Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Z zainteresowaniem wsłuchałem się oraz wczytałem w przesłanie przewodniczącego Komisji Futsalu PZPN, Adama Kaźmierczaka, mówiącego o swoim wyborze i najważniejszych zadaniach na tym stanowisku. Postaram się przekazać jego słowa może nie dosłownie, ale w miarę wiernie - "Element, że z województwa łódzkiego wywodzą się mistrzowie Polski w futsalu i beach soccerze przeważył na korzyść mojej kandydatury, która miała zapobiec pewnym rozgrywkom i konfliktom między ścierającymi się w PZPN innymi pretendentami do tego stanowiska. Teraz jednym z najważniejszych zadań będzie scalenie środowiska futsalowego i beach soccerowego. To kluczowa sprawa, bo są to dziedziny futbolu, które można dość intensywnie rozwijać. Tu jest jeszcze dużo do zrobienia. W tych dwóch odmianach piłki nożnej tkwi duży potencjał, który trzeba wykorzystać. Przy skłóconym środowisku trudno będzie jednak myśleć o rozwoju. Dlatego trzeba zrobić wszystko, by każdy ciągnął ten wózek w tym samym kierunku". Podpisuję się obiema rękoma pod tymi słowami i życzę, by panu Adamowi udało się. Niemniej, wiem z autopsji, że będzie trudno i finalnie raczej nie do realizacji. Niedawno wypatrzyłem u jednego z kronikarzy myśl  taką - "Jak twe powodzenie widzą, z zazdrości ci życie obrzydzą". Jak ulał pasuje od czasu do czasu do poletka, którym będzie zarządzać pan przewodniczący Adam. Obrzydzanie w sposób nie tylko merytoryczny, ale i z chwytami quasi politycznymi bywa tutaj na porządku dziennym. Podejrzewam, że  przewodniczący nie ma możliwości stworzenia autorskiego składu Komisji, gdyż  są jakieś przedwyborcze zobowiązania wobec tak zwanych baronów wojewódzkich. I w tym tkwi cały szkopuł. Sławetny Onufry Zagłoba mawiał w sytuacjach skomplikowanych "nic to" i raczył się miodem. Tego przewodniczącemu nie suponuję, ale i nie zazdroszczę rozwiązywania personaliów futsalowego, czy plażowego węzła gordyjskiego. Niemniej, może i dobrze, że na razie nie poznaliśmy składu komisji. Za tydzień Polska gra w Zielonej Górze z Belgią. Niech organizacja dwumeczu idzie więc jeszcze na konto starej komisji. A, dopiero kolejne imprezy na konto nowego rozdania pod symboliczną Gwiazdkę.  

Na szczęście takich dylematów nie mają futsaliści i grają co potrafią najlepszego, strzelają kapitalne gole, bramkarze wykonują przepiękne parady, całość kręci się w miarę do przodu, nie interesując się rozgrywkami przy przysłowiowym zielonym stoliku. I taki futsal akurat lubię. Bardzo lubię. Na pewno lubi go też Maciek Foltyn, który niedawno jako golkiper zaliczył swojego drugiego gola strzelonego w tym sezonie. A w sumie ma ich na swoim koncie w meczach ekstraklasy futsalu, 10. Jeżeli do tego doliczymy jedną bramkę w reprezentacji - wyjdzie 11 goli. A przypomnę, Maciek jest tylko bramkarzem. Brawo, brawo, jeszcze raz brawo dla kapitana walecznej drużyny z Pniew. Pamiętam radość Maćka, młodego, dwudziestoletniego chłopaka, zaczynającego karierę, kiedy w 2012 roku gratulowałem mu wywalczenia mistrzostwa Polski z drużyną Akademia FC Pniewy (wcześniejsza nazwa Poznań). Już rok wcześniej obserwowałem jego zmagania w reprezentacji U-21 u trenera Gerarda Juszczaka.  Rok 2012 pozwolił mu zadebiutować w seniorskiej kadrze Vlastimila Bartoska w meczu z Czarnogórą na wyjeździe (porażka 2;3). Talent Maćka systematycznie rozwijał się i teraz 24-letni zawodnik jest kapitanem pniewskiej drużyny. Oglądając go w meczach widzę, jak swoimi interwencjami czy golami napędza zespół. A bramkarz w futsalu, podobnie jak w hokeju czy piłce ręcznej, potrafi wygrać mecz. Fachowcy mówią, że dobry golkiper futsalowy to 60 procent zespołu. Ja dodam jeszcze z 10 procent do tego. Dopisuję więc Maćka do mojego kajetu z nazwiskami do wyróżnienia na ten sezon. Jest czwarty po Groszaku, Frajtagu, Zastawniku. Trochę mało, ale niedługo gra kadra z Belgią i może moja lista nabierze tempa. Dzisiaj przy ciągle doskonalonej taktyce gry w futsal bramkarskie popisy strzelecie stają się niemal chlebem powszednim. A pamiętam, jak wielką sensację wzbudził w środowisku gol Krystiana Brzenka w wygranym towarzyskim meczu z Holandią w 2006 roku w Suwałkach.    

Włócząc się po różnych futsalowych halach szczególnie przyglądam się organizacyjnej otoczce. W opisie meczu piłki trawiastej, który zdarza mi się często wypełniać, od najwyższej klasy do co najmniej III ligi jest taki punkt - "Polityka informacyjna Klubu / Organizatora imprezy (włączając stronę www, bilety, ulotki, regulaminy itp.)". Ważną częścią opisu są programy meczowe. Zasięgnąłem języka tu i ówdzie pośród bywalców futsalowych hal i stwierdziłem, że programów wydawanych przez kluby w ekstraklasie jak i w I lidze jest niewiele (sam widziałem takie w Wieliczce i w AZS UW w Warszawie), by nie powiedzieć mało. Może warto, panowie prezesi klubowi, zwrócić uwagę na ten niby drobiazg marketingowo-promocyjny. Pewnie wydatek nieduży, a pożytek spory. Podpowiadam gratisowo - uczmy się od lepszych.

Kiedy tydzień temu napisałem, że sama wiara w transmisje TV nie uzdrowi polskiego futsalu, nie spodziewałem się aż tak sporego odzewu i wsparcia mojej myśli. Dziękuję. Tym razem dorzucę inny temat - mata. Futsalowa mata, czyli mówiąc jaśniej wykładzina do gry. Na własne oczy w polskim futsalu widziałem tylko dwie należące do polskich klubów. Jedna - ta pierwsza, to była Akademii FC Poznań/Pniewy - Cezarego Pieczyńskiego, ta druga należała do Rekordu Bielsko Biała - Janusza Szymury. A gdzie reszta klubów, chciałoby się zapytać. Pewnie nie zanosi się, aby ktoś jeszcze taki trochę drogi, powiedzmy stutysięczny prezent sobie sprawił. Nie ma jej nawet PZPN. A to już wstyd, tym bardziej że na koniec swojej kadencji futsalowej w piłkarskiej centrali pozostawiłem w planowanym budżecie pomysł na jej zakup. A nawet wskazałem środki. Niestety, następcy nie uznali pewnie tego za ważne. I to był błąd. Cztery lata w tym temacie stracone. Niedługo eliminacje ME w Polsce. Bardzo jestem ciekaw, jak tym razem postąpi w zakresie nawierzchni na turniej PZPN. Czyżby znowu wypożyczał? Ale wracając do tak zwanej "maty klubowej". Wiem, że transmisje telewizyjne z meczami na tej nawierzchni mają swój urok. Nasz futsal nabiera od razu europejskiego wymiaru. Niemniej wiem też, że kluby powinny w jakiś sposób partycypować w kosztach przewożenia maty. Czy w piłce trawiastej - PZPN albo Spółka Ekstraklasowa sieją trawę na boiskach? Raczej nie. W futsalu klubowym też nie każdy mecz telewizyjny musi być grany na przesławnej macie. Dla mnie liczy się gra, gole, technika, fajerwerki. A tych i na zwykłym parkiecie może nie brakować. Nie róbmy więc na poziomie ligowym sztucznego problemu typu - mata a Polski Futsal.
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nigdy nie ukrywałem, że bliska jest mi tradycja kresowo-galicyjska. Z tamtych stron wywodzili się moi dziadowie. Dziadek, pod-lwowski Galicjanin wpajał mi od młodości powiedzenie - klucz na wszelkie okazje. Brzmi ono - ES HAT MIR SEHR GEFREUR, tłumacząc na polski - bardzo mnie to cieszy. Przyznaję, zapomniałem o nim, ale niedawno wróciło do mojego słownictwa w związku z ogromem pytań o polski futsal, jego kondycję. Wielu moich rozmówców, może nawet i czytelników, oczekuje ode mnie krytyki. A najlepiej, by była to krytyka ich przeciwników, czasami wrogów. Czyżby chcieliby moim piórem prezentować na łamach swoje poglądy. Nic z tego - moi drodzy. Huśtajcie się sami ze swoimi teoriami. Ja podeprę się cesarzem Franciszkiem Józefem i powiem to swoje "es hat mir sehr gefreur".  

Zduńska Wola kojarzy mi się z trzema rzeczami. Po pierwsze, jest miastem rodzinnym klanu aktorskiego Królikowskich. Po drugie, jest tam firma, o której moja żona mówi z szacunkiem, gdyż produkuje znakomitą damską bieliznę. Po trzecie, w tym mieście ma swoją siedzibę futsalowy mistrz Polski - Gatta Active. Mając za niedalekiego sąsiada jednego z Królikowskich i widząc codziennie u żony pończochy Gatty musiałem, chcąc nie chcąc, dopełnić trzeciego ze skojarzeń i pojechać wreszcie na mecz mistrza w jego macierzystej hali. Wstyd przyznać, ale nie odwiedziłem Zduńskiej Woli, ani w czasie szefowanie polskiemu futsalowi, ani wcześniej czy później, mimo iż bywałem często w pobliskim lotniczym Łasku. Mając w głowie powiedzenie "lepiej późno niż wcale", wybrałem się do Zduńskiej Woli na mecz z Cleareksem Chorzów. Przed wyjazdem nasłuchałem się od różnych "życzliwych" - hala mała, organizacja nie za dobra, kibice niesforni. Przyznam, że trochę byłem tym zmieszany, tym bardziej, że mecz był z kategorii telewizyjnych live. Ale co tam - pomyślałem. Kto przeżył jako delegat ds. bezpieczeństwa PZPN kilka lat temu mecz Górnika Zabrze z Widzewem Łódź, gdzie polewaczki policyjne strumieniami wody gasiły rozentuzjazmowane głowy kibiców, gdzie było strzelanie policji do pseudokibiców, walka na kostki brukowe oraz latające toi-toie, zdemolowana część Zabrza i ponad dwudziestu lżej oraz bardziej rannych, nie powinien przejmować się. Ale z drugiej strony widziałem dwa dni wcześniej rozgrywki młodzieżowe organizowane pod auspicjami PZPN, podczas których gospodarze jakoś nie za bardzo przejęli się, gdy na halę wkroczyła grupka nieco "wczorajszych" kibiców i próbowała narzucić swoje obyczaje zabawowe. Dopiero stanowcza reakcja sędziego wymusiła interwencję. Jedna nie tak to powinno wyglądać - panowie organizatorzy tego turnieju. Nie taka kolejność działania. Szczególnie, gdy grają dzieci, trzeba sprężać się o porządek. Futsal Ekstraklasa wysyła na tak zwane mecze telewizyjne swoich przedstawicieli, aby wspomagali oraz koordynowali współpracę na linii klub - TVP, a także Spółka - TVP. Przy okazji zbierają doświadczenie dla Spółki, jak w przyszłości lepiej sprzedać produkt o nazwie "mecz telewizyjny". Nie jest sztuką zorganizować imprezę, mając wszelkie atuty w ręku, ale sztuką jest wykonać zlecone zadania mając tych atutów mniej. I to organizatorom Gatty udało się w meczu z Cleareksem. Jest takie mądre polskie przysłowie - "tak krawiec kraje jak materiału staje". W Zduńskiej Woli skroili minionego poniedziałku całkiem niezłe widowisko. I to skroili dla wybrednej publiki, bo na trybunach zasiedli - i przewodniczący Komisji Futsalu PZPN, i prezes zarządu Spółki Futsal Ekstraklasy, i politycy, i samorządowcy, i biznesmani, i działacze sportowi innych dyscyplin halowych, i przedstawiciele Łódzkiego ZPN. Aby dodać swoistego smaczku imprezie, nad całością czuwał prezes Rady Nadzorczej Spółki FE, Andrzej Dąbrowski. Uwijał się jak w ukropie, dopilnowując wszystkiego. I korona mu z głowy nie spadła, gdy sam przenosił ścianki medialne, czy wywieszał banery reklamowe. I nie miał do nikogo o to pretensji. Panie Andrzeju, chapeu bas.

Cleverson Lilton Pelc Fernandes, dla mnie Cleverson Pelc, a jeszcze krócej Clevi. Z byłym zawodnikiem futsalu włoskiego, o ile pamiętam, Kaos Futsal Bologna, zetknąłem się po raz pierwszy późnym latem 2009 roku. Tego polskiego Brazylijczyka polecił do naszej reprezentacji Adam Kaczyński, zapomniana już dzisiaj pewnie przez wielu postać polskiego futsalu, związana z Jango Katowice. W pewnym okresie była to nawet bardzo znacząca postać polskiego świata futsalowego. On wypatrzył Cleversona i sprowadził z Włoch do Polski. Trener Gerard Juszczak, który otrzymał zadanie przygotowania zespołu na Turniej Wyszehradzki, odbywający się w formule czterech państw po raz pierwszy właśnie  w 2009 roku, poszukiwał zawodnika ofensywnego, niekonwencjonalnego, z bardzo dobrą lewą nogą, potrafiącego zdobyć przewagę w grze jeden na jeden. Wybór padał na Cleviego. Wybór - jak okazało się - trafny. Cleverson szybko zasymilował się z kadrą, kolegami i był jedną z najjaśniejszych jej postaci. Szybko z Katowic przeszedł do mistrzowskiej Akademii Futsal Club Poznań. Clevi na tym etapie kariery był niemiłosiernie faulowany przez przeciwników, którzy nie mogli sobie poradzić z jego niesamowitą techniką. Później zniknął mi z pola widzenia aż odnalazł go i ponownie ściągnął do Polski jego były poznański trener, Klaudiusz Hirsch. Tym razem do Torunia. Wylewnie przywitaliśmy się na początku tego roku w Warszawie. Życzyłem mu powrotu do kadry i dlatego niezmiernie cieszę się, że trener Andrzej Bianga docenił jego grę i powołał do reprezentacji na najbliższe mecze z Belgią. Niewielu jest futsalistów w Polsce, których oceniam jako sportowców wysokiego poziomu. Cleverson niewątpliwie do nich należy. I to nie tylko ze względów sportowych. Będę zawsze trzymał kciuki za tego wielkiego serca do gry, filigranowego futsalistę. Przy okazji wspomnę, jak kiedyś Clevi mówił do mnie - "Prezes, w Brazylii jest wielu brazylijskich Polaków z paszportami. Szczególnie w Kurytybie. Gdyby tam pojechać, zobaczyć, ściągnąć ich bylibyśmy silni". No tak, ale u nas "farbowane lisy", drogi Cleversonie, nie są w modzie. Przynajmniej póki będzie coś znaczyć zdanie quasi eksperta Jana Tomaszewskiego.

Po powołaniu nowego przewodniczącego komisji futsalu PZPN środowisko futsalowe gotuje się jak w dobrym tyglu. Nawet nie wiedziałem, że prezes Kaźmierczak ma tak wielu znajomych w środowisku futsalowym. A może i on sam o tym nie wie. Jestem nawet pewny, że nie wie. Plotki, nie plotki, ale słychać w środowisku, jak wiele osób powołuje się na znajomość i możliwość oddziaływania załatwienia czegoś. Jak rozdają te osoby komisyjne awanse personalne. Jakie to takie śmieszne, małostkowe. Zresztą zawsze tak było. Ilu ja miałem kiedyś podpowiadaczy, uzdrowicieli wszystkowiedzących, a później do roboty było dwóch, może w porywach trzech. Znając przewodniczącego co najmniej od dekady wiem, że wysłucha, ale decyzje podejmie sam. Kadra, jej wyniki - to będzie największy problem nowego przewodniczącego. Bez wyniku sportowego tego "konia pociągowego" polskiego futsalu nic nie osiągniemy. Za kadrę seniorską nie wykona promocyjnej roboty Futsal Ekstraklasa, futsal kobiecy, młodzieżowcy, panowie Duraj, Morkis, Karczyński, Szymura i wielu innych, czy telewizje wszelkich maści. I tak mógłbym wymieniać jeszcze długo. Nie wiem dlaczego od lat środowisko niezmiennie uważa telewizję oraz transmisje internetowe meczów za panaceum na większość bolączek polskiego futsalu. Nie może być nic bardziej mylnego. Ex-prezydent Stanów Zjednoczonych, Clinton mówił kiedyś w kampanii wyborczej - "liczy się gospodarka, głupcze". Ja powiem trawestując nieco to  powiedzenie - "poziom sportowy panowie, poziom sportowy". I to poziom sportowy kadry. Udział seniorów w jakichś finałach UEFA, czy FIFA. I wierzcie mi, do tego nie jest najpotrzebniejsza telewizja, lecz sensowna praca szkoleniowa, praca organiczna w klubach. I pokora, pokora w działaniu. Tak było niegdyś w piłce siatkowej, piłce ręcznej. Ile to lat te dyscypliny nie wychodziły z opłotków, mimo iż telewizje nie tylko od czasu do czasu transmitowały ligę. Dopiero sukces siatkówki reprezentacji kobiet Andrzeja Niemczyka, sukces piłki ręcznej reprezentacji mężczyzn Bogdana Wenty przyniósł zmianę. Wtedy weszły w dyscypliny na poważnie, nie symbolicznie, telewizja i pieniądze sponsorskie dla klubów. Taka, niestety niekorzystna dla futsalu, jest kolejność. Kto w to nie wierzy jest kiep i zaklinacz rzeczywistości oraz prawdy.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...