Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Niedawno przebywając przez kilka dni na Ukrainie usłyszałem od znajomego wypowiedź, że futsal to sport wybitnie niszowy. Padła ta opinia w jego jakby odniesieniu do moich słów, iż pisuję felietony o futsalu. Nie przykładałbym do wypowiedzi mojego ukraińskiego cicerone aż tak wielkiej wagi, gdyby nie informacja po powrocie do kraju o grotesce, jaka odbywa się z udziałem futsalu kobiecego w rywalizacji zwanej szumnie futsalowym Pucharem Polski kobiet. Jak wyliczył kolega, witający mnie na podlubelskim lotnisku, więcej dotychczas padło walkowerów, niż odbyło się meczów. Nie sprawdzałem, więc nie będę tego komentował. Ale pewnie coś jest na rzeczy – pomyślałem, gdy przeczytałem krótką notkę prasową, iż na mecz kobiecego pucharu – bodajże w Wielkopolsce - nie przybyli sędziowie i zawody „gwizdali” szkoleniowcy. Jak widać ciężko jest futsalowi kobiecemu uzyskać „obywatelstwo sportowe”. Pełnoprawne obywatelstwo.

Jest takie wyspiarskie powiedzenie, które zawsze mam w tyle głowy, kiedy dyskutuję o futsalu. Anglicy mawiają – „Hope for the best, prepare for the worst”. Czyli oczekując najlepszego bądź gotów na najgorsze. Pierwszy raz usłyszałem je na podrzeszowskim lotnisku w Jasionce ponad 12 lat temu, gdy podejmowałem Wyspiarzy na pierwszym ich meczu futsalowym w Polsce. Przyjechali po naukę i ją otrzymali. Wynik 16-0 dla biało-czerwonego teamu wcale ich nie załamał. Przyjęli go jako srogą lekcję, ale i zachętę do dalszego intensywnego szkolenia. Po latach już nie bijemy ich dwucyfrowo. Druga nacją, z tych jeszcze uczących się, którą podziwiam w dążeniu do futsalowej doskonałości są Finowie. Oni też startowali w futsalu o wiele później niż my, a potrafili kilka lat temu podczas eliminacji ME w Krośnie utrzeć nam nosa.

Dlatego po pierwszych latach niemal bałwochwalczego podejścia do polskiego futsalu nabrałem z czasem wiele pokory w patrzeniu nań i kieruję się teraz - nie bez kozery - owym angielskim powiedzeniem. Daje mi to niewątpliwy komfort i pozwala z dystansem, bardziej obiektywnie, na nasz futsal spoglądać i go oceniać.

Niedługo zagramy dwa mecze z brazylijskimi czarodziejami futsalu. Będzie zapewne kolejna okazja do „wyciągnięcia” polskiego futsalu na światło dzienne. Może nawet na pierwsze strony gazet, czołówki wiadomości, czy internetowe newsy. Ostatni raz miało to miejsce podczas ubiegłorocznych lutowych mistrzostw Europy w Słowenii. Tak, tak – polski futsal z wyłączeniem mediów typowo profilowych futsalowo jedynie co jakiś czas znajduje swoje miejsce w świadomości ogółu Polaków. I nie widzę możliwości zmiany tego, gdyż raczej w najbliższym czasie mistrzami, medalistami Europy względnie świata nie zostaniemy. A chodzi tylko o futsal seniorski, bo młodzieżowy to jednak już nie ta sama klasa medialna.

W dzisiejszej gradacji związkowej, w której ja osobiście plasuję futsal za piłką kobiecą, a zastanawiałbym się nawet, czy atrakcyjnością imprezową nie przewyższa go piłka plażowa, marnie widzę szanse medialnego przebicia inaczej, niż poprzez przywiezienie z ważnej imprezy worka medali lub rozegranie od czasu do czasu jakiejś potyczki z wielką futsalowo nacją. I wiem nawet, że tylko owe medale pozwolą wybić się z tej sportowej niszy. Pozwolą zaistnieć na dłużej, tak jak kiedyś pozwoliły na to sukcesy siatkarzy oraz medale „złotek” trenera Niemczyka.

W Polsce każdego Roku Pańskiego dwie dyscypliny sportowe mają wyjątkową pozycję. Nazwijmy je, wiosenno-jesienna piłka nożna oraz zimowe narciarstwo. Dokładnie skoki narciarskie. Wspomniana siatkówka, mimo iż dwukrotnie zdobywała mistrzostwo świata, jednak pozostaje w tyle. Jeżeli wspominam o wyjątkowości piłkarskiej, to myślę tylko o piłce trawiastej męskiej. Przykro, ale pozostałe sporty kopane będące w gestii PZPN  wyraźnie odstają pod każdym względem. Od oglądu sportowego przez marketing po medialność. I tego nie zmieni nic na tę chwilę. Dlatego – drodzy pasjonaci futsalowi – proponuję robić swoje i nie łudzić się za wiele, gdyż marzenia zawsze są niezwykle kosztowne.

Powieściopisarka angielska Mary Ann Evans mawiała – „Głupiec może namalować obraz, ale trzeba być sprytnym, by go sprzedać”. I to jest nie tylko artystyczna prawda. Nadaje się też do sportowych porównań, przenośni. Ba – realiów. O ile będąca niegdyś niszową siatkówka polska wyznacza obecnie trendy organizacyjne oraz sportowe rozwoju, to nasz futsal nadal kisi się w sosie własnym przez kolejne lata. I co gorsze, jest ciągle przez wielu (nie tylko decydentów sportowych) traktowany mało poważnie jako dyscyplina.

Takie podejście łatwo zniechęca, a stąd już prosta droga do ogłoszenia go sportem – nazwijmy brzydko - „świetlicowym”. Nie będzie to winą zawodników, a nawet szkoleniowców, lecz tych, którzy nie potrafią być – jak mówi pani Evans – tak sprytnym, by go dobrze, z zyskiem sprzedać. Myślę – panowie działacze – i kieruję to nie tylko do tych z dużego związku sportowego, że dwumecz z Brazylią jest jedną z ostatnich szans, aby ową sytuację odmienić. Niezależnie od wyników.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie jestem pewien, czy wszyscy zdajemy sobie sprawę, że tak jak nie ma czarno-białej wizji rzeczywistości, tak nie ma też czarno-białej wizji sportu, w tym piłki nożnej z futsalem włącznie. Na takie postrzeganie wpływa wiele czynników, których wymienienie zajęłoby – być może – wszystkie wiersze przeznaczone na treść felietonową. Przypominam o tym w kontekście toczonych nadal internetowo sporów o system rozgrywkowy ekstraklasy futsalowej. A kolejne wywiady, opinie, sondaże pokazują, iż jest to temat ważki i nie należy go lekceważyć.

Oczywiście każda ze stron ma swoje racje. Ale, niestety, niektóre wypowiedzi adwersarzy są nadzwyczaj żenujące. Jakby świadczące o przypadkowości obeznania w temacie. Jeszcze gorzej jest, gdy są powtarzane sądy nie wynikające z własnych przemyśleń, lecz z zasłyszanych sugestywnych przekazów ważnych lub nie, działaczy. Jako felietonista zalecam dyskutantom różnych szczebli nieco umiaru celem dania oddechu naszemu futsalowi. Niech go broni wynik sportowy. A ten – jak na razie – broni tylko reprezentację seniorską oraz U-19. W żadnym wypadku całości klubowej „małej piłki”.  A, czy wyniki wymienionych dwóch kadr są pokłosiem gry z play off, czy bez – proponuję pozostawić do analizy ich selekcjonerom. Panom Korczyńskiemu oraz Żebrowskiemu.

Polska futsalowa młodzież w kategorii dziewiętnastolatków zakwalifikowała się do wrześniowego finału europejskiego czempionatu futsalowego U-19. Nic, tylko pogratulować. W przeszłości były już próby awansu w kategorii U-21, gdyż dawniej takie nieoficjalne turnieje promujące futsal były rozgrywane. Nawet jeden z turniejów eliminacyjnych tamtej epoki odbył się dekadę temu w Krośnie. Ale później szef UEFA pan Platini razem ze współpracownikami jakoś cichcem zlikwidowali europejską rywalizację dla tej kategorii futsalowej młodzieży. Dobrze stało się więc, że pan Platini odszedł, a nowy szef europejskiej piłki - słoweński prawnik Ceferin - podjął futsalowe wyzwanie młodzieżowe. I tym sposobem mamy pierwszą oficjalną edycję UEFA Futsal EURO U-19 - Łotwa 2019. Liczę, że nasza futsalowa młodzież w turnieju finałowym nie będzie tylko statystować, lecz powalczy o czołowe lokaty. Nie śmiem nawet rozważać innego rozwiązania przy tak rozbudowanym – i co ważne przez związek chwalonym – systemie rywalizacji młodzieżowej, w dyscyplinie futsal w naszym kraju.

Niemniej, żeby nie być tylko klakierem, pozwolę sobie zgodzić się ze zdaniem Błażeja Korczyńskiego (coś często ostatnio zgadzam się z selekcjonerem!), który w jednym z wywiadów stwierdził, iż kuleje u nas praca z młodzieżą i w wielu klubach grających nawet w najwyższej klasie rozgrywkowej o tym nawet nie myśli się. Niestety, taka jest prawda. I na dodatek jest to gorzka prawda. Dziwię się w ogóle, jak kluby nie szkolące (łączę to z udziałem w organizowanych oficjalnych turniejach związkowych) pod własnym szyldem na stałe młodzieży futsalowej mogą występować w ekstraklasie. Podobnie „gorzko” jest ze szkoleniem trenerów. Z utęsknieniem oczekuję, kiedy PZPN wprowadzi dla zespołów drugiej ligi futsalu oraz ekstraligi futsalu kobiecego obowiązek posiadania przez trenerów klubowych uprawnień, co najmniej PZPN Futsal C. Jeżeli myślimy wszyscy o rozwoju futsalu polskiego, jest to potrzeba chwili. Czas na minus już bowiem biegnie.

Lubię czytać wywiady futsalowe. Dzięki Bogu jest ich coraz więcej. I nieważne jest dla mnie, czy ktoś mówi mądrze, czy głupio. Zawsze pomiędzy wierszami, albo nawet wprost, można wychwycić coś nowego. Coś o czym felietonista nie wie. Niedawno przeczytałem wieść, przekazaną przez jednego z klubowych działaczy, brzmiącą mniej więcej w stylu - SFE stawia na zwiększenie liczby kibiców na meczach ekstraklasy, i – między innymi - temu ma służyć powiększenie liczby drużyn w niej występujących. Droga ciekawa. Zapewne liczba kibiców zwiększy się z wraz ze wzrostem liczby zespołów. Nie sądzę jednak, by twórcom systemu chodziło o tak uzyskany ilościowy wzrost liczby widzów. Przecież można powiększyć ligę do 20 i wtedy dopiero zanotuje się rewelacyjny wynik. Na szczęście wiem, że przynajmniej prezes spółki FE nie akceptuje tak objawianych prawd sygnalizujących pośrednio zależność wzrostu liczby widzów poprzez automatyczne powiększanie. I dzięki temu nie grozi nam jeszcze gigantomania.

Pisząc to zapytam jednak, czy mamy wiedzę popartą stosownymi liczbami – ilu widzów bywa(ło) na meczach futsalowej ekstraklasy od – powiedzmy sezonu 2014/2015 do chwili obecnej (taka pięciolatka porównawcza)? Gdy bowiem to będziemy wiedzieć, nie będą nam potrzebne żadne ekwilibrystyczne słowa w wywiadach.

Ekstraklasa podzieliła się na szóstki – grającą o mistrzostwo oraz grającą o pozostanie w lidze. W tej mistrzowskiej nie ma niespodzianek. Jeden beniaminek Acana Orzeł, ale poważnie wzmocniony wieloma internacjonałami – co obligowało go do szóstki jakby z urzędu. Pozostałe teamy to uznane futsalowe firmy. Szczególnie podziwiałem wiosenny finisz Piasta z Gliwic. Nawet przylgnęła do nich tymczasowa nazwa „futsalowi rycerze wiosny”. Jeszcze z nowym rokiem nie obstawiłbym ich awansu do górnej połówki tabeli. Trener Hirsch pokazał jednak, że zna futsalowe rzemiosło. Wygląda, iż końcówki sezonu nadal są jego domeną. Pamiętam jak niegdyś z Akademią FC poczynając od ósmej lokaty przed play-off wywalczył mistrzostwo Polski. W dolnej połówce in minus odnotuję postawę MOKS. Więcej oczekiwałem w drugim sezonie ekstraklasowym po białostockim teamie. Pozostali z tej grupy – oprócz Pniew – nie są stabilni, więc walka o pozostanie w lidze zapowiada się ciekawie do ostatniego gwizdka sędziego. Niemniej pokuszę się o drobne proroctwo i powiem, że jakiś zespół z północnej Polski może zostać zdegradowany (?).

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...