Z notatnika dziejopisa

Z zainteresowaniem wsłuchałem się oraz wczytałem w przesłanie przewodniczącego Komisji Futsalu PZPN, Adama Kaźmierczaka, mówiącego o swoim wyborze i najważniejszych zadaniach na tym stanowisku. Postaram się przekazać jego słowa może nie dosłownie, ale w miarę wiernie - "Element, że z województwa łódzkiego wywodzą się mistrzowie Polski w futsalu i beach soccerze przeważył na korzyść mojej kandydatury, która miała zapobiec pewnym rozgrywkom i konfliktom między ścierającymi się w PZPN innymi pretendentami do tego stanowiska. Teraz jednym z najważniejszych zadań będzie scalenie środowiska futsalowego i beach soccerowego. To kluczowa sprawa, bo są to dziedziny futbolu, które można dość intensywnie rozwijać. Tu jest jeszcze dużo do zrobienia. W tych dwóch odmianach piłki nożnej tkwi duży potencjał, który trzeba wykorzystać. Przy skłóconym środowisku trudno będzie jednak myśleć o rozwoju. Dlatego trzeba zrobić wszystko, by każdy ciągnął ten wózek w tym samym kierunku". Podpisuję się obiema rękoma pod tymi słowami i życzę, by panu Adamowi udało się. Niemniej, wiem z autopsji, że będzie trudno i finalnie raczej nie do realizacji. Niedawno wypatrzyłem u jednego z kronikarzy myśl  taką - "Jak twe powodzenie widzą, z zazdrości ci życie obrzydzą". Jak ulał pasuje od czasu do czasu do poletka, którym będzie zarządzać pan przewodniczący Adam. Obrzydzanie w sposób nie tylko merytoryczny, ale i z chwytami quasi politycznymi bywa tutaj na porządku dziennym. Podejrzewam, że  przewodniczący nie ma możliwości stworzenia autorskiego składu Komisji, gdyż  są jakieś przedwyborcze zobowiązania wobec tak zwanych baronów wojewódzkich. I w tym tkwi cały szkopuł. Sławetny Onufry Zagłoba mawiał w sytuacjach skomplikowanych "nic to" i raczył się miodem. Tego przewodniczącemu nie suponuję, ale i nie zazdroszczę rozwiązywania personaliów futsalowego, czy plażowego węzła gordyjskiego. Niemniej, może i dobrze, że na razie nie poznaliśmy składu komisji. Za tydzień Polska gra w Zielonej Górze z Belgią. Niech organizacja dwumeczu idzie więc jeszcze na konto starej komisji. A, dopiero kolejne imprezy na konto nowego rozdania pod symboliczną Gwiazdkę.  

Na szczęście takich dylematów nie mają futsaliści i grają co potrafią najlepszego, strzelają kapitalne gole, bramkarze wykonują przepiękne parady, całość kręci się w miarę do przodu, nie interesując się rozgrywkami przy przysłowiowym zielonym stoliku. I taki futsal akurat lubię. Bardzo lubię. Na pewno lubi go też Maciek Foltyn, który niedawno jako golkiper zaliczył swojego drugiego gola strzelonego w tym sezonie. A w sumie ma ich na swoim koncie w meczach ekstraklasy futsalu, 10. Jeżeli do tego doliczymy jedną bramkę w reprezentacji - wyjdzie 11 goli. A przypomnę, Maciek jest tylko bramkarzem. Brawo, brawo, jeszcze raz brawo dla kapitana walecznej drużyny z Pniew. Pamiętam radość Maćka, młodego, dwudziestoletniego chłopaka, zaczynającego karierę, kiedy w 2012 roku gratulowałem mu wywalczenia mistrzostwa Polski z drużyną Akademia FC Pniewy (wcześniejsza nazwa Poznań). Już rok wcześniej obserwowałem jego zmagania w reprezentacji U-21 u trenera Gerarda Juszczaka.  Rok 2012 pozwolił mu zadebiutować w seniorskiej kadrze Vlastimila Bartoska w meczu z Czarnogórą na wyjeździe (porażka 2;3). Talent Maćka systematycznie rozwijał się i teraz 24-letni zawodnik jest kapitanem pniewskiej drużyny. Oglądając go w meczach widzę, jak swoimi interwencjami czy golami napędza zespół. A bramkarz w futsalu, podobnie jak w hokeju czy piłce ręcznej, potrafi wygrać mecz. Fachowcy mówią, że dobry golkiper futsalowy to 60 procent zespołu. Ja dodam jeszcze z 10 procent do tego. Dopisuję więc Maćka do mojego kajetu z nazwiskami do wyróżnienia na ten sezon. Jest czwarty po Groszaku, Frajtagu, Zastawniku. Trochę mało, ale niedługo gra kadra z Belgią i może moja lista nabierze tempa. Dzisiaj przy ciągle doskonalonej taktyce gry w futsal bramkarskie popisy strzelecie stają się niemal chlebem powszednim. A pamiętam, jak wielką sensację wzbudził w środowisku gol Krystiana Brzenka w wygranym towarzyskim meczu z Holandią w 2006 roku w Suwałkach.    

Włócząc się po różnych futsalowych halach szczególnie przyglądam się organizacyjnej otoczce. W opisie meczu piłki trawiastej, który zdarza mi się często wypełniać, od najwyższej klasy do co najmniej III ligi jest taki punkt - "Polityka informacyjna Klubu / Organizatora imprezy (włączając stronę www, bilety, ulotki, regulaminy itp.)". Ważną częścią opisu są programy meczowe. Zasięgnąłem języka tu i ówdzie pośród bywalców futsalowych hal i stwierdziłem, że programów wydawanych przez kluby w ekstraklasie jak i w I lidze jest niewiele (sam widziałem takie w Wieliczce i w AZS UW w Warszawie), by nie powiedzieć mało. Może warto, panowie prezesi klubowi, zwrócić uwagę na ten niby drobiazg marketingowo-promocyjny. Pewnie wydatek nieduży, a pożytek spory. Podpowiadam gratisowo - uczmy się od lepszych.

Kiedy tydzień temu napisałem, że sama wiara w transmisje TV nie uzdrowi polskiego futsalu, nie spodziewałem się aż tak sporego odzewu i wsparcia mojej myśli. Dziękuję. Tym razem dorzucę inny temat - mata. Futsalowa mata, czyli mówiąc jaśniej wykładzina do gry. Na własne oczy w polskim futsalu widziałem tylko dwie należące do polskich klubów. Jedna - ta pierwsza, to była Akademii FC Poznań/Pniewy - Cezarego Pieczyńskiego, ta druga należała do Rekordu Bielsko Biała - Janusza Szymury. A gdzie reszta klubów, chciałoby się zapytać. Pewnie nie zanosi się, aby ktoś jeszcze taki trochę drogi, powiedzmy stutysięczny prezent sobie sprawił. Nie ma jej nawet PZPN. A to już wstyd, tym bardziej że na koniec swojej kadencji futsalowej w piłkarskiej centrali pozostawiłem w planowanym budżecie pomysł na jej zakup. A nawet wskazałem środki. Niestety, następcy nie uznali pewnie tego za ważne. I to był błąd. Cztery lata w tym temacie stracone. Niedługo eliminacje ME w Polsce. Bardzo jestem ciekaw, jak tym razem postąpi w zakresie nawierzchni na turniej PZPN. Czyżby znowu wypożyczał? Ale wracając do tak zwanej "maty klubowej". Wiem, że transmisje telewizyjne z meczami na tej nawierzchni mają swój urok. Nasz futsal nabiera od razu europejskiego wymiaru. Niemniej wiem też, że kluby powinny w jakiś sposób partycypować w kosztach przewożenia maty. Czy w piłce trawiastej - PZPN albo Spółka Ekstraklasowa sieją trawę na boiskach? Raczej nie. W futsalu klubowym też nie każdy mecz telewizyjny musi być grany na przesławnej macie. Dla mnie liczy się gra, gole, technika, fajerwerki. A tych i na zwykłym parkiecie może nie brakować. Nie róbmy więc na poziomie ligowym sztucznego problemu typu - mata a Polski Futsal.
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nigdy nie ukrywałem, że bliska jest mi tradycja kresowo-galicyjska. Z tamtych stron wywodzili się moi dziadowie. Dziadek, pod-lwowski Galicjanin wpajał mi od młodości powiedzenie - klucz na wszelkie okazje. Brzmi ono - ES HAT MIR SEHR GEFREUR, tłumacząc na polski - bardzo mnie to cieszy. Przyznaję, zapomniałem o nim, ale niedawno wróciło do mojego słownictwa w związku z ogromem pytań o polski futsal, jego kondycję. Wielu moich rozmówców, może nawet i czytelników, oczekuje ode mnie krytyki. A najlepiej, by była to krytyka ich przeciwników, czasami wrogów. Czyżby chcieliby moim piórem prezentować na łamach swoje poglądy. Nic z tego - moi drodzy. Huśtajcie się sami ze swoimi teoriami. Ja podeprę się cesarzem Franciszkiem Józefem i powiem to swoje "es hat mir sehr gefreur".  

Zduńska Wola kojarzy mi się z trzema rzeczami. Po pierwsze, jest miastem rodzinnym klanu aktorskiego Królikowskich. Po drugie, jest tam firma, o której moja żona mówi z szacunkiem, gdyż produkuje znakomitą damską bieliznę. Po trzecie, w tym mieście ma swoją siedzibę futsalowy mistrz Polski - Gatta Active. Mając za niedalekiego sąsiada jednego z Królikowskich i widząc codziennie u żony pończochy Gatty musiałem, chcąc nie chcąc, dopełnić trzeciego ze skojarzeń i pojechać wreszcie na mecz mistrza w jego macierzystej hali. Wstyd przyznać, ale nie odwiedziłem Zduńskiej Woli, ani w czasie szefowanie polskiemu futsalowi, ani wcześniej czy później, mimo iż bywałem często w pobliskim lotniczym Łasku. Mając w głowie powiedzenie "lepiej późno niż wcale", wybrałem się do Zduńskiej Woli na mecz z Cleareksem Chorzów. Przed wyjazdem nasłuchałem się od różnych "życzliwych" - hala mała, organizacja nie za dobra, kibice niesforni. Przyznam, że trochę byłem tym zmieszany, tym bardziej, że mecz był z kategorii telewizyjnych live. Ale co tam - pomyślałem. Kto przeżył jako delegat ds. bezpieczeństwa PZPN kilka lat temu mecz Górnika Zabrze z Widzewem Łódź, gdzie polewaczki policyjne strumieniami wody gasiły rozentuzjazmowane głowy kibiców, gdzie było strzelanie policji do pseudokibiców, walka na kostki brukowe oraz latające toi-toie, zdemolowana część Zabrza i ponad dwudziestu lżej oraz bardziej rannych, nie powinien przejmować się. Ale z drugiej strony widziałem dwa dni wcześniej rozgrywki młodzieżowe organizowane pod auspicjami PZPN, podczas których gospodarze jakoś nie za bardzo przejęli się, gdy na halę wkroczyła grupka nieco "wczorajszych" kibiców i próbowała narzucić swoje obyczaje zabawowe. Dopiero stanowcza reakcja sędziego wymusiła interwencję. Jedna nie tak to powinno wyglądać - panowie organizatorzy tego turnieju. Nie taka kolejność działania. Szczególnie, gdy grają dzieci, trzeba sprężać się o porządek. Futsal Ekstraklasa wysyła na tak zwane mecze telewizyjne swoich przedstawicieli, aby wspomagali oraz koordynowali współpracę na linii klub - TVP, a także Spółka - TVP. Przy okazji zbierają doświadczenie dla Spółki, jak w przyszłości lepiej sprzedać produkt o nazwie "mecz telewizyjny". Nie jest sztuką zorganizować imprezę, mając wszelkie atuty w ręku, ale sztuką jest wykonać zlecone zadania mając tych atutów mniej. I to organizatorom Gatty udało się w meczu z Cleareksem. Jest takie mądre polskie przysłowie - "tak krawiec kraje jak materiału staje". W Zduńskiej Woli skroili minionego poniedziałku całkiem niezłe widowisko. I to skroili dla wybrednej publiki, bo na trybunach zasiedli - i przewodniczący Komisji Futsalu PZPN, i prezes zarządu Spółki Futsal Ekstraklasy, i politycy, i samorządowcy, i biznesmani, i działacze sportowi innych dyscyplin halowych, i przedstawiciele Łódzkiego ZPN. Aby dodać swoistego smaczku imprezie, nad całością czuwał prezes Rady Nadzorczej Spółki FE, Andrzej Dąbrowski. Uwijał się jak w ukropie, dopilnowując wszystkiego. I korona mu z głowy nie spadła, gdy sam przenosił ścianki medialne, czy wywieszał banery reklamowe. I nie miał do nikogo o to pretensji. Panie Andrzeju, chapeu bas.

Cleverson Lilton Pelc Fernandes, dla mnie Cleverson Pelc, a jeszcze krócej Clevi. Z byłym zawodnikiem futsalu włoskiego, o ile pamiętam, Kaos Futsal Bologna, zetknąłem się po raz pierwszy późnym latem 2009 roku. Tego polskiego Brazylijczyka polecił do naszej reprezentacji Adam Kaczyński, zapomniana już dzisiaj pewnie przez wielu postać polskiego futsalu, związana z Jango Katowice. W pewnym okresie była to nawet bardzo znacząca postać polskiego świata futsalowego. On wypatrzył Cleversona i sprowadził z Włoch do Polski. Trener Gerard Juszczak, który otrzymał zadanie przygotowania zespołu na Turniej Wyszehradzki, odbywający się w formule czterech państw po raz pierwszy właśnie  w 2009 roku, poszukiwał zawodnika ofensywnego, niekonwencjonalnego, z bardzo dobrą lewą nogą, potrafiącego zdobyć przewagę w grze jeden na jeden. Wybór padał na Cleviego. Wybór - jak okazało się - trafny. Cleverson szybko zasymilował się z kadrą, kolegami i był jedną z najjaśniejszych jej postaci. Szybko z Katowic przeszedł do mistrzowskiej Akademii Futsal Club Poznań. Clevi na tym etapie kariery był niemiłosiernie faulowany przez przeciwników, którzy nie mogli sobie poradzić z jego niesamowitą techniką. Później zniknął mi z pola widzenia aż odnalazł go i ponownie ściągnął do Polski jego były poznański trener, Klaudiusz Hirsch. Tym razem do Torunia. Wylewnie przywitaliśmy się na początku tego roku w Warszawie. Życzyłem mu powrotu do kadry i dlatego niezmiernie cieszę się, że trener Andrzej Bianga docenił jego grę i powołał do reprezentacji na najbliższe mecze z Belgią. Niewielu jest futsalistów w Polsce, których oceniam jako sportowców wysokiego poziomu. Cleverson niewątpliwie do nich należy. I to nie tylko ze względów sportowych. Będę zawsze trzymał kciuki za tego wielkiego serca do gry, filigranowego futsalistę. Przy okazji wspomnę, jak kiedyś Clevi mówił do mnie - "Prezes, w Brazylii jest wielu brazylijskich Polaków z paszportami. Szczególnie w Kurytybie. Gdyby tam pojechać, zobaczyć, ściągnąć ich bylibyśmy silni". No tak, ale u nas "farbowane lisy", drogi Cleversonie, nie są w modzie. Przynajmniej póki będzie coś znaczyć zdanie quasi eksperta Jana Tomaszewskiego.

Po powołaniu nowego przewodniczącego komisji futsalu PZPN środowisko futsalowe gotuje się jak w dobrym tyglu. Nawet nie wiedziałem, że prezes Kaźmierczak ma tak wielu znajomych w środowisku futsalowym. A może i on sam o tym nie wie. Jestem nawet pewny, że nie wie. Plotki, nie plotki, ale słychać w środowisku, jak wiele osób powołuje się na znajomość i możliwość oddziaływania załatwienia czegoś. Jak rozdają te osoby komisyjne awanse personalne. Jakie to takie śmieszne, małostkowe. Zresztą zawsze tak było. Ilu ja miałem kiedyś podpowiadaczy, uzdrowicieli wszystkowiedzących, a później do roboty było dwóch, może w porywach trzech. Znając przewodniczącego co najmniej od dekady wiem, że wysłucha, ale decyzje podejmie sam. Kadra, jej wyniki - to będzie największy problem nowego przewodniczącego. Bez wyniku sportowego tego "konia pociągowego" polskiego futsalu nic nie osiągniemy. Za kadrę seniorską nie wykona promocyjnej roboty Futsal Ekstraklasa, futsal kobiecy, młodzieżowcy, panowie Duraj, Morkis, Karczyński, Szymura i wielu innych, czy telewizje wszelkich maści. I tak mógłbym wymieniać jeszcze długo. Nie wiem dlaczego od lat środowisko niezmiennie uważa telewizję oraz transmisje internetowe meczów za panaceum na większość bolączek polskiego futsalu. Nie może być nic bardziej mylnego. Ex-prezydent Stanów Zjednoczonych, Clinton mówił kiedyś w kampanii wyborczej - "liczy się gospodarka, głupcze". Ja powiem trawestując nieco to  powiedzenie - "poziom sportowy panowie, poziom sportowy". I to poziom sportowy kadry. Udział seniorów w jakichś finałach UEFA, czy FIFA. I wierzcie mi, do tego nie jest najpotrzebniejsza telewizja, lecz sensowna praca szkoleniowa, praca organiczna w klubach. I pokora, pokora w działaniu. Tak było niegdyś w piłce siatkowej, piłce ręcznej. Ile to lat te dyscypliny nie wychodziły z opłotków, mimo iż telewizje nie tylko od czasu do czasu transmitowały ligę. Dopiero sukces siatkówki reprezentacji kobiet Andrzeja Niemczyka, sukces piłki ręcznej reprezentacji mężczyzn Bogdana Wenty przyniósł zmianę. Wtedy weszły w dyscypliny na poważnie, nie symbolicznie, telewizja i pieniądze sponsorskie dla klubów. Taka, niestety niekorzystna dla futsalu, jest kolejność. Kto w to nie wierzy jest kiep i zaklinacz rzeczywistości oraz prawdy.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niepodległościowy Weekend, z wyjątkiem udziału w oficjalnym otwarciu Świątyni Bożej Opatrzności na warszawskim Wilanowie, spędziłem na sportowo, a nawet można rzec w większości futsalowo. Od dawna sportowe imprezy z okazji ważnych dat historycznych cenię wyżej niż popularne obecnie maszerowanie. Dlatego jeszcze za mojej kadencji szefowania futsalem postanowiliśmy z panem Szymonem Czeczko wkomponować w dzień 11 listopada organizację turniejów eliminacyjnych mistrzostw Polski U-20. Jeden z takich turniejów odbył się minionego weekendu w Warszawie w uniwersyteckiej hali przy ulicy Banacha. Bezkonkurencyjna okazała się młodzież Hurtapu Łęczyca. Hurtapowcy to uznana firma. Od czasu wycofania się z seniorskiego futsalu pan Wiktor Napióra zajął się futsalem młodzieżowym i czyni to z powodzeniem oraz krajowymi sukcesami. Gratulacje panie prezesie. Oprócz nich awansowali do finałów młodzi futsaliści AZS UMCS Lublin. I to właśnie podopieczni trenera Artura Gadzickiego zrobili na mnie największe  futsalowe wrażenie. Kolejną imprezą, która w niepodległościowy czas odbywała się na Mazowszu, a dokładnie w Teresinie, był turniej barażowy o awans do ekstraligi kobiet. Jadąc do Teresina nie spodziewałem się, że ujrzę tam całą plejadę byłych i obecnych działaczy ze środowiska polskiego futsalu. I to ludzi znaczących. Był wiceprzewodniczący KFi PP PZPN, Grzegorz Morkis, był trener reprezentacji Polski kobiet w futsalu, Wojciech Weiss, był jeden z najznamienitszych ekspertów futsalu w Polsce, Tomek Aftański, wreszcie napotkałem sekretarza byłego Wydziału Futsalu PZPN, Leszka Łuckiewicza. Wszyscy oni działają teraz przy futsalu kobiecym. Nic tylko pozazdrościć rozwoju dyscypliny. Kiedyś, pamiętam, gdy zaczynaliśmy za namową  Magdy Stefankiewicz, ledwie dobijaliśmy dziesiątki zespołów. Trzymam kciuki i proszę PZPN o organizację w Polsce jakiegoś międzynarodowego turnieju futsalu kobiecego.
Pięknym zwieńczeniem futsalowego weekendu był, przynajmniej dla mnie, telewizyjny mecz ekstraklasy futsalu pomiędzy AZS Uniwersytet Śląski a Gattą Zduńska Wola. Nie wiem, kto w Spółce FE, a kto w TVP odpowiada za dobór meczów telewizyjnych, ale muszę napisać, że mają przysłowiowego nosa do wyboru emocjonujących relacji. Może tylko poza pierwszym meczem w Toruniu pozostałe "spotkania telewizyjne" były futsalowymi smaczkami. Katowicki pojedynek przebił jednak wszystko. Zaczęło się już w ósmej sekundzie golem Tomka Dury dla AZS, a później napięcie oraz emocje tylko rosły. Działo się jak w scenariuszu mistrza filmowego horroru, Hitchcocka. Padł remis 4:4, a wyrównującego gola mistrzowie z Gatty zdobyli cztery sekundy przed syreną kończącą zawody. To dało się oglądać. Nawet doświadczeni telewizyjni komentatorzy, panowie Jasina oraz Kuchciak - niegdyś znakomici piłkarze, futsaliści, niemal piali z zachwytu nad dramaturgią meczu. Mnie w scenerii tego spotkania zachwyciło jeszcze jedno, piękna katowicka, a dokładnie Szopienicka hala. Pamiętam rozgrywane w niej mecze drużyny Jango Katowice. Pamiętam organizowany w niej przeze mnie mecz Polska - Włochy (wynik 2:3). Zawsze byłem i jestem fanem tej hali dla futsalu. Obecnie w ekstraklasie jest ona wraz ze szczecińską Azoty Arena najbardziej telewizyjną ze wszystkich, którymi dysponują zespoły FE. Mam nadzieję, że PZPN wraz z Komisją Futsalu zorganizują tam jakieś międzypaństwowe zawody, tym bardziej, że na przełomie stycznia oraz lutego na Śląsku ma odbyć się turniej z udziałem Polski, Włoch, Chorwacji i Finlandii. Polecam Szopienice.

Mimo że portal w nazwie ma zapisane futsal, obowiązkiem "dziejopisa" jest wspomnieć o piłce trawiastej, reprezentacyjnej. W meczu eliminacji MŚ Rosja 2018 pokonaliśmy na niewdzięcznym bukaresztańskim terenie Rumunów 3:0. Podnieśliśmy sobie tym samym wysoko autostradową bramkę na rosyjską imprezę. To był w naszym wykonaniu lepszy mecz niż ten słynny z Niemcami wygrany przez Polaków dwa lata temu. Wtedy mieliśmy dużo szczęścia, teraz dużo umiejętności. Mecz z Rumunami też kojarzy się z Weekendem Niepodległości, gdyż grano 11 listopada. Ale nie rozumiem beznamiętnego wiązania tej wygranej z tym ważnym świątecznym dniem, objawiającego się eufemistycznymi przekazami części komentatorów telewizyjnych. Ciągłe epatowanie "jedenastkami" - typu 11 minuta golowa, zawodnik numer 11 strzelił, czy bramka padła z 11 metrów, było nadinterpretacyjnym kojarzeniem wydarzeń. Powtarzane zbyt często stawało się niesmaczne. Pamiętam jak 1 maja 1977 roku wygraliśmy ważny mecz z Danią i ówczesne władze PRL, gratulowały piłkarzom godnego uczczenia "święta pracy". Ale to działo się w czasie słusznie minionym i niech nie powtarza się. A wracając do meczu. Brawo trener Nawałka, Brawo Lewandowski i cała reszta piłkarzy. My futsaliści trzymamy kciuki za wami. Tym bardziej, że jednym z kadrowiczów selekcjonera Nawałki jest Krzysztof Mączyński, który od niedawna jest  "twarzą" futsalu polskiego. Mączyński około dekady temu grając w drużynie Kupczyka Kraków wywalczył futsalowe mistrzostwo Polski U-20. Fajnie, że nie zapomina o swojej futsalowej przygodzie.  Zapewne coś z niej przydało mu się na dużym boisku, w reprezentacyjnej karierze.
Zarząd PZPN postanowił - Adam Kaźmierczak, prezes Łódzkiego ZPN będzie nowym przewodniczącym Komisji  Futsalu i Piłki Plażowej związku. Jak wieść gminna niesie, jeszcze do poranka dnia zarządowego faworyt był inny, Bogdan Duraj. Nowy przewodniczący jest spoza środowiska futsalowego, ale jest członkiem zarządu PZPN i to jego ogromny plus. Miejmy nadzieję, że szybko rozejrzy się w środowisku, które jest jednak bardzo hermetyczne i znajdzie nić porozumienia. Być może, jako człowiek spoza futsalowego układu, wyjdzie z inicjatywami, które futsalowej braci nie przychodziły do głowy. Trzymajmy kciuki. Na pewno wyzwań jest sporo. Dla mnie najważniejsze, aby zachowana była, względnie wypracowana została długofalowa wizja polskiego futsalu. Bez tego, po omacku co cztery lata będziemy kopać się w przysłowiowe czoło. Znam ludzi futsalu, Europy oraz świata, z których wielu jest moimi przyjaciółmi, trzymających stery futsalu w swoich narodowych  federacjach przez wiele lat, czy kadencji. A u nas zmiany - co trzy, co cztery lata, a kiedyś nawet częściej. Bez ciągłości programowej, jeżeli już nie ma personalnej, na pewno nie ruszymy z miejsca w dobrym kierunku. Na początek prośba - Panie Przewodniczący, niech pan nie zapomina o tak zwanym futsalowym terenie, bo polski futsal to nie tylko reprezentacje, Futsal Ekstraklasa, ligowe zmagania, mistrzostwa młodzieżowe. W kontaktach z terenem bywało w poprzednich kadencjach różnie. Czas teren docenić. Nie słownie, czy przy okazjonalnych spotkaniach, ale w czynach.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Do Szczecina na mecz Pogoni 04 z Cleareksem jechałem zobaczyć ligowy futsal w osławionej z rekordów, w kategorii liczby kibiców futsalowych, hali sportowej, noszącej biznesową nazwę Azoty Arena. W poprzednim sezonie spotkanie Pogoń 04 Szczecin - Rekord Bielsko Biała oglądało w niej 5000 widzów. Niektórzy mówią, że policzyli i było więcej. Mecz towarzyski futsalu Polska - Rosja zgromadził na widowni także pięć tysięcy fanów halowej piłki. Tym samym pobito rekord rzeszowski sprzed lat, gdzie jeden z turniejów, bodajże z udziałem Serbów, Łotyszy i oczywiście Polaków zgromadził na hali Podpromie 4800 sympatyków futsalu. Piękne to dane i tylko szkoda, że nie na co dzień można opisywać takie ilości widzów na meczach futsalowych w Polsce. Był też taki mecz w Zgierzu z Rosją, o który bardzo zabiegał ówczesny prezes ŁZPN, Edward Potok, na który przyszła ledwie setka kibiców. A łódzkie było wówczas prężnym ośrodkiem futsalowym, bo był w ekstraklasie i Grembach Zgierz, i Hurtap Łęczyca. Wspominam o tym, by zaapelować do organizatorów przyszłorocznych eliminacji ME w futsalu, które odbędą się prawdopodobnie w Elblągu, aby nie lekceważyli problemu widowni, która także jest solą widowiska sportowego. Przygotowując się do szczecińskiego wyjazdu wysłuchałem opowiadań o atrakcjach, jakie każdorazowo organizatorzy fundują kibicom podczas meczów. Wynikało z tego, że Pogoń 04 firmuje mecz jako imprezę rodzinną, przygotowując dla dzieci wiele niespodzianek. Jest prowadzony zorganizowany doping, jak na meczach piłki siatkowej. Są wszelakie promocje i różne marketingowe działania. Sponsorzy z ochotą wspomagają futsalowe imprezy. Zadowolone jest miasto. Będzie atrakcyjnie, głośno, kolorowo. Czyli show. I tak było. Była niezwykła otoczka, której telewizja zaabsorbowana stroną sportową nie pokazuje w swoich transmisjach. A szkoda. Nie jest moim zadaniem opisywanie organizacji widowiska. Jednak, gdyby ktoś chciałby powzorować się, podaję nazwisko Mirka Grycmachera, który jak "mróweczka" uwijał się po hali, aby wszystko zagrało. No cóż, drogi Mirku - oprawa zagrała, ale piłkarze, niestety, nie. Wygrał Clearex. Taki już bywa sport. Nieprzewidywalny i może dlatego taki piękny. Jak kobiety, niemalże.
Gdy piszę te słowa, w środowe południe, w Warszawie obraduje nowy zarząd PZPN. Pośród wielu decyzji, jakie to szanowne gremium podejmie, jest powołanie na nową kadencję przewodniczącego Komisji Futsalu i Piłki Plażowej. Nie mam swojego faworyta, ale - moim zdaniem - powinien zostać przewodniczącym jeden z członków zarządu, który do pracy dobierze sobie ludzi merytorycznie do futsalu oraz piłki plażowej przygotowanych. Sam wiem, jak trudno jest zarządzać, nie będąc stałym członkiem kierowniczego gremium PZPN. Jak trudno trafić ze swoimi racjami. Jak trzeba poszukiwać mentorów w gronie członków zarządu, wiceprezesów. A zarządzanie, kierowanie będąc w tym gronie, to już całkiem inna bajka decyzyjna. I na pewno korzystniejsza dla futsalu. Mam nadzieję, że takie ewentualne rozstrzygnięcia nikogo nie urażą i osoby, którym zależy na futsalu przyjmą to z pokorą, i zadeklarują współpracę. Będąc przy niewymienianych z nazwiskach członkach zarządu, którzy sprawdziliby się w tej Komisji jedynie podpowiem, że odpowiedzialni za powołania powinni zorientować się, gdzie, w jakich regionalnych związkach futsal i piłka plażowa mają silne ośrodki oraz osiągają dobre wyniki sportowe. A nie jest to na pewno zbyt duży wybór. Dla mnie byłoby to głosowanie pomiędzy członkami zarządu z Katowic oraz Łodzi.

Prowadzę nieoficjalną listę zawodników, którzy urzekli mnie swoją grą w telewizyjnych meczach futsalowych. Wstyd pisać, ale jest ciągle niemal biała. Zastanawiałem się nawet, czy to czasem kamera nie okłamuje i nie mam kogo zapisać. A może zbyt wysoko podniosłem poprzeczkę poziomu sportowego. Niemniej, oczekiwania muszą być wysokie, o ile mamy grać w ważnych europejskich - na razie -  imprezach. Po pięciu kolejkach miałem na niej tylko dwa nazwiska. I byli to raczej weterani (Broń Boże - nie piszę tego w negatywnym wymiarze tylko z podziwem) futsalowych parkietów - panowie Groszak oraz Frajtag. Na szczęście mecz Pogoni 04 z Cleareksem Chorzów pozwolił mi dopisać do listy jeszcze jedno nazwisko. Wreszcie młodego futsalowca, ledwie dwudziestoletniego. Brzmi ono - Mikołaj Zastawnik. Wow, chciałoby powiedzieć się, obserwując go w akcji w szczecińskiej Arena Azoty. Z zainteresowaniem poobserwuję jego karierę. Chłopak ma papiery na granie w futsal i całkiem bogatą jak na dwudziestolatka kolekcję trofeów - mistrzostwo Polski U-16, U-18, mistrzostwo Polski oraz Puchar Polski seniorów, miano futsalowego odkrycia sezonu 2014/2015, udział w turnieju eliminacyjnym EURO 2016. A zaczynał w Wiśle Krakbet Kraków, której już nie ma - a szkoda - na futsalowej mapie polskich klubów. Być może jest to ten zawodnik, który poprowadzi za kilka lat nasz polski futsal do "dziesiątki" europejskiej. Gdy już jestem przy futsalowej młodzieży, to zapytam - czy nasze reprezentacje młodzieżowe nie grają zbyt mało meczów międzypaństwowych w roku. Pamiętam, jak poprzedni trener Gerard Juszczak dążył do zmaksymalizowania ilości takich pojedynków. I co by nie mówić, przygotował sporą plejadę młodzieży, którzy z powodzeniem debiutowali, czy debiutują w pierwszej reprezentacji.
Polski ligowy futsal  jest w TVP (też w telegazecie), jest na portalu 90minut.pl, jest w Super Eksprssie, jest w branżowym tygodniku Piłka Nożna (za co dziękuje gorąco redaktorowi Godlewskiemu), jest w katowickim SPORCIE, jest oczywiście na portalu futsal-polska.pl oraz stronie związkowej PZPN. Pewnie mógłbym wymienić jeszcze sporo portali, czy mediów regionalnych, w których zajmuje bardziej lub mniej poczesne miejsce. Jest na stronach internetowych klubów, futsalowych środowisk. I tak mógłbym wymieniać bez końca. Nie bez kozery kilka lat temu "Wyborcza" napisała, że amatorsko w futsal gra w Polsce około 2 miliony ludzi. I jest to potęga, tylko ją należy skanalizować odpowiednio. Podejrzewam, że taką popularnością inne dyscypliny sportowe, zespołowe nie pochwalą się. Dlatego dziwi mnie trochę, że największy polski dziennik sportowy, czyli "Przegląd Sportowy" nie zamieszcza na swoich łamach regularnych informacji o futsalu. A przecież dział piłkarski jest tam rozbudowany do niebotycznych, niemal, rozmiarów. Nie chcę nawet myśleć, że dziennikarze piłkarscy "PS" lekceważą futsal. Rozumiem, że piłka trawiasta jest pochłaniaczem czasu i jest atrakcyjniejsza, ale panowie - na Boga - zróbcie też coś dla idei. Idei piłkarskiej, oczywiście. Przecież futsal jest w strukturach PZPN. Kiedy jeszcze w "PS" pracował nieodżałowany redaktor Krzysztof Bazylow regularnie co wtorek były wyniki, tabelka, krótki opis. Czy tak trudno o kontynuację? W razie czego środowisko futsalowe - mam nadzieję - pomoże panom redaktorom. 

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Wybory prezesa PZPN przebiegły bez rewelacji. Dotychczasowy prezes, Zbigniew Boniek wygrał w cuglach. Jedyny kontrkandydat, Józef Wojciechowski wyszedł jeszcze przed głosowaniem na prezesa, demonstrując tym niezadowolenie z decyzji delegatów odnośnie sposobu głosowania. Zabiegał o tajne głosowanie bez elektroniki, a stało się inaczej. Prezes Boniek jest już przez futsal sprawdzony i przynajmniej wiadomo w środowisku, czego od niego oczekiwać. Wojciechowski był dla futsalu typową tabula rasa (w wolnym tłumaczeniu niezapisana tablica). Co prawda otrzymał 16 głosów niejako zaocznie, ale nie sadzę, aby w tej szesnastce byli przedstawiciele futsalu polskiego. Dla mnie najciekawsze jest, że delegatów było 118, a na sali zjazdowej zgromadzono prawie 300 osób. Promocja, marketing związkowy działa bezbłędnie. W gronie zaproszonych był i przedstawiciel Spółki FE. Dobrze, że prezes Boniek nie zapomniał o prezesie Karczyńskim. Oby pamiętał przez kolejne cztery lata. Pierwsza kadencja prezesa Bońka to była runda pierwsza. Takie rozpoznanie bojem. Teraz czas na wymierne długofalowe efekty w rundzie drugiej. Boniek jest w dobrej sytuacji, gdyż prawo państwowe nie pozwala mu - na chwilę obecną - na trzecią kadencję, więc powinien zrobić coś więcej, nie patrząc na kolejne wybory. Szczególnie więcej dla tak zwanego terenu, czy dyscyplin - nazwę to niszowych - jak futsal, piłka plażowa, piłka kobieca. Piłkarska Polska "C" oprócz satysfakcji z sukcesów reprezentacji Polski ma nadal niewiele z tej ponad 150 milionowej kasy na koncie PZPN. Podobnie futsal. A może wypadałoby dać po trochę dla związków regionalnych na rozwój futsalu, jak to dzieje się w przypadku piłki kobiecej. A może staniałyby szkolenia trenerskie, bo są dużo za drogie. Panie prezesie, PZPN to nie bank. Proszę więc rozdysponować nieco kasy w teren. Bezodsetkowo, w ramach kolejnych odważnych programów rozwojowych. Na pewno to odpłaci się z nawiązką, entuzjazmem. Tyle o wyborach. Zamknę je dla futsalu krótkim cytatem jednego z Ewangelistów - "Po owocach ich poznacie". Owocami tymi będą personalia nowej Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN oraz bieżące działania związkowej władzy wobec futsalu.
Przewodniczący Duraj, a wcześniej przewodniczący Greń, którego pan Bogdan był zastępcą przez lata kadencji 2012-2016, zawiadywali zarówno futsalem, jak i piłką plażową. Takie usytuowanie nastąpiło na przełomie kadencji prezesostwa panów Laty oraz Bońka. PZPN przyjął koncepcję obraną przez UEFA. Nieskromnie muszę przyznać, że brałem udział w PZPN w tworzeniu tej koncepcji i zadowolony jestem, że trwa ona do dzisiaj. Chociaż w założeniu było, iż działacze z piłki plażowej oraz futsalu będą naprzemiennie sprawować funkcje kierownicze i przewodniczący oraz wice będą z obu dyscyplin. Początkowo tak było, ale później Kazimierz swoim zwyczajem zawłaszczył kierownictwo dla futsalu, co kontynuował jego następca. Tak więc "plażowiczom" pozostało tylko działanie w ramach swojej grupy wewnątrz komisji. Nie wiem, czy to ta nierówność ich tak zmotywowała, czy były jakieś inne powody, ale faktem jest, że sportowym wynikiem przebili na koniec kadencji futsalowe reprezentacje. Zakwalifikowali się bowiem do przyszłorocznych mistrzostw świata w Nassau na Bahamach. A ich trener Marcin Stanisławski niedawno dostąpił zaszczytu, jaki nie spotkał dotąd żadnego polskiego trenera piłkarskiego. Został nominowany do tytułu trenera roku światowego Beach Soccera. Oprócz niego w finałowej trójce znaleźli się Narciso z Portugalii (mistrzowie świata) oraz Szwajcar Schirinzi. A najważniejsze jest w tym, że głosowali na nich szkoleniowcy Beach Soccera z całego świata. Tu nie było przypadku. Miałem przyjemność pogratulować trenerowi Stanisławskiemu awansu do finałów podczas futsalowego Superpucharu w Chojnicach. Marcin to też historia futsalu. Były reprezentant Polski futsalu, mistrz Polski, zakochany w futsalu i piłce plażowej. Trudny do zaszufladkowania, indywidualista, często krnąbrny i niepokorny. Ale znakomity technik, zawodnik z wyobraźnią, nie bojący się walki, wreszcie szkoleniowiec i to z oficjalną licencją. Obserwowałem z zainteresowaniem od lat jego karierę i widzę spore podobieństwa do kariery obecnego asystenta trenera Biangi, Błażeja Korczyńskiego. Korczyński przez wiele lat był w ekstraklasie futsalu grającym trenerem. Stanisławski jest nadal. To Stanisławski współtworzył mistrzostwo Polski Gatty. Oby Błażejowi w przyszłości też poszło w reprezentacji futsalu tak dobrze, jak Stanisławskiemu z reprezentacją piłki plażowej. Tego życzę, choć wiem, że w polskim futsalu jest wielu, którzy Korczyńskiego posłaliby w przysłowiowe diabły. W tym tygodniu obaj młodzi trenerzy zmierzyli się w towarzyskich grach z wielkimi zespołami. Futsal przegrał dwa razy z czwartą drużyną świata Portugalią. Plażówka - na moment jak piszę te słowa - nie sprostała wicemistrzowi świata, Haiti oraz kilkunastokrotnemu mistrzowi świata, Brazylii. Ale nie były to porażki upokarzające i w tym widzę cel. Cel na przyszłość. Dlatego mają mój kredyt zaufania. Wierzę im, mimo że często nie było nam po drodze. A może właśnie dlatego im wierzę. Lubię bowiem takich niepokornych, nie przemądrzałych, potrafiących z wewnętrznym przekonaniem przedstawiać swoje racje. A niewiele jest takich merytorycznych osób w środowisku.
Myślę, że sukces trenera Stanisławskiego pozwala, pociągnąć w felietonie nieco dłużej temat trenerów reprezentacji. Polska futsalowa jest ewenementem na skalę światowego futsalu pod względem wymienności trenerów reprezentacji narodowej. Chodzi oczywiście o częstotliwość zmian. Proszę sobie wyobrazić, że od roku 1992 po chwilę obecną prowadziło kadrę seniorską 19 trenerów (w tym dwóch - Latacz i Bianga - po dwa razy).  Obchodzić będziemy niedługo ćwierćwiecze istnienia kadry i mamy na koncie aż 19 trenerów. To jest zatrważająca informacja. Co oni mogli zrobić, gdy średnio nie pracowali nawet półtora roku, a bywało, że w roku było trzech szkoleniowców? Najdłużej z tej plejady pracował Roman Sowiński, bo aż 6 lat. Zaowocowało to ósmym miejscem w finałach mistrzostw Europy w Moskwie w 2001 roku. A tym pierwszym, który grał w finale mistrzowskiej imprezy, na mistrzostwach świata w Hongkongu w roku 1992, był Andrzej Góral. Też ósma lokata. Dzisiaj, kiedy mamy trenerów futsalu z uprawnieniami, taki kontredans nie jest już możliwy. Nie prowadzą kadry ludzie przypadkowi z piłki trawiastej, nominowani po znajomości przez prezesów PZPN, czy przewodniczących komisji futsalu. Nominatami zajmuje się związkowy pion szkoleniowy i niech tak zostanie. Niech nie będzie to forma przetargu - jak drzewiej bywało - pomiędzy prezesami klubów a komisją futsalu. Dlatego liczę, że nie przyjdzie nikomu do głowy w najbliższym czasie powyborczym wymiana duetu Bianga - Korczyński. Niech doświadczenie z agresywną młodością ma szanse na kolejne próby w  powiedzmy cezusie czasowym do roku 2018. Cztery lata pracy, cztery turnieje eliminacyjne, to dobry czas na wykazanie się. Była minister, Barbara Piwnik powiedziała niedawno - "Selekcja do zawodu sędziowskiego (chodzi o sędziów sądów - przyp. AH) powinna wyglądać jak - nie przymierzając - do oddziałów specjalnych w wojsku, a nie jak do robienia doktoratu". Strawestuję to w odniesieniu do trenera kadry. Selekcjonerem nie może być pierwszy lepszy, tylko ten z wizją saper. Bo bycie selekcjonerem to takie quasi samobójstwo. A specjalistów oceniających, czyli tych "doktorów - uzdrowicieli" mamy na pęczki. Tylko nic z tego dla reprezentacji dobrego jakoś od lat nie wynika.

W kolejnym wątku mojej epopei pierwszoligowej zwrócę uwagę na szczupłość kadr drużyn tej klasy rozgrywkowej. Być może dotyczy to tylko tych meczów, które oglądałem, ale i takich przypadków nie powinno być. Sporo drużyn, bo nie nazwę takich tworów klubami, przystępuje do meczów w 7-8, góra 9-osobowym składzie. Dziwnie to wygląda. Nie mnie poszukiwać przyczyn, ale organizator tej ligi powinien się nad tym zastanowić, o ile proceder będzie trwał. Mnie natomiast osobiście cieszy, że w obydwu grupach liderują kluby, które postawiły na typowo futsalowe angażowanie zawodników, czyli Gwiazda Ruda Śląska, Orzeł Futsal Jelcz-Laskowice, AZS UW Warszawa, Mieszko Gniezno. I niech tak pozostanie.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS