Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Polski wieszcz okresu rozbiorowego po I Rzeczypospolitej, do którego przyznają się obecnie i Litwini, i Białorusini, marzył w swym najbardziej znanym dziele o tym, by jego księgi trafiały pod strzechy. W przenośni miały być one odnośnikiem nośności poematu, nie tylko w kręgach zainteresowanych, ale wszem i wobec. Nawet pośród nie zajmujących się na co dzień jego treściami. Postanowiłem posłużyć się słowami wieszcza w odniesieniu do zainteresowania medialnego futsalem w Polsce współczesnej. Nie da się bowiem ukryć, iż pozycja futsalu w tak zwanych mass mediach - obojętnie, czy pisanych, gazetowych, mówionych, elektronicznych, wizualnych, etc. - nie jest na jakimś oszałamiającym poziomie. I nie chodzi nawet o jakość merytoryczną, lecz regularny brak futsalu w gronie tzw. „pierwszego rzutu medialnego”. I to jest ta największa – moim zdaniem – słabość polskiego futsalu ery współczesnej. Rzecz – znając realia – na chwilę obecną systemowo nierozwiązywalna.

Niemniej, futsal pnie się w górę, a środowisko ani myśli odpuszczać i w wielu przypadkach bez centralnej koordynacji, poprzez rozmaite oddolne działania, próbuje trafiać pod owe przysłowiowe „strzechy”. Tym samym pokazuje, że daje sobie radę. Chwilo trwaj – chciałoby się rzec - prosząc jedynie decydentów o nieprzeszkadzanie niestosownymi zarządzeniami, względnie zaleceniami.

Najnowszym przykładem jest Konferencja Metodyczno – Szkoleniowa dla nauczycieli wychowania fizycznego wszystkich typów szkół województwa śląskiego pod hasłem „Wychowanie dzieci i młodzieży przez sport – Nowe możliwości – Futsal. Współorganizatorem przedsięwzięcia był futsalowy Piast Gliwice. Głównym pomysłodawcą profesor Marek Sitarz. Przedstawiono program – godny polecenia całej futsalowej Polsce - którego misją jest szkolenie dzieci i młodzieży w zakresie futsalu, dyscypliny jak najbardziej akuratnej do szkół. Jako felietoniście, który preferuje pozytywizm, a nie romantyczne machanie szabelką, miło mi jest, że postawiono na pracę od podstaw. Liczę, że objawią się podobne pomysły w innych regionach. Z tego co wiem, próby wciągnięcia dzieci i młodzieży do futsalu poprzez ligi szkolne czynione są choćby na Mazowszu.

Ale powróćmy jeszcze na moment do futsalowego przekazu. Wydaje się, że nawet będąc w ograniczonym zasięgu, spełnia on stosowną rolę na polu poznawczym. Z przeprowadzonych rozmów - sondaży wyziera optymizm. Coraz więcej osób poznaje dyscyplinę poprzez atrakcyjne internetowe strony klubowe, niezależne futsalowe portale, portal FE, okazyjne wydawnictwa papierowe, prowadzone konkursy, turnieje, czy nawet strony internetowe regionalnych związków piłkarskich. Do futsalu przybliżają się ludzie, którzy do tej pory uznawali to słowo za jakiś zagraniczny wyznacznik anatomiczny. Tak oto na różne sposoby powoli materializują się współczesne „futsalowe strzechy”. Jeżeli ktoś nie interesujący się dyscypliną potrafi wymówić i określić znaczenie słowa „futsal”, jest już wielkim osiągnięciem. Możliwe, że to właśnie poprzez różnorodne futsalowe przekazy przypadkowe osoby zainteresowały się „małą piłeczką”.

Sam pamiętam, jak kilka lat wstecz wysoki działacz związku piłkarskiego z budynku przy Bitwy Warszawskiej w stolicy nagminnie zamiast futsal powtarzał „fuksal”. Nie chcę wymieniać kolejnych przykładów, by niektórych wysokich rangą działaczy związku nie kompromitować (działają do teraz), jak w trakcie rozmów o dyscyplinie pytali – jakiej wysokości bandy są potrzebne do gry.

W północnej grupie I ligi futsalu doszło do dwóch nieoczekiwanych rozstrzygnięć. Dwójka liderów, zdawałoby się nie do ruszenia, doznała porażek. O ile Lubawa w Kartuzach nie musiała mieć łatwo, to porażka Leszna na własnych śmieciach z białostockim Heliosem, który obecny sezon ma wybitnie pod kreską, jest sporą niespodzianka. Tym samym „krew liderów poczuli” futsaliści Lęborka z grupy pościgowej. Może jeszcze być ciekawie. W grupie południowej duet polkowicko-gliwicki też jeszcze nie może być spokojny, gdyż Gwiazda z Rudy Śląskiej tradycyjnie czai się na zapleczu awansowym. W każdym razie rywalizacja zapowiada się pasjonująco. Patrząc w przyszłość, dwa kluby gliwickie w futsalowej ekstraklasie – powiem, dzieje się! Mogą być ciekawe pojedynki derbowe. I to nie tylko na parkiecie(!).

Jak ważna jest pozycja bramkarza w futsalu, można było przekonać się podczas szlagieru ekstraklasowego w miniony poniedziałek na parkiecie w Bielsku Białej. Rywal Rekordu, FC Toruń, musiał wystąpić bez swojej bramkarskiej podpory, Nicolae Neagu. Świątyni Rekordu strzegł kapitalnie tego dnia usposobiony Bartek Nawrat. Torunianie próbowali dwóch bramkarzy, ale oni tylko byli. Natomiast Bartek bronił. Wynik 5-0 dla niewtajemniczonych może wskazywać na grę do jednej bramki. Akurat tak nie było. Podopieczni Łukasza Żebrowskiego wcale nie byli gorsi aż na tyle goli różnicy. Niestety, mieli mniej szczęścia i brakowało im pomiędzy słupkami „mołdawskiej podpory”. Jak widać, warto w futsalu inwestować w równy duet bramkarski. Rekord to ma i wygrywa.

Gdy już jestem przy meczu Rekordu z Toruniem, wspomnę jeszcze o jednej sprawie, która nasunęła mi się na myśl w trakcie transmisji. Normą we współczesnym przekazie sportowym jest prowadzenie relacji z meczu przez komentatora oraz eksperta danej dyscypliny. Nawet transmisję z popularnego ping ponga, którą oglądałem przed futsalowym meczem, realizowały przy mikrofonach dwie osoby.

Kiedy relacje live z meczów ekstraklasy futsalowej były udziałem TVP Sport, zawsze obok komentatora był futsalowy ekspert. Akurat komentator transmisji realizowanych dla SportKlubu zna się na futsalu dość dobrze i przekazuje wiedzę oraz komentuje obraz rzeczowo i przystępnie. Też super emocjonalnie. Niemniej, nie muszą być mu znane wszelkie futsalowe tajniki. Kiedy porówna się, chociażby, przekaz komentatorski z meczu Polska - Rosja, który robiły dwie osoby, widać zdecydowaną różnicę. Nie jest mi wiadome, kto decyduje o „dołożeniu” do relacji eksperta, ale proszę o wzięcie mojego – i nie tylko – apelu pod rozwagę. Mam nadzieję, że nie chodzi o koszty.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Tygodnik „Piłka Nożna” wraz z telewizją Polsat zorganizowały wielką fetę, ogłaszając najlepszych w różnych kategoriach w polskiej piłce nożnej w roku 2018. Największym zaskoczeniem był dla wielu (ale nie dla mnie) wynik wyboru najlepszego piłkarza „kopanej” w kraju nad Bugiem, Wisła oraz Odrą. Wszem i wobec spodziewano się, iż wygra słynny „Lewy” Lewandowski. Tymczasem psikusa sprawił nienajlepszemu w roku 2018 gwiazdorowi z Monachium, Łukasz Fabiański. Wyciszony i elegancki golkiper, występujący na co dzień na Wyspach Brytyjskich, pokonał piłkarza-celebrytę. I tak powinno być. W piłkę gra się na zielonej murawie, nie w internecie (!). Gdyby pan Robert w roku minionym poświęcił mniej czasu na osobisty serial transferowy, a może też na lansowanie się medialne, zapewne nie miałby problemu ze zwycięstwem w plebiscycie. A tak – po nie najlepszym sportowo roku – i drugie miejsce jest zaszczytem.

Ale nie o piłce trawiastej chciałbym pisać w kontekście owych wyborów tygodnika „Piłka Nożna”. Od lat zastanawia mnie, dlaczego pośród różnych kategorii nie ma futsalu. Są obcokrajowcy, kobiety, młodzieżowcy, osobowości i wiele innych opcji. A futsalu brak. Według mnie świadczy to o znikomej wartości marketingu oraz PR osób za to odpowiedzialnych w środowisku futsalowym wszelkiej maści oraz opcji. Wstyd mości panowie. I to wstyd w momencie, kiedy polska reprezentacja futsalowa toczy całkiem przyzwoite mecze z Rosjanami. Nikła porażka oraz remis dają jak najlepsze świadectwo drodze budowy nowej kadry, obranej przez selekcjonera Błażeja Korczyńskiego. Co prawda nie postawiłbym jeszcze dzisiaj na bezproblemowy awans do finałów Mistrzostw Świata na Litwie, albo nawet na łatwe kwalifikacje do grona barażowiczów w walce o finały litewskie, lecz światełko nie tyle co zapaliło się, ale jasno świeci gdzieś tam w futsalowym reprezentacyjnym, seniorskim tunelu.

Mecze z Rosją w Opolu oraz Nysie, podczas których zarówno trener Korczyński jak i szkoleniowiec Sbornej Siergiej Skorowicz (pozdrawiam obydwu) próbowali nowych zawodników, nowych rozwiązań, szczególnie nam pokazały, iż niedługo możemy być gotowi do utarcia nosa teamom z pierwszej dziesiątki rankingowej futsalu europejskiego, a może także światowego. I za tym trzymam kciuki. Nie jestem aż takim optymistą, że będziemy seryjnie wygrywali z mocarzami z dziesiątki, niemniej zadowolą mnie nawet pojedyncze triumfy. Pokaże to bowiem, iż obrana droga jest właściwa i przynosi efekty. Tego oczekuję, podobnie jak regularnych wygranych z naszymi sąsiadami rankingowymi oraz zwycięstw z klasyfikowanymi niżej.

Względy zawodowe nie pozwoliły mi przybyć do Opola i Nysy. W tym czasie wojażowałem po Kaukazie, lecz po powrocie oglądnąłem mecze z nagrań. Pełne hale, futsalowa otoczka, piękna oprawa meczowa, transmisje live z fachowym komentarzem pokazują, że jak się przyłoży, to można futsal organizować nawet tam, gdzie aktualnie nie jest on sportem numer jeden. Jeszcze gdyby organizatorzy postarali się o profesjonalną wykładzinę futsalową, a nie kłuli mnie w oczy mnogością linii na parkietach hal, byłbym całkowicie kontent.

W Opolu kończył reprezentacyjną karierę kapitan Marcin Mikołajewicz, a rozpoczynał grę z opaską kapitańską Michał Kubik. Obydwaj to znaczące postacie polskiego futsalu drugiej dekady XXI wieku. Tak się złożyło, że obydwaj rozpoczynali reprezentacyjną przygodę, gdy miałem przyjemność zawiadywać polskim futsalem. I co ciekawe, na obydwóch stawiał i w klubie i w kadrze najlepszy – moim zdaniem – szkoleniowiec reprezentacji młodzieżowych minionych lat w futsalu, Gerard Juszczak.

O ile Michał od początku – według opinii znawców – był stworzony dla futsalu, to Marcin długo musiał udowadniać swoją przydatność. I właśnie ten charakter, ta nieustępliwość w dążeniu do celu podoba mi się u niego najbardziej. Zresztą nowy kapitan też jest niezwykle charakterny i wojowniczy. Czasami może aż za bardzo. Akurat ja cenię wojowników. Może dlatego, że w czasach, kiedy parałem się reprezentacyjnym futsalem, występowali w kadrze między innymi tacy wojownicy jak Korczyński, Kuchciak, Jasiński, Dąbrowski, Filipczak, Krawczyk, Szłapa, Hirsch. Nie pozwalali oni sobie byle komu w kij dmuchać. I oby kapitan Kubik pod nadzorem selekcjonera Korczyńskiego zaszczepił po dekadzie „miękkości” dawną charakterność, by nie napisać „pazerność”, nowej kadrze.

Marcin Mikołajewicz zatrzymał swój reprezentacyjny licznik na liczbie 105. Różne źródła podają, iż Krzysztof Kuchciak rozegrał w reprezentacji futsalowej 106, względnie 107 meczów. W PZPN istnieje elitarny klub reprezentanta, który zrzesza kadrowiczów mających godną ilość (powiedzmy 80) występów w reprezentacji seniorskiej Polski. Nie postawię nawet złamanego szeląga, by napisać, iż przyjęci do niego zostali oficjalnie zawodnicy futsalowi. Najzwyczajniej nie wiem.

Byłbym zaskoczony (i to pozytywnie), gdyby tak stało się. Pamiętam jak przed laty walczyłem w związku, a pomagał w tym mocno pan prezes Zdzisław Wolny, by wpisać Krzysztofa Kuchciaka do tego grona. Wynik nie był pozytywny. Może czas to zmienić. I tego oczekuję – o ile jeszcze to nie stało się – od pana prezesa Bednarka oraz pana przewodniczącego Kaźmierczaka.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...