Z notatnika dziejopisa

Kraszewski Józef Ignacy – niezwykle płodny polski pisarz, autor wielu powieści historycznych, napisał kiedyś, że ludzie boją się zmian. Nawet tych na lepsze. Obserwując zmiany w piłce nożnej muszę stwierdzić, iż słowa dziewiętnastowiecznego pisarza pasują jak ulał do władz międzynarodowej piłki. Gdy brak zmian systemowych na szczeblach światowych czy europejskich, to i w krajowych związkach nie palą się do nich zbytnio. I nie odnoszę tego w żadnym przypadku do personaliów tylko do przepisów, organizacji, etc.  Osobiście nie dziwię się, że działania FIFA, UEFA, PZPN są nierewolucyjne, bo komu chciałoby się wywracać utrwalony przez lata porządek, w którym uwiło się sobie całkiem komfortowe gniazdko.

Ale niedawno w futsalu coś drgnęło i to  za sprawą owej osławionej UEFY. Będziemy mieli europejski mistrzowski turniej kobiecy, finały ME do lat 19 oraz 16 teamów narodowych w seniorskich finałach ME. Brawo, brawo, brawo. Zawsze będę powtarzał, to co już powiedziałem w gronie kilku prezesów krajowych związków futsalu podczas finałów mistrzostw Europy w Debreczynie w 2010 roku – odejdzie Platini nastaną lepsze czasy dla futsalu. I tak dzieje się.

W roku 2008 w Krośnie odbyły się eliminacje do finałów ME do lat 21. Petersburski finał tej imprezy, który miałem możliwość oglądać z bliska, był łabędzim śpiewem tego rocznika w europejskim czempionacie. Władze UEFA powiedziały basta. I nie pomogły zbiorowe petycje europejskich krajowych związków futsalowych, które też podpisywałem. Kierowane przez Platiniego władze UEFA pozostawały nieugięte. Podobnie było z próbami powiększenia liczby finalistów futsalowego EURO do 16 zespołów. Pamiętam jak wspólnie z panem Sowińskim w Debreczynie uczestniczyliśmy w dyskusji panelowej w tym temacie grupy Państw Wyszehradzkich i opracowaliśmy stosowny dokument. Nawet w prywatnej rozmowie poruszaliśmy temat z panem Platinim. Później dodatkowo z państwami półwyspu Bałkańskiego podczas kolejnych finałów ME w Zagrzebiu, czy wizyt w siedzibie UEFA w Nyon wrzucałem wraz z innymi owe zagadnienie do dyskusji. Optowały mocno za tym państwa byłego Związku Sowieckiego. W Komitecie Wykonawczym za futsal odpowiadał wówczas Bułgar, który taką opcję wspierał. Jednak nic nie wskóraliśmy. Dlatego jeszcze raz dziękuję władzom UEFA za niedawne decyzje. I mam nadzieję, że nasz – od niedawna - człowiek w Komitecie Wykonawczym, czyli prezes Boniek, nie był im przeciwny.
Kiedy już cytuję Kraszewskiego, to odniosę się z jego słowami także do krajowego podwórka. Chodzi o młodzieżowe mistrzostwa Polski. Kolejny raz zaapeluję, aby eliminacje powierzyć wojewódzkim związkom. Droga futsalowa centralo, proszę nie bać się zmian. W żadnym przypadku nie posądzam działaczy centrali o obawy przed zmianami, czy konformizm. Na pewno nikt Wam nie zabroni jeździć i doradzać organizacyjnie po województwach. Nawet tak zwany teren będzie z tego zadowolony.

Z masowością jest jak z budową domu. Zawsze lepiej budować od podstawy niż narzucać z góry. A w futsalu młodzieżowym w perspektywie nowego europejskiego, młodzieżowego czempionatu najważniejsze jest w tej chwili umocnić go u podstaw. A tego bez zainteresowania futsalem młodzieży prezesów związków wojewódzkich nie da rady zrobić sensownie. Będąc przy młodzieżowych mistrzostwach wspomnę jeszcze tylko, że trafnie przewidziałem w jednym z felietonów, iż UEFA zdecyduje się raczej na U-19. Dlatego proponowałem przeniesienie krajowego środka ciężkości na U-18 kosztem U-20. Warto to ponownie przemyśleć.

Niedługo zarząd PZPN zatwierdzi regulaminy rozgrywek na przyszły sezon futsalowy. Nie jest rolą felietonisty odnoszenie się zapisów wypracowanych przez prawników, praktyków, działaczy Komisji oraz klubów. Niemniej pozwolę sobie odnieść się do jednej kwestii. Co prawda, jest to problem sztucznie rozdmuchiwany niejako, lecz warty opisania. Na Boga, panowie stwórzcie jeden spójny zapis odnośnie wpisywania do protokołu zawodników obcokrajowców spoza ogólnie mówiąc Unii Europejskiej. Jeden dla wszystkich lig centralnych rozgrywek futsalu.
W rozgrywkach ligowych z obcokrajowcami nie przelewa się. I dobrze. Mamy polskich zawodników i ich szkolmy, wystawiajmy do gry. Zresztą konia z rzędem temu, kto obudzony w nocy w mig wymieni więcej niż dwa nazwiska obcokrajowców futsalowych, którzy zapadli mu w pamięć w rozgrywkach polskiego futsalu lat minionych. Ja na pewno wymieniłbym dwóch – Janowskiego oraz Neagu. Trzeciego pewnie po chwili. A nad kolejnymi musiałbym dłużej pomyśleć niż te regulaminowe trzy sekundy. Puentując ten akapit chciałbym tylko przypomnieć, iż Ukraina jest państwem stowarzyszonym z UE i nie za bardzo widzę powód, by jej obywateli traktować inaczej niż choćby też nie będących w Unii Islandczyków. Ponadto należy pamiętać o prawach UE, ale również nie zapominać o przyzwoitości i nie traktować nie-unijnych obywateli jako gorszego sortu zawodników, ograniczając mocno ich liczbę wpisywanych do protokołu zawodów.

Niektórzy w ekstraklasie wielkanocny „lany poniedziałek” mieli już w sobotę. Nie spodziewałem się, że tak doświadczony zespół jak Gatta poniesie taką klęskę w Szczecinie. Porażka 3-11 wyglądała poprzez mnogość goli pięknie w telewizji, ale pewnie długo odbijała się czkawką przy świątecznym stole zduńskowolskim zawodnikom, działaczom, trenerom. Z drugiej strony rozumiem trenera Stanisławskiego, że nie zamknął się na swojej połowie tylko odważnie szukał bramek grając z wycofanym bramkarzem.  Niemniej tak wysoka porażka mistrzom nie przystoi.

Kilka lat temu w Halowym Pucharze Polski prezes Wolny widząc po początku rewanżowego meczu z poznańską Akademią Futsal Club, że przeciwnik Cleareksowi odjeżdża, też grał w „otwarte karty” kolejne minuty. I też sporo przegrał. Futsal lubi takie odważne gry. Gole stanowią clou futsalowego i telewizyjnego widowiska. W nadchodzący weekend finalizuje się nam zasadniczy sezon ekstraklasy. Przed podziałem punktów winien dać odpowiedź kto zamelduje się w „wygranej” pierwszej szóstce - Red Dragons, Clearex, czy AZS UŚ. Oby nie było kunktatorstwa tylko zaowocowało golami oraz spektakularnymi wynikami. Zaprawdę widowiskowość jest w stanie obronić ligowy futsal. I to nie tylko w coraz lepszych przekazach telewizyjnych w SportKlubie.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Jeżeli człowiek wie czego chce, to raczej nie pobłądzi. Nawet, gdyby miał przebyć drogę przez przysłowiowa mękę. Nie znam aż tak dobrze sportowej drogi trenerów Biangi oraz Korczyńskiego, by autorytatywnie oceniać ich postawy jako szkoleniowców, ale po turnieju w Elblągu wiem, że warto było połączyć wodę z ogniem. Andrzej Bianga - raczej emanuje spokojem. Błażej Korczyński, to wulkan energii. Obecnie już pewnie nikt nie wątpi, że powołanie ich na opiekunów szkoleniowych reprezentacyjnej kadry polskiego futsalu było dobrym pociągnięciem. Dlatego całkiem rozsądnie będzie podziękować za to zespolenie trenerskiego duetu poprzedniemu szefowi Komisji Futsalu, panu Durajowi oraz wiceprezesowi PZPN, panu Bednarkowi. Nieskromnie powiem, że i media miały swój udział w kształtowaniu tej opcji.
W poprzednim felietonie pisałem, iż nasz reprezentacyjny futsal czeka w Elblągu egzamin maturalny. Teraz napiszę, że został on pozytywnie zaliczony. Awans Polski do meczów barażowych mających wyłonić finalistów Futsal EURO Słowenia 2018 zrobił wrażenie. Jednak jeszcze większym echem w futsalowej Europie – i nie tylko – odbił się nasz remis z wielkim teamem hiszpańskim. I to nie szczęśliwy remis, ale całkiem zasłużony, wywalczony po emocjonującym pojedynku w walce jak równy z równym z wielokrotnymi mistrzami Europy oraz czempionami globu. O ile elbląski turniej eliminacyjny ME stanowił o maturze, to baraże będą takim swoistym egzaminem na wyższe studia futsalowe. Co prawda, ktoś powie – już jest dobrze, ale ja będę twierdził, że sukces należy utrwalić. Coś co wydarzy się raz czasami traktuje się jako szczęście. Powtórzone jest pokazaniem swojej siły, stabilizacji. Kiedy rok temu wygraliśmy w Portugalii z Rumunami i były baraże z Kazachstanem o finały MŚ, wielu opowiadało o tym właśnie w kategorii szczęścia. W Elblągu podopieczni trenerów Biangi oraz Korczyńskiego potwierdzili, że nie myślą odpuszczać i kroczą coraz śmielej do coraz wyższych lokat rankingowych. Dlatego wierzę, że mogą zdać i kolejny egzamin. Ten na symboliczne futsalowe studia i po 17 latach ponownie zagramy w finałach futsalowych mistrzostw Starego Kontynentu. I niech tak stanie się. Trener Korczyński pamięta, jako zawodnik, to uczucie uczestniczenia w najważniejszej futsalowej grze Europy. Niech więc i jego podopiecznym będzie dane poznać jakie to niecodzienne jest doznanie.

Zawody w Elblągu były trzecim w minionych sześciu latach turniejem eliminacji mistrzostw Europy organizowanym w Polsce, ale pierwszym zakończonym dubletowym sukcesem. Po Bielsku Białej oraz Krośnie delegaci UEFA wystawiali nam najwyższe oceny – excellent –   za organizację. Teraz do wysokiego poziomu organizacyjnego doszedł jeszcze ten najważniejszy sukces, czyli sportowy. Miałem możliwość rozmawiać o tym w Elblągu z przedstawicielami UEFA, a także przedstawicielami krajów uczestniczących w turnieju. Trener Serbów podkreślał sprawiedliwe sędziowanie. Szef Mołdawian, nieco rozgoryczony wynikami swojej reprezentacji, wysoko oceniał organizację. Hiszpanie wiele mówili o kulturze kibicowania. Delegat był zadowolony, że wszystkie mecze były transmitowane w ogólnopolskiej telewizji. Może kiedyś PZPN wystąpi do UEFA o powierzenie nam turnieju finałowego ME w futsalu. Myślę, że należy się to wiernej, coraz liczniejszej widowni futsalowej w Polsce.
Szczerze muszę przyznać, że gdy dowiedziałem się o powierzeniu przez PZPN organizacji turnieju Warmińsko-Mazurskiemu ZPN miałem obiekcje, czy sprosta on zadaniu. To co zobaczyłem pokazało, że każdy biorąc się za przysłowiowe „bary” z organizację futsalowej imprezy w Polsce powinien brać przykład organizacyjny z turnieju elbląskiego. Ze swojej strony chciałem podziękować Markowi Łukiewskiemu, prezesowi Warmińsko-Mazurskiego ZPN za umożliwienie mi godnego obejrzenia turnieju. Szkoda tylko, że wielu innych byłych czy obecnych działaczy, szkoleniowców futsalu z Polski nie miało tego szczęścia. Ale to już nie zależało od organizatorów z W-MZPN. Po prostu gdzieś tam w centrali związku nie pomyślano (pewnie w nawale zajęć) o ludziach, którzy dla futsalu kiedyś coś zrobili, czy jeszcze robią. A w piłce trawiastej takiego problemu na meczach kadry nie ma. Proszę więc brać dobre przykłady i korzystać.

Marko Perić – serbski internacjonał futsalowy, którego pierwszy raz zobaczyłem w akcji jako młodziaka na turnieju futsalowym w Rzeszowie ponad dekadę temu, teraz kapitan serbskiego teamu mówił mi w Elblągu: Idziecie dobrą drogą organizacyjną oraz sportową. Kiedy wasi zawodnicy zagrają w reprezentacji, czy klubach więcej meczów o stawkę na stałe zagospodarujecie się w drugim europejskim koszyku. I będziecie wygrywać z najlepszymi nie od czasu do czasu tylko bardziej regularnie. Na pewno wiele pozytywów dałoby waszej kadrze pojawienie się polskich zawodników w klubach zagranicznych. Myślę, że nic dodać, nic ująć w ocenie zawodnika, który ma w swoim CV grę w klubach z najwyższej europejskiej futsalowej półki. W tej przyszłej konstelacji przyszłych polskich futsalowych ”stranieri” większość na turnieju w Elblągu wymieniała Mikołaja Zastawnika. Osobiście jednak chciałem zwrócić uwagę na Michała Kałużę. Spokój oraz pewność golkipera zachwyciły mnie nie mniej, niż odwaga trenerskiego duetu na wstawienie między słupki w tak ważnym turnieju osiemnastolatka. Franz Kafka mawiał – ile szczęśliwych myśli zostaje zaduszonych pod kołdrą, kiedy się samotnie śpi w łóżku. Czytając to zastanawiam się, iż – być może - nie wiemy jak wiele talentów futsalowych kryje się jeszcze w Polsce. I, oby tak było.      

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Rozpocznę od gratulacji dla prezesa Bońka w związku z jego wyborem do Komitetu Wykonawczego UEFA. Jest to wielka chwila dla polskiej piłki. Taka wisienka na torcie ciągu dobrych zdarzeń polskiej piłki kilku ostatnich lat. Początek dały wysokie oceny za organizację  EURO 2012, które odbyło się jeszcze za prezesury Grzegorza Lato, ale prezes Boniek był tego EURO ambasadorem. Tamto polsko-ukraińskie EURO  zaowocowało sporym sukcesem dyplomatycznym. Zorganizowane zostało na tak dobrym poziomie, że zaczęto spoglądać na polską piłkę, jej działaczy jako poważnego partnera.

Kolejne punkty dla związku w skali europejskiej przyniosły znakomite występy kadry Adama Nawałki. Nie od rzeczy będzie wspomnieć też o fantastycznej atmosferze na meczach reprezentacji i pełnych trybunach. To wszystko plus i szczególne osiągnięcia sportowe prezesa jako byłego piłkarza zaowocowało wyborem. Jeszcze raz gratuluję, panie prezesie. I mam nadzieje, że nie zapomni pan o polskim futsalu w nawale europejskich zajęć piłkarskich. Prezes Boniek prawdopodobnie będzie kierował w Komitecie pracą dwóch komisji. Nie jestem jednak aż takim optymistą, by stawiać na futsalowo-plażową.
W szkolnictwie funkcjonuje takie coś jak próbna matura. Niczego jeszcze wówczas nie musi się udowadniać, ale można sprawdzić się i zobaczyć swoją formę przed egzaminem życia. Można zobaczyć swoje słabości i mieć czas je wyeliminować, a nawet zrobić rekonesans jak taktycznie podejść do pewnych rozwiązań, choćby w zakresie rozkładu ściągawek. Taką próbną maturą był - w mojej ocenie - rozegrany w Koszalinie mecz Polski z Białorusią. Wynik 6:0 pokazuje, iż sporą część materiału odrobiła nasz futsalowa kadra sumiennie. Co nieco pewnie pozostało do poprawki i po to jest właśnie przedturniejowe zgrupowanie w Elblągu. Na elbląskim turnieju wszystko musi zagrać na tip-top i nie może być błędów, niedoróbek. Ta matura musi być zaliczona. Powtórki egzaminu nie będzie. Może nas satysfakcjonować tylko ewentualny baraż.

Koszalin – miasto niegdyś wojewódzkie – nie ma zbyt wielu reprezentacyjnych imprez sportowych. Na mecz z Białorusią przybyło ponad dwa i pół tysiąca widzów spragnionych dobrego widowiska sportowego oraz sukcesu biało-czerwonych. Nie zawiedli się. Organizacja meczu i sportowy wynik mogły zadowolić najwybredniejszych. I można byłoby organizatorom wystawić niekwestionowaną szóstkę szkolną, gdyby nie uwagi odnośnie telewizyjnego przekazu.

Reprezentacja Polski zasługuje na topowe promocje telewizyjne. Transmisje, które bez problemu odbierze w całej Polsce każdy sympatyk małej piłki bez szperania po internetowych adresach. Nie wiem i już nawet nie chcę wiedzieć - gdyż znudziło mi się ciągłe dopytywanie - dlaczego nadal futsal przez związkowych organizatorów imprez jest traktowany w zakresie reprezentacyjnych transmisji meczów po macoszemu. Liczę, że w Elblągu będzie wreszcie inaczej.
Jak już jestem przy koszalińskim meczu, to muszę poruszyć dwie sprawy. Po pierwsze, primo – nie byłoby meczu, gdyby nie działania pana Romana Sowińskiego, który własnymi kanałami „dyplomatycznymi” przekonał Białorusinów, że warto przyjechać na sparing do Koszalina. W imieniu futsalowej Polski dziękuję. I po drugie, primo – myślę, że cała futsalowa, i nie tylko, Polska powinna trzymać kciuki, aby nasi golkiperzy, a szczególnie Michał Widuch w zdrowiu oraz formie dotrwali do turnieju. Widziałem w Krośnie na poprzednim turnieju eliminacji Mistrzostw Europy, co dzieje się, gdy bramkarz jest w słabszej dyspozycji dnia. I powiem tak – dla mnie dzisiaj nasi bramkarze wyrabiają w meczu 60-70 procent normy. Aż boję się myśleć, co może być, gdy tej normy nie wykonają.

Maria Janion – polska historyk idei pisała – „naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać”. To prawda pani profesor. Niestety, my Polacy do takiego narodu należymy. I wcale nie inny jest nasz futsal. Jak bowiem inaczej podchodzić do różnych kombinacji  w rozgrywkach. Wyczytałem, że gdzieś w zachodniej Polsce w klubie wystawiono do gry za jednego obcokrajowca innego obcokrajowca, który nie był zgłoszony do rozgrywek. I co najdziwniejsze, nie dopatrzono się potrzeby weryfikacji walkowerem. Do kitu, by nie powiedzieć mocniej z taką organizacją. Dlatego nie dziwią mnie wcale treści kilku rozmów z ludźmi futsalu z tak zwanego terenu, którzy jasno deklarują – dopóki PZPN, Komisja Futsalu nie uporządkują rozgrywek II ligi, szkoda sobie zawracać głowy tworzeniem w naszych regionach rozgrywek tego szczebla. Poniekąd im nie dziwię się, bo każdy chciałby wiedzieć, czy białe zawsze będzie tylko białe, czy jednak czasami jest czarne.

Dobrze, że takich problemów nie ma w ekstraklasie, gdzie rozgrywki są prowadzone merytorycznie oraz sprawnie przez Komisję Ligi. Dlatego tylko pozazdrościć MOKS Słoneczny Stok Białystok, który trzy mecze przed zakończeniem rozgrywek zapewnił sobie awans do ekstraklasy. Cierpliwość, wola walki białostoczan została nagrodzona. Rok temu przegrali po barażach awans ekstraklasowy. Teraz bezproblemowo awansowali z pierwszego miejsca. Gratuluję. Białostocczyźnie należy się ekstraklasowy futsal. Całe podlaskie to prężny ośrodek. Jest to, poniekąd, też zasługa pracy organicznej nad tamtejszym futsalem, pana Leszka Łuckiewicza – od lat propagatora futsalu w Białymstoku i okolicach, byłego działacza Wydziału Futsalu PZPN. Także swoją cegiełkę dorzucił i nadal dorzuca pan Przemysław Sarosiek, który jest też nietuzinkową postacią podlaskiego oraz polskiego światka futsalowego. Niemniej, ojcami sukcesu są działacze, szkoleniowcy, zawodnicy MOKS. Być może sukces MOKS poruszy futsalowo „polską ścianę wschodnią” i wreszcie Śląsk i zachodnio-północne regiony kraju będą miały okazję poznać piękno całej naszej futsalowej ojczyzny.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nietuzinkowego dziennikarza sportowego Pawła Zarzecznego poznałem na przełomie wieków. Zapoznał mnie z nim Janusz Atlas, inna sława dziennikarska, kiedy przyjechali na Podkarpacie poznawać miejsca młodości Atlasowej rodziny. Byłem dla nich lokalnym cicerone. Z Januszem współpracowałem później w PZPN i rozwijałem medialnie futsal. Z Pawłem odnowiłem kontakt po przeprowadzce do warszawskiej metropolii, kiedy mieszkaliśmy niedaleko od siebie. Nie raz nie dwa spotykaliśmy się. Nasze rozmowy były intelektualną ucztą. I wcale nie sport był tematem wiodącym. Pawła szerokie horyzonty wymagały sporej koncentracji od interlokutora. Najczęściej były to gawędy o Jego felietonach w Polska The Times. Albo rozmawialiśmy o Jego komentowaniu wydarzeń w TV Republika.

Paweł, bywało, dopytywał o futsal, o którym co nieco słyszał z czasów eskapad sportowo-dziennikarskich z Atlasem. Jego sportowe miłości, to piłka nożna, Legia i Deyna. Niejednokrotnie wyczulał w rozmowie na niezawieranie tak zwanych „zgniłych kompromisów”. Już lepiej iść pod wiatr – przekonywał. Było, minęło. Odszedł nietuzinkowy dziennikarz oraz człowiek. Już w stołecznej kawiarence, czy wagonie podmiejskiej kolejki nie zapyta przygodnej osoby ile to jest 2+2 x 2. Nie zapyta konduktora, dlaczego w wagonie Kolei Mazowieckich nie można legalnie wypić piwa, gdy w Intercity można, a przecież obydwa składy jeżdżą po tych samych torach. To był człowiek nie do podrobienia. Dwóch takich znałem niepokornych dziennikarzy w sporcie – Jego oraz Atlasa. I to było moje dziennikarskie oraz prywatne szczęście. Janusza nie ma od lat. Pawła od kilku dni. Cest la vie – mówią Francuzi. I niech tak pozostanie w pamięci.
W życiu funkcjonuje powiedzenie – nie budź licha kiedy śpi, ale z jest też takie, które twierdzi - lepiej żałować, że coś się zrobiło, niż później żałować, że nic się nie zrobiło. Jeszcze niecały miesiąc i zakończy się runda zasadnicza Futsal Ekstraklasy. Pozostanie podział na grupy i pięć arcyważnych meczów decydujących o mistrzostwie oraz degradacji. Jeszcze miesiąc i reprezentacja Polski w piłce plażowej wyleci na Bahamy na finały mistrzostw świata. Trenerem jej jest drugi trener i zarazem zawodnik Gatty Zduńska Wola, Marcin Stanisławski. A być może – i w tym momencie zabawię się we wróża – w kadrze tej znajdzie się jeszcze inny futsalista ze Zduńskiej Woli.

Nie znam terminów owych pięciu meczów ekstraklasy, ale mogą pokryć się z turniejem na Bahamach. Zapytam więc teraz - jest „zagwozdka”, czy jej nie ma. Dwóch, trzech piłkarzy w kadrze, co prawda nie futsalowej, ale na ważnym dla polskiej piłki turnieju może upoważniać do przełożenia meczu. Co prawda, w regulaminie ekstraklasy jest zapis, że dotyczy to tylko kadry futsalowej, ale nie takie cuda już widziałem. Pozwolę więc sobie pospekulować. Po pierwsze, do akcji wkracza PZPN i nakazuje przełożyć mecze Gatty. Po drugie, Gatta sama dogaduje się z rywalami i mecze przekłada. Po trzecie, Gatta gra bez swoich zawodników. Po czwarte, Komisja Ligi FE szuka rozwiązania polubownego. Po piąte, jedzie tylko jeden zawodnik na Bahamy i nie ma problemu. Pewnie są i inne opcje, ale nie będę ich omawiał. Temat wrzucony, reszta nie moja broszka. Dopiszę tylko, że przed laty był już taki problem i PZPN skutecznie interweniował.  

Jak już licho wywołałem, to samo zadbało, by jeszcze nie schodzić ze szpalty felietonowej. To miała być telewizyjna uczta dla sympatyków futsalu w Polsce. Mecz na szczycie ekstraklasy Gatta Zduńska Wola - Rekord Bielsko-Biała. Nie tylko ja, ale pewnie i wielu kibiców małej piłki rozsiadło się przed telewizorami w piątkowy wieczór mając pod ręką przysłowiowe paluszki i pieniący się, złocisty napój. Zaczęło się dobrze. Był obraz, fachowy komentarz, piękne obustronne akcje. Niestety, tuż przed pierwszym golem zepsuła się wizja i pozostał tylko komentarz. Ekran stał się poniekąd impresjonistycznym obrazem Claude Moneta z ulotnymi, niedającymi się uchwycić obrazami. Tylko kolory, kolory, zamazane kolory. Za chwilę SportKlub, którego nie należy obwiniać za zaistniałe perturbacje, przerwał nadawanie i zaserwował powtórkę meczu z Torunia.
Nie piszę o tym, by nawoływać do polowania na czarownice (to i tak już w Internecie dzieje się). Nie moja to bowiem sprawa, tylko udziałowców oraz kierownictwa ekstraklasowej spółki. Niemniej zauważyć muszę, że trafiła się nam, kibicom ta impresjonistyczna wstawka w najbardziej nieciekawym momencie, bo w meczu dwóch najlepszych zespołów futsalowej ekstraklasy. Pewnie lepiej już byłoby, gdyby transmisja została odwołana ze względu niewykonalne dla gospodarzy warunki techniczne. Obiektywnie rzecz biorąc, takie przypadki jak w Zduńskiej Woli zdarzają się w transmisjach TV. Jak mówią - nie myli się tylko ten, który nic nie robi. Niemniej, zaapeluję do Spółki o większą czujność w zakresie sygnału oraz jakości przekazu.   

Opisywana sytuacja zwróciła moją baczniejszą uwagę na bratanie się futsalu z telewizją. Futsalowa Spółka jest o kilka długości przed PZPN w liczbie telewizyjnych transmisji. Gdyby nie działania Spółki FE, jej kolejnych prezesów - Kaczyńskiego, Czeczko, Szymury, Karczyńskiego, to od lat obchodzilibyśmy się przysłowiowym smakiem w telewizyjnym oglądaniu futsalu. A tak w miarę regularnie transmitowane są mecze ekstraklasy. Jak wieść gminna niesie, turniej eliminacyjny ME w Elblągu będzie relacjonowany przez Polsat. Tym sposobem raz na rok telewizyjną, futsalową ucztę kadry funduje nam PZPN. I to w nieinternetowej, czy niszowej TV. Poprzednią była polsatowska relacja sprzed roku ze Szczecina meczu z Kazachstanem. To mało, o wiele za mało. Z każdego granego w Polsce meczu futsalowej reprezentacja powinien być profesjonalny przekaz. Nie znam racjonalnych powodów, aby tak nie było. Dla PZPN to raczej żaden koszt, a dla kibiców futsalu w Polsce wielka uczta. Niemal Lukullusowa. I nie ma w moich słowach krzty (prze)sadyzmu. Tylko objawia się nakaz przyzwoitości.

Przeglądnąłem swoją listę wyróżnień zawodników tego sezonu i postanowiłem dopisać przed meczem z Białorusią jedno nazwisko. Kolejnego bramkarza. Tym razem Dariusza Słowińskiego. Za niebotyczne wyczyny w meczu Gatty z Rekordem. Martwi mnie ciągłe wyróżnianie głównie bramkarzy, chociaż wobec kontuzji Maćka Foltyna kolejny może być przydatny. Turniej w Elblągu zbliża się szybkimi krokami. Liczę, że forma kadrowiczów – tych spoza bramki - eksploduje w kwietniu. Słowińskiego darzę dużym sentymentem i szkoda, iż jest poza kadrą. Były czasy, gdy ówcześni „hurtapowcy” nie zawsze byli gotowi z różnych względów reprezentować biało-czerwone barwy. Darek był zawsze do dyspozycji. I zawsze w formie. A może trener Stanisławski zabierze go na turniej finałowy Beach Soccera na Bahamy. To Darkowi należy się. 

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Po poprzednim felietonie, w którym opisywałem początki futsalowej ligi otrzymałem  telefony z podziękowaniem za przywracanie historii futsalu. Dziękuję za wskazanie, iż historia jest ważna dla czytających. Obiecuję kolejne opowiastki historyczne. W obecnym felietonie, świętując „srebrny jubileusz”, chciałbym przemycić nieco nie stricte futsalowej, ale życiowej refleksji. Niby działanie w futsalu przy innych życiowych sprawach wydaje się banalne, ale jednak uczy wiele. Szczególnie o stosunkach międzyludzkich. Są okresy, kiedy jest się działaczem wysoko w hierarchii sportowej, ale są także momenty gdy się jest poza lub na dole hierarchii. Dopiero wówczas widać, czy można  umocnić, czy zresetować przyjaźnie.

I w tym miejscu zapiszę zdania jednego z telefonicznych rozmówców, działacza pionierskich czasów. Powiedział – Jeżeli osoby, które przez lata zapewniały o wsparciu naraz z dnia na dzień zapominają, a nawet bezczelnie krytykują co wcześniej akceptowały, to nazywać ich trzeba po imieniu – karierowicze. Karierowicze, którzy sprzymierzą się nawet z czartem, byle tylko utrzymać się na stanowiskach i to w różnych układach. Owo międzyludzkie zacietrzewienie jest największą bolączką polskiego futsalu. Dlatego trudno o pozytywne rokowania na znaczący postęp w przewidywalnej perspektywie - powiedział. Zapewne jest w tych słowach sporo racji. Ale też goryczy. Jest tajemnicą poliszynela, że wielu działaczy, w tym i członków władz komisji, czy FE nawzajem nie znosi się. A nawet używając pomówień, obłudy często deprecjonują oponentów. Odnosząc się ad hoc do telefonicznych fraz powiem - nie poszukujmy przyjaciół, czy wrogów, bo oni sami objawiają się w zależności od sytuacji. Niemniej pamiętać należy, iż są ludzie dobrzy i ludzie źli. I w tym jest sztuka, aby dobre ziarno w codziennym postępowaniu oddzielić od plew.
Futsalowy teren, ba całe środowisko, oczekuje od KFiPP PZPN nakreślenia kierunków działania w kadencji. Pojawiają się pewne symptomy zaniepokojenia ich brakiem. Osobiście odradzałbym, przynajmniej do maja, niepokoje. Pół roku działania to będzie dobry moment, by przedstawić wizje obecnych rządców polskiego futsalu. Zarząd związku przed powołaniem na stanowisko przewodniczącego, inaczej niż Spółka FE, raczej nie pyta o plany, tylko mianuje z tak zwanego wyborczego układu. Tak jest od wielu, wielu lat.

Z tego co orientuję się przewodniczący Kaźmierczak spotyka się z różnymi grupami futsalu, związkami regionalnymi, kobiecym futsalem, ekstraklasą, odbywa rozmowy przy okazji rozgrywek młodzieżowych mistrzostw. Mówią, iż zeszyt pęcznieje mu od notatek. Pewnie jeszcze spotkanie z pierwszoligowcami, ocena eliminacji elbląskich ME i usłyszymy o wizji. Dobrze, że przewodniczący sam poznaje dobre oraz złe strony polskiego futsalu. I nie polega tylko na tym, co mu – mówiąc pospolicie - do jednego ucha przekaże jedna opcja, a do drugiego inna. Albo zasugeruje z tak zwanego „tylnego fotela” wiceprezes Bednarek. Jako osoba dotychczas z futsalem za wiele nieobyta, musi ostrożnie stawiać kroki po rozżarzonym futsalowym terenie, aby już na starcie nie poparzyć się. I w tej materii Go rozumiem. Nawet bardzo rozumiem. Ostatecznie w razie niepowodzenia, to na nim skupi się odpowiedzialność, a reszta – być może – będzie tylko zacierać dłonie. Trawestując powiedzenie - „kto szybko daje dwa razy daje” zasugeruję, że warto poczekać, aby otrzymać plan raz, ale dobry.
Jaki wpływ trener ma na drużynę - nie mnie opisywać. Robią to za grube pieniądze psychologowie sportu, wykładowcy szkół trenerskich, nauczyciele akademiccy. Nie wiem, czy dobrze myślę podając jako przykład dobrej zmiany (bez cudzysłowu i partyjnego odniesienia) chorzowski Clearex. Jest trener Miozga, są punkty. Zastanawiałem się dlaczego zespół, który ma trzech kadrowiczów, dobrego innostranca, wypłacalnego prezesa, tak niestabilnie gra. A widziałem chorzowian w całkiem dobrych meczach w Szczecinie oraz Zduńskiej Woli. Znając pana Mirosława jako zawodnika czy szkoleniowca spodziewałem się, że nie będzie kompromisów oraz bon-tonów i zapoznanie z jego filozofią może odbyć się tylko  prostych żołnierskich słowach. Niech się panu wiedzie, panie Mirku. Jeżeli powiedzie się będzie pan jak „półtora gościa”. Bycie „monumentem”, a Clearex niewątpliwie takim jest w FE, zobowiązuję oraz nakłada obowiązek bycia w czołowej szóstce.

Do Torunia na telewizyjny mecz ekstraklasy, zobaczyć jego organizację, jechałem nieco z duszą na ramieniu. Toruń pamiętam, z mojej kilkuletniej przygody dziennikarskiej z „Tygodnikiem Żużlowym”, jako miasto rozkochane w czarnym sporcie. Na dodatek obecnie niemal jak z rękawa „sypie” ekstraklasowymi teamami – oprócz żużla oraz futsalu jeszcze między innymi koszykówka kobiet i mężczyzn, siatkówka, hokej na trawie. Siedem ekstraklasowych zespołów daje Toruniowi trzecie miejsce w krajowym rankingu, po Gdańsku oraz Szczecinie. Po przyjeździe spotkała mnie miła niespodzianka. Pełna hala, donośny doping, godna polecenia organizacja, niezły mecz. Nikomu nie przeszkadzało że czas meczu FC stykał się z czasem meczu play off koszykarek.

Trenera Hirscha znam od lat i nie będzie przesadą powiedzieć, iż daje on klubowi wartość dodaną, mogącą sfinalizować się pierwszym w historii klubu medalem mistrzostw Polski. Kolejną wartością dodaną jest będący jak wino, im starszy tym lepszy, Marcin Mikołąjewicz, kapitan zespołu. Ale pewnie nie spięłoby się to wszystko, gdyby nie grupa prężnych działaczy z prezesem Stasiukiem na czele, potrafiąca przyciągnąć do klubu sponsorów. I im też chwała za toruński futsal. W Toruniu jak w soczewce widać ów trójpodział klubowych obowiązków. Każda z grup – działacz, trener, zawodnik – robi swoje. I dlatego jest dobrze. Czegóż chcieć więcej.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS