Orbicie. Nic tylko pogratulować prezesowi klubu z Jelcza-Laskowic, Sebastianowi Bednarzowi. A wiceprezesowi PZPN, panu Padewskiemu pozazdrościć na jego terenie takiego działacza. W zawodach ma wystartować 8 drużyn. I to nie byle jakich drużyn, bo nawet mających w swoim portfolio mistrzowskie, krajowe tytuły. Poziom oraz emocje więc zapewnione. Wniosek jest prosty. Jak się chce coś zrobić to można. Cichutko i spokojnie robi się w Jelczu-Laskowicach futsal. Tak trzymać. Reszta futsalowego luda niech uczy się. Tylko bez zadęcia.
Pytał mnie znajomy z okolic UEFA, a także z zaprzyjaźnionego futsalu sąsiedzkiego, dlaczego na losowanie barażów do Nyonu nie przyjechała żadna znacząca osoba polskiego futsalu. Rzekomo była jakaś pani ze związku. Piszę rzekomo (jeżeli mylę się, to proszę o sprostowanie), gdyż tematu nie znam i nie zamierzam zgłębiać, jako że nie moje to zabawki i nawet nie wiem kto był w tej Szwajcarii. Jednak o ile tak zdarzyło się, to źle stało się.

Karol Dickens pisał, że ważne jest nie to, co możemy zrobić, lecz to, co zrobić musimy. Nie ma polski futsal zbyt dużo okazji do porozmawiania tete a tete z innymi działaczami futsalu pozakrajowego. A taki kontakt, to co innego niż rozmowa telefoniczna, czy mailowa korespondencja. Zawsze procentuje w dwójnasób. Zdaję sobie sprawę, że jednodniowy wyjazd do Nyonu to żadna atrakcja i nic nie znaczy w porównaniu choćby z kilkudniowym wyjazdem  do Nassau na Bahamach, gdzie przy beach soccerze ludzi z Bitwy Warszawskiej nie brakowało.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS