Z notatnika dziejopisa

Siemianowicki kompleks sportowy „Michał” był w minioną niedzielę miejscem inauguracji sezonu futsalowego 2017/2018 w Polsce. Niezbyt równy pojedynek stoczyły w jego hali w ramach futsalowego Superpucharu Polski bielski Rekord oraz chorzowski Clearex. Wyraźnie było widać, że dla Rekordu sportowy sezon w sensie poważnych gier punktowych trwa już od miesiąca, a Clearex dopiero za tydzień rozpocznie punktowe pojedynki.

Nie upoważnia to jednak wcale, choćby czterech chorzowskich reprezentantów Polski, do miałkiej gry. Ale dając czas Cleareksowi na wykazanie się w sezonie ekstraklasy warto z okazji Superpucharu zachwycić się postawą futsalistów Rekordu. Felieton nie jest miejscem do opisywania przebiegu meczu, ale zawsze wolno felietoniście pocmokać nad urodą goli, czy niektórych akcji w wykonaniu bielszczan. Tylko tak trzymać, albo co nieco jeszcze poprawić i powinno być więcej niż dobrze. Przynajmniej w polskiej ekstraklasie. A może nawet stać się Rekord eksportową futsalową drużyną. Teamem, na który czekamy od lat. I tego życzę przed sezonem.
Osadzenie superpucharowego meczu w Siemianowicach, w sytuacji, gdy rywalizują dwa kluby ze Śląskiego ZPN, było jak najlepszym pomysłem. Siemianowice wniosły swoją cegiełkę do historii polskiego futsalu i należy sobie życzyć, aby futsal tam odrodził się na poważnym szczeblu ligowym. Zajęte miejsca na widowni świadczyły, że jest zapotrzebowanie na „małą piłeczkę”.

Superpuchar odbywał się pod nadzorem Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. Było związkowe obrandowanie, piłki od sponsora technicznego I ligi futsalu, confetti, fajerwerki, tańczące dziewczęta oraz wypożyczona, profesjonalna nawierzchnia do gry (aż dziw bierze, że PZPN nie dorobił się do tej pory własnej – a tak wiele słyszy się z najważniejszych ust związkowych o wspieraniu dyscypliny). Były medale puchary, oficjele w garniturach, czyli wszystko niemal, co przy takich  okazjonalnych wydarzeniach być powinno. I nie byłoby żadnego ale, gdyby nie jedno zapytanie od moich czytelników – dlaczego nie było powtórek w przekazie wizyjnym transmisji live siemianowickiej imprezy. Jeżeli już jestem przy jakichś sugestiach, to zasugeruję opcji futsalowej w KFiPP, by trochę poduczyć się od opcji plażowej w Komisji i brać przykład z relacji rozgrywek beach soccerowych minionego lata. Tam była maestria - nie tylko zresztą telewizyjna – a tutaj raczej normalność, ciut tylko doprawiona.

Niedawno byłem w Norwegii, całkiem planowo na wypoczynku oraz w Szwajcarii, już nieplanowo, na zaproszenie. Sportowe zaproszenie. Jak to w Szwajcarii, na jej prowincji jest spokojnie, sielsko, czysto. I co mnie uderzyło? A to, że tam wyraźniej zobaczyłem, jak coraz bardziej człowiek wyręcza się techniką. I to w pracy, i to w domu, i to niemal przy każdej czynności. Przypomniałem sobie wtedy o tych piłkarskich „VAR-ach”, które mają pomagać sędziom na meczach piłki nożnej.

Wspólnie ze szwajcarskim znajomym – też sympatykiem sportów różnych, doszliśmy do wniosku, że z czasem i na to jako kibice będziemy narzekać, gdyż nie uwierzymy przekazowi. Taka, niestety, jest natura człowieka. Musi ponarzekać. I to nie zmieni się, bo po co byliby wtedy felietoniści. Samozadowolenie kierujących sięgnęłoby zenitu. A tak zawsze można ostrzec przed upadkiem. Upaść to zawsze można, a nieraz nawet trzeba, lecz chodzi o to, by jak najmniej bolało.
Powyższy passus wtrąciłem w aspekcie rewanżowego meczu barażowego o słoweńskie futsalowe Euro 2018. Tak jak wcześniej pisałem, szanse awansowe podzieliłem po połowie. Węgrzy swoją połówkę odrobili bez specjalnie rewelacyjnej nadwyżki. Teraz kolej na nas i tutaj oczekuję pokaźniejszej nadwyżki. Patrząc na formę Kałuży - bramkarza naszej reprezentacji - choćby w meczu o Superpuchar, jestem coraz lepszej myśli o wyniku koszalińskiej potyczki.

Nie wiem, czy fartownie będzie o tym pisać dzisiaj, ale zaryzykuję. Cóż byłby ze mnie felietonista, gdybym nie miał własnego zdania. Dlatego napiszę do naszych selekcjonerów. Osobiście zrobiłbym drobny retusz w naszej kadrze po meczu w Miskolcu. A już kogo i za kogo nie podpowiem, bo mi za to w związku nie płacą. Jednak mimo wszystko, nie bacząc, iż kadra pozostała niezmienna, życzę zwycięskiej wygranej. I to jest moje największe marzenie futsalowe. Widzieć Polskę w finałach ważnej imprezy mistrzowskiej. A, że marzenia, podobnie jak błądzenia są rzeczą ludzką, przekonuje mnie w jednym z wywiadów prezes Szymura, myślący o wybudowaniu hali sportowej, by mistrzowski Rekord mógł występować na obiekcie jaki mistrzowi przystoi. Życzę więc prezesowi Januszowi, aby owe marzenie spełniło się. Podobnie jak sobie życzę spełnienia mojego w miarę przewidywalnym czasie.

Wyczytałem niedawno, iż Główny Urząd Statystyczny zaprezentował raport na temat kultury fizycznej w Polsce w 2016 roku, w którym podaje, że futbol halowy w 520 sekcjach w całym kraju uprawiało ponad 14 tysięcy zawodników. Z tego ponad 9 tysięcy to juniorzy i młodsi zawodnicy. Zastanawia mnie, dlaczego GUS nie wyodrębnił futsalu, tylko zadowolił się ogólnym pojęciem futbol halowy. Jest to zamazanie obrazu, gdyż pod takim szyldem można umieścić różne bramki, różne przepisy, różne wielkości boisk, etcetera etcetera. Nic te statystyczne opisy nie dają sympatykowi futsalu. A nawet gorzej, klasyfikują jego ukochaną dyscyplinę w gronie nijakich, nieznanych. Ze statystyką jest bowiem jak z mediami społecznościowymi: kogo w nich nie ma, ten nie istnieje. Więc i futsalu jakby nie było. Jawi się tym samym zadanie dla PZPN. Wywalczyć, by futsal był przez GUS postrzegany. Niestety, nie widzi mi się to – przynajmniej na razie - wykonalne. Nawet przy największych staraniach prezesa Bednarka, przewodniczącego Kazimierczaka i ich pretorian, sprawa jest wątpliwa do zmiany. Pozostaje więc robić swoje – jak to mówi piosenka - i nie zaglądać w statystyki tylko do hal.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Przechodząc ulicą Bitwy Warszawskiej w Warszawie, gdzieś początkiem września, zauważyłem wychodzących z budynku Żywca, siedziby PZPN, działaczy klubów I ligi futsalu, którzy zmagali się ze sporymi bagażami. Okazało się, że taszczyli pokłosie umowy związku z firmą International Sport Brand Company – właścicielem marki Masita, czyli piłki meczowe. Tak oto zmaterializowała się umowa sponsorska na Partnera Technicznego I Ligi Futsalu. Przy okazji ogłoszono, że planowana jest produkcja magazynu I Ligi Futsalu. Jak widać niektóre pozytywne rozwiązania ze Spółki Futsal Ekstraklasa  przejmowane są do realizacji w wydaniu związkowym.

Podsumuję to krótkim – lepiej późno niż wcale, przypominając, że o podobne rozwiązania pierwszoligowcy starali się w PZPN już w 2012 roku. Jest to niewątpliwie krok do przodu i tylko przy okazji (broń Boże nie czepiając się) zapytam – dlaczego związek nie zafundował sponsorsko piłek wytwarzanych przez Nike – głównego dostawcy sprzętu dla PZPN.
Wakacje, wyjazdy, turnieje – są niewątpliwie okazją do spotkania ludzi, z którymi nie miało się styczności przez lata. Jakże miłe są takie spotkania i okazje do rozmów. Dłuuuugich rozmów. Miło jest dowiedzieć się, że felietony są czytane in corpore przez przygranicznych sąsiadów Polski, a także – co stanowiło dla mnie olbrzymie zaskoczenie – przez Hiszpanów, czy Azerów albo Belgów. Ale to moja osobista satysfakcja, która w tym miejscu nie jest najważniejsza. Niestety, na o wiele ważniejsze pytania nie umiałem interlokutorom odpowiedzieć. A jedno z nich brzmiało – dlaczego polski futsal jest poza granicami personalnie anonimowy.

No cóż, nie odpowiadam za politykę związkową w zakresie futsalu rodzimego - i z tego jestem niezwykle zadowolony - ale rzeczywiście wytworzyła się jakaś niepotrzebna luka w zagranicznych kontaktach osobistych. Rozumiem, bariera językowa, ale przecież znajdą się w Komisji osoby, potrafiące coś oznajmić w innym języku niż polski. W tej chwili obcokrajowiec futsalowy jednym tchem wymieni cztery – pięć nazwisk polskich osób z tak zwanego „wysokiego”, oficjalnego kręgu futsalowego. Należą do nich panowie – Aftański, Hirsch, Stawicki, Sowiński, Duraj. To mało. O wiele za mało. Na szczęście o wiele lepiej znają polskie teamy, jak Clearex, Rekord, no i oczywiście reprezentacyjny zespół trenerów Biangi oraz Korczyńskiego.

Istnieje wielce profesjonalne wydawnictwo hiszpańskie pod tytułem Futbol Tactico Sala. Obstawiam, że w mało znane u nas nawet w gronie najwybredniejszych znawców rodzimego futsalu. A warto z nim zapoznać się. Otóż w 110. edycji znalazł się tam reportaż o klubie Orzeł Jelcz-Laskowice. A kilka lat wcześniej o Akademii FC Pniewy i trenerze Hirschu. Co jak co, ale znalezienie się w tak prestiżowym periodyku jest dużym wyróżnieniem.

Życzyłbym sobie, aby w naszych wydawnictwach piłkarskich nie zapominano o fakcie, że obok piłki nożnej trawiastej działa futsal. Ten apel kieruję też ku uwadze wydawnictw związkowych. Póki co, zaproponuję fanom polskiego futsalu bardzo sensowną pozycję Wydawnictwa Uczelnianego Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku pod tytułem „Futsal – piłka nożna halowa”. Autorzy – Tomasz Aftański oraz profesor Andrzej Szwarc prezentują w tej książce kompendium wiedzy niezbędnej dla przyszłych nauczycieli oraz trenerów, którzy pragną skupić się w swojej pracy na futsalu. Warto zdobyć i przeczytać.
Felieton ukaże się przed pierwszym meczem barażowym o finały Futsal Eueo Słowenia 2018. Nigdy nie starałem się być wróżem i nie odważę się przesądzać o wyniku rywalizacji. Oceniam szanse nasze oraz Węgrów w dwumeczu na 50 do 50, z patriotycznym wskazaniem na rodzimy team narodowy. Nie będę też wnikał, czy była, będzie, jest transmisja live (felieton był pisany przed informacją, że mecze barażowe pokaże Polsat Sport - przyp. red.). Podobnie odnoszę się w sprawach telewizyjnych do rewanżu w Koszalinie.

Najzwyczajniej stało się już dla mnie, jako kibica, nudne to zabawianie się w ciuciubabkę i zgadywanie – pokażą, czy nie pokażą. To piszę gwoli wyrażenia opinii dla PZPN. Natomiast w związku z rozpoczynającym się sezonem ligowym apeluję do Sfera TV, która, z tego co słyszałem, będzie realizowała przekaz telewizyjny z ekstraklasy oraz I ligi, o dobór fachowy komentatorów, ze szczególnym wskazaniem na ekspertów. Mam nadzieję, że pan Arek Grzywaczewski, szef Sfery, będąc długoletnim działaczem futsalowym, sensownie moje słowa odczyta i jako monopolista rynkowy zaoszczędzi widzom stresów słowno-merytorycznych. I to nie tylko w bezpośrednich relacjach, ale także w wydawanych magazynach.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Winston Churchill mówił, że gdy coś planuje się, to należy być przygotowanym, aby wytłumaczyć się później, dlaczego niektórych planów nie udało się zrealizować. Przypomniałem sobie o tej zasadzie, kiedy nieoczekiwanie tradycyjny recenzent - pan Józef, po niedawnym felietonie zagadnął mnie, czy jestem zadowolony z działalności w futsalu. Byłbym głupcem – odpowiedziałem mu – gdybym tak twierdził. A jeżeli ktoś z byłych, czy obecnych działaczy, szkoleniowców, sponsorów, czy też zawodników twierdzi, że jest w pełni zadowolony z tego co dla futsalu uczynił, znaczyć to może tylko, iż futsal mu znudził się. Futsal polski potrzebuje bowiem permanentnej wartości dodanej. I o to każdy jego sympatyk powinien codziennie walczyć na swój sposób.
Fenomen disco polo, przeżywającego drugą młodość w obecnych czasach, poniekąd jest trywializowany przez pseudointelektualistów. Ich ocena sprowadza się do płytkości oraz ludyczności gatunku. No to skąd – zapytam – popularność muzyki, której rzekomo, oficjalnie wypowiadając się, mało ludzi słucha, ale nucą teksty, melodie discopolowe, niemal wszyscy.

Czasami z tym disco polo jest jak z naszym rodzimym futsalem. Wszyscy kopią tę małą piłeczkę, a gdy przyjdzie do wspomożenia, to większość leci do tej trawiastej, zapominając o swoich wieczornych halowych igrcach. Gdy przychodzi do dofinansowania, to można liczyć przeważnie tylko na resztki z pańskiego stołu trawiastej kopanej. Nie znam budżetu związku piłkarskiego, a i budżetu futsalu też nie znam, lecz podejrzewam, a może nawet wiem, iż na futsal przeznaczane jest za mało kasy. I do walki o tę kasę wzywam. O wspólne działania Komisji, Spółki, działaczy, klubów, związków wojewódzkich. Szczególnie widzę potrzebę wspomożenia futsalu dzieci, młodzieży w województwach , a także ulżenie klubom w opłatach sędziowskich oraz ich mentorów obserwatorów.

Jak pisałem w pierwszym albo drugim felietonie, swoją przygodę z futsalem rozpoczynałem w roku 1991 od zaznajomienia się z futsalem gliwickim. Nieustannie nadal śledzę jego losy, w tym gliwicką pracę z dziećmi oraz młodzieżą. I to akurat nie w Piaście. Niedługo, początkiem września w gliwickiej hali sportowej „Łabędź” zostanie rozegrana szósta edycja  turnieju  „Za 1 Uśmiech”. Jest to turniej  charytatywny, a dochód z imprezy przeznaczony jest na rzecz dzieci z gliwickiego Domu Dziecka. Z zebranych środków finansowane były wyjazdy na letnie i zimowe  wakacje dla dzieciaków. W pierwszych pięciu edycjach  zebrano  około 200 000 złotych. Wystąpiło ponad 1150 zawodników.  Było radośnie, wesoło, amatorsko. Od lat podziwiam niestrudzonych organizatorów z panem Wojewódzkim na czele. Wiem, że utrzymujący z nimi kontakty pan Duraj, wiceprzewodniczący Komisji Futsalu PZPN, zaprasza do Chojnic na wakacje na własny koszt dzieciaki z gliwickiego Domu Dziecka. I cieszę się, że Turniej „Za 1 Uśmiech”  oficjalnie wspiera Spółka Futsal Ekstraklasa. Tak trzymać. Chodzi przecież o to, by nie żyć tylko współzawodnictwem, ale zrobić coś dla innych. Najlepiej dla dzieci.

Polska piłka trawiasta męska w połowie sierpnia widniała na piątym miejscu światowego rankingu. Całkiem dobrze, a nawet wspaniale. Polski futsal lokował się w tym samym czasie na 28. pozycji rankingowej FIFA, co dawało 15. pozycję w Europie. Wygląda to nawet nieźle. Rankingi dają okazje do lepszych rozstawień przy losowaniach ważnych imprez. Ale najważniejsze są jednak finały oraz medale i mistrzowskie tytuły. Te pamięta się latami. O rankingach zapomina się niedługo po nowych rozdaniach. Z rankingami jest jak ze statystyką. Niczego lepszego nie wymyślono do pocieszania się. Więc póki co radujmy się. A sprawdzam będzie nam dane – mam nadzieję – dla trawiastej piłki za rok w Rosji oraz dla futsalu za kilka miesięcy w Słowenii. Chyba, że futsalowi Węgrzy okażą się we wrześniu niedobrymi bratankami.
Pisząc o barażu z Węgrami pozwolę sobie wyrazić pewien niepokój. Nawet nie tak mój, jak wielu moich rozmówców, większych ode mnie znawców przygotowań formy drużyny narodowej. Większość z nich ubolewa, że nasza futsalowa liga nie rozpoczyna swoich bojów wcześniej, aby zawodnicy mogli ograć się początkiem sezonu w meczach o stawkę. Podają nawet przykłady, że niektórzy z barażowiczów przyspieszyli rozgrywki. No cóż, nie mnie to osądzać. Wyniki albo obronią, albo nie obronią trenerów kadry Rozumiem, że konsultowano z nimi terminy rozgrywek i wybrano całkiem świadomie opcje przygotowań poprzez zgrupowania, więc czekajmy na wyniki. I trzymajmy zaciśnięte kciuki (palce), by powiodło się.

Finiszują nam wakacje. Tak składa się, że druga połowa sierpnia rozpoczyna meczami preeliminacji futsalowej ligi mistrzów nowy sezon futsalowy. Czas nabrać sił przed nim. Pozwolę więc sobie zrobić dwutygodniową felietonową przerwę i udać się fiordów Norwegii, by po raz kolejny zgłębiać tajemnice tamtejszych cudów natury. Północna Europa od Islandii po Finlandię, których to terenów jestem pasjonatem, pokazuje, że nic nie jest dane za darmo. Tam, inaczej niż na rozleniwionym południu, wszystko niemal trzeba wyszarpać. Szarpać prawie tak jak w naszym futsalu, by być na powierzchni i nie dać dyscyplinie zniknąć. Dlatego dla hartowania się warto tam często bywać.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Przychodzą czasy, kiedy przywilejem jest zostać tak zwanym „piszącym wolnym strzelcem”. Wówczas zawiera się porozumienia o terminach, czy tematach z redaktorem naczelnym na zasadzie  dobrowolnego akceptowalnego przez układające się strony zobowiązania. I to nazywa się swobodą samodzielnego myślenia, o które tak trudno w obecnych czasach. Nawet w dzisiejszej piłce brakuje go nader często. I też w futsalu. Gołym okiem widoczne są bowiem niejednokrotnie w mediach interpretacje przedstawiane zgodnie z jedynie słuszną linią związkową. Bez najmniejszej refleksji. A co najciekawsze, owa oficjalność częściej wypływa z twittowania „ważnych osób” niż rutynowych wypowiedzi, choćby rzecznika związkowego.

Ale póki są sukcesy niech się to tak kręci. A później, jak to śpiewano w piłkarskim przeboju - „tego nie wie nikt”. Już tak wiele - jako działacz sportowy - widziałem różnych wolt osób, wydawałoby się stałych w poglądach, że nic w polskiej piłce nie jest w stanie mnie zadziwić. Weźmy chociażby sytuacje wyborcze, gdy najbliższy współpracownik staje przeciwko koledze – szefowi. I to w momencie, kiedy do końca płyną zapewnienia o lojalności. Niech moje felietonowe słowa zakonotuje sobie każdy działacz klubowy futsalu. Niech każdy z nich ma oczy oraz uszy z każdej strony głowy i nie daje nabierać się na piękne słówka. Choćby płynęły z najelegantszych ust związkowych.
W jednym z podkarpackich mediów wyczytałem, że drużyna Heiro Rzeszów, występująca w I lidze, przez całe rozgrywki nowego sezonu pokona blisko 6500 kilometrów. To sporo, a wiąże się z dużymi wydatkami finansowymi, z dalekimi podróżami. Najdalszy wyjazd czeka rzeszowian na mecz z Orłem Jelcz-Laskowice, kiedy trzeba będzie pokonać 416 km w jedną stronę. Najbliżej będzie miał rzeszowski team do Nowin na starcie z Ekom Futsal - 173 kilometry. Jeszcze więcej kilometrów przemierzy Helios Białystok. Najbliższy wyjazd  ma do Warszawy – około 450 kilometrów w obie strony. Ale już do Zielonej Góry wychodzi 1300 kilometrów, a do Obornik czy Leszna po 1100 kilometrów. W sumie w sezonie Helios pokona ponad jedną czwartą długości równika, czyli circa 11 tysięcy kilometrów. Zarówno dla Heiro jak i Heliosa, a także innych „kresowych” zespołów owe „wycieczki” podrażają koszty utrzymania klubowego. Podejrzewam, że prezesi tych klubów na wyjazdy muszą poświęcić około 30-40 procent klubowego budżetu. Jak widać futsal małą ma tylko piłkę, natomiast koszty wcale niemałe.

Całkiem inaczej to wygląda, gdy jest się umiejscowionym gdzieś w środku Polski, względnie na Śląsku, gdzie jest sporo drużyn. Kiedyś obecny prezes Spółki FE powiedział, że na Śląsku mogliby sobie nawet utworzyć „ligę tramwajową”, ponieważ na większość meczów można dojechać środkami komunikacji miejskiej. I coś w tym jest.  Dlatego darzę większym szacunkiem tych różnych „kresowców”, czyli zespoły z krańców Polski, które zawsze będą miały w sprawach wyjazdowych pod górkę. Nie widzę, tak ad hoc, sprawiedliwego rozwiązania. Pewnie można próbować apelować o zwiększenie liczby grup ekstraklasowego zaplecza, czy zmianę geograficzną podziału na grupy, ale nie sądzę, by dało to rozwiązanie zadowalające ogół. Tym bardziej poprawiające poziom sportowy tej ligi.

Nie doczytałem się na futsalowych portalach klubowych, aby ktoś podziękował Komisji Licencyjnej PZPN za wyrozumiałe podejście do procesu licencyjnego dla klubów ekstraklasy oraz I ligi polskiego futsalu. Osobiście nie mam złudzeń, że było wyrozumiale - szczególnie w aspekcie I ligi - i dzięki temu liczba drużyn w obydwu grupach zostanie zachowana. Dziękuję więc ja związkowej władzy za życzliwość wobec naszego futsalu.

Tyle teoria, bo gdyby doszło do praktyki i panowie z Komisji Licencyjnej wybraliby się wyrywkowo na mecze I ligi futsalu zobaczyliby w wielu przypadkach, że ich mniemanie o solidności organizacyjnej ma się po wielokroć nijak do wymogów organizacji meczowej. Czasami nawet dziwię się, jak sędziowie mogą dopuścić do zawodów, gdy na halach brakuje podstawowych zabezpieczeń. Na szczęście w nowym sezonie zaistniałe niedoróbki będzie już można zobaczyć i to nagrane przez kluby w ramach programu PZPN – magazynu I ligi futsalu. Tym oto sposobem klub może złożyć całkiem legalne doniesienie – i to za własne pieniądze – na samego siebie. Tak trzymać, panowie organizatorzy rozgrywek.
Jak pewnie wszyscy interesujący się futsalem wiedzą, pan Andrzej Dąbrowski ze Zduńskiej Woli postanowił odpocząć sobie od sportowej działalności. I nieoczekiwanie wywołał tym ambaras personalny w składzie Komisji Futsalu i Piłki Plażowej. Otóż Spółka FE rekomenduje zgodnie z umową z PZPN dwie osoby do Komisji związkowej. Aktualnie jeszcze z tego poręczenia członkami Komisji są panowie Dąbrowski oraz Czeczko. Po wycofaniu się pana Andrzeja, rozpoczęły się podchody o miejsce po nim. Spółka ma swoich kandydatów, ale też związek widzi osoby przydatne do działania z grona spółkowych działaczy. Nie zawsze preferencje stron są zgodne. Jak to mówi się w dyplomacji – rozmowy trwają. Dla mnie jest to dziwno-śmieszne, bo prawo wskazania kandydata ma Spółka i tylko Spółka.

Zresztą problem jest nieco szerszy, gdyż i w Spółce trwają „przepychanki” o to miejsce. Dla uniknięcia zwady na przyszłość proponuję, aby każdorazowo jednym z kandydatów Spółki był prezes Rady Nadzorczej. Drodzy panowie, drogie panie. Kiedyś, jak obowiązywał inny regulamin, Komisja czy Wydział Futsalu miały przewodnią oraz decyzyjną rolę dla polskiego futsalu. Obecnie zgodnie z zapisami PZPN jest to tylko ciało opiniujące, doradcze. Więc o co ten spór. O obiady raz na kwartał. Przecież i tak prezydium Komisji decyduje niemal o wszystkim, na co ścisłe kierownictwo PZPN Komisji pozwoli. Czy więc warto kruszyć kopie o cztery wyjazdy w roku do Warszawy?

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kanikuła, relaksowo zwana wakacyjnym sezonem ogórkowym, jak najbardziej sprzyja grom oraz zabawom na piasku. Telewizje uraczyły nas w lipcu sporą dawką piaskowych emocji w wydaniu sportowym. Na początek zaserwowano światowe Grand Prix w siatkówce plażowej z Olsztyna, następnie piłkę ręczną plażową podczas World Games we Wrocławiu, by podsumować mistrzostwami Polski w piłce nożnej plażowej w Kołobrzegu.

Wszystkie imprezy, oprócz piasku i piłki, spinały niezwykle atrakcyjne oprawy widowiska. Nawet, gdyby ktoś nie lubił tych wygibasów na piasku z piłką na chwilę przystanie, zainteresuje się, spojrzy i – być może  - wciągnie się do tych sportów. I to już jest zysk dla dyscypliny, organizatora, kibica. Polecam związkowi piłkarskiemu, który patronował wydarzeniom kołobrzeskim równie udanych organizacji imprez futsalowych realizowanych przez PZPN. Tym bardziej, że odbywa się to pod nadzorem jednej pezetpeenowskiej komisji. Poniekąd dlatego ustanowiono kiedyś w Wydziale Futsalu Final Four Pucharu Polski, aby bawić się tak jak w Kołobrzegu. I dobrze, że po niezrozumiałym rocznym okresie banicji tej formuły, Final Four HPP wraca się do dobrych rozwiązań.
Komisja Futsalu i Piłki Plażowej podjęła w lipcu ważną decyzję o rekomendacji firmy International Sport Brand Company – właściciela marki Masita – jako Partnera Technicznego I ligi futsalu. Na mocy umowy kluby otrzymają między innymi piłki meczowe. Tyle wyczytałem krótkiego komunikatu centrali piłkarskiej. Nie mogę jednak oprzeć się krótkiemu komentarzowi felietonisty. W latach 2010-2012 leżał na biurkach ówczesnego kierownictwa PZPN podobny projekt i nie doczekał się realizacji. W ten sposób zostało stracone co najmniej siedem lat. Dobrze, że w obecnej Komisji znajdują się też ludzie patrzący nie tylko na profity z bycia w tym gremium. Ludzie z doświadczeniem biznesowym. Ludzie wiedzący, co to jest marketing, promocja. A i w centrali związkowej promarketingowe działania są przez prezesa Bońka, czy sekretarza generalnego Sawickiego stawiane na poczesnym miejscu. Jest inaczej niż bywało przed laty.

Ze swojej strony wymienię spośród członków Komisji pana Kulczyckiego, z którym kiedyś współpracowałem przy organizacji turnieju mistrzostw Europy w Polsce i wiem, iż jest otwarty na marketing futsalowy. Tak trzymać. Tym bardziej, że kolejny zablokowany pomysł z lat 2009-2011 też obecnie ma szansę na realizację. A mam na myśli inicjatywę zmierzającą do produkcji magazynu I ligi futsalu, zawierającego skróty meczów po każdej kolejce. Jakby nie patrzeć na określenie „dobra zmiana”, to na pewnych polach futsalowych sprawdza się ono w związku piłkarskim. Mimo, iż wpływowe są jeszcze osoby, które rok, dwa temu pewne rozwiązania blokowały.

Felieton piszę w dniu dla warszawian szczególnym historycznie, bo 1 sierpnia. Dlatego pozwolę sobie wtrącić jeszcze jeden wątek historyczny. Historyczny dla naszego futsalu. Kiedy w PZPN przed prawie dziewięcioma laty opracowywane były zasady współpracy ze Spółką FE w zakresie rozgrywek ekstraklasy, nie było zainteresowania do wejścia przez PZPN jako jednego z udziałowców Spółki. Owe zasady miałem przyjemność opracowywać wspólnie z dyrektorem Departamentu Prawnego PZPN profesorem Wachem i wiem, że prezesostwo związkowe ostrożnie podchodziło do przedsięwzięcia, chcąc najpierw przyjrzeć się jak to „novum” będzie funkcjonować w praktyce. Namawiałem później moich następców do wejścia związku do grona wspólników Spółki FE, ale bez rezultatu. Z tego co odczuwało się w rozmowach, w gronie ówczesnej Komisji FiPP kierowanej przez pana Grenia raczej przeważał pogląd, by rozgrywki ekstraklasy przejąć ponownie do władania związkowego. Niedługo minie dekada od początków tego udanego, futsalowego eksperymentu.
Wydaje mi się, że nadszedł czas, aby połączyć siły i tak jak to dzieje się w Spółce piłki trawiastej dogadać wejście PZPN jako kolejnego wspólnika. Nie powinno to nikomu zaszkodzić, ani nikomu ubliżyć. Raczej wpłynie na wzmocnienie krajowego futsalu. Liczę, że członkowie Komisji FiPP, w tym także ci działający w jej poprzedniej kadencji i negujący wówczas takie rozwiązanie, przemyślą tę opcję. Liczę, że władze związku przejrzały na oczy i wspomogą nie tylko słownie, ale czynem futsal. Dla nadania kierunku działania podeprę się przekazem jednego z polskich romantycznych wieszczów – „Kto się waha, ten urodził się do słów, nie do czynów”.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Klaudiusz Hirsch w wywiadzie dla portalu futsal-polska mówi, że lubi pograć w tenisa, siatkówkę, ogląda koszykówkę. Z tego co wiem pan Kupczyk, kiedyś właściciel, prezes ekstraklasowej drużyny futsalowej Kupczyk Kraków, jest wielkim fanem tenisa i objeżdża topowe turnieje. Ktoś tam biega w maratonach. Inny prezes futsalowego klubu nie opuści meczu żużlowego. I tak mógłbym pewnie wymieniać jeszcze sporo pasji prezesów działających w polskim futsalu. I dobrze, że nie ma sportowej monokultury, gdyż z każdego sportu można coś do tej najbardziej ulubionej dyscypliny zaimportować. Przykładowo, prezes Boniek oddaje się z lubością poza-piłkarskim igrcom, okazując względy golfowi. Piszę o tym nie dla namawiania do naśladowania prezesa, ale w celu nieustającego zachęcania do aktywności oraz różnorodności sportowej w wielu postaciach.
Cały ten wstęp ułożyłem sobie w głowie wracając z Paryża z zakończenia 104. edycji Tour de France. Nie jestem aż takim fanem kolarstwa, aby bywać na kolarskich tourach, ale dla francuskiego wyścigu rezerwuję sobie od ponad 30 lat miesiąc lipiec. Z zasady przed telewizorem, ale bywają rodzynki, że jestem we Francji. Tak stało się i w tym roku, kiedy jeden ze znajomych, przedstawiciel znanej marki handlowej, działającej też w Polsce, będącej sponsorem wyścigu, zaproponował mi wyjazd na finał do Paryża. Warto było poświęcić dwie noce oraz dwa dni, by z bliska obejrzeć gladiatorów dwóch kółek napędzanych siłą nóg. Ale nie o kolarstwie chcę pisać tylko o wniosku jaki wyciągnąłem z tej eskapady.

Wiadomo, zespołowo oraz indywidualnie francuski Tour wygrał zespół TEAM SKY. Celowo piszę zespół, gdyż nawet indywidualne zwycięstwo w kolarstwie jest niezwykle mocno powiązane z zespołem. Indywidualnie tutaj można wygrać etap, a nie cały wyścig. I myślę, że warto to przemyśleć w środowisku polskiego futsalu, gdzie różne opcje, koteryjki, grupy, podgrupy, czy nawet zbytnie indywidualności, ciągle nie znajdują spójności działania. W kolarstwie istnieje takie coś jak GREGARIO. Najprościej tłumacząc jest to pomocnik, szeregowy żołnierz. I nawet mistrz świata Michał Kwiatkowski podporządkowuje się dla wyniku finalnego wyznaczonemu zdaniu, jakim w tym wyścigu było zwycięstwo jego kolegi z grupy Brytyjczyka Frooma.

Tymczasem w futsalu naszym ledwie skończą się jakieś wybory, już trwają podjazdy, podchody, negacje etc etc. Z drugiej strony ci wybrani prezesi, przewodniczący, kierownicy, czy obojętnie jak ich zwał - przewodzący czemuś oraz komuś próbują w większości działać na zasadzie czysto „folwarcznej”. Czyli jest „PAN”, który zawsze ma rację. Co prawda, bywają też zastępcy „pana”, którzy nieraz chapną co nie co z „pańskiego stołu”, ale lokująca się dalej cała reszta jawi się przydatna głównie jako „pańscy klakierzy”. Tacy kolarscy gregario właśnie. Niemniej różnica jest i to zasadnicza. Owi gregario w kolarstwie mają płacone tak samo jak lider. Po równo, niezależnie od zajmowanego miejsca. I cenieni są nad wyraz merytorycznie. A nasi futsalowi – o ile szef ma dobry humor, to czasami zasądzi, co łaska. I dlatego zamiast walki o wyniki sportowe trwa nieustająca, pełna złośliwości, walka o wpływy oraz przysłowiowe „stołki”.

Francja przeegzaminuje naszą reprezentację przed meczami barażowymi. Rywal ciekawy, sprawdzian sensowny. Szkoda tylko, że kolejny raz grane będzie w Koszalinie. Dlaczego nie pośrodku Polski, gdzieś na łódzkiej albo mazowieckiej ziemi. Ale pojawiła się szansa, że coś ciekawego obejrzę blisko. Jak wieść gminna niesie, Superpuchar ma być grany w Bełchatowie.  Nie wiem jak podejdą do tego Rekord oraz Clearex, którym zdecydowanie bliżej jest na Śląsku, ale pomysł popieram. Zresztą najwyższy już czas, aby przewodniczący Kaźmierczak pokazał futsal ogólnopolski (nie tylko w wykonaniu Gatty) w swoim mateczniku, czyli na ziemi łódzkiej. W związku, któremu od roku prezesuje. Jak uda się to przedsięwzięcie organizacyjnie, to może i inne mecze, w tym także międzypaństwowe, będą rozgrywane przy dogodnym dojeździe dla wszystkich. I nie trzeba będzie się tłuc przez pół albo całą Polskę do Koszalina. A tak w ogóle optuję za rozwiązaniem z piłki trawiastej, by do takich  pucharowych imprez desygnować stałe lokalizacje. Jak to uczynił w dogodnym, centralnym miejscu prezes Boniek dla dużej piłki.
Lipiec jest dla futsalowych klubów kolejnym miesiącem polowań. Oczywiście, transferowych polowań. Trudno już obecnie osądzić, kto okazał się najlepszym myśliwym, ale pospekulować – jak to w felietonie bywa nierzadko – nie zaszkodzi.

Nazwiskami przebija rywali, co pozwala przyznać indywidualne pierwszeństwo w „ustrzeleniu okazów”, bielski Rekord. Panowie Michał Kubik oraz Michal Seidler nie mają sobie równych w poziomie sportowym pośród innych futsalistów zmieniających barwy. Na trzeciej pozycji umieściłbym Tomka Kriezela, który po burzliwym przejściu przed rokiem z Chojnic do Gdańska, w łagodnej atmosferze przenosi się do Torunia. Z topowych nazwisk polskich jeszcze wymienię golkipera Macieja Foltyna, który opuszczając Pniewy postanowił zakotwiczyć w pierwszoligowych Laskowicach, Macieja Mizgajskiego podążającego z Gliwic do Chorzowa oraz Dominika Soleckiego przenoszącego się z Pogoni 04 do Słomnik. Godne wzmianki jest też przejście Pawła Barańskiego z Gliwic do Zduńskiej Woli.

Z  zagranicznych futsalistów wrażenie robią obok wspomnianego wyżej Czecha Seidlera nazwiska Ukraińców – Romana Wachuły oraz Serhija Kowala, którzy postanowili wspomóc futsal w Słomnikach. A tak w ogóle, to podkrakowski klub, beniaminek futsalowej ekstraklasy - w przeciwieństwie choćby do szczecinian, czy gliwiczan, pozbywających się ważnych zawodników - jawi się na tę chwilę zespołowym „królem polowania”. Gdy to zamieni się w rozgrywkach na punktową jakość, można będzie napisać, że polowanie było nadzwyczaj trafione, a „zwierz był gruby”.

Ruch transferowy jest oczywiście o wiele większy niż wskazuje felieton, a świadczy to tylko, że futsal żyje. Przynajmniej ten reprezentacyjny oraz ekstraklasowy. Czy też pierwszoligowy. To zobaczymy po realizacji wielkich planów sponsorsko-medialnych, jakie ma w zamyśle Komisja Futsalu PZPN wobec tych rozgrywek. Cyprian Kamil Norwid pisał – „Orient wierzy, Europa rozumuje, Ameryka konfrontuje”. Proszę pozwolić, że ogłoszę się Ameryką i skonfrontuję owe plany z rzeczywistością, aby dopiero wtedy wydać sumienną ocenę. Tak będzie najsprawiedliwiej.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Czytałem niedawno wynurzenia pewnego handlarza zakazanymi towarami, który wypowiedział takie oto zdanie – „w środowisku naszym bywa często tak, że jednego dnia podajesz komuś rękę, a kolejnego ta ręka wali cię na odlew”. Podsumowując zdanie dodał – „ale to są zasady, tego możesz spodziewać się”. Przeczytałem, zamyśliłem się i stwierdziłem, że aby dojść do takich przemyśleń wcale nie potrzeba odnosić się aż form niedozwolonego biznesu. Wystarczy nieraz popatrzeć w telewizornię, aby zobaczyć jak nieciekawe są zasady w polityce. Wydaje się nawet niejednokrotnie, że kibice sportowi, z tymi nawet piłkarskimi na czele, mają wobec innych grup bardziej ułożone oraz honorowe zasady postępowania. Niemniej wiem też, że w środowisku sportowym warto być czujnym i mieć oczy dookoła głowy, aby przetrwać. W innym razie wypadasz z gry. Daję to do wakacyjnych przemyśleń dla wszystkich, którzy uważają, że sport jest czysty oraz daje zdrowie.
Wiemy mniej więcej, gdzie odbędą się mecze barażowe Węgry - Polska. Najprawdopodobniej będzie to Miszkolc oraz Koszalin. Wybór Węgrów przypadł mi do gustu, bo jest blisko naszych granic. Liczę, że spora grupa polskich fanów futsalu skusi się na krótką wycieczkę do kraju Tokaju, aby wspomóc naszą drużynę. W każdym razie namawiam, aby to zrobić.

Niektórym kibicom, szczególnie z południa Polski, gdzie futsal jest najbardziej rozpoznawalny, nawet bliżej będzie na Węgry niż do dalekiego Koszalina, w którym futsal bywa jedynie okazjonalnie. Na szczęście dla tego miasta ma ono wielkiego orędownika w osobie wiceprezesa PZPN, Bednarka, który od lat mocno ogrzewa się przy futsalu oraz beach soccerze. Współczuję osobiście Śląskowi, że nie mają aż tak mocnego przebicia we władzach związkowych, bo właśnie tam – moim zdaniem – taki mecz ze względu na popularność oraz tradycje naszej małej piłki powinien być organizowany. Co prawda, w gronie reprezentantów padają twarde zdania, iż Koszalin jest szczęśliwy, bo tam rozbiliśmy bodajże aż 6:0 Białoruś i kibiców na hali jest full, ale dla mnie argumenty z gatunku życzeniowych. Grając dobrze powinniśmy wygrywać w każdym miejscu naszej pięknej Ojczyzny z rywalami bliskiej nam półki rankingowej. A Węgrzy do takich przeciwników należą.

Polski futsal nie wyróżnia się organizacją wielu klubowych turniejów futsalowych o poważnej randze międzynarodowej. Co prawda gra się wiele turniejowo, ale raczej nie ma w nich zespołów z pierwszej, czy drugiej lub trzeciej półki europejskiej. Kiedyś był atrakcyjny Beskidy Futsal Cup. Teraz jakby zapanowała posucha w tym względzie. Ale końcem wakacji trafi się sympatykom futsalu rodzynek. Wielkie emocje czekają kibiców futsalu na Dolnym Śląsku. Jak poinformował mnie wrocławski członek rodziny, radio Wrocław podało, iż od 31 sierpnia do 3 września rozegrany zostanie 3 turniej Futsal Masters, w którym wystartuje FC Barcelona. Organizatorem turnieju będzie Orzeł Futsal Jelcz-Laskowice, a mecze grane będą we wrocławskiej Orbicie. Nic tylko pogratulować prezesowi klubu z Jelcza-Laskowic, Sebastianowi Bednarzowi. A wiceprezesowi PZPN, panu Padewskiemu pozazdrościć na jego terenie takiego działacza. W zawodach ma wystartować 8 drużyn. I to nie byle jakich drużyn, bo nawet mających w swoim portfolio mistrzowskie, krajowe tytuły. Poziom oraz emocje więc zapewnione. Wniosek jest prosty. Jak się chce coś zrobić to można. Cichutko i spokojnie robi się w Jelczu-Laskowicach futsal. Tak trzymać. Reszta futsalowego luda niech uczy się. Tylko bez zadęcia.
Pytał mnie znajomy z okolic UEFA, a także z zaprzyjaźnionego futsalu sąsiedzkiego, dlaczego na losowanie barażów do Nyonu nie przyjechała żadna znacząca osoba polskiego futsalu. Rzekomo była jakaś pani ze związku. Piszę rzekomo (jeżeli mylę się, to proszę o sprostowanie), gdyż tematu nie znam i nie zamierzam zgłębiać, jako że nie moje to zabawki i nawet nie wiem kto był w tej Szwajcarii. Jednak o ile tak zdarzyło się, to źle stało się.

Karol Dickens pisał, że ważne jest nie to, co możemy zrobić, lecz to, co zrobić musimy. Nie ma polski futsal zbyt dużo okazji do porozmawiania tete a tete z innymi działaczami futsalu pozakrajowego. A taki kontakt, to co innego niż rozmowa telefoniczna, czy mailowa korespondencja. Zawsze procentuje w dwójnasób. Zdaję sobie sprawę, że jednodniowy wyjazd do Nyonu to żadna atrakcja i nic nie znaczy w porównaniu choćby z kilkudniowym wyjazdem  do Nassau na Bahamach, gdzie przy beach soccerze ludzi z Bitwy Warszawskiej nie brakowało.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Okres kanikuły pozwala pisać lżej, a nawet nie stricte o futsalu. Dlatego pozwolę sobie przemycić ogólnie kilka zdań o mazowieckiej piłce. Futsal w Warszawie oraz na Mazowszu nie jest dyscypliną numer jeden. Nie jest też wiodący w kategorii piłka nożna. Jest jednym z wielu sportowych, mazowieckich, czy warszawskich wyzwań i nie nakręca się na lansowe sukcesy. Tym bardziej, że nie powalają regionalne tradycje małej piłki. Futsal orbituje tutaj w kierunku jego młodzieżowego wydania. Mazowiecka piłka młodzieżowa zamknęła miniony rok sukcesami, których próżno szukać w innych regionach. Jako sympatycy piłki halowej cieszymy się, że skromną cegiełkę do sukcesów dorzucił też futsal.

W warszawskiej siedzibie związku hołduje się zasadzie nie chwalenia dnia przed zachodem słońca. Stąd dopiero w połowie lipca po podsumowaniu sezonu młodzieżowego 2016/2017 w skali kraju z podniesionym czołem można napisać, że kadry wojewódzkie chłopców wzięły wszystko, co było do wzięcia w młodzieżowej piłce pod egidą PZPN, zwyciężając w trzech ogólnopolskich turniejach finałowych. I to ten wyśniony „legendarny złoty pociąg” objawił się na mazowieckiej ziemi, a nie w okolicach  Wałbrzycha na Dolnym Śląsku. Kiedy do tego dodamy jeszcze mistrzostwo Polski juniorów Legii, zwycięstwa dziewcząt z Ząbek w ogólnopolskim „tymbarkowym” turnieju dzieci oraz futsalowe mistrzostwo Polski akademiczek z Uniwersytetu Warszawskiego w kategorii do lat 18 widzimy, że przysłowie o treści „ciszej jedziesz, dalej zajedziesz” swoim wybrzmieniem jest godne polecenia dla wszystkich chcących uchodzić za ikony wiedzy sportowej.
Kontynuując sagę młodzieżową przejdę do takiegoż futsalu w wydaniu krajowym. Gdzieś w połowie kadencji przewodniczącego Grenia odebrałem telefon od pana Morkisa, który wówczas był przez pana Grenia nominowany na kierującego młodzieżowym futsalem w Komisji związkowej. Sympatyczny pan Grzegorz zapytał co sądzę o ogólnopolskich mistrzostwach futsalowych kadr wojewódzkich. Moja odpowiedź była prosta. Oczywiście poparłem pomysł, ale też przedstawiłem pewne uwarunkowania do spełnienia przez PZPN. Minęło 3 lata od tej rozmowy i tematu nikt nie podejmuje. A uwarunkowania miałem tylko dwa - jedno poważne i jedno czasowe.

To poważne mówiło o przeznaczeniu przez PZPN jakiejś kwoty dla każdego województwa na rozwój futsalu młodzieżowego. To drugie dotyczyło zaś przedziału czasowego potrzebnego na zorganizowanie takich kadr. Ten czas był potrzebny przynajmniej nam na Mazowszu (ale i pewnie kilku regionom też) do rozwinięcia się, bo nijak nie możemy obecnie porównywać się z mocarnym futsalowo (szacunek) Śląskiem. Rozumiem, że temat jest już nieaktualny, ale warto go przypomnieć. Chociaż nie sądzę, aby za prezesury pana Bońka, czy jego skarbnika związkowego, wiceprezesa pana Nowaka jakieś ekstra grosze na futsal dla związków wojewódzkich znalazły się.

Rada Nadzorcza SFE przeżyła prawdziwe trzęsienie ziemi. Z poprzedniego składu personalnego ostał się tylko przedstawiciel Rekordu Bielsko Biała. Największym zaskoczeniem było wyeliminowanie  w tajnym głosowaniu kandydata Cleareksu. Okazuje się, że w polskim futsalu nie ma ikon. Nie wystarczy mieć tylko nazwę. Wspólnicy postawili na nowe siły, nowe pomysły. Kredytu zaufania udzielili nowemu szefowi RN SFE, prezesowi FC Toruń panu Stasiukowi. Czas pokaże, jak ów kredyt zostanie skonsumowany.

Wydaje się, że Spółka dojrzała do nowej wizji dla siebie. Szkoda tylko, że utrzymano wątpliwy dla celów szkoleniowych system dzielenia przez pół punktów po sezonie zasadniczym. Krótko mówiąc - atrakcyjność widowiska (a tak wcale nie musi być) pokonała cele sportowe. Czas pokaże, czy obrana droga atrakcyjności przyciągnie widzów, sponsorów, podniesie poziom polskiego futsalu. Ale Spółka oprócz zadań sportowych ma także biznesowe i tutaj znajduje się – zdaniem klubów – na pewnym niedoczasie. Zapowiada się więc ciekawy sezon.

Lubię merytoryczną korespondencję. Niedawno jeden z działaczy klubów polskiego futsalu w rozmowie przekazał, iż zbyt pochopnie okrzyknąłem chorzowski klub liderem w klasyfikacji osiągnięć klubowych rodzimego futsalu na arenie międzynarodowej. Jego zdaniem pierwszeństwo należy się nieistniejącej już Akademii FC Poznań/Pniewy. Nie ukrywam, że nie jestem statystykiem dlatego nie odniosę się do tych słów w zakresie prawdy realnej, ale piszę o tym, by wskazać różnym pasjonatom potrzebę sprawdzenia owych danych. W każdym razie życzyłbym sobie, aby Rekordziści z Bielska Białej poszli śladem Cleareksu, czy Akademii i wyrównali ich osiągnięcia, albo nawet ich pobili wynikami w futsalowej Lidze Mistrzów. Może wtedy odżyłby klubowy polski futsal. Zresztą patrząc na przychylne dla Rekordu losowanie tegorocznej edycji nawet nie dopuszczam myśli, że dwie rundy nie zostaną przebrnięte. To jest obowiązek. Obowiązek wobec polskiego futsalu.
Być może ktoś z WYSOKA czuwa obecnie nad polskim futsalem, gdy popatrzy się na niedawne losowanie par barażowych o udział w finałach mistrzostw Europy Słowenia 2018. Wylosowaliśmy Węgry, przeciwnika o którym w sensie życzeniowym mówiło się najczęściej w Polsce futsalowej przed losowaniem.  Osobiście optowałem z Francuzami, ale Węgrów też akceptuję, chociaż nie jestem aż takim hurra optymistą. W przeprowadzonej po losowaniu mini ankiecie w gronie zawodników, trenerów, działaczy wyszło, że 97 procent uznaje nasz awans niemal za pewny. Z drugiej strony rozpytałem co nieco bratanków Madziarów i wyszło, że oni także uważają, że nie mogło być lepiej. I te moje „wywiadówki” mocno mnie zaniepokoiły. Gdy obie strony są zadowolone, to wbrew pozorom może być trudno. Dlatego apeluję, by nie podejść zbyt lekko do baraży, z uśmiechem triumfu na ustach już przed meczami. Niejednego, lepszego od nas to zmyliło. Wierzę w rozsądek trenerów reprezentacji, solidność – też myślową – kadrowiczów, wreszcie formę sportową, gdyż takie okazje awansowe mogą się nie powtarzać zbyt często. Wierzę, że każdy trybik reprezentacji oraz wokół reprezentacji, będący w gestii PZPN zagra dobrze naoliwiony. Trener Jerzy Engel  w książce „Prosta gra” pisze, że na wynik składa się wiele elementów, jak choćby sprawy finansowe, dokumentacyjne, organizacyjne, medyczne, forma piłkarzy. Gdy to wszystko zepnie się razem w jedną całość w tym najwłaściwszym momencie jest dopiero sukces. Pozostaje więc tylko trzymać kciuki, aby tak stało się.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niezawodny pan Józef wychwycił pewną nieścisłość w moim poprzednim felietonie. Może nie tak nieścisłość jak uogólnienie, które dla mnie jak i wielu ludzi futsalu znających meandry powstawania Spółki FE wydaje się błahe, ale jednak warto je sprecyzować. Rzeczywiście, drogi Przyjacielu, PZPN nie miał nic do dawania zgody na powstawanie Spółki. Na szczęście zarówno kiedyś jak i obecnie każdy może taki  twór założyć, o ile tylko nie zakwestionuje czegoś KRS. Zgoda PZPN - i to z tym był największy kłopot wymagający wielu dyplomatycznych zabiegów – dotyczyła przekazania rzeczonej Spółce prowadzenia rozgrywek ekstraklasy futsalu polskiego. Tyle gwoli uściślenia. Cieszy mnie, iż są czytelnicy felietonów uważnie je analizujący. Wolę takich i ich poprawki niż tych beznamiętnie zaliczających kolejne artykuły. Tak jak wolę krytyczne, lecz merytoryczne, spojrzenie od śliskich, nie zawsze szczerych pochwał. A w dzisiejszej „globalnej wiosce” każde uchybienie natychmiast wychodzi na jaw i nie powinno obrażać ani piszącego, ani opisywanego. Gabriel Garcia Marquez powiadał – „Człowiek uczy się pisania, pisząc”. A ja dodam – i czytania, czytając ze zrozumieniem.
Wyczytałem, że SFE ogłosiła wyróżnienia w wielu kategoriach za miniony sezon rozgrywkowy. Nie wypada felietoniście być gorszym, więc postanowiłem ogłosić też jakieś wyróżnienia. Tym bardziej jestem do tego uprawniony, że bywałem na wielu meczach, pilnie śledziłem spotkania w telewizji i co nieco wyróżniałem w poprzednich felietonowych zapiskach. Tym oto sposobem wyróżniam: za kibiców - Red Dragons Pniewy; za organizację - FC Toruń; za rozczarowanie - Gattę Zduńska Wola; za wydarzenie godne uwagi - powrót do futsalu Krzysztofa Elsnera; za sensację - reprezentację Polski remisującą z Hiszpanią. Nominuję też piątkę futsalową w składzie: Kałuża, Mikołajewicz, Krawczyk, Zastawnik, Kubik. Chciałem jeszcze wyróżnić coś związkowego, ale – z całym szacunkiem – nie dopatrzyłem się niczego ponad wykonywanie statutowych obowiązków. Bez nadwyżki jakościowej. A o ile ona jest, to nikt się tym nie chwali.

No i Rekord nie otrzymał organizacji turniejów w pierwszych dwóch rundach futsalowej Ligi Mistrzów. UEFA forowała w preeliminacyjnej rundzie raczkujące w większości państwa futsalowe. Jest to w pewnym stopniu polityka promocji futsalu. W każdym razie nie życzę Rekordowi wyprawy w okolice koła podbiegunowego do Norwegów. Ale nadal potwierdzam obowiązek kwalifikacji do kolejnej rundy. Przy okazji, panie prezesie Januszu, warto czasami polobbować, gdyż -  jak okazuje się – nie zawsze dobrze, czy nawet bardzo dobrze napisany wniosek jest wystarczający. Jak to pisał Dante Aligerhi – „Dusz obojętnych nie chce ani niebo ani piekło”.

Moja kablówka zrobiła mi gdzieś w połowie czerwca psikusa. Wyłączono sygnał SportKlubu. Tym samym grozi mi brak na wizji ekstraklasy futsalu. Piszę o tym na kanwie pojawiających się w środowisku futsalowym sporów w ocenie oglądalności futsalu, poprawnej jego promocji, wykorzystaniu telewizji dla marketingu. Myślę, że nie ma o co spierać się, gdyż bywają sytuacje, że kto inny decyduje za nas. Warto tego co mamy pilnować, posiadane pielęgnować, nie narzekać, gdyż za chwilę można i posiadane stracić. O czym przekonałem się namacalnie w kontekście mojej kablówki. Chciałbym doczekać czasów w futsalu, gdy kluby, związek, Spółka zjednoczą siły i wspólnie usidlą na poważnie jakąś telewizję dla futsalu. Ale prędzej pewnie dwie niedziele w kalendarzu trafią się pod rząd, niż to stanie się. I to nie z winy wymienionych, ale owych przekaźników właśnie, bowiem zauważyłem, że media rajcują obecnie bardziej jakieś nowe, wymyślne dyscypliny niż te tradycyjne, sprawdzone, popularne, znane. Rozumiem, że ciekawostki są przebojowe, sprzedają się częściej, lepiej. Ale czy dyscyplina o nazwie przykładowo  „kopanie się po czole” jest czymś normalnym. Pozostawiam do rozważenia.

Zauważyłem, że beniaminkowie ekstraklasy biznesowo są przygotowani na ten poziom rozgrywkowy. Jak mogłoby być inaczej, gdy zarządza interesem spółka prawa handlowego. Ale jak to bywa w przyrodzie, gdy coś jest lepsze, coś innego musi być gorsze, by została zachowana równowaga. Tym gorszym okazuje się być znajomość przepisów typowo regulaminowych, rozgrywkowych i temu podobnych. Brakuje tego czegoś, co onegdaj stanowiło elementarz każdego klubowego działacza. I nie dotyczy ten passus tylko beniaminków. Dlatego proponuję władzom Spółki FE oraz Komisji Futsalu przeszkolenie działaczy klubowych w zawiłościach regulaminów, organizacji meczów, zasad bezpieczeństwa i podobnych tematów. W całym tym interesie nie chodzi przecież o późniejsze nakładanie kar za uchybienia, lecz zapobieganie niedoróbkom. Tak jak nie pochwalam łapania na radar kierowców gdzieś tam ze sprzętu stojącego w krzakach tak i nie mogę zgodzić się z niedoszkoleniem działaczy. Pamiętajmy wszyscy dopóty dzban wodę nosi dopóki ucho nie urwie się. I oby – trawestując Kochanowskiego - nie okazywaliśmy się wszyscy mądrzy dopiero po szkodzie.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Katarzyna Rosłaniec nie zajmuje się futsalem, ale robi filmy. Jej dziełem są między innymi „Galerianki”, „Bejbi blues”, czy najnowszy „Szatan kazał tańczyć”. Niedawno wyczytałem w jednym z jej wywiadów, że realne życie wystarczy na kreowanie świata. Nie ma potrzeby czynienia tego jeszcze na facebooku. Albo w życiu robi się to, co chce się robić i temu poświęca się bez reszty albo tworzy się o sobie opowieści w internecie.

Bardzo te słowa, co prawda nie cytowane przeze mnie in extenso lecz przekazane w miarę starannie, przypadły mi do gustu. Piszę to na kanwie wyczytywanych różnych facebookowych, czy twitterowych wpisów o zabarwieniu futsalowym. Często mają się one nijak do rzeczywistości, a służą najzwyczajniej lansowi. Tymczasem realny świat stwarza na co dzień tyle nowych wrażeń, że czuć można więcej, coraz więcej. I działać, a nie tylko wpisywać, dopisywać, odpowiadać. Dlatego z rezerwą podchodzę do wszystkiego co unika bezpośredniej relacji. Tym bardziej interakcji anonimowej.
Dziennikarz zawsze musi mieć swoje źródła, których nie ujawnia nawet najbardziej dociekliwym służbom. I prawo go nawet chroni w tym zakresie. No chyba, że jest zagrożone bezpieczeństwo państwa. Na szczęście futsal naszej Najjaśniejszej w żaden sposób nie zagraża, więc i ujawniać źródeł wiedzy potrzeby nie ma i raczej nie będzie. Z zainteresowaniem przyglądałem się latom działalności Spółki Futsal Ekstraklasa od chwili jej powstania. Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem o zamiarze powołania takiego ciała w 2004 roku byłem sceptycznie do tego nastawiony. Wówczas w restauracji katowickiego hotelu Campanile panowie Szymura, Sowiński oraz Adam Kaczyński nie przekonali mnie ani nowego przewodniczącego futsalu pana Grenia. Pana Kazimierza nie przekonali zapewne nigdy.

Natomiast mój punkt widzenia zmienił się gdzieś w roku 2007, gdy zobaczyłem, że od PZPN kasy dla klubów ekstraklasy nie wydrzemy, ewentualni sponsorzy muszą przekazywać fundusze do kasy związkowej bez oddzielenia na futsal, a i prowadzenie rozgrywek odbywa się za pomocą jakby ręcznego sterowania. Jako przewodniczący polskiego futsalu w roku 2008 powróciłem do rozmów z panem Szymurą. Bardzo aktywny w działaniu na rzecz tworzenia Spółki był pan Sowiński. Pewne sprawy konsultowałem z Czechami, mającymi doświadczenie w tego rodzaju rozwiązaniach. W kolejnym roku zarys organizacyjny oraz programowy był gotowy. Wspólnie opracowaliśmy zasady oraz regulamin, który został przedstawiony w PZPN dyrektorowi Wachowi z Departamentu Prawnego.

Decydujące rozmowy z udziałem „układających się” stron odbyły się w węgierskim Debreczynie podczas finałów futsalowych Mistrzostw Europy. O planach poinformowani zostali nieoficjalnie sprzyjający nam ludzie z UEFA. Pozostało tylko przekonać władze PZPN i to był największy problem, gdyż opór ze strony władz związku był spory. Zadanie to przypadło mnie. Było trudno, ale wykorzystując przychylność wiceprezesa Bugdoła, pozytywne spojrzenie wiceprezesa Bednarka, w końcu akceptację prezesa Lato, udało się otrzymać pozytywną opinię zarządu związkowego i zainaugurować działalność Spółki od sezonu 2010/2011. Dzisiaj twierdzę, że był to ostatni moment na realizacje przedsięwzięcia. Zmiany w Komisji Futsalowej po roku 2012 pewnie na lata ponownie wstrzymałyby ów projekt.  

Przedstawiłem ten najprostszy w wyrazie rys historyczny, by różnym domorosłym historykom futsalu uświadomić jakie były realia oraz meandry tworzenia Spółki. To była walka o pozycję futsalu w PZPN. Piszę o tym w przeddzień Walnego Zgromadzenia Wspólników, by uświadomić, że coś co ze sporym trudem tworzyło się przez lata należałoby szanować. Spółka działała różnie. Miewała i ma lepsze oraz gorsze momenty. Była na krawędzi bankructwa, ale podniosła się. Były nieudane wybory personalne, ale były i całkiem dobre. Jako osoba z zewnątrz nie będę wymądrzał się ocenami. Wiem natomiast, że Spółka była jest i będzie potrzebna.

Dla bliższego oglądu zapoznałem się  z kilkoma przekazami otrzymanymi od działaczy klubów ekstraklasy. Tezowo wykrystalizowały się opinie o potrzebie dopieszczania Spółki, gdyż ciągle jeszcze nie jest tworem profesjonalnym. Podkreślano, iż nie wszystkie zmiany ją profesjonalizują. Zaznaczano jak wiele sił kosztowało Spółkę w poprzedniej kadencji bronienie się przed zakusami związku o odzyskanie rozgrywek ekstraklasy. Obecnie sytuacja w tym temacie ustabilizowała się, ale jak kluby nie dostaną czegoś więcej od Spółki niż mają, to mogą same wyjść z opcją zmian. Wreszcie – co dla mnie jest najciekawsze – wskazywano, że o ile początkowo to Spółka narzucała, wskazywała pewne standardy organizacyjne, to teraz kluby dojrzały i lepiej się promują oraz organizują(!). Każdy z moich interlokutorów był zawiedziony brakiem generalnego sponsora, który wspomógłby kluby.
Niedawno podczas pewnego panelu dyskusyjnego miałem okazję zapoznać się z doświadczeniami oficera amerykańskiego Gregory Hartleya o metodach manipulacji. Z drugiej strony przeczytałem materiał polskiej psycholożki o tak zwanej wyuczonej bezradności. Na kanwie tych dwóch racji powiem do udziałowców Spółki – jest bardzo ważne, żeby mieć świadomość na co Was stać, pojedynczo oraz w grupie. Co jest mocną, a co słabą stroną Spółki i czy są rzeczy, których nie da się przeskoczyć nawet przy największych staraniach oraz najlepszych chęciach.

Topowe na dzisiaj hasło „you can do it” (możesz to zrobić) nie zawsze daje bowiem wygraną z rzeczywistością. Ale też nie można dać się zmanipulować i zawsze należy kontrolować rzeczywistość. Też personalną. A może Spółka na chwilę obecną osiągnęła maksimum swoich możliwości i więcej się nie da? Jest więc o czym dyskutować na warszawskim spotkaniu. I zapewne jest to lepsze pole dochodzenia do prawdy niż te nieskomplikowane facebooki, czy twittery. Tego - cytując słowa Kopernika „Co innego jest złośliwie krytykować i zaczepiać, a co innego poprawiać i błędy prostować, podobnie jak pochwały różnią się od pochlebstw” – Spółce życzę.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS