Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Pytasz mnie często kolego Józefie – mój felietonowy recenzencie – dlaczego tak niewiele piszę o sędziach futsalowych. A cóż to pisać – odpowiem, kiedy nie ma o czym. Nie znaczy to, że są aż tak dobrzy. Ani też tak źli. Raczej zwykli gwizdacze. Falują – jak każdy w swoim zawodzie, czy hobby. A ich szczęściem jest, że niszowy futsal nie jest tak mocno telewizyjnie obserwowany, jak duża trawiasta piłka. Ponadto futsalowe mecze przekazuje góra 3-4 kamery, a nie kilkanaście. A może nawet ponad dwadzieścia. Bowiem im mniej kamer – drogi Józefie - tym łatwiej jest prześliznąć się. A im więcej tym łatwiej pośliznąć się. Osobiście mnie jako człowieka sportu oraz felietonistę sprawy sędziowskie nie ekscytują, gdyż w przepisach jest za wiele możliwości do interpretacji.

Teoretycznie głównymi aktorami sportowego widowiska powinni pozostawać zawodnicy lub zawodniczki. To są ci sportowi gladiatorzy współczesnych aren. Gdy tak jest, znaczy że sportowe widowisko spełnia swoja role. Tymczasem coraz częściej główne role starają się przejmować kibice. To jest jeszcze do zniesienia, gdyż nie wpływają bezpośrednio na wynik rywalizacji. Inaczej może być z sędziami, starającymi się zagrać pierwszoplanowe role w zawodach, których są rozjemcami. Mogą to być role świadomie odgrywane lub polegające na przypadku. Nie mnie oceniać reżyserię. W felietonie mogę tylko zaapelować, by pozostawić główne role w widowisku dla prawdziwych gladiatorów – tych uganiających się za dużą piłką, względnie małą piłeczką.

Refleksje na temat sędziów w sporcie, czyli piłce też, nasunęły mi się po niedawnym meczu trawiastej ekstraklasy Lechia Gdańsk – Legia Warszawa. Arbiter owego meczu (nazwiska nie wymieniam, gdyż na to nie zasługuje) podzielił swoimi decyzjami Polskę po połowie. A że nie wypadało mu dobrze gwizdanie, mogą świadczyć słowa prezesa Bońka, który przepraszał publicznie gdańszczan za niektóre jego decyzje. Och, jak chciałbym doczekać się kiedyś jakichś przeproszeń za – powiedzmy - nieroztropne wypowiedzi o futsalu ze strony wielu poważnych osób z grona polskiej piłki trawiastej.

Zwyczajny kibic ma spory problem ze zrozumieniem niektórych przepisów, a szczególnie, gdy w polu karnym trafia się zamierzone, czy też przypadkowe zagranie ręką. Interpretacje tego przypadku są o wiele za często zmieniane i bywa, że wskazania interpretacyjne UEFA różnią się od wskazań interpretacyjnych rodzimego związku. A tak nie powinno być. Liczę, że po gdańskich wydarzeniach prezes Zbigniew zarządzi reset i zakaże podwładnym opowiadania bajek interpretacyjnych w stylu najlepszych baśni dla grzecznych dzieci. Jak to rzekł jeden ze znajomych działaczy – lepiej szybko połknąć małą żabkę niż czekać aż ona urośnie i nas zadławi.

Myślę, że DŁUUUUGI weekend majowy stanowi akuratny czas, by omówić z przyjaciółmi(kami) przy grillu tematy sędziów w aspekcie różnych dyscyplin. Omówić na luźno, bez napinki, która i tak nic nie da, bo gdzieś tam w tle słowo INTERPRETACJA będzie wisiało nad przepisem oraz decyzją, jak przysłowiowy kat nad grzeszną duszą. Czasami mi wydaje się, że jest z tą interpretacją jak z rozgrywkami Pucharu Polski w futsalu. W zamyśle, gdy powstawał lat temu wiele, miał to być sztandarowy projekt związkowy. Niedługo rozpocznie kolejną dekadę, a ciągle jest nieustabilizowany organizacyjnie. I – co dziwne – to akurat przepotężny związek piłkarski nie potrafi go po swojemu sklasyfikować w aspekcie marketingowym, czy też promocyjnym. A nawet sportowym. Nie potrafi, bowiem za często ulega podszeptom klubowym. A kluby najzwyczajniej kierują się własnym interesem.

Jeden z ważnych prezesów klubowych polskiego futsalu około dekadę temu domagał się pucharowego Final Four. Nie minęły dwa lata, zachciało mu się finału na zasadzie mecz i rewanż. Za kolejne pięć nie protestował, gdy przechodzono ponownie do Final Four. Ale w kolejnym rozdaniu zgodził się szybko za jednym meczem finałowym. I tak jak ów rosyjski „Wańka wstańka” swoimi wypowiedziami jakby obliczał w tle, co kalkuluje się jego klubowi najbardziej.

Będąc przy rosyjskich powiedzeniach przekażę jeszcze jedno, które dobitnie podsumuje całą tę groteskę – „Jest śmieszno aż straszno”. Dlatego oczekuję od związkowej komisji futsalowej postanowienia na lat kilka w przód, jak planuje rozwiązać pucharowe finałowe zmagania dla dobra promocyjnego, marketingowego oraz sportowego futsalu w Polsce. I dotyczy to też futsalowego pucharu kobiecego.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Polscy piłkarze trawiastej reprezentacji epoki schyłkowego Nawałki lepiej wypadali w reklamach, niż na boisku. To było gdzieś latem minionego roku. Polski futsal rozpoczynającej się wiosny Anno Domini 2019 lepiej prezentuje się w internecie, niż na halac,h względnie w „realu”  związkowym, a nawet ekstraklasowym. Tamtego lata mnie osobiście nie interesowało, czy Lewandowski albo Krychowiak plażują na Bermudach lub golą się topowymi nożykami. Bardziej chciałbym wiedzieć, czy jest im przykro, że zawiedli podczas rosyjskiego mundialu tysiące kibiców. Polskich kibiców.

Tak i teraz, aż nie tak ważne są dla mnie enuncjacje zawodników po meczach z Brazylią, bo to tylko teoretyczne wypowiedzi, dla których „sprawdzam” nastąpi dopiero późną jesienią. A jako realista nie ufam teoretycznym wypowiedziom – nawet profesorów – gdyż uważam, że tylko „real”, czyli praktyka, daje prawdziwy obraz. Podobnie odnoszę się do związku zarządzającego polskim futsalem, który – realnie - nie transmitując meczów z Brazylią w telewizji zaprzepaścił praktycznie olbrzymią i zapewne oddaloną na czas nieokreślony szansę pokazanie Polsce pozafutsalowej, czym jest ta piękna halowa dyscyplina piłkarska.

Kiedy opadł już bitewny kurz dwumeczu z futsalową Brazylią, kiedy świąteczny czas Zmartwychwstania Pańskiego złagodził (mam nadzieję) obyczaje, zapytam, czy to, że futsal podlega w strukturze związkowej pionowi amatorskiemu, uniemożliwia z zasady transmisje pozainternetowe meczów reprezentacji? Czy może są inne powody, przykładowo finansowe? Jako kibic podziękuję portalowi Łączy nas Piłka za transmisję, lecz nie podziękuję związkowi za promocję futsalu oraz sprawny marketing w odniesieniu do dwumeczu z Brazylią.

Jeszcze raz powtórzę – zaprzepaszczona została wielka szansa na pokazanie futsalu całej Polsce, a nie skupieniu się w sporej mierze jedynie na jego pasjonatach, których do futsalu żadna transmisja – tak naprawdę – nie musi namawiać.  

Kiedy z perspektywy czasu spojrzę na opisaną sytuację, jakoś blisko koreluje mi ona z niedawnymi decyzjami wspólników Spółki FE, którzy w demokratycznym wyborze jak diabeł od święconej wody odżegnywali się od play-offów w futsalowej ekstraklasie. Teraz mamy tylko 12 zespołów, a miniona, przedświąteczna kolejka, pokazała sportowo oraz quasi promocyjnie bytnością na trybunach, że większość zespołów gra o przysłowiową pietruszkę. Emocji jak na lekarstwo. A co będzie, gdy w przyszłym sezonie ekstraklasa powiększy się o 2 zespoły? Przy tym systemie rozgrywek najzwyczajniej będzie nudno. Wspaniale to ujął Jakub Mikulski w swoim materiale na futsal-polska, epatując pięknym tytułem „Wielka nudna sobota”. Zapewniam, iż w przyszłym sezonie – jak nic nie zmieni się – takich sobót będzie sporo i – być może – już w połowie kwietnia przestaniemy interesować się rozgrywkami. A przecież, nie o to chodzi projektowi o nazwie polski futsal.

Z zasady w felietonach nie odnoszę się do postawy sportowej, poziomu meczów. Zostawiam to lepszym ekspertom. Niemniej, cieszę się, że dwaj zawodnicy, którzy rozpoczynali reprezentacyjne granie „w mojej erze futsalowej”, zapadli w oko trenerowi brazylijskiego teamu. Szkoleniowiec Canarinnhos wyróżnił bowiem obok Michała Kałuży jeszcze Bartka Nawrata oraz Michała Kubika. Wygląda z tego, że nie wszystko było kiedyś takie złe w polskim futsalu i nie rozpoczął się on – jak chcą niektórzy z obecnie nim zawiadujących – gdzieś tak od roku 2014/2015. Nie rozpoczęła się też tak zwana „europejska era” (nazwa od awansu do finałów ME) reprezentacji od czasów selekcjonera Błażeja Korczyńskiego, którego nawiasem mówiąc cenię. Przypomnę, iż ów awans zapewnił nam selekcjoner Andrzej Bianga, a pan Błażej dopiero czeka na swój pierwszy, trenerski międzynarodowy awans. Czego jemu jak i jego podopiecznym życzę.

Z zainteresowaniem przeczytałem wypowiedzi obydwu szkoleniowców po futsalowym dwumeczu polsko-brazylijskim. Należy cieszyć się z małych rzeczy i czynić małe kroki – powiedział polski selekcjoner. To prawda, ale jakby do tych małych rzeczy dołączyć jeszcze raz przegląd polskich futsalistów będących poza kadrą, to może i wielki krok dałoby się szybciej zrobić. Z niezwykle marketingowej dla futsalu wypowiedzi pana  Marquinhosa Xaviera wybrałem sobie akapit mówiący, iż takich meczów towarzyskich jak Polska – Brazylia, czy Finlandia – Hiszpania musi być jak najwięcej, bo pozwalają słabszym futsalowo krajom rozwijać dyscyplinę. I po części to jest odpowiedzialność Brazylii czy Hiszpanii za rozwój futsalu. Nic tylko przyklasnąć takim myślom. Natomiast panu prezesowi Bońkowi dedykuję inną wypowiedź selekcjonera futsalowej Brazylii, w której mówi, że na mistrzostwach świata w Rosji 80 procent kadry Brazylii stanowili piłkarze, którzy swoją karierę piłkarską rozpoczynali od futsalu. Warto to panie prezesie przemyśleć w pionie szkolenia PZPN.

Dziwnym, ale prawdziwym jest, iż przez ten poświąteczny felieton wielowątkowo przewija się brazylijski temat. Ale nie może być inaczej, gdy tak wielka futsalowa drużyna przyjeżdża do Polski. Daje to rzadką okazję do odniesień na najwyższym szczeblu. Tydzień wcześniej mecze Brazylijczyków z Serbami zgromadziły na Bałkanach ponad dwudziestotysięczną widownię w dwóch meczach. U nas – sądzę – nie doliczymy się w dwumeczu pięciu tysięcy. O ile w Koszalinie hala była wypełniona, to w Bydgoszczy zielony kolor krzesełek przeważał nad biało-czerwonymi barwami miejsc zajętych przez kibiców.

Bydgoszcz ma tak wiele trawiastych imprez piłkarskich o randze mistrzowskiej, że wskazywanie jej na organizatora meczu futsalowego mija się z celem. Chyba, że decydują jakieś inne względy, o których felietoniście nie jest wiadomo. Natomiast mecz koszaliński pokazał naszym zawodnikom – optującym za tym miejscem jako szczęśliwym dla nich – że to nie hale, czy stadiony wygrywają. Lecz decyduje forma i sportowe wartości. Jak to mawiał polski mistrz olimpijski w boksie - nie ma odpornych na ciosy, lecz są tylko źle trafieni.  

Andrzej Hendrzak

P.S. Tak, dobrze słyszałeś kolego Józefie. Złożyłem rezygnację z działalności w Komisji Ligi Futsal Ekstraklasy. I dobrze się z tym czuję w aspekcie decyzji, które tam podejmowano o rozgrywkach.

 

Czytaj dalej...