Z notatnika dziejopisa

Profesor zawsze mówił nam studentom, Jego seminarzystom – „Jak nie ma się wyobraźni, to później można tylko płakać nad własną głupotą”. Z czasem jednak wpoił w nas młodych zasadę zabezpieczającą poniekąd przed ową głupotą mówiąc – „Zawsze rozwiązanie alternatywne musi znajdować się w bocznej szufladzie biurka, by była możliwość uchronienia od krokodylich łez”. Nie bez kozery piszę dzisiaj o tym, na niecały miesiąc przed arcyważnym dla polskiego futsalu turniejem eliminacyjnym ME w Elblągu. Aż nie chcę myśleć, co stanie się jak nie uda się awansować, choć z drugiej strony w ten awans wierzę. Niemniej zapytam,  czy istnieje jakieś zaszufladowane rozwiązanie alternatywne.

Sam przeżywałem niejednokrotnie, jako przewodniczący też, gorycze futsalowych porażek i wiem, że wtedy wszyscy szukają winnych i bez litości wyżywają się na decydentach, szkoleniowcach, zawodnikach. Tak to jest w naszym futsalu. Szykuje się nowych bohaterów, nowe rozdania. Tylko szaleństwa pozostają stare. I futsalowe koło młyńskie kręci się od nowa. Do następnych turniejów. Ale – póki co – wierzmy, że od połowy kwietnia będzie inaczej. Lepiej, rozsądniej, z sukcesem.

Prezes Boniek – jak zauważyłem – o wyniku z zasady dyskutuje dopiero po gwizdku sędziego kończącego zawody. Nie spotkałem się z jego wypowiedziami - jako prezesa - o zaksięgowaniu punktów już przed meczem. Chociaż pamiętam pierwsze rozmowy z prezesem, wówczas jeszcze zawodnikiem, sprzed grubo 30 lat, gdy biła z niego wyrazista przedmeczowa pewność zwycięstwa. Ale co innego, gdy jest się młodym żądnym sławy piłkarzem, a co innego, gdy ukształtowanym w miarę postępujących lat prezesem. Zresztą, nie ja jeden pewnie uważam, że żadnego przeciwnika nie należy lekceważyć i do każdego podchodzić, co najmniej, jak do mistrza.
Chojnice, to takie przyzwoite pomorskie miasto, do którego – jako historyk - mam spory sentyment dziejowy. Ale też jest to miejsce, gdzie przed laty byłem mimowolnym świadkiem spektakularnego wydarzenia, jakie – podejrzewam – nie miało więcej miejsca podczas międzypaństwowego meczu futsalowego w Polsce. Otóż, gdzieś dekadę temu ówczesny reprezentant Polski, Mariusz Kaźmierczak na środku chojnickiej hali przy pełnej i szalejącej ze szczęścia publiczności oświadczył się pięknej damie. I oświadczyny zostały przyjęte przy aplauzie braw widowni. A wszystko leciało na żywo w telewizji. Dzisiaj ów szczęśliwy „Kazek” nadal po pewnej przerwie strzela gole i przyczynia się do pierwszego w sezonie 2016/2017 ekstraklasowego zwycięstwa Red Devilsów. I to nie nad byle kim, tylko Piastem Gliwice.

Piękne jest przywiązanie zawodnika do klubu. Piękna jest heroiczna walka Chojniczan o pozostanie w ekstraklasie. To należy się tamtejszym kibicom rozkochanym w futsalu. A, i też miejscowemu burmistrzowi, który piłkę, i małą, i dużą bardzo kocha. Widzę to i wiem, gdyż miałem sposobność z nim rozmawiania. Tak trzymać, panie burmistrzu. Tak grać, panie „Kazek”. W sporcie nigdy nie można tracić wiary w korzystny wynik. Liczę, że Chojnice - mimo wcześniejszych różnych personalno-organizacyjnych perturbacji - jeszcze pokażą swoją siłę.

Gdy już jestem przy historycznych momentach, mając na uwadze naczelny tytuł felietonów, odniosę się do początków ligi polskiego futsalu. A czynię to z trzech powodów. Po pierwsze, aby pokazać z nazwiska ludzi, którzy tę ligę zakładali. Po drugie, by zmusić do rzetelniejszej pracy różnych opisujących w monografiach, książkach historię polskiego futsalu. Po trzecie, by wytrącić z ręki oręż kłamstwa wielu działaczom futsalowym, którzy uważają się za protoplastów polskiego futsalu i przypisują sobie obecnie na różne sposoby reprezentatywność w polskim futsalu. Ach ta młodzież i nie tylko. Niesforna oraz zadufana, często mająca za nic ojców założycieli.

Przechodząc do meritum podaję - Polską Ligę Futsalu, która zapoczątkowała gry w sezonie 1994/1995 zakładali Roman Sowiński - P.A. Nova Gliwice,  Jarosław Ambicki - Jard Gliwice, Józef Gołębiowski - Suw-Tor Łódź, Piotr Piechówka - Lipnik Bielsko Biała,  Lesław Rozbaczyło - Team Legnica, Leszek Płaska - Team Bielsko Biała, Krzysztof Lehnort - Energetyk Jaworzno, Tomasz Porwet - Promont Kielce. A pierwszym historycznym po wygraniu tamtej ośmiozespołowej ligi mistrzem Polski została P.A. Nova Gliwice, która później triumfowała jeszcze cztery razy w ramach mistrzowskich ligowych rozgrywek. Podobnie pięć trofeów mistrzowskich ma na swoim koncie Clearex Chorzów. Jest więc do kogo równać. I życzę powodzenia.
Otrzymałem w tygodniu po moim felietonie kilka telefonów, że sędziowie wcale nie są tacy łasi na kasę tylko koszty, choćby dojazdowe, wzrastają. A w ogóle to podwyżka jest raptem symboliczna. Nie wnikam w to głębiej. Niech wyjaśniają sytuację klubom ludzie z  PZPN, prezesi Nowak, czy Bednarek. Ze swojej strony chciałbym odnieść się do pracy arbitrów w innej kwestii. Nie oceniać jakości sędziowania (chociaż akurat w tym temacie mam o tym arbitrze dobre zdanie), ale wyróżnić sędziego Andrzeja Witkowskiego za jakość przedmeczowej odprawy. 

Jest to równie ważne jak bieganie z gwizdkiem po parkiecie. Kto wie, czy już wówczas sędzia nie pokazuje niezwykle ważnej cechy swojego autorytetu – stanowczości. Drodzy arbitrzy futsalu, zwróćcie więc i na to uwagę w swojej co-kolejkowej pracy. A będzie łatwiej wszystkim. I nie stosujcie taryfy ulgowej w kontekście organizacyjnym dla pierwszoligowców. Czym prędzej przystosują się do obowiązujących zasad tym lepiej dla całego futsalu. A o to chodzi felietoniście i chyba wszystkim pasjonującym się małą piłkę.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Frank Zappa, znany amerykański muzyk, a także aktor, scenarzysta, reżyser, szydził wielokrotnie z różnych wieszczów, polityków, pozerów. Ironicznie ukazywał życie. Odnosząc się do polityki powiedział nawet, że jest jedną z gałęzi przemysłu rozrywkowego. I tylko szkoda, że nie odniósł się takimi słowami też do sportu. Byłoby to jak najbardziej uprawnione, gdyż na naszych oczach sport przemienia się w niezwykle lukratywny biznes. Co prawda, jeszcze futsal ma się nijak do biznesowego spojrzenia, ale jego starszy brat, czy też siostra – piłka trawiasta jak najbardziej jest biznesem. I zauważalne jest to także coraz bardziej w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Szczególnie od początków prezesury pana Bońka, który często mówi o związku jako korporacji.

Aż marzy mi się, patrząc na to, taki nieco mniejszy „Boniek” od futsalu. Niestety, jak na razie, mimo wielu roszad personalnych w komisji związkowej oraz spółce futsalowej, muszę obchodzić się smakiem. No bo jak inaczej podchodzić choćby do zdarzeń powiązanych z mającym odbyć się 30 marca towarzyskim meczem z Białorusią w Koszalinie. Ten jakże ważny ostatni sprawdzian naszej kadry przed elbląskimi futsalowymi eliminacjami ME odbędzie się w sporej mierze dzięki wstępnym prywatnym rozmowom osób spoza oficjalnych struktur. Chwała też trenerom reprezentacji, którzy uparcie walczyli o sparingpartnera, gdy kilka nacji nam odmówiło. Już o tym pisałem, ale jeszcze raz powtórzę – nie tak powinna wyglądać futsalowa dyplomacja.

A jak już jestem przy biznesowym podejściu do futsalu, to zwrócić muszę uwagę na zapobiegliwość arbitrów. Zawsze byłem pod wrażeniem ich dbałości o apanaże. Otóż i tym razem udało im się przekonać związkowe władze i od sezonu 2017/2018 otrzymają całkiem ciekawe podwyżki. Zapewne czytający te słowa prezesi oraz skarbnicy klubów z wrażenia pootwierają usta. I nie będzie im wcale do śmiechu. No cóż, tak to jest w przyrodzie przyjęte, ktoś musi stracić, aby ktoś inny zarobić mógł. I szkoda tylko, że pan Zappa już nie tworzy, bo miałby niezły tekstowy motyw.
Komisja Futsalu i Piłki Plażowej może oficjalnie odfajkować zakończenie finałów młodzieżowych mistrzostw Polski w futsalu sezonu 2016/2017. W siedmiu kategoriach wiekowych mężczyzn oraz kobiet wystąpiło niemal 200 zespołów. Przybywa ich rokrocznie i liczba może zadowalać, ale chciałbym aby jakiś sensowny szkoleniowiec od młodzieży wypowiedział się o poziomie sportowym. Medalowo zakasowały wszystkich kluby ze Śląska, zdobywając dwa tytuły mistrzowskie, trzy wicemistrzowskie oraz cztery brązowe medale. Kolejna pozycja przypadła Warmii i Mazurom. Kluby tego regiony mogą poszczycić się największa ilością tytułów mistrzowskich, bo aż trzema. W czołowej trójce plasuje się Małopolska z czterema medalami (1 złoty, 2 srebrne, 1 brązowy). Jeden złoty medal oraz jeden brązowy stał się udziałem klubów Mazowsza. Jedno srebro i jeden brąz przypadł Kujawsko-Pomorskiemu, a jedno srebro Lubelszczyźnie. Raptem medalami obdzieliło się 6 związków wojewódzkich na 16 działających.

Dlaczego tylko sześć  - chciałoby się zapytać. Oczywiście brały udział w mistrzowskich grach drużyny z 16 regionów, tylko nie trafiły im się zdobycze medalowe. Jako felietonistę najbardziej niepokoi mnie posucha w zachodniopomorskim, gdzie szefuje odpowiedzialny za polski futsal z ramienia kierownictwa PZPN wiceprezes Bednarek i skąd pochodzi trener reprezentacji do lat 19 Łukasz Żebrowski. Nieciekawie jest także w gronie klubów ekstraklasy oraz I ligi. Wiele z nich nie posiada własnych zespołów młodzieżowych i opiera się dla zaspokojenia wymogów licencyjnych na zaprzyjaźnionych klubach szkolących młodzież. Nie jest to dobry prognostyk dla polskiego futsalu i rzuca spory cień na całość systemu rozgrywek mistrzostw młodzieżowych.

Z klubów chciałbym wyróżnić i postawić za wzór godny naśladowania, Rekord Bielsko Biała. Rekordziści przywieźli do klubu dwa tytuły mistrzowskie i trzy trzecie miejsca. Dwa tytuły, to zdobycz OKS Stomil Olsztyn. Jeden tytuł przypadł BSF Bochnia, do którego należy dopisać dwie czwarte lokaty. Złotym blaskiem świecą jeszcze AZS UW Warszawa oraz Constract Lubawa. Dobrze byłoby, gdyby Komisja FiPP PZPN w kolejnych latach przysposobiła się  do załatania czarnych, młodzieżowych dziur futsalu, takich jak wspomniane wyżej zachodniopomorskie. Sposobów na to jest kilka. Pokibicujemy, by wybrano najlepszy.
Bywając w Zamościu, spaceruję po przepięknej starówce i przypominam sobie słowa Jana Zamoyskiego -  kanclerza oraz hetmana wielkiego koronnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zapisane w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej (taki ówczesny uniwersytet) brzmią następująco – „Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie”. Po ponad 400 latach ta sentencja nie straciła na aktualności i jest przytaczana na różne sposoby przez rozmaitej maści felietonistów. Posłużę się więc nią i ja dla dobra polskiego futsalu. Aby szkolić młodzież, a nawet całość zawodników futsalowych należy najpierw samemu zdobyć umiejętności.

Dobrze dzieje się, że od dwóch – trzech lat PZPN poprzez Komisję FiPP organizuje kursy UEFA uprawniające do otrzymania licencji szkoleniowca futsalowego. Taki kurs uefowski możliwy jest tylko jeden rocznie. Był już w Krośnie, następnie bodajże w Toruniu, teraz będzie w Katowicach. I dobrze. A może byłoby nawet bardzo dobrze, gdyby nie sygnał jaki niedawno przyszedł z futsalowego terenu. Sygnalizowano mianowicie, iż jakoś dziwnie szablonowo podchodzi się do lokowania kursantów w zakresie przyjęcia. Jako felietonista zauważam jedynie temat, bo nie tkwi on w moich kompetencjach dziennikarskich. Jest to domena tak zwanych dziennikarzy śledczych - a takich przy futsalu nie brakuje - i im pozostawiam zgłębianie problemu w odniesieniu do prawdy całkowitej. 

Ze swojej strony chciałbym zaznaczyć twórczo, że kursy mają służyć całej Polsce, a nie jakiemuś wyimaginowanemu ośrodkowi wiodącemu. Myślę, że zrozumiany zostanę przez kolejnych organizatorów i przyszli kursanci nie będą się niepokoić. Najlepiej byłoby, gdyby PZPN zajmował się kwalifikacją personalną i nie zawracał tym głowy regionalnym związkom. Zawsze to z centrali widzi się lepiej potrzeby. Patrząc na tytuły Wielkiego Hetmana Zamojskiego dobitnie widać, że głosząc swoją wiekopomną sentencję myślał o całej Rzeczypospolitej.      

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Chciałbym kiedyś napisać, że w naszym futsalu wszystko jest normalne. Że wszystko jest przewidywalne. Że nie trzeba użerać się o drobiazgi. Że każdy robi swoje, a nie podgryza innego. Że obietnice oraz umowy są dotrzymywane. Że merytoryczna wiedza, a nie układy i znajomości osobiste decydują. Że wszyscy ludzie futsalu mówią jednym głosem. Że sędziowie nie mylą się. Że każdy działacz czy trener robi swoje najlepiej jak potrafi. I nie jest w tym nic dziwnego, że takie mam marzenia. Przecież żyjemy rzekomo w kraju cywilizowanym, gdzie już nie wyciąga się topora, aby rywala uwalić. Przecież nasz futsal ma aspiracje bycia w dziesiątce Europy.

Tymczasem obserwuję jak pewne regiony futsalowe Polski nie mogą się pogodzić, że nie dano im w ręce większej władzy. Jak wycina się z różnych zadań, szkoleń, opcji ludzi spoza pewnych układów. Jak stara się zdobywać pozycje niemal według hasła marszałka Rydza-Śmigłego, czyli „Nie oddamy ani guzika”. Nikt nie odbiera, powiedzmy przykładowo Śląskowi historycznego pierwszeństwa w tworzeniu futsalu, chociaż nie jest to aż tak klarowne w zapisach. Ale nie ma możliwości przyznawania działaczom jakiegokolwiek regionu Polski patentu na futsalową nieomylność. I to z prostego powodu – nie ma ludzi nieomylnych. Nawet szef partii rządzącej przyznał to niedawno w aspekcie ustawy sejmowej o wycince drzew.
Prezes Boniek w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego rzucił takie zdanie – „Dzisiaj największym problemem polskiej piłki są zasoby ludzkie. Im niżej się idzie, tym są one słabsze. O to musimy zadbać. Bo to da jakość naszej piłce”. Święte słowa, panie prezesie. Nie inaczej i ja myślę, pisząc felietony. Ale pozwolę sobie nieco pobronić owych zasobów z niskich szczebli – w domyśle terenu.

Warto czasami rozglądnąć się, panie prezesie, czujniej i może okazać się, że niemal na wyciągnięcie ręki okazjonalnie znajdziemy słabe zasoby. To tak tytułem dygresji. Niemniej będąc już przy owych mitycznych zasobach ludzkich zapytam nieśmiało, czy nie dałoby się losować Halowego Pucharu Polski na wizji, przynajmniej internetowej. Być może tak jest, lecz jakoś nie zauważyłem i dlatego wywołuję temat. Raz na zawsze ucięłoby się wszelkie „pogaduszki” o dziwnych zestawach par. Osobiście nie mam wątpliwości, że tylko i wyłącznie ślepy los paruje kluby. Ale – jak mówią – strzeżonego Pan Bóg strzeże. Po co więc dawać pożywki różnej maści konspiratorom, gdy korzystając z techniki każdy z zainteresowanych będzie mógł sobie wszystko obejrzeć naocznie. A przy okazji zobaczy ładne wnętrza odnowionych pomieszczeń siedziby PZPN, a i trochę ładnych twarzyczek pań pracujących w biurowcu przy Bitwy Warszawskiej.

Kiedyś byłem wzywany jako delegat ds. bezpieczeństwa ekstraklasy trawiastej do wyjaśnienia pewnego zdarzenia z udziałem sędziego zawodów. Okazało się bowiem, że obserwator, do którego należy ocenianie zachowań arbitrów w momencie zdarzenia miał odwróconą uwagę, ponieważ jego sąsiad na trybunie głośno kichnął. Tak oto kichnięcie, czy raptowne otwarcie parasola przed obserwatorem może przeszkodzić w wydaniu rzetelnej oceny arbitrowi. W futsalu przynajmniej numer z parasolem nie przechodzi. Niemniej, dyskusji o sędziowaniu jest wiele. Chociaż na pewno mniej niż kiedyś, bo i poziom wzrósł. Ale, aby nie było nudno, od czasu do czasu jakieś kwiatuszki zdarzają się.

Błędy są rzeczą ludzką i nawet starożytni to uwzględniali filozoficznie mówiąc – „Errare humanum Est” (mylić się jest rzeczą ludzką). Rzeczywiście błędy można od czasu do czasu wybaczać, o ile nie są wynikiem umyślnego działania. Gdy jest inaczej mamy do czynienia z dalszą częścią tej łacińskiej sentencji brzmiącą następująco – „Sed in errare perseverare diabolicum” - czyli „Jednak pozostawać przy błędzie jest rzeczą diabelską”. To prawda i wtedy takie „diablątko sędziowskie” powinno być wykluczone. Często w rozmowach z arbitrami, czy obserwatorami spotykam się z takim oto uzasadnieniem błędnego zachowania sędziego - „Stał dobrze, ale widział źle”. Nie przemawia do mnie ta stricte teoretyczna sztuka ustawiania się. Wolę, aby był nawet źle ustawiony, byle widział dobrze. Jeszcze gorzej jest, gdy błąd sędziego kończony jest golem. Na Boga, to jest niemal jak cięcie katowskim mieczem. Bywa też, że jest to gol decydujący. I co dzieje się. Zawodnicy nie otrzymują premii za wygrany mecz, ale sędzia ryczałtową związkową gażę pobiera. Nie widzę w tym sprawiedliwości. Może spektakularnie przydałoby się coś zmienić. Wyrównać straty. Nic bowiem bardziej nie boli jak brak widoku żywej gotówki.
Finalizując jeszcze słowo w ramach motywu powracającego (leitmotivu) o zasobach ludzkich tytułem niewielkiego resume na przykładzie trenerów. Już trzy kluby ekstraklasy zmieniły w tym roku szkoleniowców. I to wszystkie z dołu tabeli. Widać, prezesom puszczają nerwy. Zapowiada to tylko coraz bardziej pasjonującą walkę po podziale punktów. Czy zmiany pomogą? Nie wiem ani ja, ani owi prezesi. Klasyk mówi – i pewnie ma rację – drużyny nie zmienimy, bo transfery zamknięte, a trenera jakoś się znajdzie. Praktyk dodaje – łatwiej zmienić jednego szkoleniowca niż czternastu kopiących. Życzę, aby w rozrachunku sezonowym zmieniający osiągnęli korzystny bilans. Inaczej będzie to tylko sztuka dla sztuki z cyklu pobożnych życzeń. Bo z próżnego, drodzy prezesi, i Salomon nie naleje.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie tak dawno wiceprezes organizacyjno-finansowy PZPN Nowak rzucił w dyskusji myśl w rodzaju – może należy zastanowić się, czy nie zakazać w rozgrywkach kobiet piłkarkom z klubów trawiastych grać w drużynach futsalowych. Oczywiście, można to zrobić. Tylko zapytam – po co? Nie zbawi to kobiecej piłki na trawie, która jest europejskim średniakiem. A już na pewno nie pomoże futsalowi kobiecemu, który w Polsce dopiero raczkuje. Panie prezesie, pana słowa ważą wiele i proszę na przyszłość raczej mówić o pomocy finansowej dla polskiego futsalu. Akurat polski futsal kobiecy potrzebuje ze strony PZPN poważnego wsparcia, lecz nie takimi słowy. Może pan wiceprezes rozsupła nieco sakiewkę z kasą, której – jak wykazuje często w wywiadach prezes Boniek – związkowi nie brakuje. I to byłoby na ten moment najlepsze wsparcie kobiecego futsalu.
Ekstraliga kobieca oraz ligi niższe mają wiele problemów, ale akurat  do najważniejszych nie należy łączenie gry z trawą. Na pewno problemem jest granie nieraz na halach, gdzie sędziowie muszą przeciskać się przy drabinkach do gimnastyki, czy halach wyglądających jak zaułki jakoweś. Czy też problemy z uzbieraniem kasy na wysokie jak na te rozgrywki opłaty sędziowskie. Nie chcę nikogo ze środowiska kobiecego futsalu obrazić, niemniej realnie proszę zastanowić się, czy nie buduje się w futsalu kobiecym czegoś na kształt góry lodowej, gdzie na powierzchni jest nadużywane słowo „reprezentacja”, a pod nią w wodzie topi się „podstawa lodowa”. Gdzie istnieje szarość, by nie powiedzieć siermiężność, codziennego futsalowego dnia rzeszy zespołów, klubików oraz piłkarek chcących pokopać w piłkę na hali. Wiem, że futsal kobiecy po jakichś tam zawirowaniach personalnych miał przerwę reprezentacyjną w poprzedniej kadencji władz PZPN. Jak wszyscy sympatycy „halówki” cieszę się, że decyzją prezesa Bońka wrócił do łask. Może więc teraz czas na krok grających klubów. Czas na wypracowanie jedności oraz wspólnego stanowiska wobec związku. Czas, by wspólnie zagrać na jego rozwój, siłę. Pomyślcie o tym działacze, sympatycy kobiecej piłki halowej. Wtedy, i wiceprezes PZPN nie rzuci już pewnie takiej niezobowiązującej myśli.

Zobacz też: Nie będzie meczu z Niemcami   Wyczytałem, że Niemcy odmówili nam towarzyskiego meczu w Koszalinie. I nie jestem tym zbytnio zdziwiony. Większość reprezentacji kalendarze meczowe ma ustalone o wiele, wiele wcześniej. Jak mi opowiadał kiedyś szef hiszpańskiego futsalu oni kalendarz dopinają już nawet na dwa lata do przodu. Nie inaczej jest w Rosji. Ale, żeby Niemcy - jeszcze póki co - kopciuszek futsalowy, nam odmawiali, to świadczy tylko o niewydolności negocjacyjnej. Tym bardziej, że mają wobec nas dług meczowy z dawnych lat. Oj, nieciekawie jest. Oj, nieciekawie z futsalową polityką zagraniczną. Abstrahując nawet od Niemców. Wywiedziałem się w Europie, że odmówiło nam jeszcze wiele innych nacji. Gdzie te czasy, gdy mailowałem do szefa brazylijskiego futsalu i ten zapraszał nas na mecze reprezentacji bez większych problemów. I jeden z wiceprezesów PZPN miał piękną wycieczkę. Podobnie bezproblemowo można było umówić mecze z Tajlandią, Rosją, Francją, Serbią, Włochami, czy Ukrainą. A nawet z Azerbejdżanem.

Inna rzecz, że o potrzebie sparingu przed elbląskimi eliminacjami ME wiadomo było nie od wczoraj. UEFA zaplanowała turnieje w poprzednim roku. Nasi trenerzy rozpisali dla związku grafik przygotowań w roku 2016. Co więc stanęło na przeszkodzie, by wcześniej zapewnić sparingpartnera, który nie odmówi. Aż ciśnie się na usta hamletowskie pytanie - o być albo nie być naszej futsalowej dyplomacji. Miejmy nadzieję, że zastępstwo jakieś znajdzie się i nie zepsuje to misternego planu szkoleniowców, w których musimy teraz wierzyć jeszcze bardziej, niż w związkowych działaczy.

Zawsze przysłowiowa łyżka dziegciu przydaje się. Nawet po to, by bardziej uwypuklić jakieś dodatnie strony. Niewątpliwie pozytywem było niedawne spotkanie przewodniczącego Kaźmierczaka z szefami wojewódzkich struktur futsalowych. Nie pamiętam, kiedy w PZPN była tak otwarta rozmowa pomiędzy futsalowym terenem a związkową centralą. Przez lata teren był pozostawiany sobie. Nawet w zmaganiu z własnymi szefami - prezesami wojewódzkich ZPN. Teraz ma to się zmienić. Jest nadzieja, że pan przewodniczący po wysłuchaniu bolączek terenu w rozmowach z kolegami z zarządu PZPN wyczuli ich także na sprawy futsalu w zarządzanych przez nich związkach. Przewodniczący Kaźmierczak duży nacisk w dyskusji położył na sprawy usystematyzowania rozgrywek II ligi. I bardzo słusznie.
Co to bowiem za zaplecze, gdy raptem liczba tych II lig - posługując się metaforą cyfrową tytułu arcydzieła filmowego Felliniego - „8 ½” - wynosi dwa i pół. Ewentualnie ciut więcej. A zapowiedź opracowania nowego, spójnego regulaminu dla tych gier jest wprost rewolucyjna. Gdyby jeszcze komisja pochyliła się pozytywnie nad przekazaniem eliminacji do MMP pod kuratelę związków wojewódzkich, co ściślej związałoby z futsalem prezesów wojewódzkich ZPN, byłoby można  klaskać w dłonie za pozytywny start.

Podróżując początkiem roku po Europie wykorzystałem okazję i spotkałem się z kilkoma znajomymi z okresu działalności futsalowej. Rozmawialiśmy wiele o polskich zawodnikach. Aby nie pozostało to bez echa, postanowiłem sporządzić krótką listę zawodników, którzy mieliby szansę na zagraniczne transfery. Po powrocie do kraju postanowiłem dopisać jeszcze kilka nazwisk i stworzyć felietonową, krajową - w miarę topową - listę transferową. Proszę nie posądzać mnie o jakieś zapędy menadżerskie, ale lubię czemuś nowemu dać impuls. Lubię coś inaugurować. Nie spotkałem się do tej pory z taką listą na portalach futsalowych, więc czas zacząć. Do międzynarodowych transferów jawią mi się na chwilę obecną – Maciej Foltyn, Michał Kubik, Mikołaj Zastawnik. Nie wiem, czy Paweł Budniak jest gotowy do kolejnej próby, ale opinie poza krajem ma dobre i mógłby próbować. Krajowy top transferowy otwierają na mojej liście – poza wymienionymi wcześniej – Tomasz Kriezel, Dominik Solecki, Michał Widuch oraz Daniel Krawczyk. Dalej klasyfikuję Krzysztofa Elsnera – ale tylko dlatego poza pierwszą grupą, że nie jestem pewien, czy zdecydował się już całkiem postawić na futsal. Wreszcie na topowej liście umieszczę też w ramach zachęty Adriana Skrzypka, Michała Marka oraz – czym pewnie zaskoczę – Sebastiana Grubalskiego. W sumie daje to tuzin. Piękną liczbę, symbol  zupełności i zorganizowania. I niech tak pozostanie do kolejnego notowania.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Poprzez lata działalności sportowej poznałem wielu ludzi. Bardziej i mniej ciekawych. Poznałem też takich, co przychodząc do futsalu oznajmiali - o, to teraz będzie na długo moje hobby. I... po 3-4 latach odchodzili. Niedawno czytałem wywiad z panią Beatą Tyszkiewicz. Zapytana, czy widzi jakieś różnice pomiędzy hobby, kolekcjonerstwem, a zbieractwem odpowiedziała - "Kolekcjonerstwo - wydaje mi się - zakłada pewną wiedzę, selekcjonowanie tego co mogłoby znaleźć się w zbiorach. Zbieractwo zaś - wręcz przeciwnie." Po przeczytaniu wywiadu ze szczególnym naciskiem na powyższe słowa stwierdziłem, że futsal polski ma wielu hobbystów, ale niewielu jest w nim - używając jako przenośni wyrażeń wziętych z przytaczanego wywiadu - kolekcjonerów. Patrząc na ćwierćwiecze futsalowe w Polsce i odnosząc historię do dnia dzisiejszego, raptem na myśl przyszło mi 7-8 osób. I - żeby była jasność - nie wpisuję w to grono siebie. Mało, prawda. Nawet jak dodałbym jeszcze kilku, to nadal będzie niewielu. Pozostała spora większość - jak na razie - to tylko osobniki mocne w gadaniu. A gębą wyniku nie zrobi się. Ciągle prawdziwych kolekcjonerów jest zbyt mało dla budowania siły dyscypliny. Chyba nie mylę się - tym bardziej, że optymizmu nie wlewają we mnie systematyczne personalne roszady związkowe na kierowniczych stanowiskach futsalu oraz regularne w miarę "padnięcia" futsalowych teamów.
No, i stało się. Stało się to co prędzej czy później stać musiało. Niezrozumiałe dla ogółu różnice w zapisach regulaminowych - zafundowane przez PZPN (czytaj - poprzednia komisja futsalu, departament rozgrywek oraz departament prawny), a dotyczące wpisywania do protokołu meczowego liczby cudzoziemców spoza Unii Europejskiej - zaowocowały wreszcie walkowerem. Nie będę pisał, że ja, czy pan Jakub Mikulski w swoich "pisadełkach" na łamach futsal-polska przewidywaliśmy to dawno. Nie trzeba było wielkiego wysiłku intelektualnego, aby to przewidzieć. Dziwne, że nie wpadli na to zatwierdzający zapisy w regulaminach ekstraklasy, I ligi, Halowego Pucharu Polski. Oczywiście nie usprawiedliwiam, pisząc o walkowerze w gliwickich pucharowych derbach HPP, w żadnej mierze kierownictwa Piasta Gliwice. W klubie powinno się dokładnie oraz ze zrozumieniem przeczytać regulamin, który w tym punkcie brzmi nieco inaczej, niż regulamin ekstraklasy. To kierownik Piasta jest winien najbardziej. Tak jak kiedyś kierowniczka Legii Warszawa okazała się winna przy walkowerze z Celticiem Glasgow. Drogi PEZETPEENIE, nie czyń na przyszłość okazji do pomyłek. Niech w jednej dyscyplinie będzie spójny zapis regulaminowy dotyczący takich kwestii.

Proszę popatrzeć. W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała dwudziesty piąty, czyli jubileuszowy finał. Można rzec, że jest rówieśnikiem polskiego futsalu. A rozwinęła się niepomiernie bardziej. Pan Jerzy Owsiak ma wytyczony cel i zmierza do niego. Polski futsal kręci się wokół własnego ogona i co chwilę go podgryza w najmniej spodziewanych momentach. Niestety, nie jest Uroborosem (staroegipskie wyobrażenie węża symbolizujące pożeranie samego siebie i odradzanie się z siebie) i kiedyś może już nie podnieść się po kolejnym "oczyszczającym" pożarciu.  Najnowszy przykład, o którym dowiedziałem się dopiero przy okazji analizowania HPP, to zlikwidowanie final four. Zastąpiono je dwumeczami półfinałowymi oraz dwumeczem finałowym. Rodowicz śpiewa w jednej z piosenek "Ale to już było, i nie wróci więcej". Pani Marylo, nie w futsalu. Lat temu pewnie z osiem w środowisku futsalowym na wniosek klubów uznano, iż finałowe dwumecze są passe i nieciekawe. Po pierwsze, gdy pierwszy mecz zakończy się wysokim zwycięstwem jednej z drużyn rewanż będzie spotkaniem o przysłowiową pietruszkę. Po drugie, rywali przerażały odległości. Przykładowo jazda na trasie Szczecin - Kraków, czy Chorzów. Koszty, czas, zmęczenie. Ogólny bezsens dwumeczowy - i to jeszcze w ciągu tygodnia, czy nawet 3-4 dni. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie za zmianą powrotną optowały te same kluby, którym wówczas dwumecze nie odpowiadały. Żenada po dwakroć. Nie znam w miarę poważnej dyscypliny zespołowej w RP, która w ten sposób rozgrywałaby pucharowy finał. Ale najbardziej - przynajmniej dla mnie - dziwne jest, że zmiany PZPN uchwalił tak zwanym rzutem na taśmę, czyli 27 października 2016, gdy zjazd wyborczy wybierał prezesa Bońka na drugą kadencje 28 października. Dlaczego tak późno - zapytam. A, jak już tak późno, to czy nie należało tego pozostawić nowemu rozdaniu. Daję tutaj mocną czerwoną kartkę w tej materii członkom komisji futsalu z kadencji 2012-2016. Jako zwykły zjadacz chleba mam prawo nawet domniemywać, że nie radzono sobie organizacyjnie z final four. I tak, zamiast do przodu - jak WOŚP, zakręcił się futsal wkoło i powrócił do punktu wyjścia z roku 2009.
Cholernie pesymistycznie pisze mi się dzisiaj. Ale tak bywa czasami. To już dwudziesty felieton, więc trzeba nieco więcej żółci wylać, aby samemu też zresetować się. Inaczej byłoby się mało wiarygodnym. Na finał daję jednak coś optymistycznego. Bardzo zapadły mi w pamięć słowa trenera Piasta Gliwice, Sebastiana Wiewióry, wypowiedziane w HAT-TRICKU Jakuba Mikulskiego. Nie będę ich przytaczał in extenso, ale muszę wspomnieć o akapicie, w którym szkoleniowiec mówi o głodzie sukcesu ich młodzieży futsalowej, ciężkiej pracy, zaangażowaniu tak zwanych "weteranów" oraz zaufaniu i atmosferze. Reasumuje fantastycznym zdaniem, które zacytuję - "Trener jest po to, żeby nie przeszkadzał, a potrafił chłodnym okiem spojrzeć na grupę, którą ma w szatni". Tak, tak, święte słowa. Należy chodzić po ziemi, a nie bujać w futsalowych obłokach. Stąpać twardo po ziemi i szanować wzajemnie się. Dlatego chciałbym, aby działacze w tym względzie brali przykład ze szkoleniowców. Brać trenerska - moim zdaniem - jest w stanie prędzej porozumieć się futsalowo niż prezesi. A, i na futsalu zna się lepiej.      

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS