Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

To, że polska piłka klubowa znajduje się w permanentnym kryzysie, nie jest tezą zbyt odważną. Odnajduje to potwierdzenie w europejskich pucharach. W minionej edycji tylko futsaliści spod znaku bielskiego Rekordu dali powody do zadowolenia. Inaczej jest z zawodnikami. Wielu Polaków odgrywa ważne role w poważnych ligach. Ale inaczej jest z futsalem. Żaden znaczący polski futsalista nie załapał się jeszcze do ciekawej poziomem futsalowej ligi w Europie. Jednak nie może być inaczej, gdy trwają w kraju ciągłe eksperymenty na żywym organizmie rozgrywek ekstraklasy.

Osobiście nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem, dlaczego większość prezesów klubów ekstraklasy futsalowej tak alergicznie reaguje na rozwiązania ligowe stosowane w krajach, które są bardziej liczące w europejskim futsalu niż my. Tym samym jakby uznają brak profesjonalizmu swoich klubów. I nie wiem, co musiałoby zdarzyć się, aby lepsze projekty wyżej stojących od nas w rankingach nacji polskie kluby futsalowe zaakceptowały. W takich przypadkach nawet zastanawiam się, czy owa spółka prowadząca rozgrywki jest dobrym rozwiązaniem, gdy wspólnicy są w stanie ubezwłasnowolnić reformy.

To byłoby tyle o osławionych ekstraklasowych play-offach, które nie przeszły w głosowaniu przedstawicieli klubów. Swoje stanowisko wyraziłem już w poprzednim felietonie, a teraz – jak zauważyłem – całkiem ciekawie biczują tę decyzję inni. Biczują mocniej, prawdziwiej, ekspercko. Równie mocno biczowany jest jedynie w chwili obecnej związek piłkarski za rozgrywki futsalowego Pucharu Polski kobiet. Takiej żenady organizacyjnej, tylu oddanych walkowerów, tak niedobranych terminów rozgrywek nie widziałem od początku działalności w futsalu, czyli mniej więcej od około 18 lat.

Kiedy czytam jak trener kadry kobiecej Wojciech Weiss mówi „mamy zdolne dziewczyny, musimy im tylko stworzyć warunki”, to zapytuję związek w kontekście opisanych perturbacji z pucharem, czy czasem futsal kobiecy nie jest w nim przysłowiowym piątym kołem od wozu. I pozostaje mi tylko cieszyć się, iż akademiczki z Poznania dowodzone przez niestrudzonego trenera Weissa pojadą na finały futsalowej kobiecej Ligi Mistrzów do hiszpańskiej Murcii. Ale to już jest zasługą tylko poznanianek – uczelni, środowiska, zapału zawodniczek, szkoleniowca. Niestety, futsal kobiet czeka jednak „długi marsz”, ponieważ nie da się pewnych spraw przeskoczyć „wielkim skokiem”. I bardziej wierzę przy tym w środowisko, niż w zarządzających z tak zwanych szczebli.

Kolega recenzent Józef zauważył, że czasem wielkich zmian strukturalnych w polskim futsalu był przełom pierwszego oraz drugiego dziesięciolecia XXI wieku. Później już tylko stosowano kosmetykę – podsumował. Być może coś z racji w tym jest. Na pewno wtedy powstała spółka Futsal Ekstraklasa. To był czas tworzenia systemu licencyjnego, który gdzieś zagubił się uwadze kolejnych ekip polskiego futsalu i czasami mamy różne wypływające „kwiatuszki” powiązane z klubami. To był czas tworzenia zasad regulaminowych transferów oraz współpracy z klubami trawiastymi. Aż dziw bierze, że po kilku latach związki regionalne nie potrafią właściwie ich interpretować, a centrala nie interweniuje szybko i co pewien czas futsal-polska informuje o niedociągnięciach. I tak można byłoby wymieniać jeszcze wiele powodów dla uznania tamtego okresu za znaczący. Jednego tylko nie było. Dobrych wyników reprezentacji. Niemniej, pisząc o tym nie zapominajmy, iż w znaczącej części o sile obecnej kadry stanowią  zawodnicy „wprzęgnięci” wówczas w stworzony system rozgrywek oraz kadr młodzieżowych. Jako felietonista napiszę, podsumowując wypowiedź kolegi Józefa: dość stagnacji. Czas dać nowy pomysł na polski futsal.

Dość długo nie pisałem o zawodnikach. Polskich indywidualności w naszym futsalu trochę jest. Choćby Daniel Krawczyk, Mikołaj Zastawnik, Marcin Mikołajewicz, Michał Kubik, czy wschodzący futsalowo Sebastian Leszczak. Przepraszam, jak ktoś czuje się urażony, że go nie wymieniłem, ale nie jest moją rolą robienie rankingów, czy statystyk. Natomiast z dużą ochotą napiszę słów kilka o Rafale Krzyśce. Rafała pierwszy raz zobaczyłem bodajże w takim znanym niegdyś turnieju nadmorskim, organizowanym w Dziwnowie - Futsal Baltic Cup (jak szkoda, że nie jest kontynuowany, był wspaniały na roztrenowanie po sezonie). Grywał wówczas w gliwickim Radanie. A tak w ogóle do chwili obecnej zaliczył naszych klubów futsalowych już 7 oraz epizod w lidze niemieckiej. I wszędzie był pewnym punktem bramki. Tak w sumie w futsal gra już 17 lat, a ma dopiero 32. I nie myśli odpuszczać, jak zdrowie pozwoli przynajmniej do czterdziestki. O Rafale pomyślałem sobie, gdy oglądałem w telewizji niedawne mecze chorzowskiego Cleareksu. Co on wyczyniał w bramce, jakie prezentował parady. Nie przesadzę, gdy napiszę, że nawet wybronił Cleareksowi wynik. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby przy obecnej dyspozycji zagrał jeszcze w reprezentacji. Rafała znam jako realistę. Wie on i wiem ja, że z futsalu w Polsce nie wyżyje się. Dlatego pracuje. Tym większy więc mój szacunek.

Na kanwie rozważeń o Rafale chciałbym przy okazji przemycić pewną myśl. Wiele mówimy o profesjonalizmie polskiego futsalu, jego klubów, zawodników, działaczy, szkoleniowców. Indywidualnie, jednostkowo można od czasu do czasu polski futsal w szaty profesjonalne ubrać. Niestety, całościowo nadal jeszcze funkcjonuje ze sporą domieszką amatorszczyzny. Mnie felietoniście najbardziej brakuje projektu skierowanego do futsalowej młodzieży. Takiego trawiastego modelu „Mobilnej Akademii Młodego Orła", czy programu "Talentu Pro". Projektów ogłoszonych przez PZPN, nie wysupłanych od środowisk. Znając bowiem związkową hierarchię tylko te akceptowalne przez pana prezesa Bońka mogą właściwie rozruszać środowisko. Ale czy tego doczekamy się? Nie wiem, choć nie napiszę, że wątpię.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Najpłodniejszy powieściopisarz polski Józef Ignacy Kraszewski mawiał – „Z kogo śmieją się nie dlatego, że głupi, ale dlatego, że inny od tłumu lub widzi to wszędzie, czego nie dopatrzą drudzy, ten ma przyszłość przed sobą”. Cytat ten kieruję do ludzi futsalu, którzy nie dają zmanipulować się kierowniczym gremiom polskiego futsalu różnych opcji i pozostają przy swoich poglądach. Przyszłość przed Wami, chociaż obecnie jesteście w mniejszości.

Powiedzenie Józefa Ignacego trafiło do mnie po tygodniu od poprzedniego felietonu, gdy zauważyłem, iż losowanie Halowego Pucharu Polski dokonane w siedzibie PZPN nadal nie schodzi z mediów społecznościowych i krąży po internecie. O ile zdania w sprawie braku podstaw do jego powtarzania nie zmieniam, to stwierdzam, że sporo ucierpiał na tym wizerunek futsalowy. Zapachniało nawrotem do amatorszczyzny. Albo jak chce kolega recenzent (też Józef)0 zaistniał stan chwiejnej równowagi pomiędzy publicystyczną dosłownością a literacka umownością. Liczyć tylko trzeba, że nauka nie pójdzie w las.

Ekstraklasa futsalowa jakiś czas temu zafundowała sobie powiększenie do 14 drużyn. Postąpiono hojnie, ale nie określono od razu systemu rozgrywek. Abstrahuję od faktu, że moim zdaniem polskiego futsalu nie stać jeszcze na czternastozespołową ekstraklasę o w miarę równym poziomie sportowym, organizacyjnym i finansowym. Dwanaście drużyn, to jest maksimum obecnego etapu. Podobnie jak w dwóch grupach I ligi. Już bowiem z II ligami w każdym województwie po minimum 6 zespołów jest poważny kłopot.

Nieodparcie więc nasuwa się pytanie, czy czasami ów ekstraklasowy ruch nie był zawoalowaną formą uratowania przed degradacją jakichś teamów. Jeżeli tak nie było, to najzwyczajniej nastąpił zwyczajowy przerost formy nad treścią. Piramidę rozgrywek z zasady buduje się jak dom - od podstawy ku dachowi. Tymczasem w naszym futsalu ligowym akurat dach zyskuje przewagę nad fundamentami. A to nie jest korzystne dla budowy.

Chwilowo spróbuję postawić się w rolę sponsora, szkoleniowca, kibica, nadawcę telewizyjnego. Jako sponsor ekstraklasy chciałbym aby było jak najwięcej meczów o stawkę, atrakcyjnych, z medialnym oglądem. Jako selekcjoner, chciałbym aby nie było meczów o nic, gdyż od zawodników wymagałbym od strony szkoleniowej ciągłej gry pod presją. Jako nadawca telewizyjny zadowolony byłbym z play-off, gdyż zapewne zwiększa to oglądalność, a przy okazji i przybywa reklamodawców. Co jest tożsame z interesem ekstraklasowej spółki. Wreszcie jako kibic, choćby tylko jednej drużyny, chciałbym aby atrakcyjność rozgrywek trwała do finalnej kolejki, a nie już w połowie rozgrywek było wiadomo, kto może być mistrzem, a komu grozi degradacja. I nie widzę tego bez grania w systemie play-off.

Tymczasem przy 14 zespołach i półamatorskim zorganizowaniu drużyn nie wyobrażam sobie, by mogły grać mecze w środku tygodnia. Inaczej braknie terminów weekendowych. Chyba że zagra się tylko dwie rundy w systemie mecz i rewanż. Ale to już przekreśla moje powyższe cztery oczekiwania. Czyli jest - najludyczniej rzecz ujmując – do bani.

Polski futsal znajdujący się nierozerwalnie w strukturach PZPN niepotrzebnie przyjmuje schematy rozgrywkowe ekstraklasy piłki trawiastej. Gdy tam dzielono na grupy - w futsalu też. Gdy tam dzielono punkty – w futsalu też. Najwyższy czas uzmysłowić sobie, że futsal jest grą halową i z halowymi dyscyplinami powinien się utożsamiać w systemie rozgrywek.

Wzory brać z koszykówki, piłki ręcznej, siatkówki, czy nawet hokeja. A wszędzie tam są play-offy. Wszędzie są sponsorzy i też strategiczni. Wszędzie są atrakcyjne mecze do końca rozgrywek. Wszędzie jest zainteresowanie transmisjami telewizyjnymi i też telewizji tymi dyscyplinami. Nie jest to trudno zrozumieć, jak spojrzy się na futsal całościowo, a nie tylko przez pryzmat interesu własnej drużyny. Ale cóż, chciało się czternastu zespołów, to teraz trzeba zjeść tę żabę samemu. Jako felietonista – mimo wszystko – nie zazdroszczę nikomu tego dania.

Koszalin (wiceprezes Bednarek) oraz Bydgoszcz (wiceprezes Nowak) – tam szanowny PZPN umieścił mecze z Brazylią. Nie powinny dziwić te wybory, gdy wiceprezesi związkowi gwarantują sprawną organizację, chociaż pewnie nie byłyby te miejsca pierwszymi wyborami ogółu futsalowych kibiców. Szczególnie tych z południa Polski, gdzie futsal jest o wiele bardziej popularny niż na ubogiej futsalowo północy. Niestety, takie jest życie. Kto ma władzę, ten ma prawo wyboru. Jest taka łacińska sentencja - „Cuius regio, eius religio”. Tłumacząc dowolnie ale prawdziwie – czyja władza, tego religia. Być może nie stosuje się ona w tym przypadku dosłownie, lecz skojarzenia jakoweś nasuwają się.

Zresztą, nie zawsze w polskim futsalu według zapotrzebowania kibiców dzielono meczami. Były czasy, gdy Podkarpacie przodowało w liczbie ważnych meczów reprezentacji. Były czasy, gdy priorytety szły na Śląsk. Swoją chwilę w historii miało Podlasie. A wszystko zależało od tego, kto rozdawał karty w futsalu i jaką miał pozycję we władzach związkowych. Szkoda tylko, że nie zawsze jest doceniana przy przydzielaniu meczów wartość terenowego futsalu w danym regionie. A przecież nietrudno domyśleć się, iż mecze z Brazylią będą świętem dla kibiców futsalu i można było sprawiedliwe rozdzielić ich lokalizacją północ oraz południe Polski. I nie przekonają mnie w żadnym przypadku wyjaśnienia, że kadra chciała grać w Koszalinie, bo to dla niej od baraży z Węgrami szczęśliwa hala(!), a logistycznie byłby kłopot z przenosinami po paręset kilometrów. Podczas tournee w Brazylii w 2012 roku nie było tego problemu i samolotami nasza kadra przenosiła się na o wiele większe odległości.  

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...