Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Felietony są gatunkiem nieokreślonym w jednoznacznym wyrazie.  Często trafiają się znakomite, jednak bywają i nie trafiające w cel. Są propagandowe i są obiektywne. Znajdują się z treścią pełną efekciarstwa słownego. Niemniej bywają i takie bez zbędnej „dętologii”. Współczesny futbol, a co za tym idzie i futsal, odstające z każdą chwilą coraz bardziej od idealistycznych wizji, coraz mniej mają styczności z umoralniającą rolą sportu. Jak kiedyś chciał chociażby pewien literacki noblista. Ale pisać trzeba.

Dla wielu środowisk felieton jest ową tubą, która – ich zdaniem – powinna wyrażać poglądy, o których nie odważą się nigdy publicznie wypowiedzieć. Oni wolą ograniczać się do puszczania perskiego oka. Tacy to są owi ukryci znawcy, dający coś do zrozumienia, ale bez twardych dowodów. I to jest – przechodząc stricte do futsalu – olbrzymi problem środowiska, które faluje mocno. Ale faluje przeważnie w prywatnych rozmowach. Publicznie jakby w większości milknie.

Niedawno przeczytałem na portalu "Gazety Wrocławskiej" o losowaniu Halowego Pucharu Polski. W treści były rozbieżne ze związkowymi opinie. Inne niż oficjalne stanowiska. Idzie wiosna – pomyślałem - i być może, jakieś „futsalowe przebiśniegi odwagi” wyszły na powierzchnię. Jeżeli są konstruktywne to dobrze. Jeżeli jednak tylko w formie krytyki dla krytyki, to już nie. Nie wiem, czy polskiemu futsalowi jest potrzebny taki dyżurny opozycyjny capo di tutti capi. Niemniej otwarta dyskusja z pokazaniem twarzy już tak.

Ale, to nie pucharowe losowanie zajęło mnie najbardziej w minionym okresie. Ono było i jest nie do powtarzania. Należy grać i wygrywać. Tym czymś, co bardziej zwróciło uwagę felietonisty i zabolało w minionej dekadzie marca – jest niedokończony mecz pierwszoligowy w Pyskowicach. Nie będę się przechwalał, że przewidywałem, iż prędzej czy później do takiej konfliktowej sytuacji w polskim ligowym futsalu dojdzie. Wieszczyłem to pośrednio w wielu felietonach. Dla rozsądnie myślącego człowieka przyglądającemu się organizacyjnej stronie meczów ekstraklasy, I ligi, II ligi futsalu było kwestią czasu znalezienie dowodu na bezład organizacyjny wielu ligowych meczów. A jeszcze większe zdziwienie wywoływał brak reakcji ze strony organów prowadzących rozgrywki. Aż wreszcie stało się coś, co wcale stać się nie musiało, gdyby wcześniej myślano bardziej o organizacji meczów, czy bezpieczeństwie, miast zachwycać się głównie kolorowymi banerami, czy markowymi piłkami. I pewnie popełnię dla sympatyków futsalu wielkie obrazoburstwo, ale nie uchylę się przez to od napisania, iż wiele meczów IV lig trawiastych jest o wiele lepiej przygotowanych organizacyjnie oraz zabezpieczonych niż niektóre mecze – było nie było – centralnych rozgrywek futsalowych.

Lubię sobie czasami – mówiąc z lwowska - pobałakać o futsalu z ukraińskimi znajomymi. Wielce żałują, że ich zawodnicy traktowani są według przepisów związkowych jak futsaliści drugiej kategorii. I tylko jeden może przebywać na placu gry w meczu. No cóż, ja też żałuję. Prawdę mówiąc wolałbym na parkiecie więcej Słowian niż południowców, czy Anglosasów albo Brazylijczyków. Ale na regulaminy nie ma rady. Natomiast w wielkich superlatywach wyrażają się moi rozmówcy o pracy z naszą kadrą seniorską. Dlatego cieszy mnie, że reprezentacja idzie innym torem związkowej podległości, i – dzięki Bogu – omijają ją te różne organizacyjne perturbacje codzienności ligowej, czy pucharowej. I niech ta chwila trwa jak najdłużej.

Gdy już jestem przy podopiecznych selekcjonera Korczyńskiego, nieraz zastanawiam się nad doborem rywali do meczów. Pozytywnie odbieram kontraktowanie przeciwników z najwyższej półki, bo z kim sprawdzać się, czy próbować rozwiązań, jak nie z najlepszymi. Ale jak podejdą do sprawy kibice, kiedy zagramy ze słabszym rywalem i przegramy? Myślę, czy nie posypie się tęgi hejt na naszych futsalistów. Oby tak nie było. Liczę, że sympatycy futsalu też dojrzewają i potrafią obiektywnie oceniać sportowe wartości.

Na kanwie kontrowersyjnych niedawnych wydarzeń w naszym futsalu często padało słowo "promocja". Odniosłem wrażenie, że jest ona różnie pojmowana. A wszystko zależy, kto jak chce przedstawić swoje racje. Nie wnikając głęboko w meritum, pragnę zaapelować, by nie używać tego słowa jako zakazu wszelkiej krytyki. Wytykanie bowiem błędów nie ma nic do czynienia z utrudnianiem promocji futsalu. Jest jedynie troską o zrównoważony jego rozwój. Jak informowało dawniej motto satyrycznych „Szpilek” – „Prawdziwa cnota krytyki się nie boi”.

Związek piłkarski rozlosował mecze centralnego szczebla Pucharu Polski w futsalu kobiet. Jest to tym bardziej interesujące, że wiele zawodniczek, a i drużyn też, żwawo ugania się już po trawie. Często w teamach innych klubów niż futsalowe z czasów ekstraligi, czy też I ligi. Eksperyment godny Darwina. Być może taka „zimna selekcja” pokaże, jak się ma futsal do piłki trawiastej w pełni sezonu tej drugiej odmiany. Zapowiada się ciekawy kontredans zawodniczo-klubowy. Oby z korzyścią dla futsalu kobiecego!

 Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Łacińskie „Mysterium iniquitatis” najprościej – według mnie - tłumaczy się jako „tajemnica zła”. Nie będzie żadnym nadużyciem, gdy napiszę, że zło towarzyszy ludzkości od zarania istnienia człowieka. I nadal tak się dzieje, mimo iż ludzkość zastanawia się, jak zła pozby(wa)ć się. Zło, mimo wszystko, stanowi osnowę książek, filmów, ale też i sportowych zmagań. Póki zło jest daleko od nas, nie za bardzo zwracamy na nie uwagę. Jednak, kiedy dotyka nas bezpośrednio, walczymy z nim. Niemniej, ogólnie nie za bardzo wiemy, jak sobie na co dzień ze złem radzić.

Nasunęły mi się na myśl rozważania o „tajemnicy zła” przy okazji medialnych doniesień o konfliktowych wydarzeniach, jakie miały miejsce w podczas jednego z finałowych turniejów Młodzieżowych Mistrzostw Polski w futsalu. Jak zwykle w niejasnych przypadkach istnieją dwie strony z opiniami wzajemnie się wykluczającymi. Zawsze w takich sytuacjach staram dowiedzieć się, czy stanowiska wynikają z prawdy, półprawdy albo fałszu. Tego felietonista nie rozstrzygnie, lecz zdziwić się może – i to czyni – że w ogóle dochodzi do wydarzeń, które dla jasnych opisów, wprost ocennych, mnożą interpretacje wzajemnie wykluczające się. Nie jestem jedynym, który widzi sportowe zło codzienne. Natomiast jednym z nielicznych, który zwraca na nie publicznie uwagę.  Niezrozumiałe jest, że mimo postępu cywilizacyjnego nie bardzo wiemy, jak sobie z ową tajemnicą zła radzić. Osobiście jednak nie chciałbym, aby zło nieustannie nam towarzyszyło. Przynajmniej w futsalu. Na dodatek w rywalizacji dziecięcej czy młodzieżowej.

Odchodząc od zła przeniosę się na moment do piękniejszej strony polskiego futsalu. Kobiecy futsal, jeżeli już nie zachwyca poziomem sportowym, to przynajmniej daje pozytywne wrażenia estetyczne. W polskiej futsalowej ekstralidze nastał czas play-offów. Kolejny raz zdominowały je ilościowo zespoły grupy południowej ekstraligi. Jednak największą sensację zanotowano w rozgrywkach grupowych. Ubiegłoroczny mistrz z Rybnika został zdegradowany, na dodatek z powodu braku środków nie wystartuje w inauguracyjnej futsalowej Lidze Mistrzyń w hiszpańskiej Murcji, do czego miał prawo jako mistrz jeszcze aktualny. Potwierdza to tylko powiedzenie Heraklita, starożytnego filozofa, iż wszystko płynie (panta rei), lecz mnie utwierdza jedynie o niestabilności futsalu kobiecego w Polsce. Dobrze, że tuż po play-offach odbędzie się mecz reprezentacji kobiecej futsalu z Białorusią. Być może będzie to jedyna szansa, by ocenić jeszcze bez przeplatania z piłką trawiastą możliwości naszej kadry. Mam nadzieję, że nikt tym razem nie odmówi trenerowi Weissowi.

W męskiej ekstraklasie futsalu zwycięstwa Rekordu Bielska Biała już tak nie ekscytują, jak w poprzednim sezonie. Stały się normalnością i dopiero ewentualna porażka bielszczan potrafi zaskoczyć. Natomiast szczególną moją uwagę zwróciła zwycięska seria Piasta Gliwice, a jeszcze większą kolejne przegrane FC Toruń. Obydwa teamy prowadzą znani szkoleniowcy. Ambicje prezesów klubowych sięgają medali a nawet mistrzowskich tytułów. Na tych przykładach widać jak na dłoni, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Byli tacy znawcy futsalowego środowiska, którzy początkiem roku kierowali Piasta ku strefie spadkowej, a torunian kreowali jako najgroźniejszego przeciwnika Rekordu w biegu po mistrzowskie trofeum. Gra się jednak – co widać - do ostatniego gwizdka sędziego. I mam nadzieję, że - dbając o ekstraklasowe emocje - Rekord nie ma jeszcze podanego tytułu na złotej tacy.

Niejednokrotnie zastanawiam się dla kogo „robi się” futsal w ośrodkach, czy to ekstraklasy, czy też pierwszej ligi, gdzie na mecze przychodzi zaledwie garstka kibiców. I o ile jestem w stanie zrozumieć jednostkowe takie przypadki, to nie pojmuję sytuacji powtarzającej się w każdym sezonie. Ogólnie odbieram kontynuowanie futsalu w takich miejscach jako fanaberię prezesów, sponsorów, chcących pokazać się, względnie niespełnionych ambicji nieznanych mi z profesji ludzi, w tym też zawodników. Czy zastanowiono się nad celowością ładowania pieniędzy w „puste hale”? Może inne dyscypliny potrzebowałyby ich bardziej i wzbudziły większe zainteresowanie kibiców? Przecież sport ma dawać emocje dla ludzi, połączone z samorealizacją występujących na parkiecie. Kiedy gra się w ciszy, przy mikrym zainteresowaniu, a ściany hal nie biją brawo, żadna z tych tez nie realizuje się. I to są właśnie te jeszcze istniejące białe futsalowe plamy. Warte rozwiązania.

Każdy człowiek winien opierać się w swoich działaniach na jakimś autorytecie. Felietonista także. Oczywiście przeanalizowałem, kto mógłby być takim moim cicerone futsalowym i raptem wyszło, że grono to dotyczy góra 3-4 osób. W tym dwóch działaczy (aktualnie klubowych), jednego szkoleniowca oraz jednego sędziego. Nie będzie tajemnicą, gdy zdradzę, że konsultuję z nimi wiele wątków felietonowych. Niemniej, nie zamykam się do ściśle określonej liczby i prowadzę rozmowy z szerokim spektrum zainteresowanych futsalem.

Niedawno podczas rozmowy jeden z działaczy futsalu, człowiek z długoletnim doświadczeniem w tej dyscyplinie - mający w klubie i młodzież, i dzieci, i seniorów - zwrócił moją uwagę na „rutynizację” (słowo od rutyny) Młodzieżowych Mistrzostw Polski. Jego zdaniem należy odrzucić wszelkie statystyki przy ocenianiu całości zmagań. Najważniejsza jest – jak twierdzi – liczba rozegranych meczów w całym cyklu przez każdy zespół startujący. Wskazał przy tym na uchybienie statystyczne, mówiąc, iż nie zawsze każdy zespół, który wystartuje, zamelduje się w drugim, czy trzecim turnieju strefy eliminacyjnej. Ponadto – jego zdaniem – w obecnym systemie rosną koszty i wiele klubów tego nie wytrzymuje finansowo.

Piszę o tym, gdyż uważam, iż każde zdanie dyskusyjne jest godne przenoszenia na papier. Nie jestem zorientowany na tyle dobrze w dziedzinie MMP, by zabierać głos w tej materii, lecz wiem, że w latach, kiedy panowie Szymura oraz Czeczko układali początki młodzieżowych mistrzostw, idea była ciekawa. Dla mnie błędem jest, że przez lata nie potrafiono eliminacji podstawowych przenieść spod zawiadywania centrali związkowej na poziom wojewódzki. Jak dzieje się to przykładowo z II ligą futsalu. Już jeden z polskich poetów epoki romantyzmu mówił, że im dzieło bliższe celu, to lepiej jest pielęgnowane. I coś w tym jest.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...