Z notatnika dziejopisa

Cieniem rzuciły się na polską piłkę niedawne ekscesy kibiców związane z finałową kolejką rozgrywek polskiej ekstraklasy piłki trawiastej. I to w czasie, gdy zbliża się rosyjski mundial, na który po dwunastu latach przerwy udaje się nasza reprezentacja. Problem z kibicami jest od dawna i – być może – wreszcie ktoś obudzi się i przestanie udawać, że nic aż tak złego nie dzieje się. Na szczęście kibicowskie zawieruchy nie dotarły jeszcze do futsalu. I przynajmniej w tym mała piłka jest lepsza od tej dużej. Jak wszechświat, niemal wszystko ma jednak swój początek oraz koniec. Dlatego nie możemy mieć pewności, że to „szczęście” nie zawita kiedyś i do hal.
Trudno ad hoc oceniać, kiedy i jak połączone siły państwa, polskiej piłki zdołają okiełznać, niejednokrotnie spychany na bok, problem. Chociaż raczej trudno o inne wyjście niż zaprowadzenie porządku na stadionach. Nie chcę zabawiać się w Pytię, niemniej nie jestem pewien, czy niektóre wypowiedzi padające z ust ważnych polityków, czy działaczy piłkarskich, nie były wodą na młyn dla ekstremalnych grup kibiców. A mam na myśli teorie o  ustalaniu ze strażą pożarną, na jakich zasadach race można na stadionach odpalać. Czy też określanie, że kibice, jak wszyscy obywatele, mają prawo do swoich poglądów i w ramach wolności mogą je wyrażać także na stadionie.

Rzucając takie słowa nie zdawały sobie pewnie owe osoby sprawy, że myśl ulatuje ptakiem, a powraca wołem. Dlatego, aż skręcam się z ciekawości, co władza wspólnie z piłkarskim związkiem zrobi, by chuligańskie ekscesy ze stadionów stały się wyłącznie wspomnieniem. Mimo wszystko nie liczyłbym jednak na odwzorowanie działań brytyjskiej premier Thatcher sprzed lat.   

Jako felietonistę, z wyników sportowych sezonu futsalowego 2017/2018 przed jego podsumowaniem, najbardziej z wielu niewiadomych intryguje mnie wynik barażowych meczów pomiędzy Gwiazdą Ruda Śląska a dziesiątym zespołem ekstraklasowym. I kto będzie tym „dziesiątym”. Rozumiem fanów klubów, że liczy się dla nich także medal, czy lokata zespołu, z którym sympatyzują. Podobnie ważne to jest dla zawodników trenerów – premie, czy działaczy – promocja wobec sponsorów. Ale tak naprawdę po latach pamiętamy mistrza, ewentualnie jeszcze tych co zostali zdegradowani. I to nie jest tylko przypadłość futsalowa, lecz całego sportu.

Ładnie to ujmują Amerykanie, którzy nie zajmują się medalami innego kruszcu niż ze złota. Hasło „Ameryka first” prezydenta Trumpa nie wynikło z niczego. Tam zawsze najważniejsze jest zwycięstwo. Lokata pierwsza, najlepsza. Wraz z dojrzałością sportową, a również i wiekową zauważyłem, że ideały barona Coubertina - twórcy nowożytnych Igrzysk Olimpijskich, mówiące iż najważniejszy jest udział, bezpowrotnie odeszły do lamusa historii. Chociaż w polskiej piłce z futsalem włącznie cieszymy się z zakwalifikowania do jakiegoś, jakichś finałów. Dla nas, to jest aż tyle. Dla innych – tylko tyle.

Polski futsal dojrzewa. Dojrzewa sportowo, czego doświadczyliśmy poprzez udział reprezentacji w finałach mistrzostw Europy Anno Domini 2018. Dojrzewa klubowo, czego doświadczamy od dwóch sezonów spoglądając na Rekord Bielsko Biała. Ale dojrzewa też mentalnie w głowach działaczy. Nie łykną już oni byle jakiej gadki ze strony jaśnie panującej związkowej Komisji. Nie łykną bezrefleksyjnie zapewnień prezesów związkowych o ich przyjaznym stosunku do futsalu. Nie łykną bezwolnie decyzji władz Spółki FE. Nie przyjmą bez zastrzeżeń tłumaczeń trenerów oraz zawodników odnoszących się do słabszych występów. I to jest ta wartość dodana tworząca się gdzieś tam w sportowej, wynikowej otulinie naszego futsalu.

Nie ma się więc co obrażać na krytyczne głosy. Głosy inne niż obowiązujące w trendzie, nie wiadomo zresztą na jakiej zasadzie tworzonym. A ponadto, kto ma ów trend ustalać, gdy roszady we wszelakich władzach futsalu dokonują się nad wyraz często. Radujmy się więc opisanym dojrzewaniem. I niech ono trwa, sięgając po kolejne grupy polskiej małej piłeczki.
Rozkochana w futsalu Lubawa nie sprostała w dwumeczu barażowym Gwieździe z Rudy Śląskiej i kolejny sezon spędzi w I lidze. Nabyła jednak pewnych doświadczeń, które powinny być zaaplikowane na nowy sezon, kiedy należy popróbować bezpośredniego awansu z pierwszego miejsca. Przykład białostockiego MOKS-u, który też nie od razu wszedł na salony jest do powtórzenia. Tego życzę za rok. Ale o czym innym chciałem kilka zdań wrzucić w kontekście Lubawy. Sebastian Grubalski był z kadrą w Brazylii. Ze słów selekcjonera Korczyńskiego – o ile nie dosłownie, ale na pewno pomiędzy wierszami tak – wyczytałem, że jest to przyszłościowy zawodnik i wart zainteresowania w orbicie reprezentacyjnej. Niemniej, dopadła – przynajmniej mnie - wątpliwość, czy I liga na dłuższą metę jest dobrym polem treningowym, rywalizacyjnym dla reprezentanta kraju.

Co prawda, Sebastian Wojciechowski sprawdził się jako reprezentant, będąc pierwszoligowcem, lecz nie każdy przypadek jest jednakowy. Znając niesztampowe podejście selekcjonera do powołań, zarządzania kadrą, jestem w staniem uwierzyć, że i kolejny pierwszoligowiec nie będzie przez to odrzucony. Jednak – o ile mogę coś jako felietonista doradzać – to rzekłbym, iż w ekstraklasie jest większa szansa na sportowy rozwój. Jak mówił Niccolo Machiavelli – jedna zmiana przygotowuje drugą. O ile tą pierwszą było powołanie do reprezentacji, to teraz czas na drugą. Zainwestowanie w rozwój.

Patrzę na tabelę ekstraklasy i oczom nie wierzę. Pogoń 04 blisko baraży. Kiedy powstawał przed laty szczeciński klub, niemal całą Polskę zachwycał jego rozmach działania. Wówczas to o Pogoni mówiło się jako o klubie, który może stać się wizytówką polskiego futsalu, następcą Cleareksu na arenie międzynarodowej. Jeszcze nikt – no może oprócz pana Szymury – nie myślał, iż berło przejmie Rekord. Nie minęła dekada, a nawet tylko jej połowa i Pogoń 04 znajduje się przed finałową kolejką ekstraklasy na łasce białostockiego beniaminka. Ale nam porobiło się. Jakoś tak nieciekawie – zacytuję słowa z rewelacyjnej polskiej trylogii komediowej o podlaskiej proweniencji w reżyserii Jacka Bromskiego.

No rzeczywiście porobiło się. Klub, w którym swoją futsalową karierę rozpoczynał obecny prezes Spółki FE, klub wydający trenera reprezentacji młodzieżowej, klub, przez który przewinęło się wielu reprezentantów kraju, walczy o prolongatę ekstraklasowego bytu na sezon przyszły. Niestety, taki jest sport. Czasami łaskawy. Czasami brutalny.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Futsalowy FC Toruń w maju dwukrotnie mi zaimponował. Po raz pierwszy, kiedy zremisował u siebie z niepokonanym, kroczącym do tego meczu bez straty punktu w futsalowej ekstraklasie, Rekordem Bielsko Biała. Po raz drugi, gdy ograł w Zduńskiej Woli Gattę i zapewnił tym temuż Rekordowi na dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek futsalowe mistrzostwo kraju.

Ciekaw jestem, czy w tymże maju podopieczni trenera Żebrowskiego zdołają jeszcze sięgnąć po srebrny medal mistrzowskiej rywalizacji. Innych emocji raczej już w ekstraklasie nie spodziewam się. Zresztą walka o mistrzostwo Polski w futsalu w sezonie 2017/2018  już od jednej trzeciej sezonu była nudna i tylko stawiano sobie pytanie, czy, albo kiedy, Rekord straci jakieś punkty.
Całkiem inaczej jest w boju o prolongatę ligowego bytu. Białostocki MOKS, który w pewnym momencie rundy zasadniczej walczył o miejsce w czołowej szóstce, teraz musi się mocno napocić, by uchronić się przed barażowaniem. Gdzieś tak końcem marca wspominałem białostoczanom, iż walka o byt jest trudniejsza niż o medale, ale nie chciano mi przyznawać racji. Obecnie wychodzi na moje, chociaż z tego nie cieszę się.

Zawsze podzielam pogląd, iż dobrze jest jak jeden z beniaminków dla swoistego „odświeżenia krwi” pozostaje w ekstraklasie. Po wycofaniu się z rozgrywek Lex Kancelarii pada na MOKS, by spełnić moją filozofię sportowego jestestwa.

Kilku moich znajomych, których niechcący pisaniem oraz mówieniem o futsalu zaszczepiłem tą dyscypliną, stwierdziło, że futsalowa ekstraklasa w tym roku nie zaimponowała im. Ciągle była jakby w tle – twierdzili. Jestem w stanie ich zrozumieć, gdyż sam liczyłem na lepsze przebicie się do świadomości polskiego kibica – nie tylko futsalowego. A tymczasem w mediach tak zwanego głównego nurtu sportowego ekstraklasowy futsal przechodził jakby bokiem. Nie powiem, żeby był to rok stracony, ale liczyłem na więcej. Zresztą wcale lepiej nie jawi mi się I liga, a nawet reprezentacja, którą zawiaduje piłkarski związek. Oprócz incydentalnych wydarzeń typu finały ME, czy mecze międzypaństwowe - ogólnie cicho.

I trzeba sporo natrudzić się, by coś sensownego znaleźć informacyjnie w mediach poza piłkarskiego, klubowego, związkowego, czy spółkowego nurtu. Nawet finałowy turniej Halowego Pucharu Polski w Opolu szybko zszedł z afiszy. A i kibiców na halę opolską za wielu nie przyciągnął. Myślę, że jest to szkopuł, który zarówno władze futsalowe w związku jak i spółki futsalowej w przyszłym sezonie powinny wziąć pod uwagę w swoich działaniach.

Niedawno wziąłem udział w konferencji o zarządzaniu klubem, a nawet większą strukturą. To, co tam mówiono, całkiem przystawało także do zarządzania futsalem, gdyż, moim zdaniem, polski futsal to taki większy, albo „bardziej większy” klub sportowy. W przeciwieństwie do wielu działaczy futsalowych, znam bowiem miejsce futsalu w polskim sporcie. Ba, nawet w polskiej piłce. I nie będę nigdy mówił, że jest, czy będzie popularniejszy od żużla albo kolarstwa. Nie wspominając o siatkówce albo matce żywicielce – piłce trawiastej.

Usytuowany będąc w strukturach organizacyjnych piłki nożnej trawiastej na zawsze pozostanie  takim przygarniętym dzieckiem, by nie napisać bękartem. I nie wiem, czy nie ma racji mój przyjaciel, recenzent Józef twierdzący od dawna, że w polskim futsalu najlepiej odnajdują się działacze. Zapewne coś w tym jest. Ale z drugiej strony bez zawodników i ci działacze byliby niepotrzebni – drogi Józefie.

Wracając  na chwilę do owej konferencji. Wynotowałem sobie z niej taki passus. Otóż ważnym elementem każdej jednostki powiązanej ze sportem jest struktura organizacyjna, która powinna być jasna i czytelna. To ona umożliwia właściwe zarządzanie. W tej strukturze nie można zapominać, że klub, spółka, czy komisja, to nie tylko piłkarze, trener, działacze, prezesi. To cała infrastruktura techniczna obiektów, rehabilitacja, odnowa, marketing, szkółki piłkarskie czy współpracujące najczęściej na zasadach outsourcingu, inne podmioty. I finalizując myśl, co wydaje się być kluczowe - czyli umiejętność delegowania zadań poprzez właściwe zakresy obowiązków czy polecenia ze strony osób kierujących. Najważniejsze jest, żeby każdy znał się na swojej pracy i chciał współpracować z pozostałymi. A tego właśnie polskim futsalu in corpore jest za mało.
Jeden z trenerów polskiego futsalu – nazwisko mi uleciało – powiedział niedawno, że polski futsal wymaga odmłodzenia. Naprawdę nic ucieszniejszego nie słyszałem od dawna w naszym futsalu. Nie wiem, czy ów trener (jaka szkoda, że nie zapamiętałem nazwiska, ale pewnie nikt znaczący, bowiem takiego zapamiętałbym) pragnie budować polski futsal od nowa za pomocą szkółek futsalowych. Na nowych naborach, bez zawodników, którzy nie spełnili się na trawie. Czy tylko zabezpiecza się przed brakiem wyników?

Jest to typowe wylewanie dziecka z kąpielą. Rodzimy futsal musi być konglomeratem młodości oraz doświadczenia. Inaczej trwać będzie w stagnacji. Każdy co lepszy kwiatuszek bowiem odejdzie do piłki trawiastej. Tej popularniejszej i lepiej dającej zarobić. Tak zrobili kiedyś sędziowie – Górecki, Musiał, Frankowski. Wielu piłkarzy, biegających teraz po trawie, a nawet w reprezentacji. Nawet trener Juszczak pozostawił futsal dla sztabu szkoleniowego pana Nawałki. Więc po co to mamienie o odmładzaniu. Czy nie lepiej wziąć się do solidnej roboty? Merytorycznej bez pustosłowia?
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Dziwnie mało futsalowe portale internetowe w naszym kraju poświęciły rozgrywanemu w w miniony weekend w Saragossie - stolicy hiszpańskiej Aragonii Final Four UEFA Futsal Cup. A przecież grały najlepsze futsalowe teamy Starego Kontynentu. Na szczęście o tych najwierniejszych sympatyków piłki halowej zadbał, Polsat dając transmisje najważniejszych meczów.  I był jednym z sześciu europejskich nadawców, którzy się na taki krok zdecydowali. Chapeau bas.

Statystycznie odnosząc się do składu finału, zaserwowana została nam powtórka sprzed roku. Hiszpański Movistar Inter Futbol Sala okazał się ponownie lepszy do portugalskiego Sporting Clube de Portugal z Lizbony. I tym razem padło siedem goli (5-2, rok temu było 7-0). Jednak dla mnie największą niespodzianką, a powiedziałbym nawet sensacją, był udział w gronie czterech najlepszych futsalowych teamów Europy sezonu 2017/2018 węgierskiego Rába ETO Győr. Rekordzie z Bielska Białej, panie prezesie Szymura - wzór jest niedaleko. Trzeba nadal próbować. Cierpliwość w futsalu do podstawa. 
Dla felietonisty, a na dodatek sympatyka polskiego futsalu, nie będzie nadużyciem napisać, że saragoski finał był przygrywką do Final Four Halowego Pucharu Polski, który zostanie rozegrany w najbliższy weekend w Opolu. Trzy ekstraklasowe zespoły (Rekord, MOKS Białystok, Red Dragons Pniewy) spróbuje pogodzić pierwszoligowy AZS Uniwersytet Zielonogórski. I po raz drugi w tym felietonie chapeau bas. Tym razem dla zielonogórzan, którzy potrafili przebić się przez gęste eliminacyjne sito do najwyższej pucharowej półki.

Szperając po portalach, szukając materiałów o obecnej edycji HPP natknąłem się na informację, że Rekord nie trafił w poprzednich rundach na zespół ekstraklasowy. I w półfinale też mu się to nie uda, gdyż zmierzy się z AZS. Rekordzistom zapewne, przy obecnej ich formie, jest obojętne na kogo trafią. Ale ciekawostka pozostaje w annałach. Na dodatek zdarza się to już drugi raz, biorąc pod uwagę niedawne edycje. Wydaje się puentując ten akapit, że każdy inny wynik, niż wygrana w Final Four HPP Rekordu, będzie sensacją - co najmniej. Niemniej, jak to mówił niezapomniany trener Kazimierz Górski – „Dopóki piłka w grze...”. 

Organizatorem opolskiego finału jest PZPN. I nawet jak przekazał jakieś pola organizacyjne agendom terenowym (opolski klub, opolski związek piłkarski), to od piłkarskiej centrali raczej należy wymagać, by przynajmniej z meczu finałowego była transmisja na żywo w normalnej telewizji. Normalnej, czyli dostępnej dla przeciętnego zjadacza chleba kraju na Bugiem, Wisłą oraz Odrą położonym. Inaczej wstyd będzie, że możemy sobie popatrzeć w telewizor i zobaczyć biegających po saragoskiej hali futsalistów z Europy, a nie zobaczymy naszych rodzimych. Cały ten akapit piszę oraz traktuję w formie gdybania, gdyż jestem poza Polską w chwili pisania tych słów i nie mam możliwości sprawdzenia programu telewizyjnego na weekend nadchodzący. Liczę, że w kolejnym felietonie będzie okazja na pochwały dla związku. Nie chciałbym mylić się.

Orzeł Jelcz Laskowice nie okazał się w ostatecznym pierwszoligowym rozrachunku nielotem i też awansował do futsalowej ekstraklasy. Gratulowałem już prezesowi Bednarzowi, a teraz pogratuluję całej tamtejszej społeczności futsalowej. Cieszy mnie, że kolejny z „otwartą futsalową głową” działacz dołączy do Spółki FE. W Spółce zawsze pozytywnie zakręconych futsalem powinno przyjmować się z otwartymi rękoma. Nigdy ich za wiele. To raz, a po drugie dobrze stało się, że Dolny Śląsk odzyskał miejsce w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej futsalu. Teraz jeszcze proszę o awans Lubelszczyznę oraz Mazowsze.
Rzadko w felietonach cytuję polskich prezesów od futsalu. Ale muszę zacytować prezesa Jenczmionkę z gliwickiego Piasta. Padły z jego ust w internecie słowa o takiej pewności, jakiej już dawno nie słyszałem wypowiedzianych przez prezesa polskiego klubu futsalowego. Dawniej z takiej pewności słynął prezes Cleareksu, pan Wolny. Ale to już minione czasy. Obecnie pan Wolny już nie prezesuje.

Prezes Jarosław powiedział – „Zamierzamy rozegrać pięć dobrych meczów i dopisać sobie 15 punktów. Uważam, że to jest naprawdę możliwe. Ostatni mecz z Rekordem pokazał, że graliśmy jak równy z równym, a to zespół, który jest poza zasięgiem naszej ligi. A jeśli potrafimy grać z nimi jak równorzędny rywal, to z pozostałymi zespołami także”. Nic tylko przyklasnąć. Lubię takie odważne stawianie sprawy. Jest to ciekawe zadanie dla trenera oraz zawodników. Jak prezes tak mówi, to nie wypada go zawieść.

Po podziale punktów oraz na grupy w ekstraklasie futsalowej jest nadal ciekawie. Szczególnie pojedynki o wicemistrzostwo oraz trzecie miejsce w górnej połówce powinny być fascynujące. Pomiędzy drugim zespołem a czwartym są tylko trzy punkty różnicy. Zresztą podobnie jest w dolnej połówce. Siódmy zespół ma tylko 3 punkty przewagi nad dziesiątym, czyli tym, który będzie musiał barażować z lepszym z wicemistrzów I ligi.

Nie odważyłbym się stawiać na medalistów, czy spadkowiczów już teraz. Ale, przestrzegam, nie należy lekceważyć Cleareksu. Z drugiej strony jestem ciekaw, czy wreszcie zaowocuje w Wieliczce praca pana Bucciolla. Maj piękny miesiąc, zielony, kwitnący, niech więc i nasz futsal przed wakacyjną przerwą rozkwitnie poziomem.   

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Futsalowe dziewczyny rozegrały dwa mecze z reprezentacją Rosji. Oba przegrały, ale wstydu nie przyniosły. Niemniej zastanawia mnie, jak długo jeszcze nasz związek będzie traktował futsal kobiecy amatorsko. Jako coś, co jest, ale wcale nie jest aż tak ważne, by reformować to co jest. I nie wymuszą zmiany tej oceny nawet częste mecze reprezentacji. Widzę to w takiej perspektywie z jednego, ale całkiem jasnego powodu. Otóż, rozgrywki naszych lig futsalowych w wykonaniu pań są najzwyczajniej jesienno-zimowym przerywnikiem dla rozgrywek piłki trawiastej. A taką drogą, bez wprowadzania rokrocznie zmian w kierunku usamodzielniania ligowego futsalu kobiet nie dościgniemy, choćby Rosjanek, u których sezon trwa o wiele dłużej i poważniej jest kobiecy futsal traktowany.

Tymczasem nasz zakończył się gdzieś w okolicy połowy marca. A może nawet ciut wcześniej. Nie mam na chwilę obecną nadziei, że coś zmieni się, gdy popatrzę na niedawne perypetie o wiele ważniejszej dla władz polskiej piłki reprezentacji trawiastej (casus meczów z Albanią oraz Szkocją) podczas eliminacji mistrzostw świata. Osobiście po lubuskich meczach z Rosją najbardziej cieszy mnie optymizm zawodniczek naszej kadry. I tak trzymać – drogie panie, bez względu na dalsze losy polskiego, kobiecego futsalu.
Chojnice, po rocznej banicji, na powrót w ekstraklasie futsalu. Pierwsze co zrobiłem, to pogratulowałem trenerowi Biandze oraz... panu Synoradzkiemu (mimo, że nie prezesuje już klubowi). Temu pierwszemu za wykonaną dobrą robotę, a temu drugiemu za wyrazistość.

Futsal nasz potrzebuje bowiem postaci wyrazistych, niekonwencjonalnych, krnąbrnych, z własnym zdaniem. Niezwyczajnym tylko przytakiwać. W tym kontekście nieraz zastanawiam się, co niektóre osoby robią w futsalowej komisji. Ale to już inna bajka. Na inne opowiadanie felietonowe. Tymczasem wrócę na chwilę do trenera Andrzeja Biangi. Niech mi ktoś wskaże w polskim futsalu trenera, który w ciągu jednego sezonu osiągnął dwa znaczące awanse. Awanse na forum europejskim (reprezentacja Polski do finałów ME) oraz krajowym (awans Red Devils do ekstraklasy). Nie ma. Chętnie przeczytam sprostowanie, jeśli się mylę. I mam nadzieję, reasumując wątek, że w Chojnicach nikomu nie przyjdzie do głowy zmieniać trenera. Niech nie powtarza się, nie przez wszystkich akceptowalny, casus reprezentacyjny.

Na piłkarskim portalu 90minut wyczytałem, iż Komisja Licencyjna PZPN zajmuje się Heliosem Białystok, który nie dopełnił obowiązku licencyjnego, powiązanego ze startem drużyny młodzieżowej w Młodzieżowych Mistrzostwach Polski. Ciekaw jestem werdyktu. Rok temu Gatta ze Zduńskiej Woli została ukarana karą finansową. Zapewne tak samo będzie z Heliosem. Z decyzjami związkowymi – tym bardziej w tak oczywistych sprawach – nie dyskutuję. Niemniej pozwolę sobie zastanowić się, dlaczego ciągle władze futsalowe utrudniają życie młodzieżowemu futsalowi nie godząc się na rozgrywanie eliminacji MMP - kolejno w związkach wojewódzkich, następnie makroregionach i dopiero finalnie na szczeblu centralnym. Wielu tak zwanych działaczy terenowych nawet twierdzi, że pomogłoby to rozwijać futsal w ich związkach regionalnych. I rzeczywiście powody, by tak nie mogło być, są raczej miałkie. Czy to jest uprzedzenie do zmian, czy chęć trzymania całości w „ważnych” rękach nie mnie rozstrzygać. Ale wypada choćby zapytać - czy pomyślano, że zespołom byłoby o wiele taniej grać eliminacje w swoich związkach. I wtedy może nie byłoby potrzeby zawracać głowy Komisji Licencyjnej.
Nie ukrywam, że zbierając informacje o polskim futsalu, które uda się następnie pomieścić w felietonie sięgam też do różnych futsalowych portali internetowych. Dla felietonisty portal związkowy jest zbyt oficjalny, by był wystarczający. Spółkowy nieco jednostronny w marketingu pijarowym, ale ciekawszy od tego z PZPN. Klubowe sypią smaczkami – i dobrze. Jest co poczytać.

Niemniej pozostaje niedosyt. Na pewno w zakresie futsalu kobiecego, a też i młodzieżowego. Co prawda strona mmp jest informacyjnie dopełniona, ale brakuje bieżących informacji z terenowych działań. Regionalne informacje o futsalu zamieszczane na portalach obsługiwanych przez wojewódzkie ZPN są różnej jakości. A zależy to od ważności futsalu w danym związku wojewódzkim. Niemniej porównując stan obecny z latami poprzednimi widać – przynajmniej ilościowy – krok w przód. I to jest pozytywne mimo zdarzających się niedoróbek merytorycznych. Wszystkie ręce na pokład – takie zawsze popularne hasło w gronie działaczy PZPN, kiedy trzeba zmobilizować się do działania winni przyswoić sobie działacze futsalowi całej Polski. Nie znaczy to jednak, że nawołuję do mówienia jednym głosem, gdyż to właśnie w różnorodności widzę siłę polskiego futsalu. Nawet starożytni już mawiali „varietas delectat”, czyli „różnorodność cieszy”. I tego trzymajmy się.   

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Krzysztof Ignaczak, to jeden z najwybitniejszych polskich siatkarzy. Z wielką atencją podchodziłem przed laty do rozmów z nim jako zawodnikiem. Tym bardziej teraz zawsze z zainteresowaniem czytam jego przemyślenia dotyczące piłki siatkowej. Niedawno zabrał głos na temat piłek, jakimi będą rozgrywane mecze barażowe o awans do PlusLigi siatkarskiej. Cały szkopuł – jego zdaniem – tkwi w tym, że PlusLiga gra mikasami, a zaplecze, czyli I liga moltenami. Do barażów będzie użyta piłka Mikasy. Zdaniem pana Krzysztofa piłki te różnią się sporo i potrzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do innej. A Mistrz wie co mówi.
Niby jest to problem daleki od futsalu, gdyż jedno co łączy bliżej te dyscypliny to gra na hali. Ale... No właśnie, w futsalu też mamy baraże. I też ekstraklasa gra innymi piłkami (select), a I liga innymi (masita). Jest więc problem, czy go nie ma? Moim zdaniem nieduży, ale jest. Nie wiem jakie piłki zostaną zadysponowane do użytku barażowego pomiędzy zespołem ekstraklasy a uprawnionym do tego pierwszoligowcem. Kiedyś próbowałem obydwu na nodze, ale nie jestem zawodnikiem, by oceniać. Niemniej, optowałbym za selectem, jako sprzętem ekstraklasowym. Tym bardziej, że walka toczyć się będzie o najwyższy poziom rozgrywkowy.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby jednak unikać baraży i utrzymać awans bezpośredni dwóch mistrzów I ligi, względnie dać szanse bezpośredniego awansu też wicemistrzom. Przecież czternastozespołowa ekstraklasa, to całkiem ciekawe rozwiązanie. Mnie przy takim podejściu gnębi tylko jedno pytanie. Patrząc na rozgrywki ekstraklasy oraz I ligi wcale nie jestem pewien,  czy wszystkie zainteresowane kluby dadzą radę spełnić wymogi licencyjne, aby wizytówką futsalu nie być tylko na papierze.   

Kiedy już jestem przy I lidze futsalowej nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż w grupie północnej jeszcze cztery zespoły walczą o awans i udział w barażach. Natomiast na południu są to trzy teamy. I jeden z tych kandydatów ma mecz zaległy do rozegrania. Dla mnie zawsze dziwnym jest, a zdarza się to prowadzącemu pierwszoligowe rozgrywki po raz kolejny, że mecze są przekładane i grane przed finalną kolejką rozgrywek. Broń Boże, nie posądzam nikogo o złą wolę lecz dziwne konotacje nachodzą same.

Z niesmakiem przeczytałem niedawno o perypetiach reprezentacyjnych piłkarek trawiastych z podróżą do Szkocji na mecz eliminacji mistrzostw świata. Traktuję to jako wydarzenie losowe bez jakichkolwiek podtekstów. Niemniej, nie mogę sobie wyobrazić, by opóźnienie samolotu aż o tyle godzin mogło zdarzyć się reprezentacji seniorskiej mężczyzn. Tej od Lewandowskiego. A nawet jakiejkolwiek męskiej młodzieżówce. Nie chcę, opisując ten przypadek, znachodzić potwierdzenia mojej tezy z kilku felietonów, że futsal, piłka kobieca, czy plażowa są jakby w pewnym stopniu sportami niszowymi w porównaniu do „trawy męskiej”.  I obojętnie co robiliby fani futsalu, to wyżej pewnego poziomu, by nie napisać brzydko, nie podskoczą. Chyba, że przeniosą się do Hiszpanii, Rosji, Portugalii albo Brazylii.

Nieodgadniony pan Józef – stały recenzent pisanych przeze mnie cotygodniówek, zagadnął podczas mojego pobytu w Krakowie w temacie klasyfikacji indywidualności polskiego futsalu za rok 2017. Przypomniał, że takie felietonowe porównanie popełniłem za rok 2016. Oczywiście, drogi Józefie – tak było. Ale, co mam teraz wykazywać, czy porównywać jak w futsalu wszystko kręci się wokół czterech osób i kolejność ważności zdarzeń, decyzji, możliwości każdy może sobie sam ustalać według poważania, czy sympatii?

Celowo abstrahuję od merytoryki. A te osoby to są panowie – Kaźmierczak, Karczyński, Bednarek, Korczyński. Jeżeli mam już coś, a nie kogoś wyróżnić, to oprócz kolejnego wyeksponowania awansu reprezentacji do finałów ME wytłuszczę dopięcie spraw organizacji II ligi, a szczególnie makroregionalnego systemu awansowego oraz systematyczne wzmacnianie się marketingowej stabilności FE. Na inne spostrzeżenia przyjdzie czas, kiedy „wybuchną” jakieś spektakularne działania. Na razie bowiem ogólnie przeważa powielanie, przestawianie, podróżowanie (prezesów).
Tenże pan Józef podesłał mi przy okazji klasyfikację strzelców ekstraklasy. Na dwie kolejki przed zakończeniem rundy zasadniczej lideruje Marcin Mikołajewicz. Za nim kolejno plasują się  Michal Seidler, Daniel Krawczyk, Sebastian Leszczak, Paweł Budniak, Oleksandr Bondar, Michał Marciniak. Gdy patrzyłem na maila od pana Józefa przed oczy od razu nasunęła mi się myśl – kto ma strzelać gole w reprezentacji, jak w czołówce strzelców tylko reprezentacyjny kapitan z Torunia? Co prawda, jest jeszcze Leszczak, ale on został dokooptowany do kadry dopiero po pięciu golach w meczu białostockim Cleareksu (ach co to był za festiwal i co za szczęście, że mogłem go naocznie oglądać w białostockiej hali).

Nie jestem taktykiem, czy strategiem szkoleniowo-selekcjonerskim, ale nawet dla laika zauważalne są owe zachwiania defensywno-atakujące w kadrze. A większość goli zdobytych w tym roku przez nasz zespół reprezentacyjny w pięciu meczach kadry (raptem 3, w tym 1 brazylijski samobój) wynika najzwyczajniej ze szczęścia. Nie wiem, czy jest to pokłosiem faktu, że większość snajperów z czołówki ekstraklasowej ogląda mecze kadry w telewizji, a dodatkowo dwaj z nich to zagraniczniacy, ale - przynajmniej dla mnie - jest to zagadka. Nierozwiązywalna na tę chwilę zagadka. Francuski filozof oraz historyk Hipolit Taine mawiał przy takich subiektywnie ocennych wrażeniach – „Może jest rzeczą nieroztropną spisywać pierwsze wrażenie, ale czemuż ich nie spisać, skoro ich doznaje się?". I to też jest prawda.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Juliusz Cezar po wygraniu jednej z bitew oznajmił senatorom starożytnego Rzymu – veni, vidi, vici – czyli przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem. Zapewne nikt znający się nawet tylko przyzwoicie na polskim futsalu nie oczekiwał, że taki sam meldunek złoży zarządowi PZPN po powrocie z Brazylii Błażej Korczyński, trener naszej reprezentacji. Przed meczami, jeszcze w Polsce, selekcjoner zaznaczał, że każda jednostka treningowa, każdy dzień, który spędzą wspólnie zawodnicy oraz sztab szkoleniowy, jest bardzo cenny.

Jest to całkiem rozsądne założenie. Polski futsal nie może bowiem liczyć w związkowych realiach na zbyt częste okazje meczowe, czy turniejowe. W roku 2018 pewnie takich okazji będzie poza eskapadą brazylijską jeszcze najwyżej trzy. No, może cztery. Co stanowić powinno w sumie około 6-7 meczów. Ale mimo wszystko porównując z dawnymi laty, ma selekcjoner komfort pracy i czas spokojny na przygotowanie kadry do ważnych gier w roku przyszłym, kiedy nadejdzie czas rozliczeń. Choćby w eliminacjach światowego czempionatu. Nic, tylko zazdrościć. A brazylijski świąteczny wypad można krótko zreasumować parafrazując Cezara – pojechaliśmy, pograliśmy, powróciliśmy.
Przy okazji owego brazylijskiego wyjazdu pozwolę sobie po raz kolejny zapytać – sądzę, że w imieniu kibiców też – kiedy wreszcie ujrzymy futsalowych Canarinhos w Polsce? Czy przeprowadzono rozmowy, dające przynajmniej perspektywę pokazania najbardziej utytułowanej futsalowej drużyny globu polskiej publiczności? Zobaczenia, nie w telewizji, gdzieś po północy, czy podczas świątecznego obiadu, ale na żywo, w jednej, czy dwóch polskich halach.

Jest w sporcie coś takiego, jak kultura rewanżu. Oddanie w formie rewizyty meczu na terenie nacji, którą gości się wcześniej. A przypomnę, już trzykrotnie peregrynowaliśmy z kadrą na kontynent amerykański. Panie prezesie Boniek, panie prezesie Bednarek, panie przewodniczący Kaźmierczak, panie selekcjonerze Korczyński – czas złożyć rodzimym kibicom daninę gościnności dla brazylijskiego futsalu, czym byłyby mecze Brazylijczyków w Polsce. I to ich najsilniejszej reprezentacji (też z zawodnikami grającymi w Europie), gdyż obecnie, jak zauważyłem, potykaliśmy się z występującą pod szyldem narodowego teamu Brazylii reprezentacją składającą się z zawodników brazylijskiej ligi futsalu.

Polski w miarę zorganizowany futsal można opisywać od roku 1991, kiedy powstała komisja futsalowa w PZPN lub 1992, kiedy powołano po raz pierwszy kadrę narodową. Od tego czasu przez 27 lat związkiem piłkarskim w Polsce kierowało(ruje) 5 prezesów – Górski, Dziurowicz, Listkiewicz, Lato, Boniek. Z każdym z nich miałem okazję pracować. Jak nie przy futsalu, to w innych dziedzinach piłkarskiej działalności. Jeżeli chodzi o futsal, to czoła chylę przed panem Listkiewiczem. On to, za prezesury Kazimierza Górskiego, organizował wyjazd na finały mistrzostw świata w Hongkongu. On kierował ekipą na tym azjatyckim turnieju. Następnie za prezesury Dziurowicza jako sekretarz generalny pilnował, aby futsal nie zniknął w morzu przemian systemowych. To za jego prezesowskich czasów uzyskaliśmy awans do turnieju finałowego ME w Moskwie. To on z ramienia UEFA, czy FIFA był delegowany, jako przedstawiciel tych gremiów, na finałowe turnieje MŚ, ME w futsalu. To za jego kadencji powstawały kolejne reprezentacje młodzieżowe. To wreszcie za jego kadencji nastąpiła wyraźna procentowa progresja budżetu futsalowego w PZPN.

Chciałbym, aby prezesi PZPN byli tak mocno osobiście zaangażowani w futsal jak pan Michał. Niestety, nie zawsze tak dzieje się. Zarówno jego poprzednicy jak i następcy co prawda futsalowi nie przeszkadzają, lecz jakichś szczególnych inicjatyw pro-futsalowych z ich strony nie zauważa się. Zawsze jest jednak czas na zmianę. Czego felietoniście wolno oczekiwać.
Brazylijskie tournee to już historia, nasz futsal wraca na ligowe tory. Pozostały trzy terminy do zakończenia rundy zasadniczej ekstraklasy, podziału na grupy oraz podział punktów. W zasadzie tylko cud mógłby sprawić, że Słoneczny Stok wyprzedzi Red Dragons i znajdzie się w „spokojnej” szóstce. Ale dopóki piłka w grze...

Wróżem to ja nie jestem, niemniej obstawiam, iż po podziale na grupy rywalizacja szczególna toczyć będzie się tylko o wicemistrzostwo oraz brązowy medal. A w dole tabeli głównie o opuszczenie strefy zagrożonej barażami o utrzymanie w ekstraklasie. Na chwilę obecną bardziej mnie jednak interesuje, czy Rekord zakończy zasadniczą rundę bez straty punktu. Najbliżej przerwania „złotej pasy” może być już w najbliższym terminie meczowym Gatta.

Panowie prezesi klubów ekstraklasy – róbcie coś, by dorównać Rekordowi, gdyż z czasem walka mistrzostwo może stać się nieciekawa. Tak jak w Niemczech w Bundeslidze trawiastej, gdzie Bayern zdominował wszystkich. Osobiście nie chciałbym, aby tak było u nas w futsalu, bo to nie gwarantuje wysokiego poziomu sportowego całości rozgrywek.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Felieton jest niejednokrotnie trudną sztuką tolerancji. Na ulicach w momencie, gdy piszę te słowa jest więcej śniegu – przynajmniej w Warszawie – niż na Boże Narodzenie. I jak nie zazdrościć reprezentacji futsalu, która spędzi Wielkanocny czas w Brazylii? Raczej zimy tam nie zobaczy. Ale liczę, że nadchodząca Wielkanoc wyzwoli z pomocą słońca i w futsalowym gronie radość i optymizm. A może nawet podeprą ów świąteczny czas dobrymi wynikami uzyskanymi za Atlantykiem polscy futsaliści.

Jak już jestem przy Brazylii, to nie od rzeczy będzie napisać, że stan Parana, którego stolicą jest Kurytyba, jawi się jako główne skupisko polskiej emigracji do Brazylii od XIX do XX wieku. Emigracji zarobkowej, za chlebem. Według statystyk niemal co dziesiąty mieszkaniec tego stanu jest pochodzenia polskiego. O futsalu w Kurytybie miałem okazję rozmawiać już lat temu wiele (co wynika z moich zapisków) z obecnym prezesem PZPN, a kilka lat po nim z jednym z sekretarzy generalnych PZPN. Panu Bońkowi, gdzieś tak na przełomie wieków, opowiadałem, jak może być silna reprezentacja Polski w futsalu, gdyby sprowadziło się do kraju potomków polskich emigrantów, kopiących piłkę na plażach i w halach Brazylii.

Oczywiście była to rozmowa niezobowiązująca – raczej jako ciekawostka - chociaż pan Boniek był wówczas wiceprezesem PZPN. Kilka lat później ten sam temat poruszyłem z sekretarzem Kręciną, a było to już po doświadczeniach z praprawnukiem polskich emigrantów do Brazylii, Cleversonem Pelcem. To były już sensowniejsze merytorycznie rozmowy, lecz i one spaliły na panewce. Być może teraz jakiś „Polak brazylijski” przypomni sobie o ojczyźnie przodków i zawita z futsalową grą do „Starego Kraju”. Przynajmniej ja nie mam nic przeciw takim eksperymentom.
Czytając powyższy tekst złapałem się na myśli, jak dobrze jest mieć zapiski różnorakie. Słowo daję, gdyby nie one zapomniałbym o tych moich rozmowach. A notowania nauczyłem się od Chińczyków. Często mając w dawnych latach z nimi kontakt zauważyłem, iż podczas każdej  rozmowy prowadzą zapiski, więc i ja począłem utrwalać treści. W zasadności tego, co robię, umocnili mnie kilka lat później Andrzej Strejlau oraz Henryk Kasperczak, kiedy podczas jakichś spotkań w Polsce z kibicami opowiadali o swoich sportowych przygodach w „Kraju Środka”. Między innymi zwracali uwagę na prowadzenie przez Chińczyków ciągłych notatek z ich metod treningowych, czy odpraw.

Dlatego polecam szczerze tę formę archiwizacji. Całkiem legalną i niezbyt ciężką do realizacji, a niezwykle przydatną.

Niezwykle rzadko mam możliwość zapoznać się z wypowiedziami przewodniczącego Komisji Futsalu, pana Kaźmierczaka. Tym bardziej z zainteresowaniem przeczytałem na portalu Futsal-Polska.pl jego argumenty odnośnie regulaminu, który nie zezwala na awans do I ligi rezerwom drużyn ekstraklasy. Podpisuję się pod tym obiema rękami. W PZPN o miejscu występowania rezerw klubowych jasno mówi regulamin związkowy i nie widzę powodów, by go dla futsalu naginać. Nawet przy całym moim szacunku do pracy wykonywanej dla futsalu przez klub Rekord, to inni mają równać do Rekordu i podnosić poziom sportowy swoich pierwszych zespołów do występów w I lidze.

Przy obecnej sytuacji, gdzie Rekord organizacyjnie oraz sportowo odjechał reszcie polskiego klubowego futsalu niemal o lata świetlne, jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, że za lata kilka w I lidze mogłyby być oprócz Rekordu bis jeszcze jakieś inne zespoły filialne bielskiego futsalowego mocarza, oparte na jego wychowankach. A nie o to przecież chodzi, by jedno środowisko, które nota bene podziwiam, zawładnęło polskim futsalem.

Gdy już wymieniłem pana przewodniczącego, to zaapeluję, by w okresie świątecznym przemyślał, czy nie warto dla związków wojewódzkich albo makroregionów „uwolnić” rozgrywek młodzieżowych mistrzostw Polski. Po co je tak kurczowo trzymać na etapie eliminacji w centralnych rękach?
Pogoń 04 Szczecin zaangażowała na trenera Romana Smirnowa z Ukrainy. Nie byłaby to żadna sensacyjna wiadomość, a jedynie zwyczajny news, gdyby nie fakt, że stanowi to wyłom w polonizacji szkoleniowej ekstraklasy futsalu. Oczywiście jest jeszcze Andrea Bucciol, ale jego przez zasiedzenie uznaję za Polaka.

Trenera Smirnowa znam od wielu lat i cenię jego warsztat. Na pewno jest to dobry ruch Portowców. Ponadto zerwali z nieciekawym zwyczajem grającego trenera, czemu zawsze byłem przeciwny. Inny raczej problem widzę w tym angażu. Polski Związek Piłki Nożnej zorganizował już bodaj trzy kursy trenerskie UEFA Futsal B. Jak wieść niesie będą i następne, ale rzekomo na razie liczba trenerów przeszkolonych futsalowo jest wystarczająca. Chociaż moim zdaniem nie jest tak, że wystarcza. Zawsze kogoś trzeba szkolić lub doszkalać. I klub ze Szczecina tak jakoś niechcący przy okazji potwierdził moją tezę. Rozglądnął się za zagraniczniakiem. Gdzie leży więc prawda. W kasie, wiedzy, dyspozycyjności. Fajnie byłoby jakby ktoś odpowiedział.

Chciałem jeszcze kilka zdań napisać o finansach futsalu, ale... może po świętach. W innym nastroju. Zapraszam do stołu i życzę Wesołych Świąt!

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Szopienicka hala, w której swoje futsalowe mecze rozgrywa ekstraklasowy AZS UŚ Katowice, należy do moich najbardziej ulubionych obiektów związanych z polskim futsalem. I tylko mogę żałować, że jest niedoceniana przy organizacji meczów międzypaństwowych. Kiedy w 2009 roku polska reprezentacja grała w niej z Włochami, ulegając po zaciętej walce 2:3 utytułowanemu rywalowi, ówczesny, nowy trener Włochów Roberto Menichelli bardzo ją komplementował. Obecnie w telewizyjnej erze ekstraklasowego futsalu jak najbardziej spełnia wysokie wymagania realizacji przekazu TV. Powinna być wcale nie wygórowanym wzorem dla klubów futsalowej ekstraklasy w dążeniu do występowania na tak funkcjonalnym obiekcie w swojej miejscowości. Problem hal jawi się bowiem jako szczególnie ważny dla Spółki FE w aspekcie telewizyjnych zakusów na poważnego nadawcę.
Miło jest po latach przyjeżdżać w miejsca, które od lat są z polskim futsalem związane i widzieć na meczach ludzi, którzy dyscyplinę mają na co dzień w sportowym sercu. Takim regionem jest niewątpliwie Śląsk, a miejscem Katowice, gdzie przez wiele lat znajdowała się centrala polskiego futsalu. Gdzie rodziły się i skupiały pomysły na piłkę halową. Tak było i podczas meczu AZS UŚ z Gattą. Na widowni zebrało się dość spore grono niegdysiejszych graczy, trenerów, działaczy. Osobiście niezwykle uradowało mnie spotkanie z Krystianem Brzenkiem – nieco już dzisiaj zapomnianym golkiperem, a kiedyś podstawą i podporą naszej reprezentacji. Pamiętam wygrany mecz z Holandią w Suwałkach w 2006 roku, kiedy Krystian strzelił bezpośrednio gola przeciwnikowi, będąc - tym samym - niejako prekursorem obecnych wyczynów strzeleckich futsalowych bramkarzy. Ale jeszcze bardziej utkwiła mi w pamięci jego gra w reprezentacji oraz chorzowskim Cleareksie z dłonią poskręcaną śrubami po kontuzji. Jak on wtedy fenomenalnie bronił, jaką niesamowita prezentował formę... Wspominając w rozmowie tamte czasy, patrząc na mecz AZS-u z Gattą podzielił się Krystian taką oto refleksją – „Starzeje nam się ta liga. Młodych jakoś nie przybywa. Nie przybywa planowo z zaciągu stricte futsalowego lecz przeważnie po rezygnacji z występów na trawiastym boisku”. I rzeczywiście – pomyślałem – jest to jakiś problem polskiego futsalu, który kluby ligowe powinny mieć mocno na uwadze. Tym bardziej, że w młodzieżowych mistrzostwach Polski wiele teamów jest tworzonych ad hoc, typowo na daną imprezę.

A tak na marginesie, ciekaw jestem, czy prowadzący rozgrywki ekstraklasy oraz I ligi robili analizy wiekowe występujących w drużynach zawodników na przestrzeni chociażby czterolecia.

Jeżdżąc po Polsce i obserwując futsalowe zmagania, rozmawiając z działaczami, trenerami, kibicami, zawodnikami wyczuwam zderzanie się dwóch filozofii działania, czy rozwoju futsalu. Jedna to kanon ciężkiej pracy. Druga stawia na filozofię wizji. Nie jestem upoważniony do oceniania poszczególnych środowisk oraz ich wyborów, ale nikt nie może mi zabronić oceny całościowej. I w tym kontekście optuję za filozofią ciężkiej pracy kosztem owej - artykułowanej często enigmatycznie - wielkiej wizji.

Jak popracujemy wspólnie oraz w porozumieniu na rzecz rozwoju futsalu, to owa wizja sama zmaterializuje się po ciężkiej pracy. Bez potrzeby magicznych czynów i przy unikaniu zbędnych słów. Tak dzieje się – choćby – z młodzieżową pracą dla futsalu w Bochni, albo kobiecym futsalem na Mazowszu, czy seniorskim działaniem w niedużych Pniewach. I jeszcze - po drobnym wahaniu - wspomnę o postępie w pracy sędziów. Naprawdę – proszę mi wierzyć – a wiem co piszę, porównując obecny ich poziom z początkiem XXI wieku: nie ma się czego wstydzić.
Wspomniałem wcześniej o Krystianie Brzenku, więc nie bez powodu pociągnę bramkarski futsalowy temat. O tym, że w futsalu bramkarz może wygrać jak i przegrać mecz, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Podobnie jak o prawdzie, że to Chińczycy wynaleźli proch wiele wieków temu. Podobną rolę jak w futsalu pełni jeszcze bramkarz – moim zdaniem – w hokeju. Obu dyscyplinom daję skuteczność gry bramkarza do wygrania meczu na przedział 60-70 procent. Tak składa się, że polski futsal obfitował i obfituje w dobrej klasy futsalowych golkiperów. Wspomniałem już o Brzenku, a do plejady znakomitych strażników futsalowej świątyni dołączę jeszcze, Dulębę, Skorupskiego, Nawrata, Ulfika, Groszaka, Słowińskiego i wreszcie Kałużę. Liczę, że z czasem dojdą do tych znakomitości kolejni, mniej na tę chwilę znani. Czekamy.

Nie jest rolą felietonisty opisywać rozgrywki ligowe w kontekście sprawozdań meczowych. Ale nic nie stoi na przeszkodzie bym mógł przedstawić swoje preferencje w gronie zespołów pierwszoligowych typowanych do awansu ekstraklasowego. Co prawda do końca rozgrywek pozostało jeszcze kilka meczów i wiele może zdarzyć się. Niemniej, nie bacząc na to, najpewniej chciałbym w przyszłym sezonie zobaczyć w ekstraklasie teamy z Jelcza-Laskowic oraz Chojnic. Nie znam na tyle ich potencjału organizacyjno-sportowego, by traktować swoje przewidywania jako pewnik, lecz typując kieruję się opcją poszerzenia geograficznego lokowania drużyn ekstraklasy. Dolny Śląsk po erupcji głogowskiego futsalu nie ma przedstawiciela w tych rozgrywkach. A przydałoby się dopełnić zachodnią flankę polskiego futsalu. Natomiast Chojnice bardziej doceniam za tradycje futsalowe oraz zaangażowanie środowiska, władz miejskich nie wykluczając. No i jest tam trener Bianga, któremu należy się choćby taka nagroda po wymiksowaniu (się) z reprezentacji.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Każdej zimy znajduję chwilę, by odpocząć od polskiego śniegu, zimna. A mówiąc szerzej od „rodzimego piekiełka”. Tym razem było to miejsce słynące ze znakomitych olimpijskich baseballistów. Gdy wracałem, pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem na polskim niebie, był klucz żurawi, które swoim charakterystycznym klangorem oznajmiały powrót po sezonowej nieobecności. Zapachniało optymizmem. Jak ptaki wracają, to jeszcze trzeba mieć wiarę. Wiarę, chociażby, w polski futsal. Ale nie może to być wiara bezrefleksyjna. Nie może być to wiara oparta na prawdzie jednego, dwóch, czy trzech ludzi. Choćby byli oni prezesami spółek, przewodniczącymi komisji, trenerami reprezentacji. To mnogość opinii, poglądów, działań, pozwoli stworzyć siłę naszej „małej piłeczki halowej”. I każdy winien posiadać swoją swobodę wizji, którą potrafi wybronić. W żadnym wypadku nie może być ona a priori negowana tylko ze względu, że ktoś pełni ważniejsze stanowisko. To by było na tyle tytułem wstępu  akademickiego do felietonu, w ramach przemyśleń zakonotowanych z dala od swarów naszego futsalowego podwórka.
W swojej sportowej przygodzie miałem możliwość przyjrzenia się jako działacz, dziennikarz, urzędnik, sędzia, zawodnik, czy wreszcie kibic wielu sportom. I wiem, jak każda dyscyplina sportowa jest różna. Rozmawiałem przez lata o sporcie z premierami, ministrami, prezesami związków, znakomitymi sportowcami, wybitnymi dziennikarzami, etc - i wiem jak każda z dyscyplin jest inna. Jak każda oczekuje czegoś wyróżniającego. No, może oprócz kasy, o którą starają się wszystkie. Niedawno przeczytałem znakomity wywiad trenera Artura Gadzickiego z mojego ulubionego klubu futsalowego AZS UMCS Lublin. Wynotowałem sobie z niego krótki passus dotyczący relacji piłka trawiasta - futsal. Czytam w nim ogólnie rzecz ujmując takie przesłanie - o piłce nożnej nie należy zapominać, iż mówi się jako o najpopularniejszym sporcie na świecie, gromadzącym miliony ludzi na widowniach stadionowych, czy telewizyjnych. Natomiast o futsalu jako sporcie należy wiedzieć, że jest odmianą halową piłki nożnej. Jakby młodszym bratem, co nie znaczy wcale, że gorszym. Wyjaśnienia trenera niejako w jego merytoryce potwierdził mi arcyciekawy materiał w „Rzeczpospolitej”, w którym autorka podpierając się słowami słynnego Ricardinho pisze, że futsal nie musi ścigać się z piłką nożną trawiastą, tylko iść z nią w parze. I to jest sedno współczesnego futsalu. Może kiedyś, gdy do futsalu przyjdą duże pieniądze (oby tak stało się), nadejdzie czas takiej rywalizacji. Póki co nie psujmy na siłę biznesem emocji futsalowych.

Korzystając ze sportowych znajomości, przyjrzałem się bliżej dyscyplinie, która po wycofaniu futsalu z TVP SPORT zagościła – wydaje się na trwałe – w tej stacji. To zapasy. Mimo, iż robiłem dawno temu materiały o słynnych braciach Lipieniach, jakoś ten niezwykle dla Polski medalodajny na igrzyskach sport nie porwał mnie. Ale po latach jestem pod wrażeniem atrakcyjności telewizyjnej i halowej jego przekazu w rywalizacji w ramach tak zwanej Krajowej Ligi Zapaśniczej. Myślę, że futsal w tej materii wiele mógłby się nauczyć. Nic nie ubliżając organizacji imprez futsalowych, nieodparcie jednak nasuwa się myśl, że jeszcze sporo brakuje organizatorom meczów do poziomu marketingowo-promocyjnego ligi zapaśniczej. Jest więc co dopracowywać.

W momencie, kiedy obydwie dyscypliny akurat teraz w Polsce uznawane mogą być za niszowe, wymagań organizacyjnych w zakresie realizacji imprez nie stawiam futsalowi za wysokich. Abstrahując na moment od meczów ligowych, myślę, że najbliższy Finał Four Halowego Pucharu Polski mógłby być dla PZPN taką swoistą próbą sił, czyli pokazania swoich umiejętności i „zakasowania” marketingowo-sportowego zapaśniczej ligi. Trzymam kciuki.
Niedawno miałem okazję rozmawiać o futsalu z ważnymi osobami, niemal decydentami, polskiego futsalu o jego dzisiejszym obrazie oraz historii. Wiem, że zarówno Spółka FE jak i PZPN chciałyby zrobić coś uroczystego w związku z nadchodzącą rocznicą 25-lecia rozgrywek ligowych futsalu w Polsce. Słyszałem, że nastąpiły jakieś rozbieżności odnośnie początków ligi. Akurat termin nie jest najważniejszy w momencie, gdy pomysł jest przedni. Niedługo PZPN będzie obchodził sto lat działalności. Może w tym jubileuszowym dziele należałoby znaleźć miejsce dla futsalu. Gdyby ode mnie zależało, nie upierałbym się – pisząc o początkach polskiego futsalu – przy dacie inauguracji rozgrywek ligowych w Polsce, ale sięgnąłbym głębiej, czyli do startu naszej reprezentacji w finale mistrzostw świata w Hongkongu. Wtedy to w roku 1992 powołano narodową reprezentację Polski w futsalu. W takim razie nasz zorganizowany w miarę futsal miałby obecnie 26 lat. A ligowy dopiero 24. Czyli ćwierćwiecze, jako srebrny jubileusz można i na rok 2018 wypośrodkować (!).     

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedawno jeden z dziennikarzy zapytał działacza sportowego, będącego w kierownictwie jednego ze związków sportowych, czy bycie działaczem nie koliduje mu z pisaniem felietonów o tematyce sportowej. Działacz tylko roześmiał się i odpowiedział, że nie widzi merytorycznego związku w pytaniu. Opowiedział mi o tej wymianie zdań inny dziennikarz, obecny przy rozmowie. Słysząc to pomyślałem sobie wtedy: oby tylko takie problemy w łączeniu funkcji mieli działacze sportowi, byłoby całkiem dobrze. Tymczasem parają się niezliczoną liczbą działań, które nijak mają się do etyki sportowej, a nawet bywają zakazane. I dlatego, parafrazując słowa znanej piosenki, jestem zdania, że prawdziwych działaczy już nie ma. Natomiast w sporej liczbie są pracownicy sportowi, czyli pobierający niezłą kasę lub inne gratyfikacje przynależne do pełnionych funkcji ludzie, których wiele lat temu nazywano by działaczami, jak najbardziej zasadnie. A odnosząc się do przedstawionego na wstępie akapitu pytania podeprę się aktorem Maciejem Stuhrem, który powiada, że gra - jak nie pisze oraz pisze - jak nie gra. I to byłoby na tyle o mojej filozofii na styku działacz – felietonista.
Nieoceniony recenzent moich felietonów, pan Józef, zapytał, z czym kojarzy się mi niezwykle popularne powiedzenie "umiesz liczyć, licz na siebie". Szybko odpowiedziałem, że z emeryturą. Pan Józef tylko roześmiał się i stwierdził, iż on raczej myślał o sporcie, a dokładnie o futsalu. Słysząc w słuchawce ciszę dopowiedział – to jest rada starego działacza, który propagował przed 30 laty futsal w Polsce. I kontynuował – niech każdy wie w klubie, czy w związku terenowym, że wszelkie centrale w sumie i tak potraktują futsal jako dyscyplinę niszową. Zresztą dodał – popatrz pod jakie struktury w PZPN podlega futsal: pod pion piłki amatorskiej, więc komentarz zbyteczny. Nie będę odnosił się do słów pana Józefa. Przyjmuję je z pokorą, ale coś zaświtało mi w głowie po jego wypowiedzi.

Otóż niedawno odbył się w stolicy finał ogólnopolskiego turnieju halowego dla dzieci o puchar prezesa Bońka. Super impreza, którą jak najbardziej popieram. Ale czegoś mi zabrakło w nazwie. Jak wielce wspomogłoby futsal, gdyby przy turnieju zaistniało owo magiczne słowo – „futsal”. Nazwisko prezesa Bońka jest niezwykle nośne promocyjnie, marketingowo. Jestem pewien, że po wielokroć bardziej niż wszystkich współpracowników z wiceprezesami oraz członkami Komisji Futsalu włącznie. I o brak tego „słówka” mam żal do decydentów piłkarskich. Żal o straconą szansę.

Przeczytałem na jednym z portali futsalowych, iż reprezentacja trenera Korczyńskiego w terminie świąteczno-primaaprilisowym zagra w dwa mecze w Brazylii. Piękna eskapada, godny przeciwnik. Jest szansa coś podpatrzyć i przygotować się (!) do kolejnych zmagań europejskich z nacjami, które w składzie mają Brazylijczyków. Jest to trzeci wyjazd naszej kadry futsalowej do kraju kawy. Organizując poprzedni wyjazd zaprosiłem nań prezesa Bednarka, który wówczas stawiał pierwsze kroki przy centralnym futsalu. Same tylko „ochy” i „achy” padały z jego ust w trakcie pobytu i po powrocie. Liczę więc, że teraz jako miłościwie nam panujący prezes od futsalu reprezentacyjnego uczyni wszystko, by krajowym sympatykom, pasjonatom futsalu dać możliwość ujrzenia brazylijskich wirtuozów w Polsce.
Traktujmy to nawet jako swoistą rehabilitację promocyjno-marketingową za sytuację opisaną we wcześniejszym akapicie.

Aby zakończyć temat brazylijski wspomnę tylko – tonując nieco nastroje euforystyczne o niebywałym wzroście poziomu sportowego-organizacyjnego polskiego futsalu – że przed finałami futsalowego EURO w Moskwie 2001 roku Brazylijczycy, zapraszając nas na mecze, sfinansowali przeloty na trasie Europa – Ameryka Południowa. Rzecz obecnie nie do pomyślenia. Czyli jeszcze trochę nad poziomem - i to nie tylko sportowym - polski futsal musi popracować.

Termin halowych gier dziecięcych o puchar prezesa Bońka zbiegł się czasowo z finałami futsalowymi Akademickich Mistrzostw Polski, które też odbywały się w Warszawie. Polska stolica w porównaniu z Mexico City, w którym kiedyś, wizytując przyszłego prezesa PZPN oraz – jak na razie - jedynego króla strzelców finałów mistrzostw świata (życzę Robertowi Lewandowskiemu, aby w Rosji dołączył do Grzegorza Lato) przyszło mi błądzić, to miasto o wiele mniejsze, więc nie było problemu z obskoczeniem weekendowym obydwu imprez. Studencka impreza na luzie, niemal festynowa. Typowe sportowe juwenalia z domieszką rywalizacji. Związkowa z całym niezbędnym ceremoniałem. O związkowej media pisały wiele. O studenckiej jako tako, tylko profilowe.
A futsal akademicki przecież winien być solidnym zapleczem dla naszego futsalu. I tak pewnie rozumieją go obserwujący zmagania trenerzy reprezentacji Polski; męskiej – Korczyński oraz żeńskiej – Weiss. Poziom żeńskiej rywalizacji był całkiem przyzwoity. Krakowskie Jagiellonki oraz futsalistki z wałbrzyskiej PWSZ zdominowały rywalizację. W kategorii męskiej poza konkurencją był obrońca trofeum – Uniwersytet Warszawski. Osobiście wyróżniłbym jeszcze studencką drużynę z częstochowskiej Akademii Jana Długosza. Nie znam jakości kontaktów na linii władze AZS a związek piłkarski, czy Spółka FE, ale może sensownie byłoby pomyśleć, by w przyszłości termin akademickiego finału był wolny od gier ligowych. To tylko wpłynie pozytywnie na rodzimy futsal.

Kiedy we wtorek przed finałami młodzieżowych mistrzostw Polski U-18 chłopców spotkałem się z panem Januszem Szymurą i a priori chciałem mu pogratulować kompletu tytułów w MMP w kategorii chłopców w sezonie 2017/2018 był niezwykle wstrzemięźliwy w odbiorze. Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, iż ktoś może zagrozić Rekordzistom. Tym bardziej, że turniej finałowy miał odbywać się w „jaskini lwa”, czyli bielskiej hali przy ulicy Startowej. A jednak stało się inaczej. Drużyna z Bochni w finale pokonała faworyzowany team bielski. Jednej perły w przysłowiowej młodzieżowej „Koronie Królów” zabraknie Rekordowi. I to jest właśnie to piękno sportu. Nie ma faworytów do ostatniego gwizdka sędziego.

Na kanwie rywalizacji osiemnastolatków napiszę, że dobrze stało się, iż Komisja Futsalu uznała niejako to współzawodnictwo za najważniejsze w rywalizacji młodzieżowej, warunkując udziałem w nich pewne założenia licencyjne dla klubów. Od zawsze, kiedy jeszcze za mojej kadencji związkowej wprowadzaliśmy kategorie wiekowe do rozgrywek młodzieżowych uważałem kategorię U-18 za podstawową. Chociaż dla wielu sztandarowe miały być finały U-20. Wierzę, że teraz w kontekście mistrzostw Europy U-19 dyskusja w tym temacie zostanie przecięta raz na zawsze.
    
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS