Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiam się, czy lepiej byłoby, aby rzeczywistość była czarna lub biała. Czy może lepiej byłoby jednak, aby szarość też w niej znachodziła się. Pewnie kierując się rozsądkiem pogodzenia sprzeczności w perspektywie zbudowania czegoś sensownego wybrałbym tę drugą opcje. Nie jestem bowiem pewny czy tylko uznawanie, iż białe jest białe, a czarne jest czarne dawałoby w polskiej rzeczywistości szansę powodzenia. Nikt nie przekona mnie, że działacze sportowi są tak akuratni i tylko robią rzeczy dobre albo złe. Zarówno świat (polityka też), jak i sport, w tym futsal opiera się na godzeniu przeciwności, czyli szarości. Kto mówi inaczej najzwyczajniej mija się z prawdą.

Dlatego wielu ludziom trudno jest w tym świecie szarości znaleźć swoje miejsce. I wcale im nie dziwę się, obserwując jak nijakość przejmuje – też w sporcie oraz futsalu – rządy na rozumami tych nielicznych, pragnących powiedzieć, iż jest biało albo czarno. Coraz mniej jest w otoczeniu futsalowym osób chcących łamać konwenanse, utarte schematy. Najzwyczajniej stwierdzili – nie opłaca się nam to. No tak, zawsze to być lepiej bliżej owej mitycznej władzy niż zostać zepchniętym do przysłowiowych „kanałów”. Ale starać się o przekazanie swojego zdania niezmiennie należy.

Ten przydługi nieco moralizatorski wstęp zafundowałem sobie oraz czytelnikom po zapoznaniu się z materiałem pana Jakuba Drwala o futsalu angielskim, zamieszczony na portalu Futsal-Polska. O tym, że organizacyjnie Anglicy nas z czasem prześcigną w robieniu futsalu, wiedziałem już w roku 2006, kiedy podejmowałem ich podczas towarzyskiego meczu reprezentacji seniorskich futsalu. Wygraliśmy dwa razy. I to raz dwucyfrowo aż 16-0. Ale to nie było najważniejsze. Ciekawszym była możliwość podpatrywania ich od strony organizacyjnej. Polska pięć lat po euforii związanej z udziałem w rosyjskich finałach mistrzostw Europy. Po kolejnych zmianach szkoleniowych, czy władzy w polskim futsalu – ta przywara pozostała normą do dzisiaj. Anglicy na początku futsalowej drogi. Uczyli się tego sportu. W tym też od nas. Ale od strony zaplecza technicznego przygotowani byli już na poziomie.

To od nich w tych latach przejmowaliśmy zasady używania chłodzenia organizmów zawodników po meczach. To ich podglądaliśmy w zakresie dozwolonych odżywek dla zawodników. I tak dalej, i tak dalej. Nie będę się rozwodził nad kolejnymi ciekawostkami. Wspomnę tylko, że gdy podczas eliminacji mistrzostw świata na Węgrzech były problemy z łącznością satelitarną, to rozłożyli swoje przywiezione „talerze” i było okey. Dlatego jestem pewien, iż niedługo może nie seryjnie, ale częściej osiągną korzystny wynik w meczach z nami. Jak zauważyłem – oni oraz Niemcy są niezwykle cierpliwi w budowaniu swojego futsalu. W przeciwieństwie do naszych działań. Widocznie lepiej (a jest to dziwne dla nie Słowian) odnajdują się w słowiańskim – było nie było – powiedzeniu „Co nagle, to po diable”.

W każdym razie dziękuje panu Drwalowi. Jego tekst – liczę – uświadamia władzom PZPN, członkom związkowej komisji futsalu, że to co robią to jest kropla w morzu potrzeb polskiego futsalu. I takim tempem przemian ów przysłowiowy „Kraków” będą długo budować. Pan Drwal podpisując swój fachowy wywód wskazał mi, że jest dyrektorem sportowym Futsal Młodej Ekstraklasy. Brawo i gratuluję. Gratulowałbym jeszcze bardziej, gdybym został uświadomiony o systemie rozgrywek, terminach, klubach. Cała rzecz bowiem warta jest pochylenia się nad projektem. A tak mało o nim wiadomo. Któż bowiem zastąpi zgranych zawodników w przyszłości jak nie wyedukowana od szkoły, juniorów futsalowa młodzież.
Tak składa się, że posiadłem pamięć historyczną. Gdzieś na początku tego roku przeczytałem wypowiedź młodego piłkarza Krystiana Bielika, który stwierdził, że wolał wybrać III ligę angielską od polskiej ekstraklasy trawiastej. Uznał, iż roczny pobyt nad Wisłą byłby dla niego - po przenosinach do Anglii – krokiem wstecz (!). Nie wiem co porabia teraz pan Bielik. Cytuję go, by wskazać pewną asymetrię. Angielska III liga jest lepsza dla młodego piłkarza w sensie organizacyjnym oraz szkoleniowym, niż polska ekstraklasa. Nie twierdzę przy tym, że polski klubowy, trawiasty król piłkarski jest nagi. Ale – moim zdaniem spadają z niego resztki odzieży. Co pokazują eliminacje europejskich pucharów. A jak spadają w piłce trawiastej, to z czasem mogą spadać też z klubów futsalowych. Warto mieć się więc na baczności. O, przepraszam. Z owego spadania odzieży wyłączam Rekord Bielsko Biała.

Losowanie Elite Round futsalowej Ligi Mistrzów nie było łaskawe dla Rekordu Bielsko Biała. Trójka rywali jest ograna w tych rozgrywkach i należy do wysokiej, a dwa nawet do najwyższej półki tych elitarnych rozgrywek. Rosyjski - TTG Jugra Jugorsk, hiszpańska - FC Barcelona Lassa (gospodarz grupy turniejowej), serbski - Ekonomac Kragujevac, to zespoły, z którymi ciężko będzie uciułać punkty. Ale – jak to mawiał klasyk – „Dopóki piłka w grze” – każdy jest mistrzem. Dla mnie już awans na ten poziom rozgrywkowy jest dużym osiągnięciem. Teraz każdy ugrany punkt stanowić powinien dobrą inwestycję w przyszłość.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Czasami zdarza się pisać  felietony na wyjeździe, a nawet poza granicami Polski. Jest to o tyle korzystne, że jest się dalej od rodzimych zdarzeń i ma się spokojniejsze spojrzenie. Ponadto znajomi, z którymi rozmawia się poza krajem o futsalu, mają nieskażone rodzimymi emocjami spojrzenie i ten ich dystans pozwala ujrzeć rzeczy, których na miejscu by się nie zauważyło. Trochę podróżowałem po Bałkanach, zbierając materiały do opracowania o polskich misjach za granicami. Korzystając z okazji, zawitałem nawet na chwilę na jeden z turniejów o awans do Elite Round futsalowej Ligi Mistrzów. Tam też dowiedziałem się o awansie Rekordu Bielsko Biała do europejskiej, futsalowej elity klubowej.

Gratuluję. Znajomy Serb powiedział, przekazując miłą wiadomość – „Rekordowi już dawno się to należało”. Zapewne tak, ale co nagle to po diable – jak mawia znane u nas przysłowie, więc bardziej cieszy mnie fakt, iż wynik sportowy został osiągnięty przy stabilizacji sportowo-organizacyjnej bielszczan oraz przy ciągłym progresie wynikowym, niż miałoby to stać się jako jednorazowy „wybryk” sportowy. A obserwuję od dwóch sezonów na europejskiej arenie futsalowej w poszczególnych krajach nad wyraz wiele upadków klubów, zmian nazw, czy odstępowania miejsc rozgrywkowych. Tymczasem nasz Rekord systematycznie realizuje swoje plany pod przewodnictwem już obecnie dwóch panów Szymurów. Seniora pana Janusza oraz syna, pana Piotra, kiedyś reprezentanta kraju, a obecnie pewnie następcy w futsalowym działaniu w Rekordzie. I niech tak dzieje się, gdyż - jak na razie - bielski klub jest znakomitą wizytówką polskiego futsalu.

Nie miałem za wiele możliwości oglądania innych meczów w różnych grupach turniejowych, ale od znajomych uzyskałem informację, że wcale Rekordziści nie stoją na straconej pozycji na kolejnym etapie rywalizacji, gdzie pewnie już typowych dostarczycieli punktów nie będzie. Kibic - działacz z Białorusi, których mistrz walczył w kosowskiej Prisztinie o awans (i też wywalczył) – uznał, iż zarówno ich Lidzie jak i Bielsku będzie ciężko, ale przyda się sportowe doświadczenie na przyszłość. Dopowiem - póki piłka w grze, wszystko jest możliwe.

No bo kto spodziewałby się chociażby (oprócz pewnie sympatyków, zawodników, władz Cleareksu), że po fatalnym starcie i wysokiej porażce w Pniewach zespół chorzowski wygra aż 6:1 w Toruniu? I w tym miejscu ukłony dla chorzowian, a przy okazji też dla typujących z ramienia ekstraklasy mecze telewizyjne. Jakoś udaje się wytypować spotkania atrakcyjne z wieloma golami, nie pozwalające odchodzić od telewizora, czy komputera. Oby tak dalej promowała się strzeleckimi umiejętnościami futsalowa ekstraklasa.
Polski futsal jednak to nie tylko parkiet, zespoły, ligi, gole, reprezentacje. Coraz częściej futsalem zajmują się różne projekty, tworzone przez ludzi zainteresowanych tą dyscypliną. Są to działania w żadnym wypadku nie wyręczające PZPN albo Spółki FE, lecz dające szersze spektrum wizji futsalowej. O ile te pierwsze podmioty skupiają się głównie na reprezentacji, ligach, czy młodzieży, to tworzące się czasopisma o futsalowym profilu, strony internetowe, stowarzyszenia etc etc są ważnym składnikiem dla futsalu na polu promocji, marketingu, edukacji.

Niedawno otrzymałem zaproszenie do udziału w „I Forum Futsalu – Polska 2025 – Wizja Rozwoju”, które organizuje w Katowicach oraz Gliwicach redakcja czasopisma „Futsal”. Dziękuję panu profesorowi Markowi Sitarzowi. Jest to coś nowego. Rok 2025, czyli siedem lat do przodu. Z całym szacunkiem do związku piłkarskiego, ale pewnie  nawet z jego strony nie ma tak daleko wybiegającej opracowanej wizji. I dlatego kolejny raz w felietonie będę optował za coraz większym angażowaniem się szeroko pojmowanego środowiska futsalowego w Polsce w wypracowywanie kierunków rozwoju. Nie liczyłbym tylko na PZPN, bo on ma jednak na głowie ważniejsze odmiany piłki. Całkiem sympatycznie pasuje do takich działań powiedzenie „Nic o nas bez nas”. I niech siły jednoczą się bez urazy z każdej ze stron, które dotychczas mają (miały) monopol na futsal.

Wiem, że w tym tygodniu lub przyszłym PZPN organizuje spotkanie z klubami futsalu kobiecego na temat rozgrywek w nowym sezonie. Trochę późno, ale ważne, że jest spotkanie i pewnie będą też rozgrywki. Zapewne będą one nadal tylko zimowym przerywnikiem dla trawiastej piłki kobiecej. Czyli futsal kobiecy nadal pozostanie Kopciuszkiem. Apeluję, do władz futsalu oraz piłki kobiecej w naszym centralnym związku piłkarskim. Panowie – zróbcie coś, aby bardziej docenić futsal kobiecy. Zdecydujcie się na krok, który futsal męski zrobił w latach 2009-2010. Nie bójcie się kontrowersyjnych decyzji. Inaczej trener Wojciech Weiss dalej będzie się bujał od ściany do ściany i będziemy cieszyć się, że wygraliśmy z Rumunią. Czas pokazać, iż ma się coś więcej (!) niż dobre chęci. Cyceron mawiał - i jako historyk adekwatnie go przytoczę -  „His­to­ria - świadek cza­su, światło praw­dy, życie pa­mięci, nau­czy­ciel­ka życia, zwias­tunka przyszłości”. Warto o tym pamiętać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

W cieniu spektakularnego triumfu siatkarzy, którzy obronili we włoskim Turynie mistrzostwo świata, reprezentacja Polski szóstek piłkarskich w portugalskiej Lizbonie wywalczyła, podczas I mistrzostw globu w tej dyscyplinie, wicemistrzostwo świata. Wicemistrzostwo w tej popularnej, ale nieolimpijskiej – jak i futsal – dyscyplinie. Gratuluję. Tym bardziej gratuluję, że do sukcesu poprowadził naszą „srebrną szóstkę” futsalowy trener, Klaudiusz Hirsch. A w gronie srebrnych zawodników znaleźli się znani z futsalowych parkietów – Norbert Jendruczek, Adrian Citko, Mateusz Lisowski z MOKS Białystok; Marcin Grzywa z Piasta Gliwice; Mariusz Milewski z Gatty Zduńska Wola oraz Krzysztof Elsner z FC Toruń. Tylko niemiecki Mannschaft okazał się lepszy od Polaków.

Co prawda, piłkarskie szóstki są niszową, niemal na równi z futsalem dyscypliną piłkarską w dziedzinie piłka nożna, niemniej sukces nie przeszedł bez echa. W niedzielnym Cafe Futbol w Polsat Sport poinformował o nim sam redaktor Mateusz Borek. Cóż, teraz czas na futsal. Czas podjąć rzuconą rękawicę i powalczyć nie tylko o udział w jakimś finałowym światowym, czy europejskim czempionacie, lecz o wysokie lokaty. Jeżeli dyscyplina nie mająca za sobą, czy nad sobą związkowej „czapki” potrafi osiągnąć tak dobry wynik, to jak należy interpretować brak sukcesów ze strony dyscypliny, za którą stoi najpotężniejszy w kraju związek sportowy. Gdzie rozmijają się drogi stowarzyszeń, działających na zasadzie głównie wolontariatu i stowarzyszeń z pełną kasą. I dlaczego szóstki mogą, a futsal nie. Pozostawiam pytania do odpowiedzi czytelnikom. I od razu wykluczam argument, że ”szóstki” są mniej znane, gdyż jest to nadużycie oczywiste. A nawet z kategorii zazdrości.

Od momentu, gdy srebro portugalskie naszej reprezentacji stało się faktem, do chwili, gdy zasiadłem do felietonu, usłyszałem już od wielu osób – jak to, niestety, w Polsce bywa sporo krytyki dla „szóstkowej dyscypliny”. Niektórzy z moich rozmówców nawet poczęli używać tego sukcesu jako swoistej pałki, by dołożyć „szóstkom”. Dołożyć, jako rozbijakom futsalu. Dawno nie słyszałem większej niedorzeczności. Takie słowa są to najzwyczajniejsze dyrdymały do obśmiania. Każda z dyscyplin pracuje na siebie i nie widzę  żadnego konfliktu interesów. Kiedyś współpracując z „Tygodnikiem Żużlowym”, który głównie opisuje „żużlową jazdę w lewo”, będącą także sportem nieolimpijskim, nie spotkałem się, by banalnie odnoszono się do choćby motocrossu. Jak docenimy sukces innych, to i nasz kiedyś też docenią. A tak na marginesie – myślę, że ogólnie futbol jest w miarę prostym sportem, gdzie zapamiętanie prostych zasad nie powinno stanowić najmniejszego problemu. Przecież głównie chodzi o to, by przeciwnikowi wbić więcej goli, niż on nam potrafi to zrobić. Pozostaje więc wspólnie walczyć o jego dobro.

Futsalowy Turniej Wyszehradzki, który w tym roku organizowali, Czesi potwierdził tylko moja tezę, że nasze teamy – seniorski oraz młodzieżowy – są na etapie prób oraz błędów. I do doskonałości jeszcze daleka przed nimi droga. Co nie znaczy, że nieosiągalna. Dzięki czeskiemu przekazowi wizyjnemu mogłem oglądnąć wszystkie mecze. I to nie tylko Polaków. Chciałbym kiedyś mieć taki dobry przekaz z turnieju towarzyskiego rozgrywanego w Polsce. Od lat bowiem upatruję głównej nobilitacji futsalu w odpowiednim przekazie wizyjnym meczów poza halę. Dopiero, gdy tego nauczymy się, można stawiać na okazałych sponsorów. I ponownie odwołam się do siatkówki. Pamiętam czasy, gdy panią Glinką, czy panem Świderskim – czołowymi polskimi przedstawicielami polskiego volleyballa początku XXI stulecia - nikt nie interesował się, gdyż telewizje od przypadku do przypadku dawały nam reprezentacyjny przekaz. Zmieniło się, gdy panie wywalczyły w 2003 roku mistrzostwo Europy. Polsat objął pieczą siatkówkę. I mamy sukces dyscypliny oraz sukces Polsatu. Jak to bywa często w życiu, kobiety pociągnęły siatkówkę na salony współczesne, na czym korzystają teraz bardziej mężczyźni.

Nie bez kozery podaję ten przykład, gdyż działając kiedyś w PZPN wyobrażałem sobie, że to właśnie nasz futsal kobiecy da spory impuls polskiemu futsalowi. Zawsze to, co jest raczkujące, daje większe możliwości przebicia się. A z futsalem kobiecym tak przed kilkoma laty było. Niestety, animozje pośród futsalowej oraz kobiecej władzy w gronie moich następców w związku doprowadziły do tego, że prezes Zbigniew na jakiś czas zawiesił kobiecą kadrę. I teraz musimy zaczynać wszystko niemal od początku. 

Niestety, stracony czas jest nie do odrobienia w chwilę. A była szansa lustrzanie podobna do tej sprzed ponad 25 lat, gdy z inspiracji Michała Listkiewicza kadra męska pojechała na mistrzostwa świata do Hongkongu. I jak nie przyznawać racji Janowi Kochanowskiemu, głoszącemu już przed wiekami w Księgach Wtórych w Pieśni 5 o Polaku, który nie wyciąga wniosków. I takoż – napiszę to oględniej niż ujął poeta - wcale Polak nie musi być mądry po szkodzie.
Przez wiele lat jako dziennikarz – etatowy, i wolny strzelec – bywałem w różnych środowiskach sportowych. Pracowałem dla wspomnianego „TŻ”, „Przeglądu Sportowego”, „Tempa”, „Polskiej Piłki”, że wymienię tylko centralne media. Zresztą regionalnych też było kilka. Pracując preferowałem różnorodność dyscyplin. Uważałem bowiem, że zasiedzenie się przy jednej dyscyplinie, czy w jednej redakcji0 zubaża człowieka. To samo dotyczy też – moim zdaniem - działacza. Nie wyobrażam sobie, by nawet szkoleniowiec, czy sportowiec był zamknięty wyłącznie w swoim kręgu sportowej dyscypliny. Postawa „multi” zawsze daje możliwość lepszego wykorzystania wiedzy dla wiodącej dyscypliny.

Możliwość wchodzenia na imprezy akredytując się, czy tylko pokazując dziennikarską legitymację była wprost bezcenna. Pozwalała komunikować się z ważnymi osobami danego sportu. Podczas owej pracy nie zdarzyło mi się widzieć, by selekcjoner, trener jakiejś reprezentacji kupował bilet na mecz, który chciał oglądnąć. Dlatego zdziwiony byłem, gdy niedawno otrzymałem informację, że w futsalu ligowym nie jest to jasno uregulowane i mogą zdarzać się różne niedomówienia w tym zakresie. Myślę, że właściwe gremia raz na zawsze powinny przekazać klubom, iż na obiekcie należy wyznaczyć miejsca przeznaczone dla oficjeli PZPN, Spółki, czy związków regionalnych. Tak, aby w każdej chwili selekcjoner, przewodniczący komisji, prezes spółki mogli bezproblemowo wejść na mecz i zająć należne im ze względu na zajmowane stanowisko, czy pełnioną funkcję miejsce. Dla klubu pobyt selekcjonera, przewodniczącego, prezesa na meczu powinien kojarzyć się z zaszczytem, a nie z udręką. I niech tak stanie się – szanowne kluby futsalowe.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy nasze futsalowe teamy – seniorski oraz młodzieżowy – rywalizują w czeskim Nymburku o wygrane w tradycyjnym Turnieju Wyszehradzkim, w dalekiej Portugalii, a dokładnie w jej stolicy Lizbonie rozpoczęły się historyczne, bo pierwsze, mistrzostwa świata w dyscyplinie zwanej mini futbolem. W gronie uczestników znalazła się - prowadzona przez znanego szkoleniowca futsalu Klaudiusza Hirscha - reprezentacja Polski.

Niewątpliwie jest to wielkie wydarzenie dla polskiej „piłki kopanej”. Na dodatek w dyscyplinie mającej wiele wspólnego z futsalem i powołującej do swoich reprezentacyjnych szeregów  zawodników na co dzień biegających po futsalowych, ligowych halach. Pozostaje tylko życzyć, aby polska piłka sześcioosobowa jak najlepiej zaprezentowała się na najbardziej prestiżowym placu Lizbony (co za piękne miejsce) – Praca do Comercio.

Podczas tegorocznej kanikuły miałem okazję w podwarszawskim Pruszkowie przyjrzeć się półfinałom mistrzostw Polski w mini futbolu. Najbardziej zaskoczył mnie rozmach imprezy. Powiem szczerze, że futsal został pod względem organizacji tak wielkiego zlotu zespołów i ilości jednorazowego grania zawodników pozostawiony w tyle. Być może, w sumie, w różnych imprezach futsalowych w naszym kraju bierze udział więcej futsalistów. Ale nie byłbym tego taki pewny. I zresztą nie to jest najważniejsze w moim rozważaniu.

Bardziej uwypuklę fakt, iż ta wielość mini futbolowa jest znakomicie centralnie zorganizowana. Czego brakuje futsalowi, który z zasady nie obejmuje centralnie swoim związkowym patronatem rozgrywek istniejących poza strukturami PZPN. Po finale ogólnopolskim na pięknym Stadionie Śląskim począłem się nawet zastanawiać, jak wyglądałby polski futsal, gdyby pozwolono mu zrzeszyć się w odrębną strukturę centralną, afiliowaną przy związku piłkarskim. Gdy poznałem, jak znane nazwiska (piłkarskie, medialne) wspierają nasz mini futbol, jak poważne media czy sponsorzy znajdują się w jego kręgu, jeszcze bardziej wzrósł mój szacunek do tej odmiany piłkarskiej rywalizacji. Nie jestem odosobniony w opinii, że dla niszowych dyscyplin, a taką jest jednak futsal, najlepszym wyborem jest samostanowienie, pojmowane w szerokim tego słowa zakresie. Związek natomiast jest niezbędny w zakresie startów w oficjalnych mistrzostwach organizowanych przez FIFA, czy UEFA.

I to byłoby tyle – przynajmniej na razie - o tej pokrewnej dla futsalu dyscyplinie piłkarskiej. Przechodząc do stricte futsalowych odczuć, wyrażę zadowolenie, że wreszcie setki, a może nawet tysiące sympatyków „halówki” mogą co tydzień pasjonować się swoją dyscypliną. Po ekstraklasie ruszyły bowiem rozgrywki I ligi męskiej. Niedługo zapewne rozpoczną gry regionalne II ligi oraz – mam nadzieję – ligi kobiece. Nie zapominać należy także o Halowym Pucharze Polski, więc będzie co oglądać. Kręcąc się w miniony weekend po Polsce, przypadkowo zaglądnąłem do jednej z pierwszoligowych hal. Wrażenie zrobiła kolorowa ścianka z logami organizatora, czy producenta piłki ligowej. Dobry krok w dobrą stronę. Szkoda tylko, że hala nieco pustawa. Ale liczę, że gdy zakończy się sezon trawiasty, to i w tych mniejszych miejscowościach kibice w większej liczbie pojawią się na halach. I za to trzymajmy kciuki.

Niestety, puste miejsca na widowni są zmorą nie tylko I ligi futsalowej, ale też i wielu klubów ekstraklasy. Jeden z piłkarzy mówił mi, że dziwnie gra się przy prawie pustych trybunach. Rozumiem go i apeluję do organizatorów klubowych meczów od góry do dołu polskich lig futsalowych – przyłóżcie się panie oraz panowie, by hale zapełniać. Próbujcie różnych akcji dla kibiców, atrakcji nie tylko sportowych. Róbcie wiele, aby wyeliminować tę swoistą piętę achillesową (niedobór kibiców na meczach) istniejącą jeszcze w niektórych klubach naszego futsalu ligowego. Naprawdę warto o to postarać się. Zresztą dotyczy to także niektórych meczów organizowanych centralnie.

Pisząc felieton wiem, że w ramach Turnieju Wyszehradzkiego polska młodzież pierwszy mecz wygrała, a seniorzy przegrali. Nie przykładałbym aż tak dużej wagi do wyników obecnego turnieju. Selekcjonerom Korczyńskiemu oraz Żebrowskiemu potrzeba dać nieco czasu. Osądzać ich oraz kadrę będzie można w roku przyszłym. Pewnie, że chciałoby się samych zwycięstw, lecz czasami lepiej przegrać bitwę, by wygrać wojnę. I – przynajmniej ja tak odbieram plany federacji. Co nawet wynika pośrednio z wypowiedzi nie tylko szkoleniowców, ale i ich szefów. 
Kolega – recenzent Józef - zarzucił mi niedawno, że opisując felietonowo futsal, nic nie wspominam o Mazowszu, gdzie – było nie było – mieszkam. Otóż drogi Józefie, uzupełnię ten brak. Prawdę mówiąc, dotąd nie było za wiele co pisać, gdyż futsal na Mazowszu był śladowy. A nawet – jak to mówił jeden z prześmiewców tej dyscypliny – ze względu na brak odbicia piłki futsalowej można było na nią tutaj mówić „pustak”. I tak też futsal mazowiecki był przez wielu znawców piłkarskich z Warszawy i okolic postrzegany.

Na szczęście dzięki grupie zapaleńców wiele zmieniło się i zaistniała możliwość „uruchomienia” nawet ośmiozespołowej II ligi męskiej. Trzy zespoły zapewne wystartują w ekstralidze kobiecej. Tradycyjnie jeden z warszawskiego Uniwersytetu w I lidze męskiej. I wreszcie – co najważniejsze – gdzieś około 20 drużyn zgłosiło się lub jeszcze dołączy do Młodzieżowych Mistrzostw Polski, co jest największym ewenementem. Do tej pory w gronie męskiej młodzieżówki rywalizowało 1-2 zespoły. W gronie dziewcząt ciut więcej. Czyli podsumowując drogi Józefie – jakoś to kręci się, i nie jest najgorzej. A nawet jest systematyczny progres. Aby jednak nie popadać w samozadowolenie zacytuję Mikołaja Gogola – wybitnego rosyjskiego pisarza z carskich czasów, który powiadał – „Biada temu, kto zadowolony jest z siebie: taki człowiek nigdy nie nabędzie rozumu”. I niech to niesie się do ludzi futsalu w całej Polsce.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kariera sportowa nie trwa wiecznie. Czy to zawodnika, czy sędziego, czy trenera, czy działacza. Dlatego ważnym jest, by znaleźć sobie miejsce w sporcie lub na „działce” około-sportowej po zakończeniu kariery, czy też po sportowym wypaleniu albo zauroczeniu ową pasją. I to jest czasem ważniejsze, niż sportowa kariera. I nie chodzi wcale o indywidualne zadowolenie, tylko o wymiar społeczny po-sportowych działań.

Kiedy patrzę na byłych sportowców zauważam choćby działania Otylii Jędrzejczak, Artura Siódmaka czy Łukasza Kadziewicza. Pewnie mógłbym wymienić jeszcze sporo nazwisk, ale pozostawiam czytelnikom, by każdy dodał swoją wiedzę w tym temacie. I tak powinno być. Każdy z wymienionych na początku felietonu profesji po zakończeniu swojej misji związanej czynnie ze sportem nie powinien zapominać o swojej pasji życiowej w sporcie i nadal na różne sposoby ją realizować. Najlepiej byłoby, aby czynione to było w ukochanej dyscyplinie. Jest to, poniekąd, nawet obowiązek. I do tego namawiam byłych futsalowych działaczy, zawodników, szkoleniowców. Róbcie coś, bo akurat futsal jest niezmiernie ubogi we wszelkie profutsalowe akcje. Być może są lokalne inicjatywy. I chwała im za to. Ale chodzi o wymiar ogólnopolski. Wymiar, który da fascynację futsalem już w gronie kilkulatków, czy kilkulatek. Nikt za Was, wolontariuszy, tego nie zrobi. A na pewno nie piłkarski związek, czy inne sformalizowane struktury polskiego futsalu. Gdyby to robili, to Polska dzisiaj kipiałaby futsalem. A tak, niestety, nie jest.

Znajomi wiedzą, że jestem wielkim pasjonatem siatkówki. Może jeszcze większym niż piłki nożnej i futsalu. Kiedyś nawet byłem rozjemcą w tym sporcie i to wcale nie niskiego szczebla. Dlatego podeprę się siatkarskim przykładem w nawoływaniu o zaangażowanie w niesztampowe imprezy promujące daną dyscyplinę. Przykładem w organizowaniu różnych campów. Campów z aktywnym udziałem rodziców malców biorących w nich udział. Zapewne jest w takich projektach sporo zabawy, ale – być może – wykluje się zainteresowanie futsalem i narodzą się zastępy futsalistów. Jak nie spróbuje się, to nie pozna się też efektów. Nie liczę, że moje pisanie aż tak zmobilizuje środowisko, iż od jutra zaczną tworzyć się masowo futsalowe campy. Ale rzucam ziarno siewne mając nadzieję, że spadnie na żyzną futsalowo glebę.

Po agitacyjnym dla futsalu wstępie czas przejść do rzeczywistości. Co prawda futsalowa Polska nie płynie mlekiem oraz miodem, ale nie jest już też taka siermiężna, jak choćby przed czterema laty. Rozpoczęła gry nowego sezonu ekstraklasa. I już na początku mieliśmy festiwal strzelecki w liczbie goli danej kolejki. W takiej sytuacji nawet jeżeli nie zachwyci nas poziom, to mamy atrakcyjne bramkami, emocjonujące widowiska. A gole są wspaniałą promocją dyscypliny, bo przecież w tej grze chodzi o umieszczenie piłki w tym prostokącie z siatką. Ale były również niespodzianki. Dla mnie największą wygrana AZS Gdańsk w Gliwicach. Jedna kolejka nie jest polem do osądów, ale czerwone światełko w Gliwicach pewnie powinno zapalić się. Zaskoczyły mnie także rozmiary porażki Cleareksu w Pniewach. Podsumuję to krótkim rosyjskim zadaniem „tiszie jediesz dalszie budiesz”. Red Dragons w spokoju bez wielkich fanfar oraz zadęć przygotowywali się do sezonu i fajnie im na początku wyszło. Mniej niż porażka chorzowian zaskoczyła mnie wygrana Red Devilsów w Katowicach. Katowicki team jest nierówno grającym zespołem. Co pokazywał w poprzednich sezonach i potwierdził już na początku tego.
Nie wystartowała jeszcze I liga, ale już na początku będziemy mieli odwołane mecze. Otóż, po zmianach zafundowanych przez Komisję Futsalu, teraz powołanie już tylko jednego zawodnika z danego klubu do reprezentacji może skutkować przełożeniem meczu. Pomysł niezły – do tej pory dotyczyło powołania dwóch zawodników – ale oby nie skutkowało to częstym przekładaniem zawodów. Znając realia naszego futsalu i terminy kontraktowania gier reprezentacyjnych – często na ostatnią chwilę – mogą takie sytuacje powtarzać się. A nie byłoby to dobre wizerunkowo dla dyscypliny. Takie rozwodnione kolejki. Może więc czas ustalać terminarze gier kadry z minimum rocznym wyprzedzeniem. Tak, jak dzieje się to w wielu znaczących federacjach. Choć z drugiej strony nie wierzę, aby aż tak wielu futsalistów z I ligi selekcjoner Korczyński na stałe zadomowił w reprezentacji.

W poprzednim felietonie nie pochwaliłem naszej młodzieży reprezentacyjnej oraz kobiecego teamu narodowego w futsalu. Przypomnę, iż pozytywnie odniosłem się tylko do kadry męskiej, seniorskiej. Od razu zaowocowało to głosami, że ocena jest niesprawiedliwa. Najgorzej jest, że jak ktoś czytając felieton odnosił to do przytyków - indywidualnie. Odczytywał jako wybieranie winnych. Nie, krytyczne zdanie wypowiadane było o systemie. I w tym kontekście zdania nie zmieniam. Zarówno kadry kobiece jak i młodzieżowe mają szanse na udowodnienie swoich racji – podobnie jak związkowi twórcy systemu – kwalifikacjami do finałów ważnych turniejów mistrzowskich. Kobiety już to zaprzepaściły. Przed młodzieżą szansa jeszcze jest. Poczekamy i zobaczymy, po czyjej stronie jest racja. W każdym razie na chwilę obecną połowicznie (kobiecy falstart) po stronie felietonisty. A zaistniałą różnicę zdań podsumuję słowami francuskiego reżysera filmowego Pagnola, który mówił, iż lepiej wybierać winnych niż ich wyszukiwać. Proszę więc nie szukać winnych nieudanych startów poza sobą. 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS